Mohort (Pol, 1875)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Pol
Tytuł Mohort
Podtytuł Rapsod rycerski z podania
Pochodzenie Dzieła Wincentego Pola wierszem i prozą; t.3 serya pierwsza: poezye (Poezye Wincentego Pola. Pierwsze wydanie zupełne. Tom II)
Data wydania 1875
Wydawnictwo F.H. Richter
Drukarz W. Maniecki
Miejsce wyd. Lwów
Indeks stron



III.
D


Długo toczyła Wisła swoje fale,
I Dniepr niósł długo porohom swe żale,
O i nie mało upłynęło wody
Od owéj chwili, kiędy książę młody
Żegnał Mohorta aż do czasów owych,
Gdy już komendę hufców narodowych
Objął nareszcie w Polskiéj Ukrainie...

Gdy odebrawszy listy Madaliński,
Przybycie Księcia Józefa zwiastował,
Była ztąd radość w partyi ukraińskiéj,
Bo Mohort księcia wielce umiłował;
A choć się trapił Najjaśniejszym Panem,
I sejmem takim nad wszystko się smucił,
Co starą władzę Hetmanów ukrócił,
Rad byłby księcia powitał hetmanem,
Bo jego szczére znał dla kraju chęci,
I mile chował te czasy w pamięci,
Kiedy mu hetman młodzieńca poruczył,
Aby poczciwie służby go nauczył.




Z przybyciem Księcia wojska narodowe
Na kresach życie rozpoczęły nowe:
Bo wiele pięknéj przybyło młodzieży,
Przybyło ducha, serca i dzielności,

Wszystkie chorągwie wzmocnił zaciąg świéży,
I co dzień nowych miewaliśmy gości;
Bo młody książę, jeździec zawołany,
Lubił i harce i rycérskie sprawy;
A więc z wojskową służbą na przemiany
Szły karuzele i wiejskie zabawy...
Często i Panie obóz odwiedzały,
A nawet bale i tańce bywały.

Wszystko zaś było takie przyzwoite,
I wesołością taką ożywione,
Takie dostojne, takie wyśmienite,
Że nawet Mohort czoło namarszczone
Na chwilę czasem jeszcze rozweselił,
I z młodą wiarą zabawę podzielił.

Kogoż nie zbiedzi, i kogoż nie znudzi
Na Ukrainie ta rozkal wiosenna?
Lecz co za roskosz, gdy się ziemia senna
Po długiéj nocy znowu ze snu budzi!
W ów czas się wiosna do razu już robi,
Bo to zaledwo że się śniég roztopił,
A tu wiatr ciepły, i dészczyk przekropił,
I już zielono — i ziemia się zdobi
W trawy i kwiaty — zwiérz opuszcza nory,
A w pole wabi nadzieja i praca,
Step się uśmiecha, i kwitną futory,
I co dzień nowe ptastwo do gniazd wraca.

W taki to ranek zawezwał o świcie
Książę do siebie cały kwiat młodzieży,
Chcąc się wykąpać w stepowym błękicie,
I znów przehulać konie co najszczérzéj.
Co to tam było serca i ochoty,

I co konceptów! co dzielnéj pustoty!
Przez parę godzin, niepilnując drogi,
Niosły nas konie w nieznane rozłogi;
A choć do koła był tylko step goły,
Przecież tak piękny był świat i wesoły,
Jakby go Pan Bóg dopiéro był stworzył,
I młodą duszę ku niemu otworzył.

Słońce już było podbiegło wysoko,
Gdyśmy stanęli nad debrą széroką.
„Nie źle się składa! — rzekł Starszy Krésowy, —
Bo to jak widzę futor Mohortowy!”

„A to wybornie! — rzekł wesoło Książę,
To i odwiedzim dziś starego ćwika!
Puśćcie mnie naprzód, niechaj pierwszy zdążę
Po służbie witać mego Porucznika!”

I sam się spuścił najpiérwszy do jaru;
Jar był széroki i pięknie obrosły,
Jak uroczysko, niby pełen czaru —
Drzewina kwitła, dąb strzelał wyniosły,
A na dnie jaru jeszcze z nocnéj rosy
Trawy nietknięte, — w dali jakieś skały,
Nad nami w krzewach leśnych ptasząt głosy,
A żywe wody pod nami zagrały....

Święty Onufry z brodą za kolana
Klęczał w pustyńce śród małéj pieczary,
A wnijście do niéj brzost ocieniał stary,
A u stóp jego krynica rozlana
Żywym do jaru upływała zdrojem —
I jar oddychał uroczym pokojem,
I wonne jego owiały nas chłody —

A niżéj nieco zbiérały się wody,
W stawku niewielkim, i turkotał młynek;
Daléj pasieka pośrodku kalinek,
A jeszcze daléj lasek czeremchowy,
A w nim rozpięty namiot Mohortowy.

Ognisko z nocy jeszcze nie wygasło,
A przed namiotem wiała chorągiewka,
Kilka się koni niżej młyna pasło,
I jakaś smutna ukraińska śpiéwka
Płynęła jarem....

Wstrzymaliśmy konie,
Patrząc do koła urokiem zaklęci:
Takie to cudne było ustronie!

„W takich to jarach żyli Pańscy Święci!”
Rzekł stary Kozak — skoczył do krynicy,
Z czcią się pożegnał w pustyńce uroczéj,
Czerpnął ze zdroju, i przemywszy oczy
Wyniósł dla księcia wody w ładownicy.

„Na zdrowie, szczęście, na wiek i urodę,
Niechaj wam będzie! a pijcie tę wodę,
Bo takiéj wody ani w naszym kraju,
Ani nie dostać nawet i z Dunaju!
A kto na Jura tak do gwiazdy wstanie,
Że raniéj oczy od ptaszka obmyje,
I pierwéj zdroju od niego dostanie,
I niezmąconej wody się napije,
Temu na życie stanie prawdy w głosie,
I będzie patrzał czysto jak po rosie!”

W istocie była to wyborna woda!
Raczej dla duszy niż ciała ochłoda,

I każdy rad téż był wytchnąć po znoju,
I przemyć oczy i przejrzéć się w zdroju,
I ładownicą zaczerpnąć z krynicy,
Którą za świętą czczono w okolicy

Ale już z łąki i konie zarżały,
I psy się głośno od młyna ozwały.
„Na koń! rzekł książę — tam widzę ktoś orze?
Ba to sam Mohort!” i puścił się przodem —
— Daj Boże szczęście! — A Mohort: „Szczęść Boże!
Co widzę, Książę? i z takim narodem?
Hej ptaku, ptaku pancernego znaku!
A czy od szlaku droga czy z Budziaku,
Z czego człek powstał, o tém myśleć trzeba,
Ani Hetmanom bez Boga i chleba!
Gdy Bóg dał gości, to puść w łąkę woły,
Niech i im będzie dzisiaj dzień wesoły...”

Chłopak posłuchał — pług został na roli,
A Mohort przeszedł po niéj się powoli,
Z kraju basztanu, na piérwszym zagonie,
Stała po starym zwyczaju zatknięta
Szabla, bo orzeł w rycérskiéj koronie,
A ziemia szablą broniona jest święta,
A pług miał miejsce i przy Piastów tronie.

Mohort wziął szablę i wąsów poprawił,
I jak po służbie przed księciem się stawił:
„Porucznik Mohort, na kresach stojący,
A Waszą Miłość wielce miłujący!”
Książę go ścisnął — a on do komendy:
„Do woli z konia! Towarzyszom wszędy
Wolno się bawić — a konie w ordynek!
Pachołki z końmi staną tam pod płotem,

Siedmiu na wartę, po dwóch przed namiotem,
Na krótkie straże — reszta na spoczynek!”

— Otóż to lubię! — rzekł wesoło Książę —
Gdy jest komenda, to i dobrze będzie!
A Mohort na to: „Jakoś to się zwiąże,
Niech tylko książę z konia już zesiędzie.”

I nie ubiegła może i godzina,
A już podano śniadanie ze młyna —
Na prędce zbito z kilku tarcic stoły,
A z drugich kilku ławy przyrządzono,
Wiarus kucharzył z młynarką na poły,
I obozową ucztę zastawiono:
Barszcz był wyborny, a baran był z rożna,
I jajecznica a arcy-wielmożna.
Bo przystrojona wieńcami kiełbasy,
A był do tego i podpłomyk świéży,
Kubek gorzałki i kufelek miodu,...
Sztuciec i łyżkę jeszcze w owe czasy
Miał każdy z sobą zwyczajem żołniérzy;
A więc nie było kłopotu ni głodu.

Po tém śniadaniu Mohort pchnął cichaczem
Kilku posłańców i pachołków konnych
Do monastéru, by nie brakło na czém,
I w zaprosiny do dworów postronnych.
I rzekł do księcia: „Ha wprawdzie pospołu
Nie zjadłem z księciem jeszcze beczki soli,
Lecz jeźli łaska, zjemy razem wołu,
I beczkę miodu wypijem powoli!”

W koło namiotu tok był wystrugany,
I jaworowym liściem usypany,

I sam ksiądz Rektor jeszcze przed wieczorem
Przybył z zapasem i klasztornym dworem,
Z miodem, i ze mszą, i przywiózł specyały,
I ów turecki namiot okazały.

Nazajutrz zrana już marszałek księcia
Nadciągnął z kuchnią i całym taborem,
I było więcéj co chwila zajęcia,
Bo nawet Panie przybyły wieczorem...
I do stu osób siadało do stoła,
I trzy dni trwała gościna wesoła.

Sam dziś już z tego nie umiem zdać sprawy,
Jak można było w stepowym futorze
Wyprawiać takie uczty i zabawy,
I podejmować jak na pańskim dworze
Z taką łatwością piérwszych ludzi kraju:
Że nikt się z gości ni skrzywił, ni pieścił,
Że się gdzieś każdy niezgorzéj pomieścił.
Jak się to działo? — nie wiem — lecz się zdaje,
Że cały sekret leży w obyczaju.

Szlachetne były proste obyczaje,
A szlachetnemu nic nie bywa krzywe,
A prostéj duszy wszystko jest poczciwe;
Więc téż umiano wszystkiego tam użyć,
A jak rozumiem, umiano i służyć.

Człowiek był wszystkiém, reszta wszystko niczém,
Ztąd gdy w świat patrzał poczciwém obliczem,
Podnosił wszystko w górę do téj miary
Szlachetnéj duszy i do dobréj wiary,
Jaką się w życiu i w sumieniu rządził,
I nią téż ludzi i wypadki sądził....

Gdy się bawiono, każdy chciał zabawy,
Więc się nią zajął, i nikt się nie nudził,
A że obyczaj dawał wiele wprawy,
Ztąd téż zabawą nikt się nie utrudził,
Ale umiano zająć każdą chwilę,
I każdą rzeczą zatrudzić się mile;
Jedno ukochać a drugie wysławić,
Ot krótko mówiąc: umiano się bawić.
A więc gdzie padło, w pałacu czy w borze,
Wszystko szło gładko — więc i na futorze
Z obecnych gości nikt nie myślał o tém,
Żeby być mogło lepiéj lub inaczéj.
Gdy każdy kontent, a gospodarz raczy.

Książę i Mohort stali pod namiotem,
I tu straż stała, bo to swoją drogą
Szła służba służbą — Marszałek załogą
Stanął we młynie z całym księcia dworem;
Wszyscy panowie pod szopą taborem;
Rektor z piwnicą mieścił się w stebniku,
Licząc gąsiory i butle w kąciku;
A wszystkie panie sypiały pokotem
Pod owym sławnym tureckim namiotem,
Co był pod Wiédniem niegdyś jeszcze wzięty,
A w Kalinowym lasku dziś rozpięty.

Więc książę Józef, jak gospodarz drugi,
Sam się marszałkiem dworu Pań mianował,
Cały oddany Damom na usługi,
Wszystkiém tak zręcznie w chwili pokierował,
Że były rade i pełne wdzięczności:
„Bo gotowalnia cała do Jejmości.”

Sam zaś gospodarz choć miał oko wszędzie,
Tylko Panami znowu się zajmował,

Bo wiedział z resztą, że głodu nie będzie,
Wiedział że woły i skopy podchował,
Że tu jest woda, tam ogień we młynie,
Że sam ksiądz Rektor pomyślał o winie...
A więc już resztę zdał na drugich wolę,
I tylko bawił ciągle w męzkim kole.

Jakoż i słusznie, bo gdzie książę bawi,
Tam i Marszałek i kucharz się sprawi;
A gdzie są panie, tam i panny dworskie,
Więc i wykwintne koncepta zamorskie,
Bo dworska panna jak konceptem ruszy,
I do skarbnicy swych sekretów sięgnie,
To wiarusowi tak dogrzeje w duszy,
Że nawet djabła do roboty wprzęgnie.

Więc téż przy każdéj zwijał się pałasik,
I każda miała piorunem szałasik,
Pod ręką ogień i wodę i służbę,
I wystruganą ściéżkę do namiotu,
I w pogotowiu posłańca do lotu,
I powolnego w każdéj chwili drużbę;
Więc były rade i pełne grzeczności:
„Bo gotowalnia cała do Jejmości.”

Z rana Msza Święta codziennie bywała
W owéj pustyńce u świętego zdroju,
A że to wiara do świtu wstawała,
Więc tu się każdy pomodlił w pokoju,
A do Mszy Świętéj sam Pan Mohort służył;
I kiedy po Mszy pogodę powróżył,
Już przed namiotem zbierały się Panie;
A Pan Marszałek zarządzał śniadanie;
A potém na koń i daléjże w pole.

Były i panie, co jeździły konno;
A gdy Kafarek wypuścił sokole,
To nawet łabędź nie wyszedł obronno,
Jeźli dosiedział w stepowém jeziorku,
A drobnéj ptaszki co niemiara w worku.
Po takich łowach bywał obiad w lasku,
A już wieczorem przy kagańców blasku,
Sukno przed namiot, a na wóz trębacze,
I taka radość, że aż serce skacze;
Więc pełném sercem, co się komu godzi,
Za kielich starsi a do tańca młodzi.

Rej tam wodziła Pani Pupardowa,
Prześliczna, młoda, pełna wdzięku cała,
Kamińska z domu, żona Jenerała,
Który nie umiał po polsku i słowa,
I w owe czasy brygadą dowodził,
Gdy cudzoziemski autorament wchodził.

Jeździła konno gdyby Amazonka,
A w tańcu Gracya, że tylko malować,
I kuć piękności każdego jéj członka;
Grzeczność ukazać, wdzięk umiała chować,
A przy tém skromna i sercem wyniosła,
Jak gdyby wcale na królowę wzrosła,
Chociaż Pan Pupard był brzydki i stary;
Więc książę co miał do Pań słabość wielką,
Ale zarazem dla cnoty cześć wszelką,
Palił tu wdziękom i cnocie ofiary.

Po takim balu, gdzie jasno pod niebem
Świeciły gwiazdy, a dołem kagańce,
Pan Mohort innym obdzielił nas chlebem,
Gdy nas nazajutrz wywiódł w step na tańce:

Bo tu i popis i szkoła nie lada,
Gdy nam podpędzić kazał swoje stada;
Dwa były stada: jedno zwał hetmańskiém,
W niém rosły konie polskiego zawodu,
Drugie nazywał zazwyczaj sułtańskiém,
To już drobniejsze choć wielkiego rodu.

Kiedyśmy stada objeżdżali w koło,
Zawołał ku nam pan Mohort wesoło:
„No tu jest arkan, więc panowie młodzi,
Kto chce mieć konia, niechaj arkan rzuci,
I weźmie konia, co w tabunie chodzi,
I niech na obiad do nas na nim wróci!”

Więc jaki taki w rzemiośle nieznaném
Próbował szczęścia i rzucał arkanem,
Ale daremnie —
„Hej! hej! szczęście nasze,
Że dziś z Tatarem nie wojuje Lasze.”
Zawołał w końcu, gdy spłoszone konie
Już się poczęły rozbiegać po stronie;
Lecz gdy po chwili rozsypane z rzadka
Stanęły znowu — rzekł: — „Oto jest matka!
Ta klacz wilczata, co tutaj na przedzie,
I ona wiecznie całe stado wiedzie;
Dziśby zginęła wzięta z tego stada,
I żadna matka tak już nie przypada
Za swojém dzieckiem, jak za końmi ona,
I jako lwica, tak nie ustraszona.
To postrach wilków, i chociaż już starka,
Utłucze wilków więcej od Kafarka...
A tu ta druga z małą strzałką, gniada,
To już ostatki Wiśniowieckich stada,
Krew arcy-pańska! tego rodu koni

Łapać na arkan, ni ujeżdżać trzeba,
Bo same z młodu przychodzą do dłoni;
Gdy je chcesz użyć, podaj z solą chleba,
Ogłaszcz, oklepaj, i załóż wędzidło,
Siądź i jedź światem, byleby nie zrywać.
U każdéj nogi u nich orle skrzydło,
Lecz się tych skrzydeł nie godzi używać,
Chyba już tylko w potrzebie ostatniéj,
Kiedy ma wyrwać ze śmiertelnéj matni;
U mnie jak dzieci na ręku się rodzą,
I za człowiekiem niewiązane chodzą.

„Oto jéj córka, zwie się Korybutka,
Jak na rzut oka niby trochę krótka,
Ale jak niema krótkiego pałasza,
Bo jeźli krótki, to pomkniéj się bliżéj,
Tak kiedy trzeba, ni dłużéj, ni chyżéj
Sumak nie skoczy, jak ta perła nasza.
Przed kilku laty zginęła ze stada,
A po trzech latach sama wraca rada,
Lecz sądzisz książę, że do koni może?
Nie! mnie starego szuka na futorze,
I rży i lata, że aż ziemia dudni;
Poznałem rżenie, wychodzę z namiotu,
A ona do mnie, i aż drży od lotu;
Więc ogłaskałem i wziąłem do studni;
Ktoś jej dopiéro jedne okuł nogę,
Więc rozkuć zaraz kazałem niebogę;
A potém sobie przed namiotem legła,
Jakby się sama obcéj ręki strzegła.

„A to Giżycka, co chodzi po stronie,
Jacy Giżyccy, takie ich i konie,
Czém starsze, tęższe — a pewne po ćmaku,
Ztąd nie ma równych do stepu i szlaku.

„A to już sławny jest ród Sahajdaczny,
Biały jak mléko, ale skóra czarna,
Hardy i twardy, i z razu opaczny;
Ale jak ręka uchodzi go karna,
Całemu wojsku za przednią straż stoi;
Ktoby uciekał na nim, nie ujedzie;
Lecz się nie lęka ni ognia, ni zbroi,
I kto naciéra, ten będzie na przedzie;
Daleko widzi i słyszy na milę,
A daléj jeszcze wietrzy i przeczuwa;
Nigdy nie legnie, chyba przy mogile,
I inni kłusem, gdy on stępem suwa;
Kędy raz przejdzie, nie zmyli już drogi,
Sam na sam hardy, lecz przyjaciel duszny,
I jako ręka człeku jest posłuszny,
Kiedy już przyjdzie do okazyi srogiéj.
W tém spytał książę — „A to co za hetki?”
Gdy troje konie myszatych pomknęło.
Na to rzekł Mohort — „To inwentarz letki,
Ot i sam nie wiem, zkąd się w stadzie wzięło.

„Odkąd ma dusza końskiéj maci rada,
Zawsze się myszka przybije do stada,
I jakaś niby napaść oczywista!
Nie lubię myszki, bo maść narowista.
Ale ksiądz Rektor myszki tylko chowa,
Bo grubo-płaskie — więc i trudna rada.
Dawniejm odganiał tę hańbę od stada.
Lecz teraz trudno powiedzieć i słowa:
Gdy klasztorowi myszka tak na czasie,
To niechaj sobie i ta sierć się pasie.
A jeźli gorszy Księcia to myszate,
Jakże się wyda izabelowate,
Co tam spokojnie po stronie się wlecze?

Cóż Mości Książę o téj klaczy rzecze?
To moja Iskra — „Kahorlicka córa,”
Z stada Tarnowskich, z bachmatów hetmańskich,
Nie sierść, lecz jedwab — pargamin, nie skóra,
Zdatna do harców tylko arcy-pańskich.
Ktoby chciał widziéć jaka cnota w rodzie,
Niech ją użyje w rycérskiéj przygodzie;
Dopóki młode, ma to krowie nogi,
Podobne osłu — coś później do muła;
Rok siódmy, ósmy dodaje ostrogi,
I więź i oko i zagra krew czuła;
A gdy chrzest broni i trąbkę usłyszy,
Rozdziera nozdrza i aż drży, aż dyszy,
I czuć wyraźnie aż w sercu przez siodło,
Kto téj krwi panem i co w bój go wiodło.

„Po Izabelce, nie ma już w tém stadzie
Jak ta tu z grubą hreczką, co na zadzie,
To ród sułtański dalekiego wschodu,
Gdzie struś w pustyni gniazdo swoje kładzie;
Więc orle piórko nie wychodzi z rodu.
Wielkie na koniu Bóg położył znaki,
Jednak i wicher bywa nie jednaki;
Poniżéj oczu podły wicher wszelki,
Powyżéj oka wielkiego przymiotu,
Bo rozum znaczy — na szyi znak lotu,
A już na piersi znak odwagi wielkiéj;
I koń o jednym wichrze to już dobry,
O dwóch, ma narów — ale znowu taki,
Coby miał razem trzy niebieskie znaki,
To już i mądry, i lotny, i chrobry;
I wielką łaską ma u Pana Boga,
Komu do boju padnie na nim droga,
Bo nie da dotknąć jeźdca; gdy na przedzie,

Wszystkich wybiega; gdy wyciągnie szyję,
Nie ma co rębać, bo piersią rozbije;
A jak wnijść umiał, tak samo wywiedzie.
Nie darmo w świecie to pustynia słynie:
Póki w ojczyźnie jeszcze nie zaginie
Koń do pęciny od łba żyłkowany,
Póty i rycérz będzie jeszcze znany.

„Ten brudny kasztan, co tam jeden chodzi,
To syn Sułtański, a koń pod Hetmana,
Trzy orle piórka i tam gdzie się godzi,
I biała nóżka do tego sudanna,
Więc nic lepszego!”
I krzyknął: „Arkana!!..
To koń dla księcia, bo to wichrów czoło!”
Skoczyli ludzie — czychają w około,
Wzrok się zapalił panu Mohortowi,
Zebrawszy arkan podjechał z nienacka,
I jak pierścionek tak go rzucił z gracka!
A gdy padł prosto na szyję koniowi,
Kiedy koń ruszył, Mohort arkan ima,
Wziął go o kulę, pod nogę, i trzyma!
I jękła ziemia, i przypadli ludzie,
A w mgnieniu oka i koń się powalił,
Że się z nas każdy nad nim aż użalił;
Ale tabuńczyk po niedługim trudzie
Już go ochełznał, i tak się uwinął,
Że siadł na niego i z oczu nam zginął.

Długo Pan Mohort patrzył za nim w pola;
I rzekł nareszcie: — „I to Boża wola,
I pójdzie ręką, gdy się tak prowadzi,
Bo poszedł równo, a jak strzała sadzi.”

A gdy wysoko książę ten dar ważył,
Taki był kontent, że już dnia owego
Nie tylko starszych, lecz i nas każdego
Koniem ze stada swojego obdarzył.

Nazajutrz tylko książę damy bawił,
I niewidziany karuzel wyprawił.
Śliczna to była gonitwa i wprawa,
A co się zowie rycérska zabawa.
W pierścień toczono, a tureckie głowy
Padały w koło od strzału i cięcia.
„Śliczna zabawa nie ma ani mowy,”
Rzekł nawet Mohort pod koniec do księcia.
I tak się bardzo dnia tego rozbawił,
Że podwieczorek w pasiece wyprawił,
Choć tam nikogo nigdy nie prowadził,
I z cicha tylko z pasiecznikiem radził.
Tu już świat inny:

Bujna w stepach pszczoła,
Pni przeszło tysiąc stało do okoła...
Kilka grusz starych chyliło się w środku,
A oddech kwiatów i smółki czy miodku
Napełniał wonią całą okolicę;
Z pola wracały ciche pracownice,
I całe grono ucichło na chwilę
Oczarowane tą wonią tak mile.
A Mohort rzecze: „Dziwić się nie trzeba
Tutaj niczemu, bo to dary nieba,
Któremi Pan Bóg ziemię z niebem brata —
Jest to jak mówią: Gratia gratis data.

„Sławna to, sławna Mości Książę pszczoła,
I jest tradycya, co krąży do koła

Po Stepach Bohu, i po stepach Rosi,
Z którą się Naród po pasiekach nosi.

„Był Mości Książę Hetman od Różańca,
Wielkiego herbu, potężnéj buławy,
I jasnéj cnoty i szérokiéj sławy,
Go od chłopięcia chodził z wrogiem tańca,
Co z chełmu jadał, a sławy przysporzył,
Z turzego rogu w czasie uczty pijał,
Co naród kochał, co królowi sprzyjał,
A za ojczyznę siwą głowę złożył;
„Stróżem Podola” nazwał go lud cały,
Gdy legł — to śmiercią uszył on Koronie
Czarną sukienkę i po jego zgonie
Dziéwki na Rusi tańców zaniechały.

„Otóż to o nim powieść stara chodzi:
Że raz gdy wojsko na stepach postawił,
Chcąc dotrzéć twardo, czy liczny wróg godzi,
Sam na podsłuchy pod noc się wyprawił,
I z jedném tylko giermkiem ważył życie,
A całą ordę do koła objechał,
I do obozu powracał o świcie,
Kończąc pacierze — i rad się uśmiechał.

„Starsi czekali powrotu pańskiego;
Lecz choć im niedał rozkazu żadnego,
Nikt się z czeladzi nawet nie zatrwożył,
Widząc, że hetman przespać się położył.

„Usnął — a giermek wnijście od namiotu
Zasuł oponą — a choć nikt nie cichał,
Tak cicho było, jakby człek nie dychał,
Że jak ptak leciał, toś dosłyszał lotu.

„Było to w lipcu, właśnie pod czas roju,
Słońce podbiegło i stało wysoko,
Kiedy pan hetman przetarł ze snu oko,
Tak twardo usnął po rycérskim znoju,
I byłby jeszcze spał, bo się utrudził,
Ale brzęk roju, co minął w polocie
Cały nasz obóz, ze snu go obudził,
Bo opadł prawie na pańskim namiocie.

„Gdzie to już słońce! a co powie włodarz?
— Rzecze pan hetman — zły ze mnie gospodarz,
Gdy mnie rój budzi. Czas poprawić cnoty —
Zagiął rękawy, i pełen ochoty,
Niby pasiecznik wziął się do roboty;
I zgarnął muchę, i z lekka podkadził,
I w braku ula w pancerzu osadził,
I dziewięć było szyszaków téj muchy?
I wszystek naród nabrał ztąd otuchy,
Że Bóg rój spuścił na namiot hetmana,
Że żadne żądło nie dotknęło pana.
Jakoż Bóg szczęścił, i była wygrana.

„Choć bez pancerza Hetman wroga pobił!
A gdy w też miejsca znowu wojsko sprawił,
Stał ul żelazny tak, jak go postawił,
A rój był pięknie już głowę zarobił.

„Więc dobra wróżba! — pan hetman powiada, —
Niechże dar Boży w stepie nie przepada.”
I kazał naprzód cały jar poświęcić,
A potém czeladź do pracy zachęcić.
Usypał groblę, i stawek wyprawił,
I ściągnął ludzi i młynek postawił,
Ogrodził futor i okopał wałem,

Opatrzył bydłem; ot i owo zgoła
Odsypał kopce na stepie do koła.
Spisał przywiléj, i z dobytkiem całym
Oddał na własność rycérskiemu człeku,
Co się był dobrze ojczyźnie zasłużył,
By w tym futorze dokonał już wieku,
I zdał go wówczas dopiéro potomnie,
Gdy już nie będzie więcéj granic stróżył —
Tak to się dostał w końcu futor do mnie.

„W tém samém miejscu, gdzie onego czasu
Stał ul żelazny, dziś się pszczoła roi,
W tém samém miejscu, gdzie mój namiot stoi,
Stał i hetmański namiot pośród lasu:
I w téj pustyńce od owéj pamięci
Święty Onufry błogosławi wodzie,
I co rok woda w tém zdroju się święci,
I słynie odtąd łaskami w Narodzie.
„Żelaznym ulem” jest ten futor zwany,
A ów ul sławny — jak to każdy powie —
U Karmelitów był jeszcze chowany
Za czasów króla Jana w Berdyczowie;
Król Jan dopiéro zabrał ten ul z sobą,
I w pańskiéj Żółkwi był skarbca ozdobą.
A wszystkie sławne pasieki do koła
Z tego to roju poszły po futorach,
I po słobodach, i po pańskich dworach;
A wielką sławę ma — „hetmańska pszczoła.”

„Nigdy nie spadnie jak inne pasieki,
Lecz w łasce Bożéj przetrwa na wiek wieki,
Byleby tylko człek nie był zachłanny
Co je choduje — a początek wzięty
Był z trzech pni tylko — na cześć Trójcy Świętéj,

A światło dane do Najświętszéj Panny;
To się i wiedzie i jest i pożytek,
Więcéj niż potrzeb i prawie nad zbytek,
I na przednowek i sobie i komu,
I dla kościoła i ludzi i domu..“




W ciszy słuchało starca całe grono,
I żadne słowo w kole nie przepadło...
A w tém i słońce za dąbrową siadło,
I przed namiotem zorzę otrąbiono,
I niebo zwolna już ku gwiazdom bladło.

Zdala się ozwał głos przeciągły, cichy,
I biegł po rosie cudownym urokiem,
Daléj chór cały — czasem jakieś śmiechy:
To ludzie z pola powracali mrokiem.

Książę co nieznał jeszcze Ukrainy,
Spytał Mohorta: „Czemuż nucą smutno?“ —
A Mohort na to: „Smutne zwykle syny,
Kędy ojcowie wiek przeżyli butno!
Smutne to pieśni, a smutne bo stare,
Bo jako zmory żyją w ludzie całym;
A stara piosnka albo jest kordyałem,
Lub stanie sercu na wieki za karę.
Znam ja te pieśni, co po mroku płyną!“
I tu głos jego złączył się z drużyną:
Kto na Krymu ne buwau,
Perekopu ne wydau! —“




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Pol.