Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Było to w lipcu, właśnie pod czas roju,
Słońce podbiegło i stało wysoko,
Kiedy pan hetman przetarł ze snu oko,
Tak twardo usnął po rycérskim znoju,
I byłby jeszcze spał, bo się utrudził,
Ale brzęk roju, co minął w polocie
Cały nasz obóz, ze snu go obudził,
Bo opadł prawie na pańskim namiocie.

„Gdzie to już słońce! a co powie włodarz?
— Rzecze pan hetman — zły ze mnie gospodarz,
Gdy mnie rój budzi. Czas poprawić cnoty —
Zagiął rękawy, i pełen ochoty,
Niby pasiecznik wziął się do roboty;
I zgarnął muchę, i z lekka podkadził,
I w braku ula w pancerzu osadził,
I dziewięć było szyszaków téj muchy?
I wszystek naród nabrał ztąd otuchy,
Że Bóg rój spuścił na namiot hetmana,
Że żadne żądło nie dotknęło pana.
Jakoż Bóg szczęścił, i była wygrana.

„Choć bez pancerza Hetman wroga pobił!
A gdy w też miejsca znowu wojsko sprawił,
Stał ul żelazny tak, jak go postawił,
A rój był pięknie już głowę zarobił.

„Więc dobra wróżba! — pan hetman powiada, —
Niechże dar Boży w stepie nie przepada.”
I kazał naprzód cały jar poświęcić,
A potém czeladź do pracy zachęcić.
Usypał groblę, i stawek wyprawił,
I ściągnął ludzi i młynek postawił,
Ogrodził futor i okopał wałem,