Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lód tak ogromnie jak z armaty strzelił,
I krą od brzegu z nami się oddzielił;
I kry naparły a my z wodą płyniem,
I bez ratunku oczywiście giniem.

„Dobyłem szabli i odciąłem konie,
I napędziłem, i skoczyły z lodu
Po krach do brzegu. Wołam! stojąc z przodu,
A kra się łamie i człowiek mi tonie.
W spód poszły sanie — pod lód poszła służba,
I wszystkie rzeczy, i koni siedmioro...
Po krach skaczemy, ja wprzód, za mną drużba,
Aż nas nareszcie kry już z sobą biorą,
I światem niosą całym pędem rzéki,
I woda zda się co raz bardziej rosła,
A wieczór siadła na kępie dalekiéj.
Straszna noc była! — pośród kry i fali
Całąśmy dobę na kępie przestali;
Aż się nareszcie jakiś rybak zjawił,
I do poblizkiéj wioski nas przeprawił.

„Umiejąc pływać — to mogłem przepłynąć!
Ale mój drużba tak się napił wody,
I skostniał wszystek, że przyszłoby zginąć,
Gdybym go rzucił śród takiéj przygody;
Nadto trzos ciężki, ba i szablę miałem,
I już obojga uronić nie chciałem.

„O losie naszym była już wieść w biegu,
Bo już i nasze konie pochwytano,
I po zaściankach sobie powiadano,
Że mnie wraz z drużbą zniosła kra od brzegu;
Więc nas téż ludzie nad wodą szukali,
I jak z tamtego świata nas witali.