Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszystkich wybiega; gdy wyciągnie szyję,
Nie ma co rębać, bo piersią rozbije;
A jak wnijść umiał, tak samo wywiedzie.
Nie darmo w świecie to pustynia słynie:
Póki w ojczyźnie jeszcze nie zaginie
Koń do pęciny od łba żyłkowany,
Póty i rycérz będzie jeszcze znany.

„Ten brudny kasztan, co tam jeden chodzi,
To syn Sułtański, a koń pod Hetmana,
Trzy orle piórka i tam gdzie się godzi,
I biała nóżka do tego sudanna,
Więc nic lepszego!”
I krzyknął: „Arkana!!..
To koń dla księcia, bo to wichrów czoło!”
Skoczyli ludzie — czychają w około,
Wzrok się zapalił panu Mohortowi,
Zebrawszy arkan podjechał z nienacka,
I jak pierścionek tak go rzucił z gracka!
A gdy padł prosto na szyję koniowi,
Kiedy koń ruszył, Mohort arkan ima,
Wziął go o kulę, pod nogę, i trzyma!
I jękła ziemia, i przypadli ludzie,
A w mgnieniu oka i koń się powalił,
Że się z nas każdy nad nim aż użalił;
Ale tabuńczyk po niedługim trudzie
Już go ochełznał, i tak się uwinął,
Że siadł na niego i z oczu nam zginął.

Długo Pan Mohort patrzył za nim w pola;
I rzekł nareszcie: — „I to Boża wola,
I pójdzie ręką, gdy się tak prowadzi,
Bo poszedł równo, a jak strzała sadzi.”