Na zgliszczach (Junosza, 1884)/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Na zgliszczach
Pochodzenie Z mazurskiej ziemi
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1884
Druk R. Zamarski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


VII.

Od czasu owego upłynęło lat dziesięć.
Dziesięć lat! Jak łatwo wymówić lub napisać dwa te wyrazy króciutkie, a jednak ileż to godzin pracy, ile uśmiechów, lub też łez i westchnień, składa się na ten okres czasu... Ile łez i westchnień, gdy zwłaszcza droga życia nie ściele się różami, gdy wędrówka odbywa się po ścieżce wąziutkiej, wśród ostrych cierni i głogów.
Dziesięć lat! Kawał to czasu niemały — przeszedł on dla Zarzecza cicho, jednostajnie, bez nagłych wstrząśnień i zmian gwałtownych. Rzeka toczyła jak przedtem srebrne swoje wody, niezmordowany młyn gdakał i trajkotał jak dawniej, stare lipy szumiały, na stodole klekotała dziesiąta generacya bocianów — i wszystko było jak niegdyś, tylko drzewa już cień większy dawały i rozrosły się bardziej, tylko w folwarku kilka nowych przybyło budynków.
Zniknął ślad pogorzeliska, nie masz już zgliszczy dymiących, wszystko zdaje się odradzać, do nowego życia wyrywać...
Wiatr pozwiewał popioły, węgle przyorano już dawno, a mogiły zapadły i zrównały się z ziemią. Macierzanka rośnie na nich i rozchodnik, młode zajączki tu igrają, czasem skowronek zapadnie i znów się wzbije w górę i śpiewa, zawieszony w powietrzu, między grobami a niebem.
Słońce pali się wysoko, złoci łąki i zboża, perlistą rosę z ziół spija; w górze białe obłoczki gonią się, rozdzielają i łączą, niby gołębi stada, a wietrzyk figluje na łące i barwne główki kwiatków kołysze; to je zupełnie w trawę chowa, to znowu podnosi i prostuje — ot, jak pustak zwyczajnie, za mały jeszcze na to, żeby śmigi u wiatraka obracał, więc poszedł figlować na łąkę...
Biały bocian kroczy poważnie po smugach, wrona za sochą dąży i pędraki z rozoranej roli dobywa; wysoko, wysoko w powietrzu bystrooki jastrząb się waży — jak zawsze, jak codzień, jak co rok.
I któżby powiedział, że ta ziemia pokryta zbożem bujnem, dźwigająca na sobie tyle istot żyjących, zestarzała się o całe lat dziesięć, kiedy jeszcze jest taka młoda, taka żyzna a piękna! Czas nie odbiera jej nigdy uroku młodości, on tylko dzieła rąk ludzkich niweczy, a na czołach naszych bruzdy orze.
Zobaczmy też, jakie ślady na naszych dobrych znajomych w Zarzeczu zostawił.
Wśród lśniących, czarnych jak krucze skrzydło, włosów pani Karolowej, przewijają się gęściej niż przedtem nitki srebrne, ale twarz nie straciła pomimo tego piękności dawnej i uroku. Z wyrazu oczu więcej już pogody, więcej nadziei przebija, na ustach błądzi czasem uśmiech, a biała, drobna ręka, nie jest tak wyszczuplała i sucha jak dawniej.
Kobieta to piękna, chociaż już jej wiosna, a nawet południe życia przeminęło, piękność jej da się porównać do piękności naszej polskiej jesieni, uśmiechniętej, pogodnej, spokojnej. W sercu tej kobiety nie wygasła jeszcze i tęsknota i żal. Samotna jak dawniej, czeka jeszcze — ale czeka z nadzieją, z pewnością już niemal, że dni smutków są policzone. Gdy o tem myśli, serce jej żywiej uderza, na twarzy wykwita rumieniec przelotny. I dla niej się jeszcze szczęście uśmiechnie — i dla niej powróci wiosna życia, którą niezwykłe mrozy zwarzyły przedwcześnie...
Wszak bywa tak czasem i w naturze; zdarza się że jabłonka na jesień obsypuje się kwiatem, że fiołki powtórnie kwitną...
Krótkotrwałe to kwiatki, co prawda, lecz kto same ciernie miał w życiu, temu i ów jesienny, przez kaprys przyrody rzucony kwiateczek, skarbem wydawać się musi.
Listy częste, coraz częstsze bywały i nadzieja rosła — a stary, wierny jak zawsze Dyrdejko, z niecierpliwością ziszczenia się tej nadziei wyglądał.
Oczekiwał, wyglądał. Czuł, że mu lata już ciężą, sił braknie, że jakaś niewidzialna dłoń żelazna schyla mu głowę ku ziemi. Często w zadumę wpadał i dziwna, niewytłómaczona ogarniała go tęsknota.
Wprawdzie najbliższych swoich przeżył; — wszyscy, których kochał niegdyś, pomarli, a nawet piękna ongi, modrooka, rozmarzona Jadzieńka, co później zapomniała o nim i za Kiełpsza poszła, także opuściła już ten padoł płaczu i niedoli, i legła na wiejskim cmentarzu na Żmujdzi... Sam jeden został starowina, sam tylko, wiec nie miał się spieszyć do kogo. Tu raczej, w Zarzeczu, mogło go coś wiązać do ludzi, bo tu znalazł serca przychylne, szacunek sobie zaskarbił i miłość; — ale pomimo że go najserdeczniejszą otaczano troskliwością, niecierpliwił się stary, tęsknił, a wciąż się do drogi wybierał.
— Czas mnie już takoż — mówił — czas wielki!... już bo i grzbiet się wygiął i głowa ciąży ku ziemi... żebyż już raz nareszcie ten Karolek przyjechał, żeby ja mógł w ręce jemu was oddać i — odejść spokojnie.
— O, nie mów pan tak smutnie, panie Fulgenty — prosiła pani Karolowa — żyliśmy tyle czasu razem w ciężkiej doli — czyż więc teraz, gdy już lżej nieco, gdy promyk nadziei błyska, mamy się rozstawać, rozłączać?
— Ej, próżna to pociecha, pani kochanieńka, niedługo my z sobą będziemy... już bo do Dziundziszek mnie pora... matka mnie woła... Żmujdź święta. Tamby się chciało kości stare złożyć, tam spocząć, przy kościołku biednieńkim, drewnianym, co go ledwie z pośród starych lip widać. A jak tam cicho — jak pięknie!... Rwie się dusza do tego miejsca, rwie serce... ot, zdaje się piechotą, o kiju powlókłby się człowiek w strony tamte, oj powlókł...
Pani Karolowa uspokajała go, prosiła. Wmawiała w niego, że trzyma się jeszcze dobrze, że zdrów — chociaż sama wierzyć w to nie mogła.
Ów silny, krępy żmujdzin, do niepoznania się zmienił. Dreptał wprawdzie jeszcze po folwarku, niekiedy kałamaszką małą w pole wyjeżdżał, ale czuł biedak, że mu już sił braknie, i nogi odmawiają posłuszeństwa. Już teraz wygód większych potrzebował, snu więcej — a zdarzało się czasem, że na krześle usiadłszy, głowę schylił na piersi i drzemał. Sił brakło...
Gęste włosy zbielały mu całkiem, jak mleko, twarz pokryła się licznemi zmarszczkami. Uśmiech rzadko się na tej twarzy pojawiał, ale za to, gdy w marzeniach starowina utonął, gdy obrazy minionych czasów przywoływał na pamięć, to do oczu napływały mu łzy i dużemi kroplami spływały po twarzy.
W ciężkich godzinach doli twardej, w smutnych chwilach życia nie płakał nigdy Dyrdejko, mężnie każdą przeciwność i każdy ciężar znosił, a teraz, z lada powodu rozrzewniał się jak dziecko...
Czyż każdy człowiek musi wszystkie łzy swoje wypłakać?
Z upadkiem sił i zdrowia wymykał się także i zarząd gospodarstwem z rąk Dyrdejki. Pani Karolowa, która była ciągłym świadkiem pracy żmujdzina i zrozumiała doskonale jego system, teraz, nieznacznie, stopniowo, sama obejmowała rządy, a czyniła to z wysoką i szlachetną delikatnością, ze staraniem szczególnem, aby nie dać poznać żmujdzinowi, że już stary i słaby, że steru w drżących rękach utrzymać nie może.
Nominalnie wszystkim zarządzał Dyrdejko, w każdej kwestyi zasięgano jego rady, a klucze od spichrza, ten rodzaj rządcowskiej buławy, Marcin co wieczór regularnie do stancyjki pana Fulgentego odnosił, i o całym dniu relacyę dokładną mu zdawał.
To przekonanie, że jest jeszcze użytecznym, że pracuje — utrzymywało Dyrdejkę przy życiu i przy Zarzeczu. Gdyby nie ono, niechciał by starowina chleba darmo jeść — i powlókłby się pewno do swoich Dziundziszek, śmierci czekać, tak jak teraz przyjazdu Karola oczekiwał.
Starano się uprzyjemniać chwile staremu. Celowała w tem szczególniej Helenka, która już na piękną pannę wyrosła. Umiała ona zawsze zabawić i rozweselić żmujdzina. Dźwięcznym, metalicznym głosem czytywała mu często Mickiewicza, którego starowina bałwochwalczo uwielbiał, albo też Kaczkowskiego, z dawniejszych czasów obrazy. Stary słuchał, zachwycał się, płakał nieraz, a piękną swą lektorkę po rączkach całował i najdroższą swoją wnuczką nazywał.
W szachy też z sobą często grywali, a że Dyrdejko miał szczególną do strategii słabość, więc też plany szerokie rozwijał, ożywiał się a cieszył każdem wzięciem figury, każdem posunięciem szcześliwem. Z wygranej radował się jak dziecko.
— Widzisz takoż, Helusiu! czego się zachciało? Nie ze mną tobie wojować! nie ze mną! Ot, jeden szach, ot drugi i mat!! lecz nie martw się panienko. Wielki Napoleon był wielki, a czasem takoż zfuszerował porządnie... No, no, nie gniewaj się mała — daj łapkę, pocałuję za to.
Helenka udawała, że się martwi, że ją ta przegrana bardzo żywo obchodzi — a Dyrdejko śmiał się, cieszył, potem, zmęczony, ciszej już mówił, aż nareszcie w zwykłą swą zadumę zapadł, głowę na poręczy krzesła oparł i — usnął.
Wówczas Helenka z troskliwością, jak matka dziecku, poduszeczkę małą wsuwała Dyrdejce pod głowę i po cichutku wychodziła z pokoju.
Ze wszystkich dzieci pani Karolowej jedna tylko Helenka znajdowała się w domu obecnie. Janek już szkoły skończył i w instytucie rolniczym się kształcił. Władzia była w Warszawie na pensyi — Helenka tylko, ukończywszy edukacyę, powróciła pod strzechę nizkiego dworku w Zarzeczu.
Dworek też z przybyciem jej ożywił się znacznie. Ściany zdawały się bielsze i kwiaty piękniejsze, bo tu, gdzie niedawno jeszcze słychać było westchnienia tęskniącej i osamotnionej kobiety, dziś dźwięczał nieraz śmiech srebrzysty, lub rozlegały się tony rzewnej piosenki.
Młodość jest bowiem jak wiosna, roztacza ona w koło siebie czary i uroki, a widok jej starych nawet zachwyca i do życia zachęca.
Lecz przypatrzmy się Helence, którąśmy na początku niniejszego opowiadania jako sześcioletnią, lalkami zajętą dziewczynkę, poznali.
Zdawało się wówczas, że sensatka wielka z niej będzie — ale ta przepowiednia nie ziściła się ze wszystkiem, gdyż na różowych usteczkach dziewczęcia błądzi ciągle uśmiech wesoły a w dużych oczach świecą iskry życia.
Dziecko na piękną pannę wyrosło. Co święto w skromnym wiejskim kościołku nie jedno spojrzenie zwraca się ku niej, spojrzenie, pod wpływem którego dzieweczka spuszcza powieki, a wówczas długie, jedwabiste jej rzęsy rysują się wyraźnie na tle białej, zarumienionej lekko twarzyczki.
Dotychczas jednak serce dziewczęcia uderza spokojnie i równo. Dumki jej płyną cicho, jak kryształowy strumień wśród łąki. Dziewczyna kocha serdecznie matkę, ojca, do którego tęskni, Janka, Władzię i starego przyjaciela Dyrdejkę; zresztą serce jej jest wolne zupełnie, uśpione jak dziecię na kwiatach...
Helenka już pół roku w domu przebywa. Pomaga matce w zatrudnieniach domowych, pielęgnuje starca, który coraz więcej potrzebuje opieki. Pani Karolowa marzy, że gdy mąż powróci, to dom wówczas otworzą, przyjmować zaczną i może znajdzie się ktoś, dla którego serce dziewczęcia żywszem tętnem uderzy.
Kochająca matka może już upatrzyła kogoś, może snuje jakieś bliżej określone plany, ale te na później, na później odkłada i myśleć o nich nie lubi, bo ciężko będzie matce rozstać się z ukochaną pieszczotką swoją.
Tak dobrze jej z córką — takby ją długo przy sobie mieć chciała...
Spędziły razem lato i jesień — i zimy doczekały już, bo oto koniec lutego się zbliżał.
Noc była.
W dworku i folwarku spali już wszyscy oddawna, tylko w stancyjce Dyrdejki, w oficynie, paliło się światło.
Wicher hulał po polach, tumany śniegu rzucał, drzewami staremi wstrząsał. Ciężko było na świat wyjrzeć — psy nawet tuliły się pod budynkami skomląc żałośnie, taki szkaradny był czas tej nocy. Dyrdejko w stancyjce swojej leżał. Światło lampy padało na jego twarz, jak wosk żółtą, na oczy głęboko zapadłe... pierś podnosząca się z trudnością. Wyschłe ręce starca skubały ciągle kołdrę, wzrok utkwiony był stale w punkt jeden.
Po chwili chory wyciągnął rękę, wziął dzwonek ze stolika przy łóżku i głośno dzwonić zaczął.
Na ten dźwięk dziewczyna zaspana, w ogromnej chustce na głowie, do pokoju weszła.
Żmujdzin zobaczywszy ją, na poduszkach się uniósł i słabym głosem rzekł:
— Marcina zawołaj...
Nie w smak to było dziewczynie biedz w nocy na folwark, tembardziej że wichura nabawiała ją trwogą, ale spojrzawszy na twarz chorego, domyśliła się zaraz że o coś ważnego tu idzie...
Przeżegnała się też kilkakrotnie i boso pobiegła po śniegu, a po chwili całą siłą pięści kołatała do okienka w czworaku, wołając:
— Marcinie! a wstawajta ze duchem!
Wstał stary, obuł się, kożuch wziął na siebie i poszedł, chcąc dziewkę rozpytywać po drodze, ale nie dowiedział się wiele.
— A juści — rzekła — mom gadać!? dobrze wom w butach! a mnie ten śmig, psia dusa, parzy jak zielazo po nogach.
Miała słuszność Magda — i zanim Marcin dziesięć kroków uszedł, ona już była w sieni.
Chłop po cichu do stancyjki się wsunął i przy drzwiach stanął »pochwalony« rzekłszy.
Dyrdejko skinieniem ręki przywołał go bliżej.
— Słuchajno, Marcinie — rzekł głosem słabym — źle ze mną...
— Dyć je Bóg miłosierny, panie, poratuje...
— Ja też już tylko Boskiego poratunku pragnę i dla tegom cię budzić kazał.
— Cy według dochtora moze?
— Eh! bajesz takoż ty Marcinku z doktorem; doktór cudu nie zrobi! Śmierć idzie. Ot, ty do sanek każ zaprządz i po księdza mi pojedź, a pospiesz, pospiesz braciszku, bo już dnia nie doczekam może... proboszcza samego ty poproś.
Chłop milcząc do odejścia się zabierał, Dyrdejko jeszcze skinął na niego.
— Tylko, mój Marcinie, mój stary, pocichutku to zróbcie — dzwonka do sanek nie brać — pań nie budzić — niech one śpią spokojnie.
Marcin prędko sprawić się przyrzekł, a załzawione oczy rękawem ocierając, nachylił się nad chorym i szepnął:
— Je Bóg Wsechmogący, On przemieni...
I z temi słowy wysunął się z pokoju. O ile stare nogi pozwalały, szybko do stajni pobiegł, fornala obudził i nie upłynęło dziesięć minut a już wyjechali z folwarku.
Śnieg pozawiewał wszystko, nigdzie śladu drogi, konie stąpały ostrożnie, parskając, węsząc drogę, schylały coraz łby ku ziemi, jakby chcąc ślady znaleść. Ale gdzie tam ślad jaki!?
Trzeba się było zdać na instynkt zwierząt, bo nawet chłopskie oko, do ciemności i do dróg nocnych przyzwyczajone, nie mogło nic rozróżnić. Zaraz za folwarkiem stracili drogę, sanki uderzały o zagony, konie zapadały w rowy, jamy jakieś, Marcin głowę tracił...
Nareszcie ujrzeli jakieś światełko i obaj z fornalem zgodzili się na jedno, że to w Kościelnej, żyd karczmarz świeci jeszcze. Postanowili więc, nie szukając już drogi, wprost ku temu światłu się kierować. Na rzece lód mocny, a byle się tylko na łąki dostali, to pospieszą.
Rzeczywiście, wśród zawieruchy szkaradnej i ciemności, był to środek jedyny.
Fornal popędził konie i niezadługo uczuli, że spadają z jakiejś wysokości, którą, jak się domyślili łatwo, był urwisty brzeg rzeki. Podnieśli sanie, poprawili poplątaną uprzęż na koniach i szczęśliwie wydostali się na brzeg przeciwny, na łąkę.
Tu już, na równej przestrzeni, droga bezpieczniejszą była i konie czując pewniejszy grunt pod nogami, pomknęły szybko o tyle, o ile na to wiatr straszny pozwalał.
Marcin wzdychał ciężko i pacierz półgłosem odmawiał, fornal od czasu do czasu na konie krzyknął, a czerwone światełko coraz się bliżej a bliżej przysuwało.
Gdy stary Gajda z fornalem, wśród zamieci i wichru, przebijali się przez zaspy śnieżne, dążąc ku Kościelnej, w Zarzeczu na folwarku i we dworze ruch się zrobił; we wszystkich prawie okienkach zajaśniało światło.
Uśpionych zaalarmowała Magda, która lękając się być blizko konającego, pobiegła zaraz do kuchni i pobudziła służbę.
Na krzyk że »rządca« umiera, zerwali się wszyscy na nogi.
Pani Karolowa z Helenką, ubrawszy się naprędce, wnet do oficyny pospieszyły.
Dyrdejko nieprzytomny prawie, z oczami na w pół przymkniętemi leżał. Pochyliła się nad nim Helenka i mówić do niego zaczęła.
Chory oczy otworzył i uśmiechnął się do niej. Podali mu łyżkę wina starego. Widocznie orzeźwiło go ono, gdyż rękę do pani Karolowej wyciągnął i cichym głosem przemówił:
— Dzień to już, czy noc jeszcze?
— Noc, noc — odparła — widocznie było jakieś osłabienie chwilowe, dzień nadejdzie, z nim polepszenie i ulga.
— A czy Marcin pojechał? — spytał żmujdzin.
— Już, już, co tchu popędził, tylko co go nie widać.
— To dobrze, dobrze, pani kochanieńka, chciałoby się po chrześciańsku umrzeć, z Bogiem i ludźmi pojednać...
I znowu głowa starca na poduszki opadła. Helenka jeszcze mu trochę wina podała, chory je wypił i w senność wnet zapadł. Widocznie jednak wino pokrzepiło nieco siły już niknące, bo sen był spokojny, oddech równiejszy, nawet na wybladłych policzkach ukazał się słaby, ledwie dający się dostrzedz, rumieniec.
Tylko ręce na piersiach złożone poruszały się chwilami, skubiąc kołdrę, lub mały krzyżyk zawieszony na piersiach.
Pani Karolowa uklękła przy oknie i modliła się rzewnie. Helenka siedziała przy łóżku i załzawionemi oczyma patrzyła w twarz starca. Patrzyła z żalem i trwogą pewną, z tym nieokreślonym niepokojem, z jakim dziecię w grób otwarty spogląda...
Magda po stancyjce się krzątała, nakryła stolik serwetką białą, świece w srebrnych lichtarzach z dworku przyniosła. Rozpoczęły się przygotowania smutne. Żmujdzin spał ciągle. Stary zegar gdakał miarowo, minuty za minutami upływały, a każda tak się ciężką zdawała, tak długą.
Helenka pocichu zbliżyła się do matki. Ujęła ją za ręce — podniosła.
Obie kobiety spojrzały na siebie — jedna drugą uspakajała wejrzeniem, gdyż przemówić nie śmiały, by choremu snu nie przerwać. Matka oparła głowę na ramieniu córki, i tak splecione w uścisku, podtrzymując się wzajemnie, płakały pocichu.
Świtać już zaczynało. Od wschodu na niebie pas jaśniejszy się rysował, już i drzewa zaczęły się wychylać z ciemności.
Na dziedzińcu ukazały się sanki. Fornal spienione konie przed oficyną osadził. Z sanek wysiadł ksiądz z Marcinem.
Rozległ się cichy dźwięk małego dzwonka, a na ten odgłos Dyrdejko oczy szeroko otworzył. Uniósł się na łóżku, westchnął i wyschłą ręką na księdza skinął.
Wszyscy wyszli z pokoiku, tylko spowiednik przy chorym pozostał.
Długo trwała ta spowiedź, w której nabożny żmujdzin obrazy całego życia swego przedstawiał, przewinienia i błędy swe na pamięć przywodząc, a gdy już Sakramenta przyjął, pragnął jeszcze z panią Karolową pomówić. Nagle jednak inna myśl do głowy mu przyszła...
— Marcina mi tu przyślij, księże proboszczu — rzekł — mnie z nim trzeba w cztery oczy pomówić.
Ksiądz uścisnąwszy serdecznie dłoń starca, poszedł do dworku gdzie oczekiwano na niego, a po chwili Marcin przywołany przyszedł.
Dyrdejko pocieszony już, spokojny, rzeźwiejszym się zdawał. Nie leżał, lecz siedział raczej na poduszkach oparty, głos miał pewniejszy i w ogóle polepszenie czuł znaczne.
— Marcinie — rzekł do chłopa — żyliśmy tyle lat po Bożemu i zgodnie... ty więc i teraz nie odmówisz mi ostatniej przysługi?
— A co pan chcą? — zapytał pocichu.
Dyrdejko ręką pod poduszkę sięgnął i pęczek kluczy wydobył.
— Weź no ten kluczyk maleńki — tam pod ścianą dębowa skrzyneczka stoi — otwórz ją.
Chłop skrzynkę na stole postawił i otwierać zaczął.
— Tam — ciągnął Dyrdejko — woreczek taki szary znajdziesz, nieduży — a co, jest?
— Je, panie, worecek, maleńki akuratnie.
— To weźże ty jego, mój bracie, i przyjdź tu z nim bliżej, do łóżka; a wiesz-że co tam w nim jest w środku?
— Nie wiem, panie, cięzkie cościć jak piosek.
— Nie piasek to Marcinie, nie piasek, ale garstka ziemi... świętej ziemi, mój bracie, ze Żmujdzi, ztamtąd gdziem się urodził.
— Daleko musi ztąd?
— O daleko, daleko, mój stary. Widzisz więc, jak ja umrę, to ty mi oczy zamkniesz i na nie tej ziemi nasypiesz. Wszak zrobisz mi to, mój Marcinie, nie odmówisz tej przysługi ostatniej?
Chłop załzawione oczy ocierał.
— A dyć ja myślałem, ze wielmozny pan mnie staremu garść ziemi na trumnę rzuci...
— Wola Boga, braciszku — szepnął z cicha Dyrdejko — nie tu ja chciałem umierać — ano Bóg zrządził. Pójdźno ty jeszcze, pani i panienki tu poproś, niech ja popatrzę na nich.
Nie trzeba było prosić, gdyż w tej chwili pani Karolowa z Helenką do stancyjki weszły. Marcin ku drzwiom się cofnął.
— Pani kochanieńka — mówił Dyrdejko, ujmując rękę zapłakanej kobiety — i ty Helusiu kochana, przebaczcie jeślim was w czem ukrzywdził, lub obraził — nie wspominajcie źle... Ja was tak bardzo kochałem i Karolka naszego i Władziunię i Janka... Nie wspominajcie źle i niech was Bóg nie opuści nigdy...
Matka i córka głośnym wybuchnęły płaczem. Helenka wyschłą rękę starca pochwyciła, przycisnęła do ust, oblewała łzami.
Przez jakiś czas trwało uroczyste milczenie, przerywane tylko tłumionem łkaniem kobiet i ciężkiemi westchnieniami Marcina. Dyrdejko podniósł się trochę, na poduszkach oparł i zaczął mówić spokojnie.
Mówił długo o interesach, o folwarku, o gospodarstwie. Radził jak i co robić zanim Karol powróci, prosił pani Karolowej, żeby Marcina nadal zatrzymała — a i do niego także przemówił, żeby pani nie opuszczał i zawsze uczciwym, zawsze był wiernym, jak dotąd.
Chłop odezwał się jakby z wymówką:
— A dyćbym sumienia chyba nie mioł, zebym tę panią, matkę nasą, miał tak ostawić we frasunku — sierotą.
— Ja też ci wierzę, mój bracie — mówił żmujdzin — wierzę ci zupełnie, tyś dobry człowiek Marcinie.
Upłynęła godzina prawie, przez ten czas chory to w senność krótkotrwałą zapadał, to znowu ożywiał się, o różnych przedmiotach mówił i wogóle spokojnym był, tylko palcami wciąż przebierał i od czasu do czasu spojrzenie na obraz rzucał.
— A wiesz-że ty, Marcinku — zapytał — gdzie co na wiosnę siać będziemy?
— Wiem, wiem, wielmozny panie, dyć pan tyle razy pokazował.
— A tak, pamiętajże bracie: owies będzie pod lasem, groch tam, wiesz, od gościńca, jęczmień za stodołą zaraz...
To były ostatnie jego słowa.
Obfite krople potu wystąpiły mu na czoło, głowa opadła na ramię, z piersi wyrwało się ciężkie westchnienie.
Pani Karolowa na kolana przy łóżku upadła, bezwładną rękę starca pochwyciła i przycisnęła do ust.
— Przyjacielu... opiekunie nasz! ojcze!... — szeptała. Helenka zanosiła się od płaczu.
Zrobił się krzyk i lament w całym dworze. Służba się zbiegła, gromnicę zapalono.
Marcin do pani się zbliżył.
— Niech pani nie lamantuje — mówił — nie płace... Bóg Najwyzsy go zabrał, wola Jego święta... Już tu pani i panience robić tera co nie ma, ja się som przy nieboscyku ostanę.
Zanosząc się od płaczu kobiety wyszły z pokoju, w którym rozpostarła się żałobna powaga śmierci. Marcin ciało zmarłego wyprostował, grubemi palcami wpół otwarte powieki przymknął, a potem woreczek rozwiązał i zgodnie z ostatnią wolą żmujdzina szczyptę ziemi na nie nasypał. Resztę zachował starannie, by do trumny mu włożyć.
Służba, która się zbiegła z folwarku, patrzyła na to w milczeniu, a Marcin krzyżyk czarny ze ściany zdjął, w skostniałe palce umarłemu włożył i mówił:
— Niech cię Bóg wsechmogący do chwały swojej pzyjmie, boś był cłek sprawiedliwy, miłosierny, cudzej kzywdy niepragniący, na gros ludzki niechytry...
To rzekłszy, stary ręce zmarłego ucałował i zwracając się do obecnych ludzi, rzekł:
— Wy wsyćkie, chtóre tu jezdeśta, klęknijta, zmówta pacierz za dusę nieboscyka, aby se odpocywał we spokoju wiecnym.
Na to wezwanie wszyscy na kolana padli i rozległ się gwar wspólnej, gorącej modlitwy, a nad gwarem tym górował głos srebrnowłosego chłopa, poważny, uroczysty, westchnieniami ciężkiemi przerywany.
Twarz zmarłego nie wyrażała śladu cierpień przebytych, zastygł na niej raczej uśmiech dobrotliwy i jakby zaduma jakaś na poważnem, wysokiem czole.
Płomyk wielkiej, żółtej świecy woskowej drgał lekko, nad nim unosiła się czarna nitka dymu i ginęła w górze, zmięszana z westchnieniami ciężkiemi i szmerem żarliwej modlitwy prostaków...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.