Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.





V.
Ś


Śliczny był wieczór, cichy i pogodny,
I miesiąc zeszedł, i stepy oświécał,
Konie szły raźno pośród nocy chłodnéj,
Czasem się w polach ogień gdzieś rozniecał;
Czasem w przelocie ozwały się ptaki...
A Mohort drogę prostował na szlaki,
I milcząc jechał, patrząc w twarz miesiąca,
Aż w końcu słowa wycisła tęsknota:

„Ostatni świadek mojego żywota,
A jeszcze wiernie świéci mi do końca! —
Gdzież to te czasy? gdzie w nieznane progi
Tak samom jechał do mojéj niebogi?

„Prawie w ostatniéj potrzebie z Szwedami
Poległ śród boju Pan Miecznik Różański,
A że miał wielki mir pomiędzy nami,
Otóż stanęło na radzie hetmańskiéj,
Ażeby ciało odwieźć w jego progi,
I z asystencyą oddać jego wdowie.

„Waść będziesz czynił,” Pan Hetman mi powié
I wydasz ciało sam w ręce niebogi,
I w mém imieniu będziesz na pogrzebie,
I od rycérstwa wyrządzisz poczciwość;