Mohort (Pol, 1875)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Pol
Tytuł Mohort
Podtytuł Rapsod rycerski z podania
Pochodzenie Dzieła Wincentego Pola wierszem i prozą; t.3 serya pierwsza: poezye (Poezye Wincentego Pola. Pierwsze wydanie zupełne. Tom II)
Data wydania 1875
Wydawnictwo F.H. Richter
Drukarz W. Maniecki
Miejsce wyd. Lwów
Indeks stron



V.
Ś


Śliczny był wieczór, cichy i pogodny,
I miesiąc zeszedł, i stepy oświécał,
Konie szły raźno pośród nocy chłodnéj,
Czasem się w polach ogień gdzieś rozniecał;
Czasem w przelocie ozwały się ptaki...
A Mohort drogę prostował na szlaki,
I milcząc jechał, patrząc w twarz miesiąca,
Aż w końcu słowa wycisła tęsknota:

„Ostatni świadek mojego żywota,
A jeszcze wiernie świéci mi do końca! —
Gdzież to te czasy? gdzie w nieznane progi
Tak samom jechał do mojéj niebogi?

„Prawie w ostatniéj potrzebie z Szwedami
Poległ śród boju Pan Miecznik Różański,
A że miał wielki mir pomiędzy nami,
Otóż stanęło na radzie hetmańskiéj,
Ażeby ciało odwieźć w jego progi,
I z asystencyą oddać jego wdowie.

„Waść będziesz czynił,” Pan Hetman mi powié
I wydasz ciało sam w ręce niebogi,
I w mém imieniu będziesz na pogrzebie,
I od rycérstwa wyrządzisz poczciwość;

„Ja z kondolencyą dam listy od siebie,
Boć wzgląd mieć trzeba na niewieścią tkliwość,
I na zasługi poległego w boju;
Niechaj nam z Bogiem spoczywa w pokoju.”

„I tak się stało — że z pocztem osobnym
Ruszyłem prosto, z konduktem żałobnym
Z pobojowiska — wszystko to zabrawszy
Co po Mieczniku było pozostało.

„W piérwszym miasteczku trumnę zrobić dawszy,
Złożyć kazałem na rydwanie ciało,
I księży wziąwszy z piérwszego klasztoru,
Jechałem wolno do wdowiego dworu....

„Miesiąc w téj drodze świécił mi tak samo,
Aż w końcum stanął przed klasztorną bramą,
Gdziem Przeorowi całą rzecz otworzył,
I nieboszczyka tymczasowo złożył.

„W sąsiedztwie mieszkał Pan Wojski Proszczycki,
Pobliski krewny Starościny Lidzkiéj,
Więc wypadało go naprzód nawiédzić,
I o nieszczęściu rodziny uprzedzić.

„Z boleścią przyjął on moje poselstwo,
Bo go łączyło wielkie przyjacielstwo
Oprócz krewieństwa: od chłopiąt z Miecznikiem
Długo służyli razem z nieboszczykiem
W jednéj chorągwi, — oba w jednym roku
Pojęli żony, — w sąsiedztwie osiedli,
I wspólny żywot niby bracia wiedli,
I wspólnych mieli przyjaciół u boku.

„Kiedym zajechał — Wojski w ganku siedział,
I rzecz zrozumiał nawet bez słów wiela,
I ciężko spłakał, kiedy się dowiedział
O owéj śmierci swego przyjaciela;
Ale boleści nie folgował marnéj,
Ukląkł i zmówił: wieczny odpoczynek;
Potém wstał, włożył na się żupan czarny,
I rzekł mi krótko: — „Jedźmy do Malinek:
Smutne poselstwo trzeba odnieść wdowie.”

„Dwór Miecznikowéj stał w pięknéj dąbrowie,
Od wsi Wojskiego ledwo o pół mili...
Ksiądz Przeor znacznie wyprzedził nas rankiem,
I był już naszę bytność zapowiedział;
A więc dwór cały czekał nas pod gankiem,
I o nieszczęściu dom już cały wiedział.

„Gdyśmy nareszcie stanęli przed panią,
Nikt z nas przemówić nie śmiał ani słowa,
Ale i oczy złego posła ranią;
Nieboga swoje nieszęście odgadła,
I rzekła mężnie: — „Czuję to, żem wdowa!”
A śliczna córa jak kalina zbladła,
I u stóp matki bez duszy upadła.

„Zbiegł się fraucymer. — „Na ustęp Panowie!”
Rzekł nam Pan Wojski — i tylko z Przeorem
Zostali oba przy córce i wdowie;
I obiem ujrzał dopiéro wieczorem....

„Nazajutrz bliżsi zjechali sąsiedzi;
Przeor miał lektę w żałobnym ornacie.
Kirem odziana Pani po swéj stracie
Według zwyczaju z całym swoim dworem

O świcie jeszcze była u spowiedzi.
A po mszy świętéj z Wojskim i Przeorem
Złożyłem radę, jakby uroczysty
Kondukt odprawić, i akt ten ogłosić,
I województwo całe ściągnąć listy,
I na żałobny chléb wszystkich zaprosić.
Więc naprzód Przeor wysłał zaprosiny,
I do kolegiat i dalszych klasztorów;
Pan Wojski znowu w imieniu rodziny
Obesłał listy do zamków i dworów;
A ja nareszcie, ordynans Hetmana,
Jak mi był dany od mojego Pana,
Po województwie obwiozłem do koła,
Rzecz poczynając porządnie od czoła;
Więc od samego Pana Wojewody
Aż do ostatniéj szlacheckiéj zagrody.

„Nadszedł nareszcie dzień oczekiwany:
Każdy towarzysz miał po dwóch pocztowych,
Każdy wypoczął, był dobrze ubrany,
A wszystka szlachta na koniach harcowych,
Więc co się zowie było okazale;
Gdym poczt mój sprawił i stanął na czele,
Pan wojewoda wyruszył wspaniale
Także na koniu, bo w rycérskiém kole;
I towarzystwa grzecznego nie mało
Nawet z ziem dalszych na zaciąg zjechało.

„Wspaniały rydwan ruszył od klasztoru,
I śpiew się ozwał wdłuż wielkiego chóru,
Znać że do grobu wieziono rycérza;
Bo za rydwanem stąpał koń Miecznika,
Chorągwie szwedzkie na krzyż u puklerza,
A obok trumny zbroja nieboszczyka.....

„Stu księży mszalnych, dwanaście klasztorów,
I ksiądz Sufragan eksportował ciało;
A za konduktem, z okolicznych dworów
Tak wiele kolas i bryczek jechało,
Że czoło blizko już wdowiego dworu,
A koniec ledwo wyruszył z klasztoru.

„Przed wioską tedy zatrzymałem czoło,
I cały kondukt ściągnął się na błoniu;
Do koła trumny zatoczono koło,
I tylko poczt mój pozostał na koniu.

„Przed dworem na krzyż schodziły się drogi,
I kondukt stanął przed bramą niebogi,
Co z dworu wyszła na smutne spotkanie
Powitać zwłoki męża na rydwanie.

„Obok niéj córa po nad matką zgięta,
Niby to lilija albo jaka święta —
Obie w zakonnym stroju otulone,
I smutnym dworem w koło otoczone.

„Koń mi się ciskał jak odyniec ranny,
A tu przemówić z konia wypadało;
A więc westchnąłem do Najświętszéj Panny:
„Ratuj mnie Pani!” i tak téż się stało,
Bo mi włożyła w usta wdzięczne słowo,
A koń stał wryty, gdym stanął przed wdową.

„Jam nie orator! — łzą mi zaszło oko —
Ale w prostocie człowiek Boga chwali!
A kiedy sięgnie do duszy głęboko,
I nad niedolą ludzką się użali,
To z serca płyną słowa nieuczone,
A z oczu bHźnich łzy nieutulone.

„O jam nie retor! lecz przy łasce Bożéj
Jam Sakramentów w sobie nie zatracił!
A jak człek rękę do serca przyłoży
I w krwi poczuje: z czém i z kim się bracił?
To na Hetmana dusza mu urasta,
I godzien nawet przemówić w kościele,
A w boju stanąć, na rycérstwa czele.
A w grobie legnąć, nawet obok Piasta.

„Com w ów czas mówił, powtórzyć nie umiem,
Bo w ów czas nawet nie znałem, com prawił
W afekcie duszy — ale tak rozumiem,
Żem rozkaz Pana mego dobrze sprawił!

„Wiem tylko tyle, żem począł od Boga,
I od ojczyzny, i od krwi poczciwéj,
Co jak orlica uderza na wroga,
Kiedy jéj gniazda dotknie gad zelżywy;
A gdym nareszcie złożył w ręce wdowy
I pierścień ślubny i sygnet herbowy —
I relikwiarzyk, co na piersi nosił,
Oddałem córce, jak sam o to prosił —
Gdym spojrzał na nią, a ona mnie w oczy,
A tu się perła po jagodach toczy,
I jakaś światłość od jéj obliczności
Padła mi w duszę — to już od żałości
Nie mogłem więcéj wymówić i słowa,
I tak się na tém skończyła ta mowa.
Przez trzy dni całe trwał akt pogrzebowy,
Msze się prawiły, eksorty i mowy, —
A dnia piérwszego eksportacya była,
A dnia drugiego wzniosła się mogiła,
A dnia trzeciego eksekwie prawiono,
I przed północą stypę zakończono;

I jaki taki, kiedy łzę osuszył,
Pożegnał wdowę, i odjechał w ciszy.
A gdy do domu Wojewoda ruszył,
I jam odpuścił moich towarzyszy,
Bo téż już było po szwedzkiéj potrzebie,
Więc rad téż każdy powracał do siebie.
Sam zaś zostałem i z wielką ochotą,
Bo matka z córą prosiły mnie o to.
A gdy już miesiąc był prawie upłynął,
I żal co większy już nieco przeminął,
Poczęto pytać o wszystkie wypadki
Szwedzkiéj potrzeby — i chwile ostatnie
Pana Miecznika — a choć człek był gładki,
Nie raz się splątał jakby popadł w matnie.
Gdy przyszło mówić o takiéj boleści,
I wytrwać mężnie wobec łzy niewieściéj,
Bo choć się obie łez jak grzéchu strzegły,
Choć Panna Anna znów do krosien siadła,
A sprawy domu zwykłym trybem biegły,
To często jeszcze łza na wzory padła.
I dosłyszałem nie raz stojąc z boku,
Jak do poufnéj rzekła ze łzą w oku:
„Czy to już późno? czy się dziś tak mroczy,
Że mi już nie chcą statkować i oczy,
Że i jedwabiów rozeznać nie mogę?”

„A ta to niby wyręcza niebogę;
I kiedy do jéj pracy się przysiada,
To łzę ustyma z oczu jéj wykrada.”




O biada sercu! i téj głowie biada!
Bo Panna Anna była mi tak droga,

Że się tak kochać godzi tylko Boga!
I możem w życiu za to pokutował,
Żem taką miłość dla niewiasty chował,
Jaką człek wierny tylko niebu mierzy,
Jaka po Bogu ojczyźnie należy...

„Sześć niedziel zbiegło mi na wdowim chlebie,
Jak gdyby jedna godzina gdzieś w niebie,
I kiedy przyszło w końcu do rozstania,
Anna nieśmiało przy matce się skłania,
I tak mi rzecze już na samym progu:
„Kiedy się, kiedy podobało Bogu,
Że kądziel tylko zostawił w tym domu,
To szabli ojca nie ma nosić komu,
A że jéj smutno będzie w tym spoczynku,
Więc przyjm ją Waszmość proszę w upominku.”
To téż przyjąłem szablę ze łzą w oku,
I odtąd wiernie noszę ją przy boku...

„Tak samo świécił miesiąc, gdym wyjechał,
I znowum nigdzie nie spoczął w téj drodze...
Pogoda była, i świat się uśmiechał,
Lecz myśli moje tylko przy niebodze.

„Gdym znowu stanął na dworze hetmana,
Rzecze mi hetman raz pewnego rana:
„Coś Waść posmutniał mi na wdowim dworze,
Czy Miecznikówna tak do serca wpadła?
To Szwed cię nie zjadł, a podwika zjadła?
No — ja pomogę, jeśli Bóg pomoże?”
I rok sześć niedziel milczeliśmy oba;
Aż się w Malinkach skończyła żałoba.
W ów czas dopiéro hetman mi powiada:

„Mój poruczniku! jeżeliś nie zmienił
Dotąd twéj myśli, to jechać wypada
Nam do Malinek, i będę cię żenił!
Ojca zastąpię, co już leży w grobie,
Pannie i Waści — i pobłogosławię!
(A Koszowacki klucz wypuszczam tobie,
I przenosiny sam Waszmości sprawię.)”

„Wiernym ty drużbą byłeś mi wśród boju,
To ja Starostą chcę ci być w pokoju;
A ufam w sercu, że się nie rozłączy
Ta przyjaźń nasza, chyba ją Pan skończy.”

„Do nóg mu padłem nie rzekłszy ni słowa,
A on mnie podjął i ścisnął mi głowę,
I rzekł łaskawie: „Wesela połowę
Mamy już tedy! — pisz Wasze do domu,
Bo gdzie się córa we dworze uchowa,
Tam jéj nie dadzą bez prośby nikomu.
Znam, że się prośba Miecznikowéj nada,
Lecz list od matki Waści mieć wypada
Do Miecznikowéj. — Pan Wojski Proszczycki
Wszak bliski sąsiad Starościny Lidzkiéj;
Więc niech tam z listem czeka nas posłaniec,
A na ostatki — da Bóg — pójdziem w taniec!”

„Prawda, żem wierny był Panu w potrzebie,
I służyć miałem do śmierci ochotę...
Lecz cóż za dusza, co za serce złote,
Że mi los taki obmyślił u siebie!

„Od rezydencyi zwyczajnéj hetmana
Cztery dni drogi było do Malinek,”[1]

We wsi Wojskiego stanęliśmy z rana —
Ale nim jeszcze poszedł na spoczynek,
Oświadczył Hetman rzecz krótkiemi słowy,
A Wojski przyjął zamysły łaskawie,
I jako bliski pani Miecznikowéj,
Przyrzekł nam pomoc życzliwą w téj sprawie.

„Nazajutrz przebiegł do Malinek rankiem,
I przed śniadaniem jeszcze do nas wrócił,
Lecz znać słów parę o zamiarach rzucił,
Bo tylko Pani witała pod gankiem,
Gdyśmy poszóstno w dziedziniec wjechali.
Najprzód słów parę o Mieczniku padło,
I westchnień parę z piersi się wykradło,
A kiedy Pani chciała prosić daléj,
Rzecze pan hetman:

„Kawaler stateczny,
Ozdoba naszéj chorągwi walecznéj,
Porucznik Mohort — prawa ręka w boju,
A domu mego przyjaciel w pokoju,
Prosi by wolno było wejść w te progi.”
A Pani na to — „Od dawna nam drogi!
Witam i proszę!” i skłoniła grzecznie,
A Panu rękę podała statecznie....

„Przez trzy dni trwała gościna wesoła,
Lecz hetman koni nie kazał wykładać,
Chcąc się z zamiarów jawnie wyspowiadać;
Ztąd pannęm tylko widywał u stoła.
Aż dnia czwartego rzekł mi hetman z rana:
„Trzy dni tu gościm bez szaréj poléwki,
A więc się skłonić wypada w kolana,
A jak rozumiem nie odmówią dziéwki;

Sygnet przezemnie daje hetmanowa,
Bo lepszą pamięć miała białogłowa
O tém, co tutaj będzie nam potrzebne.
Jeźli Bóg zdarzy zabiegi swadziebne,
A mnie się uda sprawę z matką ubić,
To córę zaraz najlepiéj poślubić.

„Najdzielniéj bije serce pod pancerzem:
Więc wezwij naprzód w pomoc Pana Boga,
I opnij pancerz, jakbyś szedł na wroga,
Niech i ja czuję, że swatam rycérza.

„Jeźli Wojskiego przyszlę do Waszeci,
Dobry znak będzie — jeźli krzyknę z sali:
W konia! to siadaj i pojeżdzaj daléj,
Bo znać nie dla nas szczęście tutaj świéci.”

„Nigdy mi serce nie biło tak w boju,
Jak w owéj sali na serdecznéj straży;
A koń przed gankiem rwał się w niepokoju,
Jakby przeczuwał, że mój los się waży.

„Wtém wpadł pan Wojski i krzyknął „wygrana!”
Pani siedziała w krześle upłakana,
Obok stał hetman ku niéj nachylony,
Kiedy pan Wojski uchylił opony,
I kiedym zwolna wstąpił na próg sali.

„Do nóg, jak matce!” rzekł mi hetman głośno...
I padłem do nóg przejęty do żywa,
A w sercu było mi coś tak żałośno,
Jak pod pancerzem nigdy tam nie bywa.

„I hetman podał list méj rodzicielki,
I list przejrzała z płaczem Miecznikowa,

I rzekła Panu: „Widzę, że Bóg wielki,
Co w pieczy swojéj i siéroty chowa,
Czuwać nad domem wdowy nie przestaje,
Gdy opiekunów takich Annie daje;
To niech się dzieje wola Jego święta,
Niech Anna przyjdzie.”

„Weszła Anna w bieli,
Jako na ziemię zstępują Anieli,
Jakoby z nieba prosto była wzięta....
A matka rzekła:

„Anno! ojciec w grobie,
Pan Hetman, Anno! chce być ojcem tobie,
I o twym losie wraz ze mną stanowi,
I oddasz rękę Panu Mohortowi.”

„Zadrżała Anna, i jak lilija zbladła,
I do nóg matki na kobiercu padła.

„Potém Pan Wojski pannie błogosławił,
A potém Hetman, — i stała rumiana —
A Hetman rzecze: „Gdy tak Pan Bóg sprawił,
To nim po wieniec schylimy kolana,
I łaskę domu zdołamy zawdzięczyć,
Niech wolno będzie nam pannę zaręczyć.”

„Anno! daj pierścień na wieczyste śluby,”
Rzekła jéj matka, — a twarz mojéj lubéj
Jakieś niebieskie okrasiły wdzięki,
I po raz piérwszy dotknąłem jéj ręki,
A kiedym pierścień na rękę jéj wkładał,
To biło serce, że aż pancerz gadał.

„Wieczorem wiele zjechało się gości...
Pan Hetman dodał uczcie wspaniałości,
I akt ogłosił w okazałéj mowie,
I w koléj puścił méj bogdanki zdrowie;
A potém póty nie odstąpił matki,
Aż wyznaczyła dzień ślubu w ostatki.

Z Malinek jadę objąć Koszowatę,
I zrozumiałem, co za kawał chleba
Dał mi Pan Hetman — wszystko tam bogate,
Więcéj wszystkiego było niż potrzeba:
Zasobno, chlebno, i miodno i mléczno,
Mączka i łączka i ryby i grzyby,
We dworze czysto, w dziedzińcu słoneczno,
W koło poczciwych sąsiadów siedziby,
I niedaleko do kościoła było...
A przecież wszystko razem nie cieszyło;
Czy to, że byłem sam jeden w tym dworze,
Czy, że tak nagle spadły dary Boże,
Że człeku trudno było w to uwierzyć,
By się udało taki los zadzierżyć?
Dość, że tak było.

„Jadę więc do matki,
Bo się już zbliżał wreszcie czas wesela,
Po drodze wziąwszy z sobą przyjaciela,
By miéć już drużbę z sobą na ostatki;
W domu nie byłem od dawnego czasu,
Bo raz ostatni przed szwedzką potrzebą,
Więc gdy dwór matki zaświécił od lasu,
To mi się zdało, żem zobaczył niebo!

„Nieba téż rada była mi przychylić,
Wszystkiém obdarzyć i wszystkiém zasilić;

Lecz gdym niejaki czas w domu przesiedział,
Wszystko jak było, matce opowiedział,
Rzekła mi matka:
„Serce mi się lęka,
I niech tém wszystkiém Pańska rządzi ręka,
By się weselem skończyło wesele...
Tyś dał relikwiarz — ona karabelę.”

„I jedna wiara” mówi Paweł święty!
Rzekłem w ufności, chcąc ją uspokoić;
Ale złéj wróżby przeczuciem dotknięty,
Własnego serca nie mogłem ukoić...
Błogosławieństwo wziąwszy więc od matki,
I dla synowéj przyszłéj upominek,
Wraz z przyjaciołmi ruszyłem w ostatki
Do méj niebogi i owych Malinek.
Mróz pofolgował, jak w ostatki bywa,
Puszczać poczęło i kruszały lody,
Wiatr powiał ciepły i spadła ulewa,
I krę na Niemnie ruszyły już wody.

„W miejscu przeprawy wielkie kry się sparły,
I lód stał jeszcze — lecz ani po lodzie
Nam się przeprawić, ani téż po wodzie,
Bo strach, by kryhy łodzi nie zatarły;
Pół dnia czekałem, czy nie zniesie lodu...
Wreszcie przeszedłem po nim raz i drugi,
A że to człowiek gorący za młodu
Choć i na lodzie — krzyknąłem na sługi:
„Nie ma złéj drogi do mojéj niebogi!
Puszczaj, przejedziem!”

„Lecz gdyśmy zjechali,
I już drugiego brzegu dobijali,

Lód tak ogromnie jak z armaty strzelił,
I krą od brzegu z nami się oddzielił;
I kry naparły a my z wodą płyniem,
I bez ratunku oczywiście giniem.

„Dobyłem szabli i odciąłem konie,
I napędziłem, i skoczyły z lodu
Po krach do brzegu. Wołam! stojąc z przodu,
A kra się łamie i człowiek mi tonie.
W spód poszły sanie — pod lód poszła służba,
I wszystkie rzeczy, i koni siedmioro...
Po krach skaczemy, ja wprzód, za mną drużba,
Aż nas nareszcie kry już z sobą biorą,
I światem niosą całym pędem rzéki,
I woda zda się co raz bardziej rosła,
A wieczór siadła na kępie dalekiéj.
Straszna noc była! — pośród kry i fali
Całąśmy dobę na kępie przestali;
Aż się nareszcie jakiś rybak zjawił,
I do poblizkiéj wioski nas przeprawił.

„Umiejąc pływać — to mogłem przepłynąć!
Ale mój drużba tak się napił wody,
I skostniał wszystek, że przyszłoby zginąć,
Gdybym go rzucił śród takiéj przygody;
Nadto trzos ciężki, ba i szablę miałem,
I już obojga uronić nie chciałem.

„O losie naszym była już wieść w biegu,
Bo już i nasze konie pochwytano,
I po zaściankach sobie powiadano,
Że mnie wraz z drużbą zniosła kra od brzegu;
Więc nas téż ludzie nad wodą szukali,
I jak z tamtego świata nas witali.

Poczciwa szlachta siedziała w zaścianku,
Kiedy nas rybak wynalazł o ranku,
Przybyli na brzeg z posiłkiem skwapliwie,
I jako braci podjęli życzliwie.

„Drużba już nie mógł słowa wypowiedziéć,
Choć był człek mężny, i miał serce z rodu;
A gdy się napił z korzeniami miodu,
Dreszcz go rzuciła, ale począł bredzić;
Nie dobrze, myślę, coś się nam nie wiedzie!
A on w gorączce: „Co to z tego będzie?
A gdzie mój ręcznik? to nie dobra wróżba,
A gdzież jest wieniec? o biédny ja drużba!”
A w nocy wołał: „Panie bracie, konie!
Pędźmy co wyskok — panna młoda tonie!”

„O świcie przybył braciszek z klasztora,
I krew mu puścił, lecz było zapóźno,
Jak obłąkany patrzył w koło groźno,
I na mym ręku skonał do wieczora.

„I wszyscy ze wsi za pogrzebem wyszli,
I słowa matki stanęły mi w myśli,
I jakiś zawrot głowy opanował:
On mnie miał drużbić — a jam go pochował!

„Kiedy się wiedzie, bywa tego troje...
Szlachcic do wózka zaprzągł konie moje,
I do Malinek pojeżdżamy oba;
Tutaj dopiéro czas rozważyć miałem,
Że od wypadku piąta przeszła doba,
Że ludzie z końmi i taborem całym,
dzień podróżny za nami ciągnęli,
 ostrzeżeni przecież ocaleli.

Lecz co się z nimi stać już mogło daléj:
Czy powrócili słysząc o przygodzie?
Czy na przewozie czekają przy wodzie?
Czy do Malinek może dojechali?
Nie mogłem zgadnąć — i tém większa trwoga
Zbiérała serce, czém bliżéj już było,
I zaklinałem: Jedź! przez rany Boga —
Bo mi coś serce nie dobrze wróżyło.

„W tém odgłos dzwonów odezwał się głucho,
I śpiew żałobny uderzył me ucho;
Wpadam na groble — a tu tłum narodu,
Chorągwi, światła i czarny krzyż z przodu —
Straszliwa chmura kruków i gawronów
Zaćmiła niebo, zgłuszyła śpiew chóru,
I nawet odgłos tych żałobnych dzwonów...
A tutaj trumnę wynoszą ze dworu:
W oczach i w duszy zrobiło się ciemno!
Co to? kto umarł? Co to? Wielki Boże!
A z grobli wszystko pierzchnęło przedemną:
„Upiór! topielec! ratuj się kto może!”
I pierzchli w strony, a przedemną przodem
Leciało ptastwo czarnym korowodem.
„Upiór! topielec!” jeden głos do koła,
A czarne ptastwo straszną chmurą kraczy;
Więc pędzę groblą, co koń wyrwać zdoła,
I zrozumiałem, co to wszystko znaczy,
I bies mnie w kleszcze pochwycił rozpaczy.

„Śpiewy ucichły koło bramy staréj,
I wszystko pierzchło, i stanęły mary —
Skoczyłem z wozu, i oko nie wierzy —
Trumna otwarta — w trumnie Anna leży....

I takie były me weselne gody,
Bo mnie witała w stroju panny młodéj,
I jako lilija taka była strojna,
A jako anioł uśpiony spokojna.

„Jakże się udał sen mojéj panience!
Porwałem trumnę jak dziécię na ręce,
Porwałem trumnę i lecę i niosę,
A wiatr mi do ust przygarniał jéj kosę,
I białe wstęgi u wieńca furkocą...
I mnie coś niosło jakąś dziwną mocą.

„Nie wiem, gdzie biegłem, i dokąd ją niosłem,
Ale nad dachy i dęby urosłem,
I jakaś siła od ziemi mnie niosła,
I trumna w rękach ku niebu mi rosła,
I nagle wpadłem w jakąś bezdeń ciemną,
I daléj nie wiem , co się działo ze mną....




„Po wielkiéj burzy noc nastała głucha:
Lecz czym w letargu długą noc przeleżał?
Czy to w rozpaczy rozum mnie odbieżał?
Czylim się dostał pod moc złego ducha?
Tego sam dzisiaj powiedziéć nie umiem.

„Czasem świtało na chwilę w rozumie,
I nibym wiedział, że mi głowa chora,
I poznawałem Wojskiego, Przeora,
Słyszałem modły — brałem jakieś leki —
Lecz skoro tylko skleja się powieki,
Już znowu szatan płatał swoje sztuki,
I w koło głowy krążyły gawrony,

I w uszach biły ciągle tylko dzwony,
I przed oczyma snuły mi się kruki.

„Jak długom leżał bez myśli, bez woli
Nie mogę wiedziéć — ale bez ustanku
Czułem w tym stanie, że coś bardzo boli.
Kiedym się ocknął nareszcie o ranku,
Patrzę — a w celi nie było nikogo —
Robię znak krzyża — a ręka mnie słucha,
Probuję powstać — staję jedną nogą,
Ba daléj drugą, i nabrałem ducha —
I wdziałem szaty, a gdym karabelę
Zdjąwszy z nad łoża przypasał do boku,
Zdrów się uczułem na duszy i ciele.
Wschodzące słońce gorzało w obłoku,
I coś mnie dziwnie nęciło w świat Boży;
Wychodzę — mijam krużganek niezgorzéj,
Schodzę ze schodów i ledwo sam wierzę,
Zkąd taka siła i oddech się bierze.
W dziedzińcu jakaś owiała mnie wonia,
Jak z łąk skoszonych — patrzę, a to lato,
I posłyszałem w stajni rżenie konia;
Wchodzę do stajni — a tutaj jak na to,
Koń kulbaczony rwie się koło żłobu.
Patrzę — mój własny — o czas dla nas obu
W skrytości serca pomyślałem sobie,
I siadłem na koń powoli po żłobie;
Parsknął z radości — nie było nikogo,
A więc z dziedzińca puściłem się drogą,
I ciąglem jechał w świat ku jednéj stronie,
Aż zajechałem tu na dzikie pola;
I taka była znać już Boża wola:
Bo odtąd żyję już tylko w zakonie......




„W trzy lat dopiéro po mojém przybyciu
Tutaj na kresy — kiedy nawet gadka
O mnie ucichła, znalazła ślad matka,
Któréj już więcéj nie widziałem w życiu;
I wyprawiła, chociaż z tak daleka,
W te kraje za mną wiernego człowieka
Z trochą substancyi, z końmi, papiérami,
I z listem, w którym żegnała mnie łzami!
I na téj drodze, na domiar boleści,
Także z Malinek odebrałem wieści.

„Kiedym się w ów czas załamał na lodzie,
Przybył mój tabor w dzień po nas do Niemna,
A jeden z ludzi choć noc była ciemna,
Nie wiele myśląc, nie długo zabawił,
I jak z czém dobrém na gwałt się przeprawił,
I do Malinek doniósł o przygodzie.

„Gdy wpadł w dziedziniec, był to właśnie ranek,
A piérwsza Anna wybiegła na ganek:
„A gdzież Pan został?” ze trwogą go bada,
A ów nieszczęsny pachołek powiada:
„Pan nasz utonął!”

„I więcéj nie trzeba
Było dla Anny — bo po takiej wieści
Wpadła w malignę — i wziął Bóg do nieba
Anioła swego po krótkiéj boleści;
A mnie się twardy żywot tu zaznaczył,
Lecz krzyż poniosłem, bo nim Pan uraczył.”




Tu umilkł starzec, i dobył różaniec...
Jutrzenka zeszła — i sam ziemi kraniec
Już się nawodził piérwszym brzaskiem zorzy..
Spojrzałem w koło — ha, piękny świat Boży!
Więc i jam westchnął w téj chwili porannéj,
Patrząc w Jutrzenkę do Najświętszéj Panny!




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku — zbędny cudzysłów zamykający.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Pol.