Przejdź do zawartości

Mohort (Pol, 1875)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Pol
Tytuł Mohort
Podtytuł Rapsod rycerski z podania
Pochodzenie Dzieła Wincentego Pola wierszem i prozą; t.3 serya pierwsza: poezye (Poezye Wincentego Pola. Pierwsze wydanie zupełne. Tom II)
Wydawca F.H. Richter
Data wyd. 1875
Druk W. Maniecki
Miejsce wyd. Lwów
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron




  1. ↑
    OBJAŚNIENIA[b].

     Tradycye w tym rapsodzie podane są tak odległe, tak nie mające żadnéj analogii z dzisiejszém naszém życiem i stosunkami, w jakie wzięci jesteśmy, iż interes czytelnika może być tu czystohistorycznéj tylko lub artystycznéj natury.
     Autorowi chodziło w tym rapsodzie o wskrzeszenie jednéj tylko postaci, o skreślenie jednego tylko charakteru — i to jest stanowisko, w którémby rad ujrzał czytelnika swego.
     „Oryginały nie są rzeczą powszednią: nie rosną ani jak trawa po wygonach, ani na bruku miejskim“ powiedział ktoś bardzo prawdziwie. Do ukształcenia oryginalnych charakterów potrzeba wielkich instytucyi i potrzeba nadewszystko tego, aby się całe życie składało na wyrobienie ich oryginalności i niepowszedniéj fizyognomii.
     Odkąd pióro historyczne przeszło u nas w ręce ludzi, nie mających politycznego stanowiska, nie kréśli się historya żywémi wielkiémi rysami, bo zginęła nić wielkich historycznych tradycyi, a księga dziejów ojczystych stała się lamusem analitycznych rozbiorów i uczonych drobiazgów, zwróconych obliczem ku szkole albo ku widokom stronnictwa, z którego wychodzą pisarze.
     Z upadkiem narodowych tradycyi zabrakło dla historyka wątku, dla narodu właściwego stróża historycznéj puścizny, i księga dziejów staje się księgą bez znaczenia dla serc, dla rozumów, dla dążności nie objętych szkołą lub stronnictwem.
     Czy to dobrze? nie wiem; ale to wiem, że artysta, że poeta i wszelki człowiek szukający w dziejach zasiłku dla siebie, szukać go musi albo w historykach odleglejszego czasu, albo w żywych tradycyach aż dotąd krążących w narodzie (co podobno na jedno wychodzi), jeżeli się chce utwierdzić w zacnych przekonaniach swoich, jeżeli chce zaczerpnąć ze zdroju życia i żywym dać żywe, albo w sobie ożywić, co życie dać może. Za naszych tedy czasów tyle ma każdy historycznych wiadomości, ile sam przez siebie i zapomocą środków mu służących zdobyć zdoła.
     Dla anatomów i patologów historycznych wartoby w naszych czasach filantropii osobny urządzić szpital i naukowo-polityczną i polemiczną klinikę: w tym kierunku nie ma ani prawdy, ani życia. Na szczęście żyje i czerpie nasza poetyczna literatura jeszcze z innego źródła, ze sfery tradycyi, które starsze od książek przetrwają książki przy pomocy Bożéj i przy miłości kochającego serca.
     Z téj to sfery wzięta jest postać Mohorta. Winien ją jestem P. Ksaweremu Krasickiemu z Bachorca, byłemu Majorowi Kawaleryi narodowéj, przyjacielowi i dobrodziejowi memu, z którym razem kilka lat najszczęśliwszych życia przeżyłem; winien ją jestem p. Kazimiérzowi Ostaszewskiemu z Zarszyna, b. Rotmistrzowi Kawaleryi narodowéj, który pod Mohortem na krésach ukraińskich długo służył i już r. 1794 dwadzieścia i pięć lat wojskowéj służby sobie liczył; winien jestem w końcu niektóre tradycye o Mohorcie p. Antoniemu Dembińskiemu z Nienadowéj, który w czasie bitwy na Boryszkowskiéj grobli 1792. r. batalionem strzelców pieszych dowodził, i Księciu Eustachemu Sanguszce, który w czasie ostatniéj już swojéj bytności w Gumniskach o Mohorcie mi mówił.
     Tradycye te zebrałem i podaję je w téj formie, w jakiéj na mnie przeszły, bo to wydało mi się najwłaściwszą rzeczą, jakkolwiek ten rodzaj odstępuje od wszelkich aż po te czasy sformułowanych rodzajów poezyi.
     Mohort jest jedną z takich istot, który przeżywszy kilka pokoleń, był niejako nicią narodowych tradycyi i żywym pomnikiem przeszłości; tak przynajmniéj pojąłem go z podania starszych i w tym duchu usiłowałem skréślić postać jego.
     Zaledwo uwierzyć można było temu, co o nim starsi mówili: Za szwedzkiéj ostatniej wojny r. 1709 był już Namiestnikiem, a w bitwie na Boryszkowskiej grobli roku 1792, poległ licząc wtedy 80 lat służby wojskowéj: bywszy za panowania Stanisława Augusta najstarszym w całym korpusie oficerów i chorągwi stojących na ukraińskich kresach.
     Życie w chorągwi miało oddzielną cechę; na tém pograniczu stepowéj Ukrainy wyrabiały się odrębne charaktery, i wiernie starałem się z tradycyi pochwycić te odrębne rysy i tony, które w historycznym żywocie starożytnéj Polski jeden strojny składają akord, dopełniając obyczajowo-publiczne i prywatne życie narodu.




  1. ↑
    OBJAŚNIENIA
    DO
    TRZECIEGO WYDANIA.

     Nie tak jeszcze wiele czasu upłynęło od piérwszego wydania — Mohorta, a widzę się w położeniu dodania nowych objaśnień bo od czasu wyjścia téj mojéj pracy okazało się w pismach publicznych wiele wzmianek o nim, a mnie obesłano wielu listami wierszem i prozą od znajomych i nieznajomych, na które się odpowiedziéć godzi.
     Oddając jakąkolwiek pracę na własność publiczności, pojmuję to, iż sąd do niéj należy; ale że to w naszych czasiech wmówiono w nas, że pisma czasowe są wyrazem opinii publicznéj, więc ze schyloną głową i z sercem uniżoném przyjmujemy wszystkie nagany i pochwały Mohorta, i nie będę się ani tłómaczył ani dziękował recenzentom i krytykom moim. Doszło mnie o nim zdanie starszych w służbie i literaturze, jak P. Adama, P. Seweryna i P. Aleksandra, na tém przestaję co do samego tekstu — co zaś do objaśnień, dziwna rzecz, że właśnie te, które nie miały mieć żadnego innego znaczenia nad wyświécenie niektórych miejsc samego tekstu, obudziły najwięcéj kwestyi i niechęci dla mnie — że te właśnie wywołały polemikę i spowodowały mnie do dania nowych objaśnień do Mohorta.
     To co wytrawni ludzie głęboko czują i podzielili — co trafiło w ich myśli pod względem znaczenia historyi i tradycyi — o czém tylko z lekka natrąciłem, obraziło najwięcéj adeptów literackich, znających się może na wszystkiém, tylko nie na tém, około czego chodzą. — Przywykły wszakże od lat dwudziestu pięciu widziéć słuchaczy moich po za kołem pism czasowych — nie w kawiarni, ale we dworze szlacheckim — odzywam się do nich i dzisiaj z tém samém uczuciem, z jakiém im przed dwudziestu pięciu laty piérwsze moje płody złożyłem, — z tém zaufaniem i z tą miłością serdeczną niechaj mi wolno będzie i dziś się do nich uciec, i odpowiedzieć temi objaśnieniami na wiele listów i odezw, któremi mnie moi czytelnicy po wyjściu Mohorta obesłać raczyli.
     O znaczeniu, wartości i mocy tradycyi nie będziemy chodzić w zapasy z tymi, którzy jéj nie znają i ocenić niezdolni — którzy jéj nie wzięli i wziąć nie mogli puścizną — którzy jéj nadewszystko niechętni w nicości swojéj z widoków osobistych. My mówimy do tych, którym to potrzebne, dając poparcie tym, od których szukamy poparcia w obliczu rzeczy Boskich i ludzkich — kościoła, dziejów i literatury.
     Mohort z natury swojéj wyszedł ze sfery książkowéj — bo cały wzięty ze sfery tradycyi; ztąd też nastąpiło w skutek jego wyjścia większe zetknięcie z tymi, co na tradycyi oparci w rzeczywistym świecie żyją. Nie wiedziałem o tém, gdym go pisał; ale uczułem to, gdy się rozszedł po świecie. Nasza literatura dzisiejsza w pismach czasowych skupiona ignoruje w złéj czy w dobrej wierze wszystkie rzeczywiste stosunki Narodu; pragnąłbym, żeby nam i sobie odpowiedzieć chciała na te dwie kwestye:

    Dla kogo to wszystko pisze?
    Co po niéj zostanie?

     A sądzę, że jeżeli pisma czasowe nasze z małymi bardzo wyjątkami na te dwie kwestye sumiennie sobie i nam odpowiedziéć zechcą, znajdzie ogół czytelników w pismach czasowych większy wymiar sprawiedliwości dla siebie — większe uznanie rzeczywistego położenia swego. Nasze izolowane stanowisko jeżeli potrąciło pewne żywotne kwestye dla historyi i literatury, stało się to bez żadnego zarozumienia — i czy to łaskawie, czy nie łaskawie będzie przyjęte, na tém mi mało zależy. — Nawykły dawać to, na co mnie stać, a przemawiać do starych przyjaciół otwarcie i jasno, uczyniłem to wówczas i czynię to dziś mimo narowów naszego czasu, który nic nie zostawia potomności, ale i przeszłość swoim łokciem mierzy i wszystkie zjawiska swojego wieku ostatecznie sądzi, bez względu na to, że ktoś tam był i przed nami i ktoś jeszcze i po nas będzie:
     „W światowych dziejach mieszka Sędzia Świata“, powiedział Szyller — a Wiktor Hugo dowodzi „że inny jeszcze sąd historyi, a inny Boga!“
     Otóż dla modernistów i elektyków zostaje wybór, za kim pójść zechcą — za Szyllerem czy za Hugonem — mnie się zdaje, że w téj całéj sprawie nie chodzi żywnie nikomu ani o sądy dziejów, ani o sądy Boga — ani o sądy literatury w końcu. Więc odpowiadając na te różne kwestye, które Mohort wywołał po za kołem gazeciarstwa, przyznamy się czytelnikom naszym, iż znajdujemy się w niemałym kłopocie; bo jak wspomniałem, Mohort leży po za sferą książkową w świecie rzeczywistym, który żąda tradycyi żywéj i opisów żywota niedawno zeszłych a znanych w narodzie mężów.
     I tak pisze mi ktoś: — „Czy można było o P. Ksawerym Krasickim, o księciu Eustachym Lubartowiczu, o P. Kazimierzu Ostaszewskim, czy można było wydając książkę wspomnieć o nich zaledwo kilku słowy? a wszakci to my ich znali, kochali, czcili — za cóż nie było ich opisać szerzéj i podać rodakom ku czci?“
     Ktoś inny znów pisze:
     „Dobrze Wmm. Panu Dobrodziejowi przestać na cytacyi hajnałów; ale my mieszkamy na sto mil od Krakowa odlegli — nie znamy śpiewu hajnałów, nie wiemy, o jakich to pieśniach do Matki Boskiej mowa — jak to można było tę rzecz tak lekko traktować, nie dać nam ani nuty ani pieśni?“
     Ktoś inny znowu pisze:
     „Mieszkam na Ukrainie i przyznam się WWMMP. Dob. że znam pieśni, które tu szlachta i lud śpiéwa, ale nigdy nie słyszałem o pieśni, którą cytujesz i która w Mohorcie taką gra rolę.

    „Czas do domu czas
    Zabawili nas.“

     Więc póki mi WWMM. Pan Dob. nie nadeszlesz téj pieśni razem z nutą, będę miał tę całą rzecz za fikcyą poetyczną i rzecz wątpliwą.“
     Jeszcze ktoś inny pisze do mnie:
     „Wielmożny Mości Dobrodzieju! Od Homera aż do WM. Pana Dobr., niech to będzie bez urazy, mam wszelką poezyą za rzecz nie potrzebną, ale w Mohorcie zabiłeś mi WWMM. Pan Dob. wielkiego klina — bo poezya dla mnie rzecz obojętna, ale konie chowam i jak mi się przynajmniéj zdaje, że dobre konie — otóż proszę mi powiedziéć, zkąd WWM. Pan Dobr. wiész o tém, co piszesz o stadzie w Mohorcie, bo ja na seryo lubię brać rzeczy. Słyszałem, żeś WWM. Pan Dobr. Profesorem w Uniwersytecie Jagiellońskim i domyśliłem się, że musisz kurs hippiki wykładać — jeżeli tak jest, to proszę mi donieść o tém, a przyjadę do Krakowa.
     Na to odpowiedziałem:
     Wielmożny, Mości Dobrodzieju!
     Ja znajduję się w tem samém położeniu, w jakiém WWMM. Pan Dobr. byłeś, z tą tylko różnicą, że WWMM. Pan Dobr. byłeś zapewne za młodu w Uniwersytecie, zanim jeszcze chowałeś konie — ja dostałem się na starość do szkoły, jak już na koniu jeździć przestałem. Hippiki nie wykładałem tylko Jeografią; ale jeżeli WWMM. Pan Dobr. przybędziesz do Krakowa, miło mi będzie WWM. Pana Dobr. uścisnąć i pomówić z nim o koniach — a kiedy WWMM. Pan Dobr. taki przyrodzony wstręt czujesz do poezyi, upewniam solennie, że nawet o rumakach Homerowskich nie będzie między nami mowy.
     Otóż to taka sprawa.
     Więc sformułowawszy wszystkie żądania i kwestye do czterech objaśnień i odpowiedzi, dodaję je obecnie do nowego wydania Mohorta.


    Pisałem w Krakowie 25. stycznia 1857. r.
     w dzień Nawrócenia Ś. Pawła.
  2. ↑ Jeżelim o Księciu Eustachym, o P. Ksawerym Krasickim, o P. Kazimiérzu Ostaszewskim ozwał się w objaśnieniach do Mohorta, uczyniłem to tylko z największéj potrzeby — jedynie z tego powodu, aby Mohorta i całe to podanie nie miano za fikcyę. Wiem, co się obywatelom należącym do czoła Narodu należy; a w przekonaniu tém, że są pewne względy, które i dla siebie i dla rodzin zacnych zachować należy — w przekonaniu tém, że nawet o ojcach naszych nie czas jeszcze mówić z całą otwartością w obec większego koła słuchaczy, podałem tylko kilka szczegółów, które mi się wydały nieodbicie potrzebne. Wszakże gdy właśnie z téj strony był nacisk największy listów poufnych, gdy rozumiem, iż obowiązkiem moim jest, abym na nie wszem w obec odpowiedział, bo były nawet bezimienne listy; powiem tu tylko tyle, iż od bardzo wielu lat notuję wypadki, które mi się ważne być zdają, i tradycye z ust znakomitych ludzi wzięte, które po większéj części bez odgłosu ginęły i giną — przyrzekam w inném miejscu i w innym czasie, gdy już i o nas samych sąd bezstronniejszy orzec będzie można, zdać z tych wypadków i z tych tradycyi sprawę, i ze stosunków osób, z którymi się żyło lub się znało, którzy nam coś takiego podali, co daléj podać warto.
     Co do ludzi, na to czas jeszcze będzie. Świeżo zwiedzając grób ś. p. Ksawerego Krasickiego i Kazimierza Ostaszewskiego, bo w upłynioném lecie, zrozumiałem, że o obydwu zawcześnie jeszcze mówić. Więc proszę o folgę i o wzgląd dalszy dla siebie, kiedy się poczuwam do tego, że go dla innych zachować potrzeba.
     Jeżeli Bóg łaskaw, nie wyniesiem się cichaczem z tego świata i dopełnim, co na nas padło.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Pol.