Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz gdym niejaki czas w domu przesiedział,
Wszystko jak było, matce opowiedział,
Rzekła mi matka:
„Serce mi się lęka,
I niech tém wszystkiém Pańska rządzi ręka,
By się weselem skończyło wesele...
Tyś dał relikwiarz — ona karabelę.”

„I jedna wiara” mówi Paweł święty!
Rzekłem w ufności, chcąc ją uspokoić;
Ale złéj wróżby przeczuciem dotknięty,
Własnego serca nie mogłem ukoić...
Błogosławieństwo wziąwszy więc od matki,
I dla synowéj przyszłéj upominek,
Wraz z przyjaciołmi ruszyłem w ostatki
Do méj niebogi i owych Malinek.
Mróz pofolgował, jak w ostatki bywa,
Puszczać poczęło i kruszały lody,
Wiatr powiał ciepły i spadła ulewa,
I krę na Niemnie ruszyły już wody.

„W miejscu przeprawy wielkie kry się sparły,
I lód stał jeszcze — lecz ani po lodzie
Nam się przeprawić, ani téż po wodzie,
Bo strach, by kryhy łodzi nie zatarły;
Pół dnia czekałem, czy nie zniesie lodu...
Wreszcie przeszedłem po nim raz i drugi,
A że to człowiek gorący za młodu
Choć i na lodzie — krzyknąłem na sługi:
„Nie ma złéj drogi do mojéj niebogi!
Puszczaj, przejedziem!”

„Lecz gdyśmy zjechali,
I już drugiego brzegu dobijali,