Przejdź do zawartości

Mohort (Pol, 1875)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Pol
Tytuł Mohort
Podtytuł Rapsod rycerski z podania
Pochodzenie Dzieła Wincentego Pola wierszem i prozą; t.3 serya pierwsza: poezye (Poezye Wincentego Pola. Pierwsze wydanie zupełne. Tom II)
Wydawca F.H. Richter
Data wyd. 1875
Druk W. Maniecki
Miejsce wyd. Lwów
Indeks stron

III.
D



Długo toczyła Wisła swoje fale,
I Dniepr niósł długo porohom swe żale,
O i nie mało upłynęło wody
Od owéj chwili, kiędy książę młody
Żegnał Mohorta aż do czasów owych,
Gdy już komendę hufców narodowych
Objął nareszcie w Polskiéj Ukrainie...

 Gdy odebrawszy listy Madaliński,
Przybycie Księcia Józefa zwiastował,
Była ztąd radość w partyi ukraińskiéj,
Bo Mohort księcia wielce umiłował;
A choć się trapił Najjaśniejszym Panem,
I sejmem takim nad wszystko się smucił,
Co starą władzę Hetmanów ukrócił[1],
Rad byłby księcia powitał hetmanem,
Bo jego szczére znał dla kraju chęci,
I mile chował te czasy w pamięci,
Kiedy mu hetman młodzieńca poruczył,
Aby poczciwie służby go nauczył.


 Z przybyciem Księcia wojska narodowe
Na kresach życie rozpoczęły nowe:
Bo wiele pięknéj przybyło młodzieży[2],
Przybyło ducha, serca i dzielności,

Wszystkie chorągwie wzmocnił zaciąg świéży,
I co dzień nowych miewaliśmy gości;
Bo młody książę, jeździec zawołany,
Lubił i harce i rycérskie sprawy;
A więc z wojskową służbą na przemiany
Szły karuzele i wiejskie zabawy...
Często i Panie obóz odwiedzały,
A nawet bale i tańce bywały.

 Wszystko zaś było takie przyzwoite,
I wesołością taką ożywione,
Takie dostojne, takie wyśmienite,
Że nawet Mohort czoło namarszczone
Na chwilę czasem jeszcze rozweselił,
I z młodą wiarą zabawę podzielił.

 Kogoż nie zbiedzi, i kogoż nie znudzi
Na Ukrainie ta rozkal wiosenna?
Lecz co za roskosz, gdy się ziemia senna
Po długiéj nocy znowu ze snu budzi!
W ów czas się wiosna do razu już robi,
Bo to zaledwo że się śniég roztopił,
A tu wiatr ciepły, i dészczyk przekropił,
I już zielono — i ziemia się zdobi
W trawy i kwiaty — zwiérz opuszcza nory,
A w pole wabi nadzieja i praca,
Step się uśmiecha, i kwitną futory,
I co dzień nowe ptastwo do gniazd wraca.

 W taki to ranek zawezwał o świcie
Książę do siebie cały kwiat młodzieży,
Chcąc się wykąpać w stepowym błękicie,
I znów przehulać konie co najszczérzéj.
Co to tam było serca i ochoty,

I co konceptów! co dzielnéj pustoty!
Przez parę godzin, niepilnując drogi,
Niosły nas konie w nieznane rozłogi;
A choć do koła był tylko step goły,
Przecież tak piękny był świat i wesoły,
Jakby go Pan Bóg dopiéro był stworzył,
I młodą duszę ku niemu otworzył.

 Słońce już było podbiegło wysoko,
Gdyśmy stanęli nad debrą széroką.
„Nie źle się składa! — rzekł Starszy Krésowy, —
Bo to jak widzę futor Mohortowy!”

 „A to wybornie! — rzekł wesoło Książę,
To i odwiedzim dziś starego ćwika!
Puśćcie mnie naprzód, niechaj piérwszy zdążę
Po służbie witać mego Porucznika!”

 I sam się spuścił najpiérwszy do jaru;
Jar był széroki i pięknie obrosły,
Jak uroczysko, niby pełen czaru —
Drzewina kwitła, dąb strzelał wyniosły,
A na dnie jaru jeszcze z nocnéj rosy
Trawy nietknięte, — w dali jakieś skały,
Nad nami w krzewach leśnych ptasząt głosy,
A żywe wody pod nami zagrały....

 Święty Onufry z brodą za kolana
Klęczał w pustyńce[3] śród małéj pieczary,
A wnijście do niéj brzost ocieniał stary,
A u stóp jego krynica rozlana
Żywym do jaru upływała zdrojem —
I jar oddychał uroczym pokojem,
I wonne jego owiały nas chłody —

A niżéj nieco zbiérały się wody,
W stawku niewielkim, i turkotał młynek;
Daléj pasieka pośrodku kalinek,
A jeszcze daléj lasek czeremchowy,
A w nim rozpięty namiot Mohortowy.

 Ognisko z nocy jeszcze nie wygasło,
A przed namiotem wiała chorągiewka,
Kilka się koni niżéj młyna pasło,
I jakaś smutna ukraińska śpiéwka
Płynęła jarem....

 Wstrzymaliśmy konie,
Patrząc do koła urokiem zaklęci:
Takie to cudne było ustronie!

 „W takich to jarach żyli Pańscy Święci!”
Rzekł stary Kozak — skoczył do krynicy,
Z czcią się pożegnał w pustyńce uroczéj,
Czerpnął ze zdroju, i przemywszy oczy
Wyniósł dla księcia wody w ładownicy.

 „Na zdrowie, szczęście, na wiek i urodę,
Niechaj wam będzie! a pijcie tę wodę,
Bo takiéj wody ani w naszym kraju,
Ani nie dostać nawet i z Dunaju!
A kto na Jura tak do gwiazdy wstanie,
Że raniéj oczy od ptaszka obmyje,
I pierwéj zdroju od niego dostanie,
I niezmąconéj wody się napije,
Temu na życie stanie prawdy w głosie,
I będzie patrzał czysto jak po rosie!”

 W istocie była to wyborna woda!
Raczéj dla duszy niż ciała ochłoda,

I każdy rad téż był wytchnąć po znoju,
I przemyć oczy i przejrzéć się w zdroju,
I ładownicą zaczerpnąć z krynicy,
Którą za świętą czczono w okolicy

 Ale już z łąki i konie zarżały,
I psy się głośno od młyna ozwały.
„Na koń! rzekł książę — tam widzę ktoś orze?
Ba to sam Mohort!” i puścił się przodem —
— Daj Boże szczęście! — A Mohort: „Szczęść Boże!
Co widzę, Książę? i z takim narodem?
Hej ptaku, ptaku pancernego znaku!
A czy od szlaku droga czy z Budziaku,
Z czego człek powstał, o tém myśleć trzeba,
Ani Hetmanom bez Boga i chleba!
Gdy Bóg dał gości, to puść w łąkę woły,
Niech i im będzie dzisiaj dzień wesoły...”

 Chłopak posłuchał — pług został na roli,
A Mohort przeszedł po niéj się powoli,
Z kraju basztanu, na piérwszym zagonie,
Stała po starym zwyczaju zatknięta
Szabla[4], bo orzeł w rycérskiéj koronie,
A ziemia szablą broniona jest święta,
A pług miał miejsce i przy Piastów tronie.

 Mohort wziął szablę i wąsów poprawił,
I jak po służbie przed księciem się stawił:
„Porucznik Mohort, na kresach stojący,
A Waszą Miłość wielce miłujący!”
Książę go ścisnął — a on do komendy:
„Do woli z konia! Towarzyszom wszędy
Wolno się bawić — a konie w ordynek!
Pachołki z końmi staną tam pod płotem,

Siedmiu na wartę, po dwóch przed namiotem,
Na krótkie straże[5] — reszta na spoczynek!”

 — Otóż to lubię! — rzekł wesoło Książę —
Gdy jest komenda, to i dobrze będzie!
A Mohort na to: „Jakoś to się zwiąże,
Niech tylko książę z konia już zesiędzie.”

 I nie ubiegła może i godzina,
A już podano śniadanie ze młyna —
Na prędce zbito z kilku tarcic stoły,
A z drugich kilku ławy przyrządzono,
Wiarus kucharzył z młynarką na poły,
I obozową ucztę zastawiono:
Barszcz był wyborny, a baran był z rożna,
I jajecznica a arcy-wielmożna.
Bo przystrojona wieńcami kiełbasy,
A był do tego i podpłomyk świéży,
Kubek gorzałki i kufelek miodu,...
Sztuciec i łyżkę jeszcze w owe czasy
Miał każdy z sobą zwyczajem żołniérzy;
A więc nie było kłopotu ni głodu.

 Po tém śniadaniu Mohort pchnął cichaczem
Kilku posłańców i pachołków konnych
Do monastéru, by nie brakło na czém,
I w zaprosiny do dworów postronnych.
I rzekł do księcia: „Ha wprawdzie pospołu
Nie zjadłem z księciem jeszcze beczki soli,
Lecz jeźli łaska, zjemy razem wołu,
I beczkę miodu wypijem powoli!”

 W koło namiotu tok był wystrugany,
I jaworowym liściem usypany,

I sam ksiądz Rektor jeszcze przed wieczorem
Przybył z zapasem i klasztornym dworem,
Z miodem, i ze mszą, i przywiózł specyały,
I ów turecki namiot okazały.

 Nazajutrz zrana już marszałek księcia
Nadciągnął z kuchnią i całym taborem,
I było więcéj co chwila zajęcia,
Bo nawet Panie przybyły wieczorem...
I do stu osób siadało do stoła,
I trzy dni trwała gościna wesoła.

 Sam dziś już z tego nie umiem zdać sprawy,
Jak można było w stepowym futorze
Wyprawiać takie uczty i zabawy,
I podejmować jak na pańskim dworze
Z taką łatwością piérwszych ludzi kraju:
Że nikt się z gości ni skrzywił, ni pieścił,
Że się gdzieś każdy niezgorzéj pomieścił.
Jak się to działo? — nie wiem — lecz się zdaje,
Że cały sekret leży w obyczaju.

 Szlachetne były proste obyczaje,
A szlachetnemu nic nie bywa krzywe,
A prostéj duszy wszystko jest poczciwe;
Więc téż umiano wszystkiego tam użyć,
A jak rozumiem, umiano i służyć.

 Człowiek był wszystkiém, reszta wszystko niczém,
Ztąd gdy w świat patrzał poczciwém obliczem,
Podnosił wszystko w górę do téj miary
Szlachetnéj duszy i do dobréj wiary,
Jaką się w życiu i w sumieniu rządził,
I nią téż ludzi i wypadki sądził....


 Gdy się bawiono, każdy chciał zabawy,
Więc się nią zajął, i nikt się nie nudził,
A że obyczaj dawał wiele wprawy,
Ztąd téż zabawą nikt się nie utrudził,
Ale umiano zająć każdą chwilę,
I każdą rzeczą zatrudzić się mile;
Jedno ukochać a drugie wysławić,
Ot krótko mówiąc: umiano się bawić.
A więc gdzie padło, w pałacu czy w borze,
Wszystko szło gładko — więc i na futorze
Z obecnych gości nikt nie myślał o tém,
Żeby być mogło lepiéj lub inaczéj.
Gdy każdy kontent, a gospodarz raczy.

 Książę i Mohort stali pod namiotem,
I tu straż stała, bo to swoją drogą
Szła służba służbą — Marszałek załogą
Stanął we młynie z całym księcia dworem;
Wszyscy panowie pod szopą taborem;
Rektor z piwnicą mieścił się w stebniku,
Licząc gąsiory i butle w kąciku;
A wszystkie panie sypiały pokotem
Pod owym sławnym tureckim namiotem,
Co był pod Wiédniem niegdyś jeszcze wzięty,
A w Kalinowym lasku dziś rozpięty.

 Więc książę Józef, jak gospodarz drugi,
Sam się marszałkiem dworu Pań mianował,
Cały oddany Damom na usługi,
Wszystkiém tak zręcznie w chwili pokierował,
Że były rade i pełne wdzięczności:
„Bo gotowalnia cała do Jejmości.”

 Sam zaś gospodarz choć miał oko wszędzie,
Tylko Panami znowu się zajmował,

Bo wiedział z resztą, że głodu nie będzie,
Wiedział że woły i skopy podchował,
Że tu jest woda, tam ogień we młynie,
Że sam ksiądz Rektor pomyślał o winie...
A więc już resztę zdał na drugich wolę,
I tylko bawił ciągle w męzkim kole.

Jakoż i słusznie, bo gdzie książę bawi,
Tam i Marszałek i kucharz się sprawi;
A gdzie są panie, tam i panny dworskie,
Więc i wykwintne koncepta zamorskie,
Bo dworska panna jak konceptem ruszy,
I do skarbnicy swych sekretów sięgnie,
To wiarusowi tak dogrzeje w duszy,
Że nawet djabła do roboty wprzęgnie.

 Więc téż przy każdéj zwijał się pałasik,
I każda miała piorunem szałasik,
Pod ręką ogień i wodę i służbę,
I wystruganą ściéżkę do namiotu,
I w pogotowiu posłańca do lotu,
I powolnego w każdéj chwili drużbę;
Więc były rade i pełne grzeczności:
„Bo gotowalnia cała do Jejmości.”

 Z rana Msza Święta codziennie bywała
W owéj pustyńce u świętego zdroju,
A że to wiara do świtu wstawała,
Więc tu się każdy pomodlił w pokoju,
A do Mszy Świętéj sam Pan Mohort służył;
I kiedy po Mszy pogodę powróżył,
Już przed namiotem zbiérały się Panie;
A Pan Marszałek zarządzał śniadanie;
A potém na koń i daléjże w pole.

Były i panie, co jeździły konno;
A gdy Kafarek wypuścił sokole,
To nawet łabędź nie wyszedł obronno,
Jeźli dosiedział w stepowém jeziorku,
A drobnéj ptaszki co niemiara w worku.
Po takich łowach bywał obiad w lasku,
A już wieczorem przy kagańców blasku,
Sukno przed namiot, a na wóz trębacze,
I taka radość, że aż serce skacze;
Więc pełném sercem, co się komu godzi,
Za kielich starsi a do tańca młodzi.

 Rej tam wodziła Pani Pupardowa[6],
Prześliczna, młoda, pełna wdzięku cała,
Kamińska z domu, żona Jenerała,
Który nie umiał po polsku i słowa,
I w owe czasy brygadą dowodził,
Gdy cudzoziemski autorament wchodził.

 Jeździła konno gdyby Amazonka,
A w tańcu Gracya, że tylko malować,
I kuć piękności każdego jéj członka;
Grzeczność ukazać, wdzięk umiała chować,
A przy tém skromna i sercem wyniosła,
Jak gdyby wcale na królowę wzrosła,
Chociaż Pan Pupard był brzydki i stary;
Więc książę co miał do Pań słabość wielką,
Ale zarazem dla cnoty cześć wszelką,
Palił tu wdziękom i cnocie ofiary.

 Po takim balu, gdzie jasno pod niebem
Świéciły gwiazdy, a dołem kagańce,
Pan Mohort innym obdzielił nas chlebem,
Gdy nas nazajutrz wywiódł w step na tańce:

Bo tu i popis i szkoła nie lada,
Gdy nam podpędzić kazał swoje stada;
Dwa były stada[7]: jedno zwał hetmańskiém,
W niém rosły konie polskiego zawodu,
Drugie nazywał zazwyczaj sułtańskiém,
To już drobniejsze choć wielkiego rodu[a].

 Kiedyśmy stada objeżdżali w koło,
Zawołał ku nam pan Mohort wesoło:
„No tu jest arkan, więc panowie młodzi,
Kto chce mieć konia, niechaj arkan rzuci,
I weźmie konia, co w tabunie chodzi,
I niech na obiad do nas na nim wróci!”

 Więc jaki taki w rzemiośle nieznaném
Próbował szczęścia i rzucał arkanem,
Ale daremnie —
 „Hej! hej! szczęście nasze,
Że dziś z Tatarem nie wojuje Lasze.”
Zawołał w końcu, gdy spłoszone konie
Już się poczęły rozbiegać po stronie;
Lecz gdy po chwili rozsypane z rzadka
Stanęły znowu — rzekł: — „Oto jest matka!
Ta klacz wilczata, co tutaj na przedzie,
I ona wiecznie całe stado wiedzie;
Dziśby zginęła wzięta z tego stada,
I żadna matka tak już nie przypada
Za swojém dzieckiem, jak za końmi ona,
I jako lwica, tak nie ustraszona.
To postrach wilków, i chociaż już starka,
Utłucze wilków więcej od Kafarka...
A tu ta druga z małą strzałką, gniada,
To już ostatki Wiśniowieckich stada,
Krew arcy-pańska! tego rodu koni

Łapać na arkan, ni ujeżdżać trzeba,
Bo same z młodu przychodzą do dłoni;
Gdy je chcesz użyć, podaj z solą chleba,
Ogłaszcz, oklepaj, i załóż wędzidło,
Siądź i jedź światem, byleby nie zrywać.
U każdéj nogi u nich orle skrzydło,
Lecz się tych skrzydeł nie godzi używać,
Chyba już tylko w potrzebie ostatniéj,
Kiedy ma wyrwać ze śmiertelnéj matni;
U mnie jak dzieci na ręku się rodzą,
I za człowiekiem niewiązane chodzą.

 „Oto jéj córka, zwie się Korybutka,
Jak na rzut oka niby trochę krótka,
Ale jak niema krótkiego pałasza,
Bo jeźli krótki, to pomkniéj się bliżéj,
Tak kiedy trzeba, ni dłużéj, ni chyżéj
Sumak nie skoczy, jak ta perła nasza.
Przed kilku laty zginęła ze stada,
A po trzech latach sama wraca rada,
Lecz sądzisz książę, że do koni może?
Nie! mnie starego szuka na futorze,
I rży i lata, że aż ziemia dudni;
Poznałem rżenie, wychodzę z namiotu,
A ona do mnie, i aż drży od lotu;
Więc ogłaskałem i wziąłem do studni;
Ktoś jéj dopiéro jedne okuł nogę,
Więc rozkuć zaraz kazałem niebogę;
A potém sobie przed namiotem legła,
Jakby się sama obcéj ręki strzegła.

 „A to Giżycka, co chodzi po stronie,
Jacy Giżyccy, takie ich i konie,
Czém starsze, tęższe — a pewne po ćmaku,
Ztąd nie ma równych do stepu i szlaku.


 „A to już sławny jest ród Sahajdaczny,
Biały jak mléko, ale skóra czarna,
Hardy i twardy, i z razu opaczny;
Ale jak ręka uchodzi go karna,
Całemu wojsku za przednią straż stoi;
Ktoby uciekał na nim, nie ujedzie;
Lecz się nie lęka ni ognia, ni zbroi,
I kto naciéra, ten będzie na przedzie;
Daleko widzi i słyszy na milę,
A daléj jeszcze wietrzy i przeczuwa;
Nigdy nie legnie, chyba przy mogile,
I inni kłusem, gdy on stępem suwa;
Kędy raz przejdzie, nie zmyli już drogi,
Sam na sam hardy, lecz przyjaciel duszny,
I jako ręka człeku jest posłuszny,
Kiedy już przyjdzie do okazyi srogiéj.
W tém spytał książę — „A to co za hetki?”
Gdy troje konie myszatych pomknęło.
Na to rzekł Mohort — „To inwentarz letki,
Ot i sam nie wiem, zkąd się w stadzie wzięło.

 „Odkąd ma dusza końskiéj maci rada,
Zawsze się myszka przybije do stada,
I jakaś niby napaść oczywista!
Nie lubię myszki, bo maść narowista.
Ale ksiądz Rektor myszki tylko chowa,
Bo grubo-płaskie — więc i trudna rada.
Dawniejm odganiał tę hańbę od stada.
Lecz teraz trudno powiedziéć i słowa:
Gdy klasztorowi myszka tak na czasie,
To niechaj sobie i ta sierć się pasie.
A jeźli gorszy Księcia to myszate,
Jakże się wyda izabelowate,
Co tam spokojnie po stronie się wlecze?

Cóż Mości Książę o téj klaczy rzecze?
To moja Iskra — „Kahorlicka córa,”
Z stada Tarnowskich, z bachmatów hetmańskich,
Nie sierść, lecz jedwab — pargamin, nie skóra,
Zdatna do harców tylko arcy-pańskich.
Ktoby chciał widziéć jaka cnota w rodzie,
Niech ją użyje w rycérskiéj przygodzie;
Dopóki młode, ma to krowie nogi,
Podobne osłu — coś później do muła;
Rok siódmy, ósmy dodaje ostrogi,
I więź i oko i zagra krew czuła;
A gdy chrzest broni i trąbkę usłyszy,
Rozdziera nozdrza i aż drży, aż dyszy,
I czuć wyraźnie aż w sercu przez siodło,
Kto téj krwi panem i co w bój go wiodło.

 „Po Izabelce, nie ma już w tém stadzie
Jak ta tu z grubą hreczką, co na zadzie,
To ród sułtański dalekiego wschodu,
Gdzie struś w pustyni gniazdo swoje kładzie;
Więc orle piórko nie wychodzi z rodu.
Wielkie na koniu Bóg położył znaki,
Jednak i wicher bywa nie jednaki;
Poniżéj oczu podły wicher wszelki,
Powyżéj oka wielkiego przymiotu,
Bo rozum znaczy — na szyi znak lotu,
A już na piersi znak odwagi wielkiéj;
I koń o jednym wichrze to już dobry,
O dwóch, ma narów — ale znowu taki,
Coby miał razem trzy niebieskie znaki,
To już i mądry, i lotny, i chrobry;
I wielką łaską ma u Pana Boga,
Komu do boju padnie na nim droga,
Bo nie da dotknąć jeźdca; gdy na przedzie,

Wszystkich wybiega; gdy wyciągnie szyję,
Nie ma co rębać, bo piersią rozbije;
A jak wnijść umiał, tak samo wywiedzie.
Nie darmo w świecie to pustynia słynie:
Póki w ojczyźnie jeszcze nie zaginie
Koń do pęciny od łba żyłkowany,
Póty i rycérz będzie jeszcze znany.

 „Ten brudny kasztan, co tam jeden chodzi,
To syn Sułtański, a koń pod Hetmana,
Trzy orle piórka i tam gdzie się godzi,
I biała nóżka do tego sudanna,
Więc nic lepszego!”
 I krzyknął: „Arkana!!..
To koń dla księcia, bo to wichrów czoło!”
Skoczyli ludzie — czychają w około,
Wzrok się zapalił panu Mohortowi,
Zebrawszy arkan podjechał z nienacka,
I jak pierścionek tak go rzucił z gracka!
A gdy padł prosto na szyję koniowi,
Kiedy koń ruszył, Mohort arkan ima,
Wziął go o kulę, pod nogę, i trzyma!
I jękła ziemia, i przypadli ludzie,
A w mgnieniu oka i koń się powalił,
Że się z nas każdy nad nim aż użalił;
Ale tabuńczyk po niedługim trudzie
Już go ochełznał, i tak się uwinął,
Że siadł na niego i z oczu nam zginął.

 Długo Pan Mohort patrzył za nim w pola;
I rzekł nareszcie: — „I to Boża wola,
I pójdzie ręką, gdy się tak prowadzi,
Bo poszedł równo, a jak strzała sadzi.”


 A gdy wysoko książę ten dar ważył,
Taki był kontent, że już dnia owego
Nie tylko starszych, lecz i nas każdego
Koniem ze stada swojego obdarzył.

 Nazajutrz tylko książę damy bawił,
I niewidziany karuzel wyprawił.
Śliczna to była gonitwa i wprawa,
A co się zowie rycérska zabawa.
W pierścień toczono, a tureckie głowy
Padały w koło od strzału i cięcia.
„Śliczna zabawa nie ma ani mowy,”
Rzekł nawet Mohort pod koniec do księcia.
I tak się bardzo dnia tego rozbawił,
Że podwieczorek w pasiece wyprawił,
Choć tam nikogo nigdy nie prowadził,
I z cicha tylko z pasiecznikiem radził.
Tu już świat inny:

 Bujna w stepach pszczoła[8],
Pni przeszło tysiąc stało do okoła...
Kilka grusz starych chyliło się w środku,
A oddech kwiatów i smółki czy miodku
Napełniał wonią całą okolicę;
Z pola wracały ciche pracownice,
I całe grono ucichło na chwilę
Oczarowane tą wonią tak mile.
A Mohort rzecze: „Dziwić się nie trzeba
Tutaj niczemu, bo to dary nieba,
Któremi Pan Bóg ziemię z niebem brata —
Jest to jak mówią: Gratia gratis data.

 „Sławna to, sławna Mości Książę pszczoła,
I jest tradycya, co krąży do koła

Po Stepach Bohu, i po stepach Rosi,
Z którą się Naród po pasiekach nosi.

 „Był Mości Książę Hetman od Różańca,
Wielkiego herbu, potężnéj buławy,
I jasnéj cnoty i szérokiéj sławy,
Go od chłopięcia chodził z wrogiem tańca,
Co z chełmu jadał, a sławy przysporzył,
Z turzego rogu w czasie uczty pijał,
Co naród kochał, co królowi sprzyjał,
A za ojczyznę siwą głowę złożył;
„Stróżem Podola” nazwał go lud cały,
Gdy legł — to śmiercią uszył on Koronie
Czarną sukienkę i po jego zgonie
Dziéwki na Rusi tańców zaniechały.

 „Otóż to o nim powieść stara chodzi:
Że raz gdy wojsko na stepach postawił,
Chcąc dotrzéć twardo, czy liczny wróg godzi,
Sam na podsłuchy pod noc się wyprawił,
I z jedném tylko giermkiem ważył życie,
A całą ordę do koła objechał,
I do obozu powracał o świcie,
Kończąc pacierze — i rad się uśmiechał.

 „Starsi czekali powrotu pańskiego;
Lecz choć im niedał rozkazu żadnego,
Nikt się z czeladzi nawet nie zatrwożył,
Widząc, że hetman przespać się położył.

 „Usnął — a giermek wnijście od namiotu
Zasuł oponą — a choć nikt nie cichał,
Tak cicho było, jakby człek nie dychał,
Że jak ptak leciał, toś dosłyszał lotu.


 „Było to w lipcu, właśnie pod czas roju,
Słońce podbiegło i stało wysoko,
Kiedy pan hetman przetarł ze snu oko,
Tak twardo usnął po rycérskim znoju,
I byłby jeszcze spał, bo się utrudził,
Ale brzęk roju, co minął w polocie
Cały nasz obóz, ze snu go obudził,
Bo opadł prawie na pańskim namiocie.

 „Gdzie to już słońce! a co powie włodarz?
— Rzecze pan hetman — zły ze mnie gospodarz,
Gdy mnie rój budzi. Czas poprawić cnoty —
Zagiął rękawy, i pełen ochoty,
Niby pasiecznik wziął się do roboty;
I zgarnął muchę, i z lekka podkadził,
I w braku ula w pancerzu osadził,
I dziewięć było szyszaków téj muchy?
I wszystek naród nabrał ztąd otuchy,
Że Bóg rój spuścił na namiot hetmana,
Że żadne żądło nie dotknęło pana.
Jakoż Bóg szczęścił, i była wygrana.

 „Choć bez pancerza Hetman wroga pobił!
A gdy w też miejsca znowu wojsko sprawił,
Stał ul żelazny tak, jak go postawił,
A rój był pięknie już głowę zarobił.

 „Więc dobra wróżba! — pan hetman powiada, —
Niechże dar Boży w stepie nie przepada.”
I kazał naprzód cały jar poświęcić,
A potém czeladź do pracy zachęcić.
Usypał groblę, i stawek wyprawił,
I ściągnął ludzi i młynek postawił,
Ogrodził futor i okopał wałem,

Opatrzył bydłem; ot i owo zgoła
Odsypał kopce na stepie do koła.
Spisał przywiléj, i z dobytkiem całym
Oddał na własność rycérskiemu człeku,
Co się był dobrze ojczyźnie zasłużył,
By w tym futorze dokonał już wieku,
I zdał go wówczas dopiéro potomnie,
Gdy już nie będzie więcéj granic stróżył —
Tak to się dostał w końcu futor do mnie.

 „W tém samém miejscu, gdzie onego czasu
Stał ul żelazny, dziś się pszczoła roi,
W tém samém miejscu, gdzie mój namiot stoi,
Stał i hetmański namiot pośród lasu:
I w téj pustyńce od owéj pamięci
Święty Onufry błogosławi wodzie,
I co rok woda w tém zdroju się święci,
I słynie odtąd łaskami w Narodzie.
„Żelaznym ulem” jest ten futor zwany,
A ów ul sławny — jak to każdy powie —
U Karmelitów był jeszcze chowany
Za czasów króla Jana w Berdyczowie;
Król Jan dopiéro zabrał ten ul z sobą,
I w pańskiéj Żółkwi był skarbca ozdobą.
A wszystkie sławne pasieki do koła
Z tego to roju poszły po futorach,
I po słobodach, i po pańskich dworach;
A wielką sławę ma — „hetmańska pszczoła.”

 „Nigdy nie spadnie jak inne pasieki,
Lecz w łasce Bożéj przetrwa na wiek wieki,
Byleby tylko człek nie był zachłanny
Co je choduje — a początek wzięty
Był z trzech pni tylko — na cześć Trójcy Świętéj,

A światło dane do Najświętszéj Panny;
To się i wiedzie i jest i pożytek,
Więcéj niż potrzeb i prawie nad zbytek,
I na przednowek i sobie i komu,
I dla kościoła i ludzi i domu..“


 W ciszy słuchało starca całe grono,
I żadne słowo w kole nie przepadło...
A w tém i słońce za dąbrową siadło,
I przed namiotem zorzę otrąbiono,
I niebo zwolna już ku gwiazdom bladło.

 Zdala się ozwał głos przeciągły, cichy,
I biegł po rosie cudownym urokiem,
Daléj chór cały — czasem jakieś śmiechy:
To ludzie z pola powracali mrokiem.

 Książę co nieznał jeszcze Ukrainy,
Spytał Mohorta: „Czemuż nucą smutno?“ —
A Mohort na to: „Smutne zwykle syny,
Kędy ojcowie wiek przeżyli butno!
Smutne to pieśni, a smutne bo stare,
Bo jako zmory żyją w ludzie całym;
A stara piosnka albo jest kordyałem,
Lub stanie sercu na wieki za karę.
Znam ja te pieśni, co po mroku płyną!“
I tu głos jego złączył się z drużyną:
 „Kto na Krymu ne buwau,
 Perekopu ne wydau[9]! —“





  1. ↑ Wiadomo jest, że sejm czteroletni odjął hetmanom władzę, którą aż po te czasy piastowali. Reforma ta była bardzo niepopularna w całym stanie rycérskim, który w Hetmanie skupienie swojéj siły uważał i buławę miał za czoło swego stanu. Dla samych zaś wojskowych były te reformy zgorszeniem, a to tém bardziéj, że Hetmani mieli ustąpić swéj władzy na rzecz Stanisława Augusta.
  2. ↑ Wiadomość o tych czasiech mam od Księcia Eustachego Sanguszki, który w owym czasie z Księciem Józefem przybył do ukraińskiéj partyi i służbą na kresach swój zawód wojskowy rozpoczął. Przybycie obudwu na Ukrainie znalazło odgłos w całym kraju, i ze wszyskich stron Polski garnęła się młodzież do służby.
  3. ↑ Znany jest w pojęciu artystów wschodniego kościoła typ świętego Onufrego, któremu długa i rozłożysta broda za całe okrycie służy. Na Rusi jest on czczony jako patron czystych źródeł i po wielu monastérach i pustyniach można się spotkać z posągami jego, gdzie nagi, brodą tylko własną okryty w jaskini klęczący bywa i koło źródeł ku czci ludu podany. Tradycya o ptaszkach myjących w czystych źródłach oczy przed świtem, i oczyszczania się źródeł na Jura (dniu św. Jerzego), jest wzięta z podań ruskiego ludu. Martyrologium kościoła rzymskiego, to jest poczet albo dziennik Męczenników i innych wszelakich Świętych w Krakowie u Piotrkowczyka 1591 roku wydane, tak o tym Ś. pod dniem 12. Czerwca wspomina:
     W Egipcie był Ś. Onufryusz pustelnik, który na wielkiéj pustyni 60 lat świątobliwie przeżył, i sławny wielkiemi cnotami i zasługami wszedł do nieba.
  4. ↑ Szlachcic z oracza, z rycérza oracz nie wstydził się tego, że sam skibę orze; ale kiedy orał, zatykał szablę na piérwszéj odwalonej skibie, aby każdy znał: że ten orze, co téj ziemi broni. Był to zwyczaj bardzo starożytny, który się do ostatnich przechował czasów. Basztanem nazywa się na spalonym stepie z nowiny wyorany kawał ziemi, na którym się posiewa kawony, melony, kukurydze, fasolę, ogórki.
  5. ↑ Starym obyczajem znane były wojsku krótkie i długie straże: na piérwszéj stał żołnierz przez godzinę; na drugiéj przez dwie — z tą tylko różnicą, że w letniéj porze roku przypadały długie straże na noc, a krótkie na dzień; przeciwnie zaś w chłodnéj porze roku krótkie na noc, dłuższe na dzień. Zmiana straży odbywały się o św. Michale i św. Stanisławie; kiedy dowódzca chciał ulżyć komendzie swojéj, lub kiedy na czatach bardzo wielkiéj czujności trzeba było, komenderował poczt na krótkie straże.
  6. ↑ Jenerał Pupard był to Francuz z rodu, którego Stanisław August sprowadził i oddał mu komendę brygady dwóch pułków cudzoziemskiego autoramentu. Pojął on za żonę pannę Kamieńską, któréj młodsza siostra poszła za Sławińskiego; była to osoba bardzo urodziwa i w istocie rej wodząca w owych czasiech w tém kole, w którym się obracało czoło rycérstwa polskiego na Ukrainie.
     J. U. Niemcewicz wspomina w swoich pamiętnikach bardzo zaszczytnie o P. Jenerałowéj Pupardowéj i jéj siotrze, i o ludzkości ich dla siebie w położeniu tak trudném, w jakiém się pod ów czas znajdował.
  7. ↑ Podział stad ukraińskich na hetmańskie i sułtańskie jest bardzo stary i dziś jeszcze praktykowany, z tą tylko różnicą: że stadem hetmańskiém nazywa się dziś stado Płatowa w Ukrainie zadnieprskiéj, a stadem sułtańskiém nazywają konie obecnie z trzech stad sułtanów tatarskich pochodzące. P. Ksawery i Książę Eustachy Sanguszko taki mi dał o téj rzeczy wyobrażenie: Po Firlejach przeszło stado do Scypionów, a mianowiciéj do Józefa, Marszałka Litewskiego, który miał za sobą Werenę Firlejównę, ostatnią z tego domu. Stado to było w Skałacie, gdzie i dromedary chowano. Po Wiśniowieckich i Sobieskich przeszły stada na Ukrainie puścizną do Radziwiłłów — nadto było stado Lubomirskich w Szarogrodzie — stado po Konasewiczu Sahajdacznym koni z czarną skórą było już w ów czas po wszystkich stadach rozbite, i konie z tego stada poznawano tylko po ich dzielności i téj czarnéj skórze. Nadto mieli Tarnowscy stado hetmańskie w Kahorliku, Wasilowie i Hermanówce. Giżyccy mieli pięć stad na Wołyniu, Podolu i Ukrainie, a Sanguszkowie stado w Zasławiu od bardzo już dawnych czasów krwi sułtańskiéj.
     Stada dawniéjsze Wiśniowieckich i Sobieskich uprowadził Płatów z dóbr Radziwiłłowskich — stado Lubomirskich rozprzedano częściami — stado Tarnowskich, gdy Jan Jacek Tarnowski, Chorąży Halicki nie chciał złożyć homagium i żadnemu z synów Janowi, Feliksowi i Michałowi złożyć nie pozwolił, przeszło także w obce ręce wraz z starostwem Kahorlickiém, część wszakże jedna wraz z częścią majątku dostała się w ręce Proskurów i została dopiéro za dni naszych zmarnowaną, bo jak słyszę, dzisiejszy Proskura pozbył i stada. Utrzymało się tylko stado książąt Sanguszków w dawném miejscu i w tych samych rękach sułtańskiego zawodu, a konie Sanguszków mogą nam dać wyobrażenie, jakie to konie chowały się w stadach polskich. Książę Eustachy opowiadał mi, iż miał od P. Mohorta konia z stada Konasewicza, zwanego Sachajdak, na którym lat 16 gorącéj swojéj przejeździł młodości; i łzy mu stanęły w oczach, kiedym począł wypytywać o owe czase i Mohorta — z ponurym ogniem rzekł mi: „Klucz bym dziś dał za takiego konia, ale go niéma“.
     Wspomniałem o orlich skrzydłach, z któremi u nóg dzielne konie się rodzą: jest to, jak się zdaje tradycya wschodnia, którą starzy Polacy przyjęli byli razem z końmi sułtańskiemi; tak bowiem nazywano u nas, jak się domyślam, nie tylko tureckie „Bachmaty“ ale i arabskie „Neżdy“ z pokolenia Anezów. Mówiono, że grzészny człowiek tych skrzydeł u źrebięcia nie widzi, kiedy się rodzi, że te skrzydła obłamują się, kiedy źrebie po raz piérwszy padnie na ziemię; ztąd téż od klaczy sułtańskich odbiérano źrebięta tak, jak się odbiérają dzieci.
     Druga tradycya, także jak się zdaje pochodzenia wschodniego, jest o tak zwanych wichrach czyli odwrotach, gdzie się sierść na koniu w przeciwnym odwraca kierunku od całego pomusku włosa. Starzy Polacy nazywali te wichry czyli odwroty orlém piórkiem, bo koń taki, co ma odwrot, miał mieć w sobie coś z orlego przyrodzenia. Ściśle zachowałem te tradycye z odznaczeniem, co odwrot czyli orle piórko na głowie, na szyi i na piersiach znaczy. Odwrot za popręgiem znaczy śmierć jeźdzcowi, jeżeli w bój pójdzie. Źródła tych tradycyi szukaćby wypadało jednych po za Atlasem, drugich aż w pustyniach Arabii; a jednak były one żywe w kole tych rycérzy, którzy puścizną brali rycérstwo starożytnego Wschodu i konie od Wschodu.
     Ci, którzy stada większe chowają, wiedzą o tém, że do nich przybywają nie raz nieproszeni goście. Koń lub kilka nie raz koni, które się do stada przybiją, bywają silne, zuchwałe, natrętne, od koni bite, odbić się nie dadzą, pasą się po roku i dłużéj po stronie, ale stada, które sobie obiorą, odstąpić nie chcą. Koń taki sprzedany na jarmarku, wraca, darowany, nawet o mil kilkanaście ucieka od nowego właściciela swego, nie daje się najeździć, niewiadomo co go goni i do stada nęci; ale przyjęty raz już do stada rozmnaża się, idzie ręką, i nie miéwa ani gańczu, ani szwanku. To się odnosi do owych myszatych koni, wspomnianych przy stadzie P. Mohorta.
  8. ↑ Tradycya o futorze, „żelaznym ulem“ zwanym, odnosi się w czasy Hetmana Żółkiewskiego, i jest cała wzięta z podania P. Ksawerego tak, jak ją miał od P. Mohorta. Sam tekst objaśnia rzecz całą. A zajmującą byłoby rzeczą, gdyby można na Ukrainie odszukać miejsce téj starożytnéj tradycyi.
  9. ↑ Pieśń gminna podziśdzień śpiéwana. Twierdzą Perekopu zamknięty jest półwysep Krymu, i Perekop ten jako klucz do dziedziny Hanów Krymskich gra wielką rolę w tradycyach i pieśniach ukraińskiego ludu.




  1. ↑ Najwięcéj kwestyi, jak mówiłem, wywołał ustęp o koniach, bo nawet sam P. Aleksander Fredro powiedział: „Bój się Boga, a zkąd-że-to? z kimżeś się naradzał?“ Otóż na te wszystkie kwestye najobszerniéj odpowiedziéć, widzę się zmuszonym. W miarę tego, jak mi rzucano kwestye wątpliwości i zapytania, już po piérwszém wydaniu Mohorta, spisałem to wszystko, com wiedział o koniach; a że to nam starszym pisarzom dziś się odzywać nie wolno i nie wypada, bo głos zajęli luźni ludzie w pismach publicznych, przy których otworzystém zdaniu milczéć nam tylko przystoi — więc sformułowałem rzecz o koniach, spisałem to wszystko, com wiedział i podałem szanownemu memu przyjacielowi P. Marcelemu Jawornickiemu bezimiennie do Tygodnika Rolniczego Krakowskiego, który redaguje. Bo dziś wolno nam się odzywać tylko bezimiennie i w pismach rolniczych, odkąd zaprotestowano przeciwko temu, że filozof i historyk nie potrzebuje kanwy od poety. Gdyby ci panowie widywali się z Arystotelesem, odesłalibyśmy ich do Arystotelesa, jak poetę i historyka sądzi, — gdyby umieli ocenić Michała Wiszniewskiego, odesłalibyśmy ich do niego, bo on jeszcze mówi o kunszcie historycznym, ale że o koniach i stadzie mowa, trzaśniemy sobie na odprawę z harapa, a zostawiając adeptów literatury na stronie, podajemy tu trzy artykuły o koniach, tak jakeśmy je wówczas spisali dla P. Marcelego Jawornickiego:
     1sze o angielskich koniach i wyścigach u nas,
     2gie o tarantowatych i srokatych koniach,
     3cie o maściach i odmianach w koniach.
    I.
    O angielskich koniach i wyścigach u nas.
     Ulepszenia i reformy gospodarskie biorą u nas częstokroć początek z jakiegoś gorączkowego szału i występują w formie wyraźnego najazdu na kraj, pociągając za sobą ledwo nie te same skutki, co najazdy.
     Tego rodzaju najazdem była mania angielskich koni i wyścigów konnych, na sposób angielski urządzonych. Dziś, kiedy ta gorączka już przeszła, warto się zastanowić nad tym epizodem gospodarskim: zkąd się ta anglomania wzięła? dla czego się tak epidemicznie szerzyła? i jakie w końcu po sobie zostawiła skutki?
     Warto się mówię zastanowić nad tém, bo uważam to od kilkudziesięciu lat, że nas tego rodzaju gorączki nachodzą perjodycznie, i kiedy manja chowania angielskich koni i wyścigów konnych trochę przeminęła, zapewne jest coś nowego za pasem, na co się rzucimy z gorliwością, nowatorstwu właściwą.
     Wracając do chowu koni angielskich u nas, musimy począć genetycznie, zkąd się to wzięło? — Od czasu jak Francuzi bardzo miarę przebrali w radykalnych opinijach politycznych i w przekształcaniu dowolném a gwałtowném społeczeństwa swego, odezwała się w nas instynktowo, że tak powiém, jakaś poczciwsza zachowawcza żyłka; — ale miasto tego, żebyśmy w tym kierunku umysłów i spraw mieli byli powrócić do Boga, do poczciwych zwyczajów domu, do poważnych obyczajów narodu, do języka, do tradycyi w księgach i w życiu, do pracy i wsi, a w końcu do gospodarstwa, któreby w moralnych pobudkach czerpało siły materjalne, miasto tego rzuciliśmy się od francuzczyzny na anglomanją, upatrując w instytucyach angielskich większą rękojmię dla społeczeństwa, które z historycznéj posady swojej dotąd nie zostało wyparte.
     To studijum, że tak powiem, instytucyi angielskich, angielskich obyczajów, angielskiego gospodarstwa, doprowadziło wszakże do bardzo dziwacznego skutku: bo wyrastając z zupełnie inszéj przeszłości, żyjąc pod zupełnie innemi instytucyami i w innym zupełnie kraju, pod wpływem zupełnie innych okoliczności i stosunków, zamierzyliśmy sobie dojść do tych samych rezultatów: w skutek tego założenia wzięliśmy się, między innemi, do chowu angielskich koni, a tu jeszcze poczęliśmy chów angielskich koni od tego, na czém go w Anglii skończono, to jest od wyścigów konnych.
     Już z góry było to wielkie absurdum: bo rasa naszych krajowych koni, bez względu na pojedyńcze stada i stajnie, bez względu na indywidua, nie ma cała żadnej analogji z germańskiemi rasami koni; a jużciż w teorji krzyżowania ras jest to jedna z głównych zasad, jeżeli się nie chce dojść z tego krzyżowania do wyrodków, aby zbliżać do siebie rasy rodem, krwią i budową pokrewne i niezbyt oddalone. Tym, co bliżéj zajrzeli w te rzeczy, wiadomo jest, ile to czasu upłynęło, nim z krzyżowania pierwotnéj rasy anglo-saksońskiéj i arabskiéj wyprowadzono te rasy, jakie dziś Anglja posiada. My chcieliśmy do nich dojść do razu i wszystkie zalety angielskich koni przyswoić krajowi.
     Cały ród naszych koni, poczynając od drobnych chłopskich, a kończąc na rosłych stajennych, jest albo w istocie orjentalnego pochodzenia, albo przynajmniej najbliżéj orjentalnych ras stojący, mianowicie zaś, najbliższy koni tureckich. Jakoż dowodzi tego nawet w drobnych konikach wyniosły przód, noga gładka, sierść krótka, krew dobra, kość okrągła, a nadewszystko to, że byle lepiéj nieco chowane, byle z rasą tureckich koni zetknięte, a zaraz poczynają rodzić coraz roślejsze konie i odradzają wszystkie zalety, świadczące o pierwotném pochodzeniu swojém: ten sam skutek ma także poprawa rosłych naszych koni przez arabskie, jak drobnych przez tureckie, słowem mówiąc, tylko orjentalna krew może poprawić chów naszych koni. Jeżeli więc sprowadzeniem koni angielskich zamierzaliśmy podnieść chów krajowych koni, to cel był zupełnie i już z góry chybiony, bo niewłaściwą płonkę obrano do szczepienia, — jakoż okazało to się w skutkach, bo miasto uszlachetnienia rasy miejscowéj, napłodziło się z tego krzyżowania ras mnóstwo wyrodków i dziwolągów, lub tam tylko udały się piękne źrebięta po angielskich ogierach, gdzie w angielskim ogierze była przewaga krwi arabskiéj, a tém samém, gdzie, lubo nie wprost, ale pośrednio była pewna analogja rasy.
     Dalecy tu jesteśmy od tego, ażebymy nie mieli uznawać wielkich zalet koni angielskich wszakże i w Anglii chowa się kilka ras różnych, do różnego użytku; chcieć zaś tego, aby się angielskie konie tak samo i takie same chowały u nas jak w Anglii, wychodzi to na jedno, co chcieć znieść różnice krwi, klimatu, gleby, wychodzi to na jedno, jakbyśmy żądali od żyta, żeby było pszenicą, od owsa, żeby był jęczmieniem. U nas wszakże nie o ten szkopuł jeszcze rozbił się chów angielskich koni, ale właściwie o to, że inne jest u nas przeznaczenie i użycie konia a inne w Anglji.
     Pomiędzy koniem, ziemią a człowiekiem jest bowiem także pokrewieństwo, niemniéj, jak pomiędzy temperamentem konia a charakterem jeźdźca.
     Angielski koń osadza się właściwie na przodzie — my lubimy osadzać konia na zadzie — angielski koń jest niedoścignięty, ale w prostéj lniji,linji, jak lokomotywa — my lubimy konia zwrotnego, jak to mówią wolta na talérzu, kiedy angielskiemu tę woltę z dziś na jutro zapowiadać trzeba — angielski koń ma ostre kości, często, jeżeli się w pierwotną rasę wradza, spadziste, ścięte, tak zwane świńskie zady, krzyż nieużyty, pysk trudny do wyrobienia, potrzebuje ostrogi, jest często smutny i narowisty — my lubimy konia czułego w wędzidle i łytce, okrągłéj kości, wesołéj krwi i fantazji bez narowu. O te tedy różnice rozbił się właściwie chów angielskich koni u nas, chociaż i wiele materjalnych przyczyn przyłożyło się do tego: bo koni angielskich nie było i jak i do czego użyć i nie było kupca na nie, a miljony wyszły z kraju na zakupno koni angielskich i na urządzenie wyścigów konnych. Była to jedném słowem rzecz czysto zbytkowa na zachcenie — fantazya pańska. Jeszczeć rozumiem tych, co sprowadziwszy volbluty angielskie zakładali małe egzotyczne stada, ale trudno zrozumieć tych, co nie mając i nie chodując angielskich koni, zapragnęli figurować na wyścigach konnych. Działo się tedy, że tego rodzaju dyletanci skupowali, gdzie można było, źrebce po angielskich koniach wychowane, albo już krwi mieszanéj — i zaledwo że anglomania przeszła kraj najazdem, a już urządzono wyścigi koni angielskich w Poznaniu, Warszawie, we Lwowie i Tarnopolu, a nawet na Ukrainie, gdzie podobno najbardziéj egzotyczną plantą jest koń angielski. Pamiętamy bardzo dobrze te czasy i ilu  ludzi skrzywiło swój charakter i swe życie na téj zabawie, ile majątków podupadło lub pękło zupełnie! Bo chciało nam się do razu zostać anglikami i to nie prostymi anglikami, ale lordami dorazu. Nie dość było sprowadzić lub nabyć konie angielskie w kraju z niesłychanym nakładem, ale trzeba było sprowadzać koniuszych i trenerów z Anglji, zakładać wyraźne szkoły żokejów, urządzać areny i pastewniki angielskie, urządzać kosztowne stajnie, kosztowne zabawy, płacić grube wkupne do klubów, dawać wielkie nagrody, robić wielkie zakłady; słowem, przyłożywszy skalę majątku lordów angielskich do naszych biédnych i szlacheckich fortun, zabawiliśmy się pięknie, ale nie długo!
     Jakoż śmieszna emulacya, która zawsze przeprawia o ruinę majątki szlacheckie, ślepe i bezrozumne naśladownictwo, chęć okazania się wszystkiém inném, byle nie tém, czém się jest, złe ocenienie własnego położenia i potrzeb kraju — to napędziło wielu na tę drogę anglomanji i przyłożyło się do rozszerzenia przekonania, że niema konia jak tylko volblut angielski i że przeznaczeniem konia jest figurować na wyścigach.
     Dziwna tedy rzecz — a właściwie bardzo naturalna i prawdziwa — że to samo, co się w Anglji przyczyniło i przyczynia do wzrostu hodowli koni, to jest, że wyścigi konne przyczyniły się u nas do upadku chowu koni, bo chcąc dojść do doskonałości volblutów angielskich, zaniedbaliśmy chów wszystkich innych ras, mierząc zaletami volbluta zalety w ogólności konia. W poniewierkę poszło tedy co swoje, bo niepodobieństwem było przerodzić krajowe stada i stajnie, a cała uwaga była tylko zwrócona na rasę angielską. Najznakomitsze krajowe stada poszły w lekkocenienie i pogardę; więc to, co istotnie miało i ma wielką wartość, tém poczęto pomiatać, to poczęto zaniedbywać; gdy z drugiéj strony w krzyżowaniu angielskiéj rasy z naszémi końmi doszliśmy do dziwolągów i wyrodków niezdatnych do niczego.
     Na tém więc skończył się ów epizod chowu angielskich koni i upowszechnionych angielskich wyścigów, u nas przynajmniéj; a w miarę tego, jak ta manja, która tyle kosztowała, przemija, przychodzimy znowu do ocenienia zalet własnych stad i koni uszlachetnionych przez tureckie i arabskie ogiery, i daj Boże! żeby się ten smutny epizod na tém tylko kończył, że kilkanaście lat w uszlachetnieniu własnych ras, ras krajowych jest straconych, i żebyśmy tam znowu, pod względem chowu koni, stanąć mogli, gdzieśmy przed dwudziestu pięciu laty stali.
    II.
    KILKA SŁÓW
    o tarantowatych i srokatych koniach.
     Jak do wszystkiego poczyna świat zwolna powracać, co bez potrzeby zarzucił, czego w swym czasie ocenić nie umiał, tak téż powraca dziś znowu do chowu srokatych i tarantowatych koni.
     Jeżeli się tu kogo radzić wypada i niezawodnie można, to staropolskiéj hippiki, która, nietylko że przywiązywała wielkie znaczenie do maści konia, ale nadto jeszcze umiała każdy znak na koniu położony odczytać niejako i tłumaczyć jego znaczenie podług odwiecznych praktyk i właściwego daru obserwacyi. Wszędzie widzimy toż samo, gdzie się od wieków sławne hodują konie i gdzie chów koni jest związany z życiem i powołaniem człowieka i narodu.
     Według téj tedy tradycyjnéj hippiki jest maść tarantowata pierwotnie pochodzenia perskiego, a dostała się do nas od Tatarów. Brudno kasztanowata lub dropiata tarantowacizna na skórze lśniącej białości, o cielisto-różowawych chrapach i nozdrzach, o takiém samém podkasaniu, lekkiéj bardzo grzywie i nikłym ogonie — to jest maść piérwotna i oryginalna tarantów, którą tém wyżéj ceniono, jeżeli nadto róg kopyt był czarny i lśniący, kształt obłączysty, pęcina krótko związana, oko czarne i wypukłe, wyrost szyi koguci, cętki tarantowacizny równe, jajkowatego kształtu, mało co większe od jaja, i co raz drobniejsze ku szyi i głowie, tak, że się w końcu na głowie i nogach w dół kończyły grubą hreczką lub jednostajną ciemną maścią. Pierwotne tarantowate konie nie były rosłe, jak wszystkie orjentalne rasy, i miały wszystkie ich zalety, a zrażało to tylko u nas do nich, że niemiały pięknych ogonów, bo zazwyczaj od spodu zawsze nagie, a tylko z wierzchu rzadkim, niezbyt długim, a często i krętym włosieniem pokryte — tak zwane pytki. — Pochodzi to ztąd, że zawsze tylko jedna maść daje włosień na ogonie; albo obrastają centki, co się częściéj zdarza, albo porasta włos biały a centki są nagie, co już do zalet w téj maści liczono, kiedy tarant miał ogon biały. Grzywa biała zdarza się tylko u ogierów i należy do najpiękniejszych odmian w téj maści.
     Zrażało tedy, jak mówię, u nas do tarantów, że nie miały pięknych ogonów, a wyjątkowo tylko bogatą kądziel. Kiedy więc w całej Europie, na wzór okazałego hiszpańskiego dworu, poczęto już w XVII wieku urządzać kalwakaty i cugi dworskie, sprowadzono i do nas hiszpańskie i neapolitańskie konie, i ztąd powstały taranty rosłe i taranty z lepszémi ogonami; bo, jak wiadomo, są hiszpańskie i neapolitańskie konie także przez arabskie poprawione, ale zachowały wielkość domowéj rasy, silne grzywy i ogony, horbonosy, silne piersi i ogromny wyrost szyi.
     Przez rozrodzenie i skrzyżowanie zmieniła się pierwotna tarantowacizna w żelazne, kare, gniade, na siwe nawet centki. Te taranty wszakże nie są już ani tych zalet, co oryginalue, ani téj wartości. Tarantowane konie cugowe i rosłe księżnéj Marszałkowéj Lubomirskiéj, od których wielu u nas wywodzi pochodzenie tarantów, były z za granicy dla niéj sprowadzone, ale książę Wojewoda Ruski miał odwieczne stado perskich oryginalnych tarantów, z którego pod wierzch lekkie brano konie. Dziś pozostały resztki tego stada w Złotnikach na Podolu i ztąd się znowu ta maść rozmnaża.
     Tarantowate konie bywały cenione, bo zaletą téj maści jest: wielka krew, silna więź, gładki fel i rączość bez narowu. Taranty wyrastają długo, późno do pracy wzięte służą długo i żyją bardzo długo.
     Ród idzie tu głównie po ojcu, nie po matce, jak u innych oryentalnych koni; a nietylko zalety rodu, ale nawet i maść. Chciawszy się tedy dochować stada tarantowatych koni, nie dosyć jest mieć tarantowate klacze (których się stosunkowo zawsze mniéj w téj maści rodzi), ale potrzeba mieć ogiera taranta; bo klacz każdéj prawie maści rodzi tu w ogiera — doświadczono nawet tego, że klacz nietarantowata rodzi źrebięta z najregularniejszémi centkami, z piekniejszémi nierównie częstokroć, niż je nawet miał ojciec, kiedy źrebięta po samych tarantach widocznie się zwodzą bo miewają dziwaczną i przykrą tarantowaciznę, a czasem przechodzą w dzikie maści, po których się tarantowacizna przerzuca.
     Co do srokatych koni, te są krajowego zawodu, a w piękniejszych i dzielniejszych koniach może już ostatkami pierwotnéj polskiej rasy, naznaczonéj tylko widocznéj dziś już jedynie w téj maści.
     Srokacizny nie ma nigdzie pierwotnéj, tak jak jest tarantowacizna; a regularna srokacizna dowodzi odwiecznego starania w hodowaniu koni i najstaranniejszego krzyżowania ras i maści: ztąd téż zdarzy się u nas częstokroć znaleźć i ocenić w srokatym koniu zalety i piękności, choć nie jest, jak to mówią: wielkiego rodu i wysokiego żłobu, jakich nawet rasowe konie, tak zwane piérwszéj ręki, nie posiadają.
     Najlepszym dowodem, że koń srokaty jest tylko skutkiem odwiecznej hodowli koni w ręku i za staraniem ludzkiém, jest to, że srokatych koni niema tam, gdzie się konie nawpół dziko chowają w tabunach, dopiéro Zawodzkie stada poczynają mieć srokaciznę; ztąd téż jest tradycya między koniarzami na Ukrainie, że kto do Ordy tatarskiéj stepami zimą jeździł, nie brał nigdy srokatych koni w drogę, bo koń srokaty nie wygrzebie sobie paszy z pod śniegu; przeciwnie zaś zachwalono bardzo srokate konie z powodu ich odwagi na konie wojenne i myśliwskie, bo mają wiele bystrości, pojętności, czujności na straży i stanowisku, nie boją się źwierza, ognia ni wrzawy.
     Uderzają nieraz w srokatym koniu drobnym szczegóły tak piękne, iż nie umiemy sobie zdać sprawy, czemu to przepisać? a rzeczywiście leży to w bardzo starożytném pochodzeniu i krwi szlachetnéj, która się jeszcze przechowała w koniach téj maści. Co więcéj, kiedy tarantowacizna nie ma pewnych stałych cech co do kształtów i ruchów, przechowały srokate konie pewne ruchy i kształty stałe. I tak, na przykład, szérokie czoła i międzyuszy, otwarte chrapy, więź zwięzła, nizko związane nogi, szérokie, prawie rozparte zady, stęp spory i wybitny, kłus nadzwyczaj wyciągnięty, zwrot łatwy, osadzenie w miejscu, oddech silny i długi, o czém się przekonać można przy pojeniu koni, bo srokaty koń pojony zanurza łeb w wodzie wyżéj chrapów jeszcze, daléj, wielka wytrwałość, i jakem już nadmienił, odwaga, łagodność, wielka pojętność, przywiązanie do jeźdzca i miejsca, jedném słowem mówiąc, większy rozum w téj maści, niż w każdéj innéj; co dowodzi, powtarzam, że te konie są już od bardzo dawna pod ręką i w staraniu ludzkiém. Nie należy to przypisywać przypadkowi jedynie, że pod trębaczy, dojeżdżaczy, myśliwych, dają się tradycyjnie srokate konie: jest to przeciwnie wymowny dowód, świadczący o odwadze i pojętności koni téj maści. Również nie jest i to przypadkiem, że się małych chłopaczków na srokate sadza konie i że sztukmistrze wszystkich narodów starają się zawsze o nabycie małych, srokatych naszych koni, które za granicą dotąd z pojętności swojéj słyną i z łatwością wyuczyć się dają sztuk różnych. Żaden koń nie nadaje się żołnierzowi w tak krótkim czasie jak srokaty, nadewszystko, gdy pod wiérzch użyty, daje się łatwo nauczyć tego, by bez uwiązania stał w miejscu i na stanowisku, gdzie się go, zsiadłszy, postawi; co dowodzi, że ta maść była z dawna łagodnie, starannie i z ręki chowana, że pojmuje stosunki ludzkie i jest rozumnie karną.
     W srokaciźnie są te maści u znawców najwyżéj cenione, które z natury swojéj najdaléj od siebie legły, a więc przedewszystkiém konie karo-srokate, po nich idą gniado-srokate, daléj kasztanowato-srokate, bułano-srokate, siwo-srokate i najpodlejsze myszato-srokate. Co zaś do saméj srokacizny, i tu zachodzą znaczne bardzo różnice. Czém regularniejsza srokacizna, tém niezawodnie koń lepszy; równy czapraczek ciemnéj maści na białéj lśniącéj skórze należy do doskonałości, zwłaszcza jeżeli przytém jest głowa ciemnéj maści i nogi w dół od kolan ciemne, róg czarny, a ogón wzdłuż od krzyża na poły biały, na poły ciemny, do największéj zaś perfekcyi należy już w karych srokaczach, jeżeli na białych płatach znajdują się zrzadka krągłe kare centki owalowego kształtu, jak na tarancie; bo taka srokacizna świadczy o przekształceniu trzech ras różnych i zejściu się trzech maści najbardziéj od siebie odległych, to jest maści tarantowéj, maści siwéj, któréj pierwotnie nie było w naturze, i maści karéj, która najdaléj od siwéj leży. — Błędem w srokatym koniu jest, jeżeli ma od uda w dół białe nogi — takie konie bowiem bywają do grudy bardzo skłonne, w użyciu miekkiemiękkie i miękkiego ścierwa — jeżeli ma biały róg, który zwykle gośćcowaty bywa, nadzwyczaj suchy i szczypki; nie mają tego jednakowoż za błąd, żeby róg był wzdłuż drobno-prążkowato-srokaty, byleby był twardy i połyskujący; błędem jest w końcu, jeżeli mają zierkate lub tak zwane porcelanowe oczka. Koń przykréj srokacizny trzy lub więcéj kolorowéj bywa miękki lub narowisty; koń porcelanowego oczka nietrwały i krótkowidzący, dla tego czasem lękający się wszystkiego przed sobą na ziemi, lubo do ognia i wody odważny bywa.
     Ktoby się chciał dochować koni srokatych, niech szuka ogiera, któryby był mało ale bardzo regularnie i jeżeli można, karo, skarogniado, lub przynajmniéj zawsze ciemno-srokaty, a niech z nim nie styka ani klaczy siwych ani dzikiéj maści. Srokacizna ma to do siebie, że się w pokoleniu powiększają płaty białe; szczególniej idzie to po klaczach, że źrebięta z nich urodzone, mają coraz większe płaty białe po nogach: dlatego wypada rozradzać srokaciznę z ogiera srokatego, któryby miał jak najmniejszą strzałkę i niewięcéj jak jednę i to zadnią lewą nogę białą po pęcinę. Cechą niezawodnie szlachetnéj rasy będzie zawsze, jak mówiłem, regularny czapraczak ciemny albo biały, chociaż ciemnemu na tle białém dają pierwszeństwo. — Srokacze różowéj skóry są bardzo łagodne i pojętne, ale srokacze czarnéj spodniéj skóry i twardego ogona (co siłę krzyża oznacza) są to konie największych zalet i największéj trwałości w téj maści.
     W dobiéraniu regularnéj srokacizny nie trzeba się koniecznie oglądać na rasę — gdzieś to wyżéj i dawniéj od jednéj krwi poszło zalety lubią się i odradzać i powracać przy poprawie krwi i to dowoli; zawsze jednakowoż trzebaż się trzymać téj zasady, aby poczynając hodować srokate konie, zaczynać od małosrokatych, to jest, aby ciemna maść przeważała, mianowicie na głowie i nogach, bo z każdém pokoleniem będą się powiększały płaty białe i niema obawy, żeby się urwała srokacizna na braku białéj sierści.
     Tak zwane murzynki nie należą właściwie do srokatych koni wyradzają się one z maści siwéj, z dereszów i z żelaznéj maści, nie mają żadnego związku z maścią srokatą; a że rasy te są od niéj bardzo odległe, nie radziłbym nigdy tych maści zbliżać do siebie.
    III.
    O maściach i odmianach w koniach.
     Ledwo że te artykuły w świat poszły a jużciż rekryminacje: „Zkąd on wié więcej o tarantach i srokatych koniach od nas? gdzie rękojmia, że tak jest, jak mówi?“
     Moi Panowie! Zkąd o tém wiem? wszakżem mówił że z tradycyi! Gdzie rękojmia? — W doświadczeniu! Że z upadkiem chowu koni u nas i stad krajowych zatraciliście tradycye gospodarskie, to rzecz bardzo naturalna. Że z doświadczenia wieków nie chcecie korzystać, czyjaż to ma być wina?
     Mówiłem to już poprzednio, że tradycyjna hippika jest składem odwiecznych doświadczeń i skutkiem właściwego daru obserwacyi w narodzie, który od wieków dzielne chował konie.
     Tradycye te żyją pomiędzy ludźmi znawcami, między właścicielami stad, między ludźmi chodzącymi koło koni; czegoś można się było i w wojsku, czegoś i z staréj księgi nauczyć, czegoś i na jarmarku. Nie są to nowe rzeczy, o których piszę, i owszem cała ich i jedyna jest zasługa, iż nie są nowe, ale na odwieczném doświadczeniu oparte; a jeżeli się czasem jakaś prawda przedrze z życia do pism naszych, czyliż to ma tak obrażać? I owszem, nieśmy to drugim w dobréj wierze, co nam w dobréj wierze dano, a na tém zyska tylko rzecz.
     Zapytuję się tedy: Któż szczérzéj i sumienniéj badał naturę konia, czy ten, co znając wielkie i mądre drogi Opatrzności pytał się niejako natury przez wieki o każdą własność konia, o każdy kształt i ruch jego, o znaczenie jego maści, o każdą odmianę w niéj, o każdy znak na koniu położony? — czy ten, co zmarnowawszy puściznę dziadów i tradycyę rycerskiego narodu zatracił i stada zmarnotrawił, a dziś przypisując w koniu wszystko ślepemu przypadkowi lub sprytowi europejskiego makiniona, chce restauracyą stad krajowych rozpocząć od sprowadzania koni z zagranicy i uważa to za ujmę honoru, jeżeli się ktoś z boku poważa, patrząc na tę swawolę, odezwać półgębkiem?
     Nie zważając tedy na te gadaniny, prowadzimy naszą rzecz daléj w duchu rozpoczętym, i powiémy dziś o maściach i odmianach w sierści.
     Po srokatych i tarantowatych koniach następuje tu przeto, według tradycyjnéj hippiki, wytłómaczenie wszelkich innych maści i znaków w koniach, tudzież wytłómaczenie odmian białonogich, łysych, strzałkowanych, wytłómaczenie chrapek, gwiazd i odwrotów na koniu.
     Zafarbowanie sierści pochodzi od większéj lub mniejszéj ilości żółci, która się w koniu wyrabia, we włosach przetwarza i maść koniowi daje; że zaś większa lub mniejsza ilość żółci, którą organizm wyrabia, wpływa stanowczo na naturę konia i na jego własności, ztąd téż uważano maść w koniu za wskazówkę własności jego, ztąd zmienia się częstokroć maść z wiekiem, a nawet podług paszy i pory roku w koniu, lub przybiéra pewne odmiany w miarę tego, jak organizm więcéj lub mniéj żółci wydziela.
     Maść tedy u konia nie jest zupełnie obojętną rzeczą, a od wieków uważano sierść gniadą, która środek w maściach wszystkich trzyma, za najpiérwszą i najlepszą; jakoż gdzie się konie starannie hodują, tam przeważa zawsze maść gniada, która z jednéj strony w skaro-gniadéj sierści przechodzi w maść wroną, z drugiéj strony w cisawą. W sierści téj rozróżniają następujące odmiany jasno-gniadą, złotą, skaro-gniadą, gniado-jabłkowatą, gniado-pleśniwą. Z tych za najgorszą mają znawcy jasno-gniadą, zwłaszcza, podpalałą, tj. gdy noga, nozdrze i brzuch przypłowsze bywają — znak to niedobry. Najlepszy złoto-gniady, zwłaszcza, gdy grzywa, ogon, nogi i uszy coraz bardziéj czernieją. Gniado-jabłkowaty bywa pilny i dobry, mocny, czasami w uporze, przy najeżdżaniu lub w przygodzie do złamania trudny, zawsze jednak między gniadémi ceniony i ledwo że nie najlepszy. Gniado-pleśniwy jest do wszystkiego sposobny a zwłaszcza żołnierzowi bardzo potrzebny — im ciemniejszy tém lepszy. Skaro-gniady bywa wytrwały, silny i rozumny. Maść gniada w powszechności ręką i miarą chodzić lubi. Łagodnością i głaskaniem do prowadzenia lepsza niż ostrością, pamięta długo to, czego się nauczy — ztąd krzywdy jéj robić nie trzeba. Z gniadych najweselszy złoty, najłagodniejszy jasno-gniady, skaro-gniady, gdy utarty, bezpieczny, jabłkowaty nie do zdarcia. Maść to bardzo lubiona, trwała i robocza. Nadzwyczajnych rzeczy nie miéwa, albo tylko w jabłkowatéj i złotéj odmianie, ale wszystko ma, czego potrzeba; bo gniady chowa się łatwo, łatwo go dobrać, łatwo najeździć i do wszystkiego użyć można.
     Konie maści kasztanowatéj nie stanowiły właściwie dawniéj osobnéj sierści, ale jedne policzano do gniadych, drugie do cisawych, i tu już wchodziły także konie izabelowate i wszystkie bułane.
     W ubarwieniu sierści kasztanowéj przeważa żółć, ztąd więcéj narowu i złości w téj sierści, ztąd są niecierpliwe i niemiłe w wędzidle, niespokojne do siadania, łechczywe w karku, w łydce i w ogonie. Dzielny kasztan potrzebuje bardzo spokojnéj ręki, dobrego jeźdźca w siedzeniu, małego ciężaru zrazu, kiedy się bierze do wozu. Potrzebuje zawsze jednéj ręki — raz źle użyty lub znarowiony długiego potrzebuje czasu, żeby się poprawił i tylko w dobrém ręku się poprawi. Gniéw lub dzielność jeźdźca lub woźnicy nie udziela się żadnemu koniowi tak bardzo, jak kasztanowatemu. Kiedy inny od gniewu i chłosty karnieje, to on się gniewem człowieka zapala, hardzieje coraz bardziéj i szalone robi rzeczy; ztąd tylko swojemu siadać na kasztana, kiedy dzielny i wielkiego rodu, a i ten nigdy znać nie będzie, co mu zrobić może.
     Jeżeli kasztan jest jabłkowaty, bywa twardszy, bo nie tyle zły i łechczywy, a zawsze lepszy, czém ciemniejszy i w sierści i w jabłkach; podobnie jak rudowacizna w téj sierści, w grzywie i w ogonie lub w pojedyńczych dłuższych rudych włosach, przerzucających się po całéj skórze kasztanowatéj należy już do najgorszych znaków w téj maści.
     Po kasztanowatéj idzie sierść cisawa. Konie téj maści są w ogólności tego samego przyrodzenia co kasztanowate. Czém czerwieńsza cisowacizna, tém złośliwsze i niepewniejsze, trudne do użycia, bo im się wielkiéj dzielności zachciewa. Jeśli co dobrego czynią, to tylko z własnéj woli i fantazyi — niestałe i narowiste, trudzą się téż prędko; a czego się nauczą, zapominają rychło. Do biegu bywają skore i biegu żartkiego, ale nie na długą metę. W téj maści bywają takie odmiany: jasno-cisawy, mało że nie czerwony — ten ze wszystkich cisawych złośnik największy i prawie nigdy nie pójdzie ręką; bo gdy dzielniejszy, pełen narowu, gdy podlejszy, kaléczeje, zawsze nie dobry dla jeźdźca i dla ludzi, co koło niego chodzą. Daléj cisawy o śniadéj grzywie, takimże ogonie i ciemnéj prędze przez krzyż: ten natury dobréj, wytrwały i pracowitszy, gdy się z jeźdźcem zna. Trzeci bywa ciemno-cisawy, a ku temu z ciemną pręgą przez krzyż i ciemno-jabłkowaty. Sierść taka należy już do osobliwości i miéwa wielkie przymioty. Na takim to koniu dowodził król Jan pod Wiedniem — zwał się on „Pałasz“.
     Czwarty w końcu bywa cisawo-pleśniwy, który tém lepszy, czém się więcej białego włosu po cisawéj sierści przerzuca: taki koń trwały, dobry i bezpieczny. Jak już samo mówi przysłowie: „Cisawo-pleśni wy, rycerzom szczęśliwy.“
     Maść izabelowata rzadka, gdy czysta, a w koniu dzielnym wielkiéj zalety. Osobne téż stada chowano téj maści, aby ją utrzymać w jednéj mierze i czystości.
     Konie tej sierści bywają wielkiéj duszy użyte pod wiérzch, wielkiéj wspaniałości, kiedy w cugu idą — jeden wspoziéra na drugiego i górno się niesie; narów tu nieznany, karać się nie dadzą, pochlebiać im trzeba, bo się znają na sobie. Dzielność w nich zawsze jedna, czy z dziedzińca w bramę, czy z drogi przed ganek, tylko w drodze z niemi biéda, bo powoli jedzą i tylko z wysokiego żłobu; koni małych nie cierpią, ztąd, jak napadną gdzie, i zagryzą; kucyk przy nich nie może chodzić i strach przy izabelowatym na wyrostka, gdyby na kucu siedział, bo go sięgnie zadem przez drugiego konia, albo nakryje przodem. Izabelowaty zna się na rzędzie, na szorze i okazyi; czém szor i rzęd bogatszy, czém większa okazya, tém górniéj się niesie; zawsze dopisze, gdy trzeba, w największéj wrzawie i natłoku spokojny i wspaniały; odważny ale nie junak; w kalwakacie czy w boju jeden, lubi łakocie, potrzebuje pieszczoty, lubi muzykę i najłatwiéj go się ujeździ, gdy mu przygrywają, ale rozumnéj potrzebuje ręki, a gdy pryskać zacznie, to już źle.
     Mniéj nawet godne konie w tej sierści mają podobne zalety, ztąd lubią w wojsku wachmistrze a przy stadach stadniczowie jeździć na izabelkach.
     Bułana sierść w powszechności ani wielkich wad ani wielkich zalet nie ma; często miękkiego ściérwa, to téż prędko spada i prędko się poprawia w ściérwie.
     Bułany dobry do orczyka, gdy ma szerokie czoło, szeroko i równo między uszyma, a jest rozpartego zadu; dobry także na podjezdka, bo ostrożnie koło chartów idzie, zapala się za źwiérzem, a czujny, gdy na poszczuciu i stanowisku stoi; w szeregu zaś karny. Bułany tém gorszy, czém jaśniejszy, zwłaszcza jeżeli ma rybie lub wilczate oko, jeżeli grzywa i ogon jednéj maści z felem. Do piękniejszych odmian należą bułanki lśniąco-masłowate, z białemi jak śniég grzywami i ogonami; te bywają bardzo łagodne, pojętne, wesołe, bez złości i narowu: ztąd téż wsadzano na nie wyrostki i niewiasty, bo jak się chodów i zwrotów wyuczą, i bez wędzidła i bez wprawnéj ręki, na cmoknienie lub znak robią wszystko karnie i względnie, choć jeździec temu nie praw.
     Więcéj jeszcze cenioną odmianą jest bułany o czarnéj grzywie i czarnym ogonie, a gdyby do tego przyszły uszka jak u lisa czarno postrzyżone, czarne nogi i chrapy, ciemna pręga przez krzyż i ciemne lub czarne jabłka po zadzie — to już nie mieć go nawet za bułanka, bo dzielniejszych koni w żadnéj maści nie bywa: ale bardzo rzadko się zdarza, żeby się te wszystkie dobre znaki w jednym koniu znalazły, częściéj, że pojedyńczo.
     Bułano-jabłkowaty, jakieby jabłka nie były, bywa zawsze trwały, pracowity, cierpliwy, ale rzadko skory, częściéj tępy i małego pojęcia.
     Sierść siwa bardzo chwalona w powszechności, jak już samo mówi przysłowie:

    „Kto nie miał siwego,
    Ten nie miał żadnego.“

     Siwy tém lepszy, czém ciemniejszy, bo więcéj krwi miewa, a następujące odmiany rozróżniają w tej maści: siwo-jabłkowatą, prese białą, siwo-gorczyczkowatą, mrozowatą, dropiatą, i w końcu szpakowatą.
     Siwo-jabłkowaty najlepszy, zwłaszcza jeżeli jabłka w czarne lub w niebieskie biją i są foremne a niezbyt wielkie i zad osypują. Konie takie bywają wytrwałe, drożne, robocze i bezpieczne.
     Koń prese biały, co z wiekiem nie chwyta tatarki, białéj lub różowéj skóry i białego rogu bywa — jest spojrzenia dziwnie pięknego, wspaniały i do izabelowatych z natury podobny. Maść to monarsza, ale dziwnie delikatna, potrzebuje ciepła i wielkiego starania, podległa chromotom i różnym chorobom; ztąd tylko w najdzielniejszych koniach i w wielkich stajniach poszukiwana, ale dla szlachcica i żołnierza niesposobna, jak już samo mówi przysłowie:
     „Biały cały albo wszystek dobry i chrobry, albo wszystek pies.“
     Gdyby zaś biały miał skórę czarną i czarny róg — to nietylko w téj maści nie bywa dzielniejszych koni, ale mało w któréj; bo takie konie są wytrwałe, z wiekiem przybywa im dzielności; w gorącym harcu, czém dłużéj trwa, tém większego nabiérają ognia, płatami oblatuje z nich piana i czarna skóra wychodzi na wiérzch, tak iż biały poszedł do harcu a sino-żelazny wychodzi z niego. Konie o czarnéj skórze wielkiej są dzielności ale bardzo rzadkie.
     Siwo-gorczyczkowate konie bywają znowu trojakiéj odmiany z czarną gorczyczką i te bywają dobre; z czerwoną gorczyczką mniéj piękne i nie tyle cenione, zwłaszcza jeżeli się takowa przerzuca po nozdrzach i chrapach, znamionuje to hardość, niepotrzebną podniosłość i krnąbrność w koniu; ale jeżeli się zdarzy jak gdyby grubym bobem osypany koń z rzadka, gdyby nadto jeszcze miał takież znaki na pęcinach, jak od pęta, toż na kolanach pręgi, a po sobie znaki, jak gdyby szramy od cięcia — to już wielki ród znamionuje i w lada koniu się nie znajdzie choćby był nie bardzo urodziwy, takiego chowaj, bo wszystkie chody zrobi w miejscu i nie tylko na wolnym placu, ale w klatce stojąc.
     Sierść mrozowata, to jest, gdy wrona sierść z białą się nie pomięsza, ale gdy są w czystości obok siebie — dobry to znak, zwłaszcza gdy głowa, uszy, ogon i grzywa są czarne: nazywają takiego murzynkiem. Koń taki nigdy złym nie bywa, ale jest rzadki.
     Dropiata maść zdaje się najmniej cenioną w siwéj sierści, zwłaszcza jeżeli drop ma żółte, złote lub czerwone oko: taki bywa mdły i słaby, dziki i narowisty. Lepszy, gdy ma oko czarne, a najlepszy z dropiatych ten, co jest jabłkowaty; w powszechności jednakowoż nie mają dropie wielkiéj famy.
     Szpakowata maść, miła na oko, ale nie wielkiéj cnoty, jak już sama mówi przypowieść:

    „Nad siwego w świecie nie ma,
    Szpaczek chwyci, lecz nie wstrzyma“.

     Szpak póki młody, dzielny — ale z laty, w miarę jak bieleje, wołowacieje i nikczemnieje. Lekkorób, wielkiego potrzebuje oka i pilnego starania, a lada czém w niwecz się obraca.
     Maść w końcu wrona niewielkich jest zalet, jakoż u nas nie bardzo lubiona: kare konie nie mają miłości do siebie, a czego człek nie kocha, tego i chować nie powinien.
     Kary zimny, wołowaty; trwały wprawdzie, ale z tysiąca jeden dzielny i wesoły, chyba żeby miał foremną łysinkę i był białonóżka na wszystkie cztéry.
     Z karych najlepszy wrony, gorszy myszaty, a najgorszy popielaty, i tém gorszy, czém jaśniejszy. Pręga przez grzbiet i ciemniejsze nogi poprawiają trochę rzecz w tych odmianach, zawsze jednakowoż uważany jest myszaty za narowistego a popielaty za mdłego. Myszaty, jeżeli dzielny, nabywa łatwo wady; jeżeli tępy, nie można z niego zdjąć bata.
     Ze wszystkich wronych najlepszy ten, co kawczéj maści bywa, zwłaszcza, jeżeli jest lekko oprószony siwym włosem.
     Karego nie mają wprawdzie za nieszczęśliwego konia, a jednak jest wojskowa przypowieść:
     „Na wronym nie jedź do boju, a gdy cię zpieszą, nie siadaj na kasztana“.
     Tyle tedy o różnych maściach koni według tradycyjnéj hippiki. Co się tu o znaczeniu każdéj maści w powszechności rzekło, ma się rozumiéć o każdéj, jeżeli jest bez żadnych innych odmian i znaków; jeżeli zaś przybywają nagłówne, nożne i felowe odmiany i znaki, w sierści i skórze — zmienia to znacznie naturę konia: bo te znaki są, według zdania znawców, wyższego znaczenia i znamionują jeszcze inne rzeczy i własności w koniu obok maści.
     Z nagłówkowych znaków idzie naprzód łysina. Łysina podługowata, która brwi znaku nie dotyka a nie kończy się nad nozdrzami, ale wązko na chrapy przechodzi, dobrze świadczy o koniu, również podobna strzałka, która piórami niby na czoło przypada a grotem ku chrapom, znamionuje rycerskiego konia.
     Łysina szeroka, która oczu i brwi sięga, znak to w koniu gnusności ducha i lenistwa ciała, ale zarazem długiego żywota.
     Koń białéj mordy i taki chrap — znak głupstwa i miękkości: taki bywa niepowodny i prędko szwankuje.
     Gwiazdka foremna nie wielka a jasna i srébrnego włosa na czole, jest znakiem dobréj natury w koniu, wielkiego serca i wielkiéj cnoty — zwłaszcza gdy się z taką odmianą dobry znak nożny łączy, to o takim koniu najlepiéj sobie wróżyć można, ale w połączeniu ze złemi nożnemi znakami mało co i jasna gwiazda poprawi.
     Gwiazdka i chrapka biała źle znaczy: koń taki miły i łagodny bywa, ale przypadkom podległy.
     Famy gwiazdka bez innych odmian jest znakiem wesołości w koniu i czystego dowcipu, a im foremniejsza tém większego.
     Do nagłownych jeszcze znaków policzają kość széroką i płaską między uszyma, która oznacza konia spokojnego, trwałego i roboczego. U innych koni bywa kość ostra między uszyma a nawet wyraźny guz: konie takie bywają bardzo skore, rącze i żartkiego biegu, do skoków wyśmienite i tém więcéj sposobne, czém większy guz: ale nie bywają tyle wytrwałe, co konie płaskiéj kości i szerokich między-uszy.
     Przystępując do tłómaczenia nożnych znaków, poczynamy od nazwania każdéj nogi.
     Przednia prawa noga zwie się „wyskoczną“, bo koń ujeżdżony wyskakuje tą nogą przodem, gdy z kopyta ruszy.
     Lewa przednia noga zwie się „grzebną“, bo tą nogą wygrzebuje sobie koń w stepach paszę z pod śniegu.
     Prawa zadnia noga zwie się „{{roz|włoczn]]ą“, bo około niéj ciągnie się włocznia w szeregu czy w stadzie.
     Lewa w końcu zadnia zowie się „siadaną“, bo z téj strony wsiada się na konia i od niéj przerzuca się nogę. Cały téż lewy połeć konia zwie się „wsiadanym“.
     „Po siadanéj stronie“ leży moc i złość konia, na siadaną stronę bierze koń na kieł — ztąd też wsiadając na konia od lewéj strony i ważąc się w strzemieniu, ma go się do razu w mocy; nazywają także lewy połeć konia „wytocznym“, bo po téj stronie bywa wytok upięty, a prawy nazywają „odwłocznym“, bo po téj stronie nosi i wlecze się włocznia.
     Przytaczamy tutaj tych kilka wyrazów, by dać dowód, jak już sam język świadczy tu o rzeczy, o hodowli koni i głębokiém zapatrzeniu się na istotę przedmiotu, kiedy dziś niczego nazwać nie umiemy, chociaż czasem nawet wiemy, o co chodzi.
     Otóż w nożnych znakach znaczy „biała wyskoczna“ konia spokojnego, powolnego, sposobnego do nauki, ale często podległego przypadkom, bo już z przyrodzenia jest ta noga słabszą od grzebnéj, przez ubielenie słabnieje więcéj a więcéj jeszcze przez najeżdzanie, gdy się siłę konia, „na włocznią“ przekłada i podnosi.
     Biała grzebna noga małego poważania u znawców, bo przez ubielenie osłabia się koń w najtęższej nodze swojéj, na któréj cwałuje, kiedy jest wolny.
     Biała włocznia noga, chociaż się taki koń pokazuje w czynieniu naręczny, uchodzi za hardego, a nadewszystko nieszczęśliwego i takiego nie brać do wielkiéj okazyi: konia takiego nazwano „odwłoczkiem“ i jest przysłowie wojskowe:

    „Siadany uciecze,
    Odwłoczek powlecze.

     Jakoż ze wszystkich nożnych znaków w koniu nie ma tak dobrego, jak gdy koń ma białonóżkę siadaną, nie wyżéj ubieloną jak po kostkę, bo taki i czystego serca i dobréj a wesołéj fantazyi i wielkiego biegu, i więcéj zawsze zrobi, niż może, a nadewszystko, że taki szczęśliwy!
     Jeżeli obie przednie białe, odwłocznia i siadana, zwłaszcza gdy na czole gwiazdkę miewa, tém lepszy, byle nie miał nóg przednich białych, a najbardziéj prawéj.
     „Koń w pończoszkach“ tj. na cztéry białonogi, znak to bardzo dobrego umysłu i fantazyi dobréj, ale łatwo szwankuje i chromieje; chyba, żeby miał łysinę foremną, wówczas to wielką znamionuje dobroć.
     Jeżeli koń ma „wyskoczną i odwłoczną białą“, tedy niebezpieczny i małéj ceny; jeżeli ma obie „wytoczne“ białe, mało co lepszy.
     Jeżeli na krzyż ma białe nogi, od wyskocznéj do siadanéj, to już lepszy, ale także nie wiele wart, bo się związać lubi.
     Jeżeli ma grzebną i odwłoczną białą, nieszczęśliwy i niebezpieczny a szwank z takiego konia pewny; jeżeli w końcu obie wytoczne białe, nie lepszy i ścigać się lubi, zawsze jednak na krzyż, aniżeli połciem, białe nogi lepsze. W każdym razie białość nie ma przechodzić nad pęciny — im wyżéj białość sięga tém gorzéj, im niżéj tém lepiej, a dobroć lub złość według nogi — zawsze jednakowoż poprawia foremna łysina lub gwiazdka cnotę w koniu, albo białonóżka siadana.
     Zdarza się, że dłuższy włos pokrywa odmiany a krótszy całego konia — i to już zły znak, bo odmiany wszelkie mają być krótszą i lśniącą się sierścią pokryte, krótszą niż cały koń, w przeciwnym razie oznacza to w koniu ród podły.
     Co o sierści, tóż samo znaczy się o rogu. Jeżeli róg u białonogich biały, zawsze źle i o tyle ubywa im wartości — nawet zresztą przy dobrych znakach nożnych.
     Koń bez żadnéj odmiany jednostajnéj jest natury: pracowity i do nauki sposobny, ale bez fantazyi a często hardy i uporny.
     Koń oczu jaskrawych, wielkiego białka, albo gdy biały lub siwe miéwa w oku miasto czarnego, krom tego, że szpetny, miéwa kurzą ślepotę, a na śniegu, zwłaszcza w dzień jasny, mało co albo nic nie widzi.
     Po nagłownych i nożnych znakach idą w końcu znaki felowe, znamionujące w koniu krew dobrą i ród szlachetny. Tu wypada rozróżnić naprzód odwroty czyli piórka orle od wichrów czyli wirów, ale nie od tych wirów, które ma każdy koń na czole, na gardzielu, na uszach, na pępku i bokach, ale od tych wirów, które się po innych miejscach znajdują na koniu. W największéj cenie miane jest orle piórko czyli odwrót podłużny, a tém wyżéj cenione, czém dłuższe i równiejsze, po obu połciach konia równéj długości i w tém samém miejscu. Dobre orle piórko gdy na czole, po obu stronach wzdłuż szyi, dobre, jeżeli ich więcéj jest, gdy w nieparzystéj liczbie, na grzbiecie, wpodle samego rzepia, słowem wszędzie tam, gdzie go koń okiem zajrzéć nie może. Znak to szczęśliwy i wielki!
     Mniejszej już ceny wiry i wichry, zawsze jednak dobrze świadczą o koniu i jego rodzie, byle się nie znajdowały blizko serca lub na sercu, ale tam, gdzie koń o nich wiedzieć nie może.

     Na tych trzech artykułach kończę objaśnienia do Mohorta, ulegając wielu żądaniom. Jeżeli ktoś to miejsce dla rozpraw hippicznych za niestosowne uważać zechce, niechaj rozważać raczy, że z tego stanowiska odpowiedzieć musiałem, z którego mnie zapytano, uważając każdą nową pracę zawsze za list do starych przyjaciół.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Pol.