Małe kobietki/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.
OBÓZ ARTURA.

Eliza utrzymywała pocztę, bo najwięcej siedząc w domu, mogła ją regularnie obsługiwać. Z wielką przyjemnością codzień otwierała biuro, by rozdawać przesyłki. Pewnego dnia w miesiącu czerwcu przyszła stamtąd z pełnemi rękami i chodziła po mieszkaniu, rozdając listy i paczki.
— Oto bukiet dla mamy; Artur nigdy o nim nie zapomina, — rzekła, kładąc kwiaty do wazonu, który w „mamy kąciku“ napełniany bywał codzień przez kochającego chłopca.
— Dla panny Małgorzaty March, list i rękawiczka, — mówiła dalej, wręczając te przedmioty siostrze, która obok matki stebnowała mankiety do koszuli.
— Ależ ja zostawiłam całą parę, a tu jest tylko jedna, — rzekła Małgosia, spoglądając na szarą bawełnianą rękawiczkę. — Czy nie upuściłaś drugiej w ogrodzie?
— Nie, jestem pewna, że tylko jedna była na poczcie.
— Nie cierpię nieparzystych rękawiczek, ale mniejsza o to, może się znajdzie druga. To nie list, tylko przekład niemieckiej piosenki, którego sobie życzyłam; zapewne dzieło pana Brooke, bo to nie Artura pismo.
Pani March spojrzała na Małgorzatę, która bardzo ładnie wyglądała w perkalikowym szlafroczku, z loczkami spadającemi na czoło, i z miną dorosłej kobiety szyła przy stoliku pełnym białych kłębków ułożonych w porządku. Nieświadoma myśli, przebiegającej po głowie pani March, śpiewała podczas gdy paluszki przemykały się; umysł jej zajmowały panieńskie marzenia, tak niewinne i świeże, jak bratki w jej ogródku. Matka uśmiechnęła się też z zadowoleniem.
— Dla doktora Ludwika dwa listy, książka i jakiś dziwaczny stary kapelusz, który zakrył całą pocztę, — rzekła Eliza, wchodząc ze śmiechem do pracowni, gdzie Ludka pisała.
— To złośliwy chłopiec! — odezwałam się kiedyś z żalem, że moda nie pozwala nosić większych kapeluszy bo sobie opalam twarz. On odrzekł wówczas: — Dlaczego uważasz na modę? Noś duży kapelusz, jeżeli ci z tem wygodniej. — Ponieważ odpowiedziałam, że nie mam takiego, więc przysłał to straszydło, żeby mię wypróbować. Ubiorę się w niego dla figla, i pokażę mu, że nie dbam o modę. — Powiesiwszy ten staroświecki kapelusz o szerokich skrzydłach na popiersiu Platona, odczytywała listy. Jeden z nich, — od matki, rozognił jej policzki i łzami napełnił oczy, brzmiał bowiem jak następuje:

„Moja droga!

Piszę słówko, żeby ci oznajmić, że z wielkiem zadowoleniem widzę, jak usiłujesz poskramiać swój temperament. Nie mówisz nic ile cię to kosztuje prób, upadków, jak cię raduje powodzenie, i myślisz, że je widzi tylko ten przyjaciel, którego codzień prosisz o pomoc, — jak wskazuje zniszczona okładka twego Przewodnika. Ja także widzę i mocno wierzę w twe szczere chęci, bo zaczynają przynosić owoce. Moja droga, postępuj dalej tą drogą cierpliwie, odważnie, i ufaj, że nikt z tobą tak tkliwie nie dzieli wszystkiego, jak kochająca cię

Matka.“

— To mi skarb! to warte więcej, jak litanje pochwał. Ach, mamo, tak się starać będę! wytrwam w próbach i nie znużę się niemi, mając twoją pomoc.

Oparłszy głowę na rękach, zrosiła Ludka romantyczną przygodę błogiemi łzami; myślała bowiem, że nikt nie widzi i nie ocenia jej usiłowań. Te słowa były podwójnie drogie i zachęcające, że się ich nie spodziewała i pochodziły od osoby, której pochwała była dla niej najmilszą. Czując większe siły do walki z wadami, schowała list za stanikiem jako tarczę i przypomnienie, gdyby się dała zaskoczyć znienacka; poczem wzięła się do otwarcia drugiego listu, przygotowaną będąc na złe i na dobre wiadomości. Oto co napisał Artur dużemi i eleganckiemi literami:

„Spodziewam się jutro panienek i chłopców znanych mi z Anglji, chciałbym więc urządzić wesołą zabawę. Jeżeli będzie ładnie, rozłożę namiot na Wielkiej łące, gdzie popłyniemy wszyscy na przekąskę i krokieta. Rozpalimy ogień, żeby się raczyć przysmakami na cygański sposób i zabawimy się doskonale. Moi goście lubią takie rzeczy i są bardzo weseli. Brooke będzie trzymał chłopców w karności, a Kasia Vaughn posłuży dziewczętom za wzór. Bardzo pragnę, żebyście się z nami także wybrały; Elizy ani myślę się wyrzec i zapewniam, że jej się nikt nie będzie narzucał. Nie obciążajcie się zapasami, bo ja sam zajmę się wszystkiem, tylko przybądźcie do

waszego na zawsze Artura.

— Wspaniała rzecz, — zawołała Ludka, biegnąc z tą wiadomością do Małgosi. — Mamo, wszakże nie masz nic przeciw tej wycieczce. Takie będziemy pomocne Arturowi! Ja umiem wiosłować, Małgosia przyrządzi podwieczorek, a dziewczynki także mogą co robić.
— Mam nadzieję, że ci Vaughnowie nie są ani zbyt wykwintni, ani zupełnie dorośli. Czy słyszałaś o nich, Ludko? — zapytała Małgosia.
— Wiem tylko, że jest ich czworo: Kasia starsza od ciebie, bliźnięta Fred i Franuś prawie w twoim wieku, i mała Gracja, podobno dziesięcioletnia. Artur znał ich za granicą i lubił tych chłopców, ale Kasię niebardzo musi wielbić, bo uważałam, że się wykrzywia mówiąc o niej.
— Jak to dobrze, że mam czystą perkalową suknię, bo taka jest najwłaściwsza, — powiedziała Małgosia z radością. — A ty, Ludko, co masz stosownego?
— Czarna w ponsowe kwiaty będzie w sam raz, bo się nie będę potrzebowała krępować i myśleć o sobie przy wiosłowaniu. Czy wybierzesz się z nami, Elizo?
— Jeżeli nie dopuścicie, żeby chłopcy mówili do mnie.
— Żaden się nie odezwie.
— Chciałabym pożyteczną być Arturowi; pana Brooke nie boję się, bo on taki dobry, — ale z innymi nie chcę się bawić, ani rozmawiać, ani śpiewać. Znajdę sobie zajęcie, żeby nikogo sobą nie zatrudniać, a ty Ludko rozciągniesz nademną opiekę; tylko pod tym warunkiem wybiorę się z wami.
— Dobra z ciebie dziewczyna, — rzekła pani March, — starasz się zwalczać nieśmiałość i kocham cię za to. Wiem z doświadczenia, że jest niełatwo pasować się z wadami, i że dobre słowo dodaje otuchy.
— Dziękuję ci, mamo! — rzekła Ludka składając na chudym policzku matki wdzięczny pocałunek, droższy jej, niż gdyby jej przywróciła różową okrągłość młodych lat.
— Otrzymałam pudełko czekolady i obrazek, który chciałam skopjować, — rzekła Amelka, pokazując paczkę z poczty.
— A do mnie napisał pan Laurence, z prośbą, żebym przyszła grać o zmroku, i pójdę, — dodała Eliza, której przyjaźń ze starym gentlemanem pięknie się rozwijała.
— Teraz trzeba się krzątać i pracować za dwa dni, żebyśmy się mogły bawić jutro swobodnie, — powiedziała Ludka, biorąc miotłę w miejsce pióra.
Gdy słońce zajrzało nazajutrz do pokoju dziewcząt z obietnicą pięknej pogody, przedstawił mu się komiczny obraz, bo każda z nich uczyniła pewne przygotowanie do zabawy. Małgosia dodała jeden szereg papilotów nad czołem; Ludka ogromnie namaściła twarz cold-creamem; Eliza wzięła z sobą Joasię do łóżka, żeby jej wynagrodzić bliskie rozłączenie; Amelka zaś przykryła sobie głowę i ścisnęła nos szczypcami, podobnemi do szpilek, jakich używają artyści do przymocowania papieru na desce — chciała bowiem w ten sposób podnieść w górę szpecący ją nos. Zdaje się, że słońce bawiło się tym śmiesznym widokiem, bo wniknęło z takim blaskiem, że się Ludka ocknęła i rozbudziła siostry, śmiejąc się serdecznie z pomysłu Amelki.
Promienie słoneczne i śmiech były dobremi wróżbami dla wycieczki, i wkrótce wesoły ruch rozpoczął się w obu domach. Eliza, która najpierw była gotowa, donosiła co się dzieje w sąsiedniej bramie, i jej telegramy przesyłane od okna uprzyjemniały siostrom czas ubierania się.
— Idzie człowiek z namiotem, — mówiła, — pani Barkes układa przekąskę w dużych koszykach, Pan Laurence przygląda się niebu i chorągiewce. Chciałabym, żeby się wybrał z nami. Teraz pokazał się Artur podobny do marynarza; jaki ładny chłopiec! Ach, mój Boże! jakiś powóz pełen gości! siedzi w nim dorosła panna, dziewczynka i dwóch dużych chłopców. Jeden z nich kaleka — biedak, bierze kule! Artur nie mówił nam tego! Spieszcie się, dziewczęta! już późno! Jakto, Ned Moffat, doprawdy! Patrz Małgosiu; czy to nie ten sam co się ukłonił, jakeśmy dziś chodziły po sprawunki?
— Tak, dziwne, że on także jest; myślałam, że pojechał w góry. Otóż i Salusia! rada jestem, że wróciła na czas. Czym się dobrze ubrała? — spytała Małgosia z pośpiechem.
— Prawdziwa z ciebie Stokrotka. Przykróć trochę suknię i pociągnij kapelusz, bo wygląda sentymentalnie, jak go zsuwasz wtył, i gotów polecieć w górę za pierwszym powiewem wiatru. Chodźcie już!
— Ludko! przecież nie włożysz tego szkaradnego kapelusza. To już zbyt niedorzeczne! Nie możesz z siebie robić straszydła, — przekonywała Małgosia, widząc, że siostra kładzie wielki staroświecki z włoskiej słomy kapelusz, zdobny w ponsowe wstążki, — który Artur przysłał dla żartu.
— Właśnie, że się w niego ubiorę! doskonały jest; taki cień daje, taki lekki i duży! Mniejsza o to, że wyglądam jak straszydło, kiedy mi będzie wygodnie. — Mówiąc te słowa, poszła Ludka naprzód, a siostry wślad za nią. Wszystkie były wesołe i ładnie wyglądały w lekkich sukniach i wielkich berżerkach.
Artur wybiegł na spotkanie i uprzejmie przedstawił im gości. Łąka służyła im za salon, i wielkie życie tam panowało przez kilka minut. Małgosia rada była, że miss Katarzyna, mając lat dwadzieścia, ubrała się jednakże tak skromnie, że amerykańskie panny mogłyby z niej brać wzór. Bardzo jej też pochlebiło zapewnienie pana Neda, że przybył tylko dla zobaczenia się z nią.
Ludka zrozumiała, czemu Artur wykrzywiał się mówiąc o Kasi, zdawało się bowiem, że woła „nie zbliżaj się do mnie!“ Odbijała też silnie od swobodnego zachowania się innych dziewcząt. Eliza przyjrzawszy się nowym chłopcom, wyrzekła, że ten kulawy wcale nie jest „okropny“, owszem miły i słaby, więc będzie dla niego uprzejma. Gracja wydała się Amelce osóbką dobrze ułożoną i wesołą; wpatrywały się w siebie pewien czas w milczeniu i nagle zawiązały wielką przyjaźń.
Namiot, przekąska i krokiet były wysłane naprzód, więc się gromadka prędko wybrała, i dwa statki odbiły razem od brzegu, a pan Laurence został nad rzeką, powiewając kapeluszem. Artur z Ludką wiosłowali na jednej łódce, pan Brooke i Ned na drugiej.
Śmieszny kapelusz Ludwisi zasłużył na wotum dziękczynne, oddał bowiem tę ogólną przysługę, że wywołując śmiech, przełamał lody zapoznawania się, sprawiał przyjemny wietrzyk, powiewając w tę i w ową stronę, gdy wiosłowała, i według jej zdania, byłby w razie deszczu doskonałym parasolem dla całego towarzystwa. Kasia z niejakiem zdumieniem przyglądała się zachowaniu Ludki, zwłaszcza gdy upuściwszy wiosło, wykrzyknęła: „Krzysztofie Kolumbie!“ lub gdy Artur zapytał: „czy skaleczyłem cię, drogi kolego?“ — udeptał ją bowiem w nogę, zajmując jej miejsce przy wiośle. Ale przyjrzawszy się parę razy przez szkło „tej osobliwej dziewczynie“ zawyrokowała, że wprawdzie jest dziwaczna, ale ją bawi, i uśmiechała się potem do niej zdaleka.
Na drugim statku siedziała Małgosia naprzeciw wioślarzy, którzy się w nią z uwielbieniem wpatrywali, bardzo zręcznie wiosłując. Pan Brooke, poważny, milczący młodzieniec, miał pięknie ciemne oczy i przyjemny głos. Małgosia lubiła jego spokojny układ i uważała go za encyklopedję pożytecznych wiadomości. Niewiele do niej mówił, ale się wpatrywał — i miała pewność, że czyni to bez wstrętu. Ned, będący w kolegjum, jak każdy nowicjusz przejął naturalnie miejscowe zwyczaje. Nie był zbyt rozumny ale poczciwy, wesoły, i urządzał wyborne pikniki. Salusię Gardiner pochłaniało czuwanie nad białą pikową suknią i gawęda z ruchliwym Fredem, którego figle wprawiały Elizę w ciągłą trwogę.
Nie daleko było do upatrzonego celu, a jednak przybywszy zastali namiot już rozpięty i wszystko w pogotowiu. Była tam ładna łąka, dęby rozłożyste w środku i kawałek ziemi przeznaczony na krokieta.
— Witam was w obozie Laurence‘a! — rzekł młody gospodarz, gdy wylądowali z okrzykami radości. Brooke będzie naczelnym dowódcą, ja generał-intendentem, reszta chłopców sztabs-oficerami, a wy moje panie, przedstawicie szeregowców. Namiot służy wyłącznie do waszego użytku; pod jednym dębem będzie salon, pod drugim jadalnia, a pod trzecim kuchnia obozowa.
— Zagrajmy partję krokieta, póki nie gorąco, a potem pomyślimy o obiedzie.
Franuś, Eliza, Amelka i Gracja usiedli, żeby się przyglądać grze; pan Brooke wybrał Małgosię, Kasię i Freda; Artur Salusię, Neda i Ludkę. Anglicy grali dobrze, ale Amerykanie jeszcze lepiej, i tak silnie bronili każdej piędzi ziemi, jakgdyby ich ożywiał duch 76-go roku. Ludka z Fredem mieli kilka małych utarczek, i nawet wyrwały im się raz ostre słowa. Ludka przekroczyła bramkę i nie uderzyła w nią, co ją mocno rozgniewało. Fred był tuż za nią, i na niego przyszła wpierw kolej; rzucił kulą w bramkę, trafił i pchnął cokolwiek na drugą stronę. Nikt nie stał w pobliżu, skorzystał więc z tego, pobiegł i ukradkiem posunął ją nogą na właściwą stronę.
— Pobiję cię teraz, panno Ludwiko, i wejdę pierwszy, — wykrzyknął wywijając młotkiem, by znowu uderzyć.
— Pchnąłeś kulę, — widziałam; teraz moja kolej, cierpko odezwała się Ludka.
— Daję słowo, żem nie pchnął. Może się trochę potoczyła, ale to dozwolone, więc proszę mi ustąpić, żebym mógł celować do słupa.
— Amerykanie nie oszukują, ale ty możesz, jeżeli ci się podoba! — rzekła Ludka gniewnie.
— Jankesy daleko więksi oszuści, każdemu to wiadome. Odejdź stąd! — odpowiedział Fred, odpychając jej kulę.
Ludka otworzyła usta, by powiedzieć coś ostrego, ale się wstrzymała w porę, zarumieniła się po czoło i stała chwilę, tłukąc z całej siły w bramkę, podczas gdy Fred uderzył w słup i z wielkim trjumfem ogłosił swą wygranę. Ludka poszła podnieść swą kulę i długo jej szukała między krzakami, ale wróciła z miną chłodną, spokojną i cierpliwie czekała swej kolei. Trzeba było kilku uderzeń, żeby odzyskać stracone miejsce, i gdy się tam dostała, druga strona była prawie wygrana, bo Kasi kula była ostatnia i leżała blisko słupa.
— Na Jerzego! wygraliśmy! — Ty, Kasiu, bądź zdrowa; panna Ludwika winna mi jedną, więc skończyłyście! — wykrzyknął Fred z podnieceniem, gdy się wszyscy przysunęli, żeby się przyjrzeć, jaki będzie obrót gry.
— Jankesy mają zwyczaj okazywać się szlachetnie względem swych nieprzyjaciół, — rzekła Ludka z takiem spojrzeniem, że się chłopiec zaczerwienił, — zwłaszcza gdy ich pobiją, — dodała, i nie dotykając kuli Kasi, wygrała zręcznem uderzeniem.
Artur podrzucił w górę kapelusz, lecz przypomniawszy sobie, że nie wypada cieszyć się niepowodzeniem gości, powstrzymał się w połowie żartu i szepnął do przyjaciółki:
— Słuszność po twojej stronie, Ludko, widziałem, że oszukiwał; wprawdzie nie można mu tego powiedzieć, ale daję ci słowo, że sobie więcej na to nie pozwoli!
Małgosia wzięła siostrę na bok pod pozorem, że przypina rozpuszczony warkocz, i rzekła mile: strasznie cię wyzywał, aleś się pokonała, co mię bardzo ucieszyło.
— Nie chwal mię, bo niewiele brakowało, żebym mu dała policzek. Byłabym z pewnością wybuchła, i stałam jak na pokrzywach, póki mi się nie udało poskromić wściekłość, a tem samem i język. Jeszcze wrę cała i chciałabym, żeby mi schodził z drogi, — odrzekła Ludka i przygryzła wargi, zapalczywie spoglądając na Freda z pod wielkiego kapelusza!
— Czas na przekąskę — odezwał się pan Brooke, patrząc na zegarek. Generał-intendencie, rozpal ogień i przynieś wody, a panna March, panna Salomea i ja, nakryjemy stół. Kto umie robić dobrą kawę?
— Ludka, — odrzekła Małgosia z zadowoleniem, że może zalecić siostrę. Pewna teraz siebie, wzięła się Ludka do imbryczka; dziewczynki poszły zbierać suche gałęzie, a chłopcy rozpalili ogień i przynieśli wody z pobliskiego źródła. Miss Katarzyna szkicowała, a Franuś rozmawiał z Elizą, która wyrabiała małe słomianki z trzciny, mające służyć za półmiski.
Naczelny wódz z pomocnikami wkrótce ustawili na stole, przykrytym obrusem, ponętne pokarmy i napoje, pięknie ozdobione w zielone liście. Ludka oznajmiła, że kawa już gotowa, i wszyscy zasiedli do wesołej uczty, bo ruch rozwija apetyt w młodzieży. Było to bardzo ożywione śniadanie; wszystko bowiem wydawało się nowe, zabawne, i częste wybuchy śmiechu wystraszały sędziwego konia, pasącego się w pobliżu. Skutkiem nierównych nóg u stołu, nieszczęśliwe wypadki przytrafiały się szklankom i talerzom; żołędzie wpadały w mleko, czarne mrówki, bynajmniej nie proszone, brały udział w chłodnikach, i maleńkie liszki spuszczały się z drzewa, żeby zobaczyć co się dzieje. Troje dzieci jasnowłosych zaglądało też przez szpary, a kłótliwy pies szczekał na nie z całej siły po drugiej stronie rzeki.
— Masz sól, jeżeli chcesz, — rzekł Artur, podając Ludce salaterkę z poziomkami.
— Dziękuję, wolę pająki, — odparła, łowiąc dwa nierozważne, które znalazły śmierć w śmietance. — Jak śmiesz przypominać mi ten okropny obiad, kiedy twój tak się udał pod każdym względem, — dodała, i śmiejąc się jedli we dwoje z jednego talerza, bo zabrakło porcelany.
— Dzisiejszy dzień jest dla mnie szczególnie miły, i jeszcze nie koniec przyjemności. Nie moja w tem zasługa, bo nic sam nie robię, tylko ty, Małgosia i Brooke umilacie czas, za co jestem nieskończenie wdzięczny. Co będziemy robić po jedzeniu? — zapytał.
— Możemy bawić się w gry, póki nie gorąco. Ja proponuję „autorów“, a miss Katarzyna pewnie umie coś nowego i zabawnego. Idź ją zapytać; gościem jest, więc powinieneś więcej przy niej siedzieć.
— Alboż ty nie jesteś gościem? Sądziłem, że się spodoba Brooke‘owi, ale on nie przestaje rozmawiać z Małgosią, a Kasia właśnie wpatruje się w nich przez te swoje śmieszne szkła. Pójdę, ale przestań prawić morały o przyzwoitości, bo się na tem nie znasz.
Miss Katarzyna istotnie umiała różne nowe gry, i ponieważ dziewczęta nie chciały już jeść, a chłopcy nie mogli, zgromadzono się w bawialnym pokoju, żeby się bawić w „klepaninę“, co się tak odbywa, że ktoś zaczyna opowiadać cokolwiek i mówi, póki mu się podoba, dopiero w jakiem znaczącem miejscu milknie nagle, a druga osoba podchwytuje słowo i prawi w dalszym ciągu. To jest bardzo zabawne, jak dobrze idzie — robi się bowiem śmieszna mieszanina rzeczy komicznych i dramatycznych.
— Panie Brooke, proszę zacząć, — rzekła Kasia z nakazującym ruchem, który zadziwił Małgosię, bo ona traktowała nauczyciela z takiem poszanowaniem, jak każdego gentlemana.
Leżąc na trawie u nóg dwóch panienek, pan Brooke posłusznie zaczął opowiadanie, wlepiając ciągle piękne ciemne oczy w połyskującą rzekę.
— Kiedyś, dawno temu, — pewien książę puścił się w świat dla zrobienia fortuny, bo nic nie miał prócz miecza i tarczy. Podróżował długo, około dwudziestu ośmiu lat, i ciężkie chwile przebywał, aż nareszcie trafił na pałac dobrego i starego króla, który obiecał nagrodę temu, kto zdoła ujeździć ulubione jego źrebię, ładne, lecz krnąbrne. Książę zgodził się na odbycie próby i zaczął jeździć zwolna lecz śmiało. Dzielny rumak wprędce pokochał swego pana, chociaż był kapryśny i dziki. Książę, dając codzienną lekcję ulubieńcowi króla, objeżdżał miasto i rozglądał się za piękną twarzą, którą widział nieraz we śnie, lecz nigdy na jawie. Pewnego dnia na jakiejś cichej ulicy, w zrujnowanym zamku, zobaczył w oknie te urocze rysy. Rozradowany, spytał kto tam mieszka, odpowiedziano, że kilka księżniczek jest uwięzionych za pomocą czarów, i cały dzień przędą, żeby zebrać pieniądze i kupić sobie wolność. Ksiażę silnie zapragnął je wyzwolić, ale będąc ubogim, mógł tylko przejeżdżać codzień, przyglądając się lubej twarzy i tęsknić za chwilą, kiedy ją zobaczy w blasku słonecznym. Nareszcie postanowił wejść do zamku i zapytać, w jaki sposób może im dopomóc. Poszedł i zapukał, — wielka brama otworzyła się na oścież i ujrzał... —
— Prześliczną damę, która wykrzyknęła za radością „Nakoniec!“ — ciągnęła dalej Kasia, oczytana we francuskich romansach i rozmiłowana w ich stylu.
— To ona! — zawołał hrabia Gustaw i padł jej do nóg w radosnem uniesieniu. — Ach, powstań! — rzekła, wyciągając rękę marmurowej białości. — Nie wstanę, póki mi nie powiesz, w jaki sposób mogę cię uwolnić, — przysięgał książę, klęcząc ciągle. — Niestety, srogi los skazał mię na to więzienie, póki mój tyran nie zostanie zgładzony ze świata. — Gdzie jest ten nikczemnik? — W błękitnej sali; idź, zacny człowieku i wyrwij mnie z rozpaczy. — Odchodzę, i wrócę zwycięski lub nieżywy. Po tych przeszywających słowach wybiegł i otwierając drzwi od błękitnej sali miał wejść, kiedy uderzył go gruby leksykon grecki, którym rzucił na niego pewien jegomość w czarnem ubraniu, — rzekł Ned. Natychmiast pan „Jak-się-nazywa“ przyszedł do siebie, wyrzucił tytana przez okno i powrócił do damy z trjumfem, lecz i z guzem na czole. Zastawszy drzwi zamknięte, podarł firanki na kawałki, zrobił z nich drabinę, spuścił się do połowy, ale drabina pękła, i padł głową w rów głęboki na sześćdziesiąt stóp. Ponieważ pływał jak kaczka, okrążył zamek i przybył nareszcie do furtki, strzeżonej przez dwóch wielkich drabów. Bił ich głowy o siebie, póki się nie rozłupały jak orzechy, potem zlekka natężywszy olbrzymie siły, wyłamał drzwi, wszedł na parę kamiennych schodów pokrytych gęstym kurzem, ropuchami tak dużemi jak pięść i pajęczyną, któraby przyprawiła pannę March i konwulsyjny strach. Na wierzchołku tych schodów uderzył go widok, który mu zatamował oddech i ściął krew.
— Była to wielka postać w bieli, z zasłoną na twarzy i z lampą w wychudłej ręce, — mówiła dalej Małgosia. Skinęła głową, przesunąwszy się przed nim cicho po korytarzu ciemnym i zimnym jak grób. Ponure postacie w zbrojach stały z jednej i z drugiej strony wśród śmiertelnej ciszy i przy płomieniach jednej lampy, a upiór ciągle się zwracał ku niemu, pokazując blask strasznych oczu przez białą zasłonę. Doszły do zasłoniętych firanką drzwi, za któremi brzmiała przyjemna muzyka; poskoczył naprzód, żeby wejść, lecz widmo pchnąwszy go wtył, groźnie potrząsało... —
— Tabakierką, — rzekła Ludka grobowym głosem, który przeraził słuchaczy. Dziękuję ci, — grzecznie powiedział książę, biorąc niuch tabaki i kichnął siedm razy tak gwałtownie, że mu głowa odpadła. Ha! ha! — roześmiał się duch, spojrzawszy przez dziurkę od klucza na księżniczkę, przędącą ciągle dla wykupienia drogiego życia. Szatan wziął swą ofiarę i włożył ją w wielką cynową skrzynię, gdzie już było jedenastu książąt upakowanych bez głów, jak sardynki. Powstali oni wszyscy i...
— Rozpoczęli taniec angielski, — przerwał Fred, gdy Ludka zatrzymała się, żeby odetchnąć, — a podczas kiedy tańczyli, zniszczony i stary zamek przemienił się na rycerza w pełnej zbroi. „Wystrzelić!“ zawołał kapitan, ujrzawszy w dali portugalskiego rozbójnika morskiego, z flagą czarną jak atrament powiewającą na maszcie: „Naprzód, i zwycięstwo!“ — krzyknął znowu kapitan, i rozpoczęła się okropna bitwa. Ma się rozumieć, że Brytańczyk pobił, bo oni zawsze biorą górę, a wziąwszy pirata do niewoli, przypłynął nagle do statku, którego pokład był napełniony nieboszczykami, bo rozkaz brzmiał tak: „idźcie na noże i na ciężką śmierć!“ — Towarzyszu, weź kawał tego powiewającego masztu, — rzekł, — i zastrasz złoczyńcę, jeżeli się nie wyspowiada prędko z grzechów! Portugalczyk przeszedł po desce, ale chytry pies zamknął się pod okrętem wojennym, pociągnął go i poszedł na dno morza, morza, morza, gdzie —
— Ach mój Boże! co ja powiem? — wykrzyknęła Salusia, gdy Fred skończył swą „klepaninę“, w której pomieszał marynarskie frazesy i fakty, wyjęte z ulubionej książki. „Poszli więc na dno, gdzie zostali przyjęci przez ładną rusałkę, ale się bardzo zmartwiła, znalazłszy skrzynię z książętami bez głów. Przejęta litością zamarynowała ich w wodzie morskiej, spodziewając się, że odkryje tyczącą się ich tajemnicę, gdyż jako kobieta była ciekawą. Nadszedł potem nurek, a rusałka powiedziała: — Dam ci tę skrzynię pereł, jeżeli ją wyniesiesz na powierzchnię morza; — chciała bowiem przywrócić do życia tych biedaków, a nie mogła sama podnieść tak wielkiego ciężaru. Nurek wydobył skrzynię z głębin i bardzo się zawiódł, bo otworzywszy, nie znalazł pereł. Zostawił ją na wielkiem, pustem polu, gdzie została znaleziona przez...
— Małą gęsiarkę, która pasła stado tłustych gęsi na polu, — rzekła Amelka, gdy Salusi przebrało się już pomysłów. Małej dziewczynce żal się ich zrobiło i zapytała pewnej staruszki, jakim sposobem mogłaby ich wskrzesić?
Twoje gęsi ci to powiedzą, — odparła stara. Zapytała je zatem z czego ma zrobić nowe głowy w miejsce utraconych, a całe stado otworzywszy dzioby, krzyknęło:
— Z kapusty! prędko dopowiedział Artur. — Dobra myśl! — odparła dziewczynka i pobiegła do ogrodu po pięknych dwanaście sztuk. Jak tylko je przyłożyła, książęta zaraz ożyli, podziękowali, poszli w drogę z radością i nigdy się nie dowiedzieli o zamianie, bo tak wiele było podobnych głów na świecie, że nie zwracali uwagi. Nasz książę wrócił szukać pięknej damy, lecz dowiedziawszy się, że wyprzędła sobie wolność i ma wyjść zamąż, bardzo się zasmucił, i siadłszy na źrebca, który go nie odstępował, podążył do zamku, żeby się przekonać o stanie rzeczy. Zajrzawszy przez płot, zobaczył królowę swych uczuć, zrywającą kwiaty w ogrodzie. Czy dasz mi pani różę? — powiedział. — Musisz wejść i sam ją wziąć; ja nie mogę pójść do ciebie, bo to byłoby nieprzyzwoicie — rzekła z miodową słodyczą. Spróbował przeskoczyć płot, który się zdawał coraz gęstszy i gęstszy; rozpacz go ogarniała, lecz cierpliwie odłamywał gałęzie jedną po drugiej, i nareszcie zrobił mały otwór, przez który zajrzał, mówiąc błagalnie: — Wpuść mię! wpuść! — lecz piękna księżniczka zdawała się nie rozumieć, bo rwała róże spokojnie, nie przeszkadzając mu w torowaniu sobie drogi. Czy się ta praca powiodła, opowie nam Franuś.
— Nie mogę, nie należę do gry; ja nigdy nie należę do gier; — powiedział Franuś, nie mający chęci wyprowadzać z tak sentymentalnego położenia tę niedorzeczną parę. Eliza schowała się za Ludkę, a Gracja usnęła.
— A więc biedny książę skazany jest na zaduszenie się w płocie, nieprawda? — zapytał pan Brooke, który patrzył ciągle na rzekę, bawiąc się dziką różą zatkniętą w dziurkę od tużurka.
— Domyślam się, że księżniczka dała mu bukiet i otworzyła furtkę po niejakim czasie — powiedział Artur, uśmiechając się do siebie, i rzucił żołędzią na swego nauczyciela.
— Jakie brednie pletliśmy! przy wprawie możnaby stworzyć coś dobrego. Czy znacie „prawdę“ — zapytała Salusia, gdy się uśmieli ze swej powieści.
— Tak mi się zdaje — rzekła Małgosia.
— Zapewne mówisz o grze?
— Co to jest? — zapytał Fred.
— Każde z was wybierze jaką liczbę, — włożycie wszyscy ręce w koszyk z numerami i po kolei będziecie je wyciągać. Komu się dostanie wybrany przez niego numer, ten będzie musiał odpowiadać prawdziwie na pytania reszty towarzystwa. To bardzo zabawne!
— Spróbujmy! — rzekła Ludka, lubiąca wszelkie nowości.
— Miss Katarzyna i pan Brooke, Małgosia, Ludka i Artur ułożyli ręce piramidalnie i ciągnęli; los padł na Artura.
— Kto są twoi bohaterowie? — spytała Ludka.
— Mój dziadek i Napoleon.
— Która dama wydaje ci się najpiękniejszą? — rzekła Salusia.
— Małgorzata.
— Którą najbardziej kochasz? — spytał Fred.
— Ma się rozumieć, że Ludkę.
— Jakie niedorzeczne pytania zadajecie, — wykrzyknęła Ludka, wzgardliwie poruszając ramionami, gdy inni śmieli się ze stanowczego tonu Artura.
— Próbujmy jeszcze; „prawda“ jest niezłą grą — rzekł Fred.
— Bardzo dobra dla ciebie — zcicha odparła Ludka.
Następnie na nią przyszła kolej.
— Jaką masz największą wadę? — spytał Fred.
— Żywy temperament.
— Czego sobie najbardziej życzysz? — rzekł Artur.
— Pary sznurowadeł, — odparła, chcąc zniweczyć cel, który odgadywała.
— To nieszczera odpowiedź, musisz wyznać czego sobie życzysz.
— Geniuszu; czy nie chciałbyś mi go dać czasem? — rzekła z figlarnym uśmiechem, widząc zawód na jego twarzy.
— Jakie cnoty najbardziej cenisz w mężczyźnie?
— Odwagę i uczciwość.
— Teraz moja kolej, — rzekł Fred, gdy nakoniec wydobył swą rękę.
— Odpłać mu się — szepnął Artur do Ludki, która skinęła głową i zapytała Freda:
— Czy oszukiwałeś w krokiecie?
— Trochę.
— Dobrze; czy historja, którą opowiadałeś, nie jest wyjęta z „Morskiego lwa“? —
— Poczęści.
— Czy nie sądzisz, aby naród angielski był doskonałym pod każdym względem? — spytała Salusia.
— Wstydby mi było nie uznawać tego!
— To prawdziwy John Bull. Miss Salomeo, na ciebie teraz kolej. Obrażę cię zapytaniem, czy nie jesteś cokolwiek zalotna? — rzekł Artur, a Ludka skinęła głową, robiąc Fredowi znak zgody.
— Niegrzeczny chłopcze! ma się rozumieć, że nie! — wykrzyknęła Salusia z minką dowodzącą, że się rzecz ma inaczej.
— Co jest najbardziej nienawistnem dla ciebie?
— Pajęczyna i budyń z ryżu.
— Co najlepiej lubisz?
— Taniec i francuskie rękawiczki.
— Zdaje mi się, że „prawda“ jest bardzo głupią grą, zabawmy się w rozsądniejszych „autorów“ dla odświeżenia umysłu — odezwała się Ludka.
Tym razem połączyli się Ned, Franuś i małe dziewczynki, a starsi na osobności rozmawiali. Miss Katarzyna wzięła się znów do rysunku, Małgosia się jej przyglądała, a pan Brooke leżał na trawie z książką, której nie czytał.
— Jak pani to pięknie robi; chciałabym umieć rysować — rzekła Małgosia głosem, w którym podziw mieszał się z żalem.
— Czemu się nie uczysz? zdaje mi się, że miałabyś smak i zdolność — uprzejmie odparła miss Krystyna.
— Nie mam czasu.
— Zapewne mama woli, żebyś się oddawała innym naukom, tak samo jak i moja, ale ją przekonałam, że mam talent. Przez jakiś czas brałam lekcje potajemnie, a potem zgodziła się z chęcią, bym dalej pracowała. Czy nie mogłabyś tak zrobić ze swoją guwernantką?
— Nie mam guwernantki.
— Zapomniałam, że w Ameryce panienki częściej pobierają naukę w zakładach szkolnych, jak u nas. Papa mówi, że tu są bardzo piękne; zapewne chodzisz do prywatnego.
— Nigdzie nie chodzę; ja sama jestem guwernantką.
— Doprawdy! — tyle tylko odrzekła miss Katarzyna, ale takim tonem, jakgdyby powiedziała: „Boże mój, jakież to straszne!“ i przybrała taki wyraz twarzy, że Małgosia zarumieniła się i pożałowała swej otwartości.
Pan Brooke podniósł oczy i rzekł:
— W Ameryce panienki tak kochają niezależność, jak ich prababki, i są wielbione i szanowane za to, że się utrzymują z własnej pracy.
— O tak, naturalnie! to bardzo ładnie i właściwie z ich strony; u nas także jest wiele poważnych i zacnych panien, które to samo robią i są poszukiwane przez domy z wyższego towarzystwa, bo jako córki gentlemanów są wykształcone i dobrze wychowane, — rzekła miss Katarzyna protekcyjnym tonem. Zraniło to dumę Małgosi, i zdawało jej się, że przyjęte przez nią obowiązki są nietylko niesmaczne, ale nawet poniżające.
— Czy podobał się pannie March niemiecki poemat? — zapytał Brooke, przerywając krótkie milczenie.
— Bardzo ładny, i wdzięczna jestem osobie, która go przetłumaczyła. — Przy tych słowach ożywiła się spuszczona twarz Małgosi.
— Czy nie umiesz czytać po niemiecku? — spytała miss Katarzyna z zadziwieniem.
— Nie bardzo dobrze; ojciec mój, który mię uczył, odjechał daleko, a sama nie mogę robić postępów, bo niema komu poprawiać wymowę.
— Spróbuj pani teraz, jest tu „Marja Stuart“ Szyllera, i nauczyciel lubiący uczyć. — Rzekłszy to, pan Brooke położył jej książkę na kolanach z zachęcającym uśmiechem.
— To jest tak trudne, że się boję próbować, — powiedziała Małgosia z wdzięcznością, ale ją onieśmielała obecność wykształconej panny.
— Przeczytam trochę, żeby ci dodać odwagi, — odezwała się miss Katarzyna i przeczytała jeden z najpiękniejszych ustępów bardzo poprawnie, ale bez duszy.
Pan Brooke nie zrobił żadnej uwagi, gdy oddała książkę Małgosi, która powiedziała naiwnie:
— Myślałam, że to poezja.
— Miejscami są wiersze; spróbuj czytać ten ustęp.
Dziwny uśmiech przeszedł po ustach pana Brooke, skoro trafił na miejsce, gdzie się Marja uskarża.
Małgosia postępując za długiem źdźbłem trawy, której używał jej nowy nauczyciel do wskazywania, czytała wolno i nieśmiało, bez wiedzy tworząc poezję z twardych słów, miękkim dźwiękiem melodyjnego głosu. Do końca stronicy szła zielona wskazówka, i Małgosia zapominając o swej słuchaczce pod wpływem uroku tej pięknej sceny, czytała jakgdyby dla siebie, nadając lekko tragiczny ton słowom nieszczęsnej królowej. Gdyby wówczas widziała ciemne oczy, umilkłaby zaraz, lecz nie spojrzała wgórę ani razu, i lekcja nie została niczem przerwana.
— Bardzo dobrze, doprawdy! — rzekł pan Brooke, gdy ucichła, nie wiedząc zupełnie o swych licznych pomyłkach, i z taką miną jakgdyby wierzyła, że istotnie „lubił uczyć“.
Miss Katarzyna przyłożyła szkło do oka i przyjrzawszy się temu obrazkowi, zamknęła album z rysunkami, łaskawie mówiąc:
— Ładny masz akcent, i z czasem czytałabyś dobrze. Radzę ci się uczyć, gdyż niemiecki język cennym jest nabytkiem dla nauczycieli, — ale muszę się obejrzeć za Gracją, bo okropnie dokazuje. — Poczem odeszła, i wzruszając ramionami rzekła w duchu: — Nie przyjechałam tu po to, żeby szapronować guwernantce, chociaż jest młoda i ładna. Jacy to dziwaczni ludzie z tych jankesów! boję się, żeby nie zepsuli Artura.
— Zapomniałam, że w Anglji odwracają się od guwernantek i nie obchodzą się tak z niemi jak u nas, — rzekła Małgosia, patrząc za odchodzącą z niechętnym wyrazem twarzy.
— Nauczyciele mają tam niemniej ciężkie życie, wiem o tem na nieszczęście. Najlepszem miejscem dla pracowników jest Ameryka, miss Małgorzato! — Mówiąc to miał twarz tak zadowoloną i pogodną, że Małgosia zawstydziła się, iż ubolewa nad swym twardym losem.
— Kiedy tak, to się cieszę, że mi tu dano żyć. Nie lubię tych obowiązków, ale mam bardzo wiele przyjemności poza niemi, więc przestanę narzekać. Chciałabym tylko uczyć „z takiem upodobaniem jak pan“.
— Sądzę, że pani miałabyś je także, gdyby Artur był twym uczniem. Z wielką przykrością utracę go na przyszły rok, — powiedział, pilnie wiercąc dziury w trawniku.
— Zapewne wstąpi do kolegjum? — zapytała ustami, oczy zaś dodały: — a co się stanie z panem?
— Tak, wielki na to czas, bo już jest prawie przygotowany, a jak tylko odejdzie, wstąpię do wojska.
— Cieszy mię to! — wykrzyknęła Małgosia.
— Według mego zdania, każdy młodzieniec powinien mieć to na celu, chociaż ciężko jest matkom i siostrom zostającym w domu, — dodała ze smutkiem.
— Ja nie mam wcale rodziny, a bardzo mało przyjaciół, którzyby dbali, czym żywy lub umarły, — rzekł Brooke z pewną goryczą. Przez roztargnienie włożył zwiędłą różę w dołek i przykrył go, jakby mały grób.
— Artur i dziadek jego bardzoby dbali, i my wszyscy zmartwilibyśmy się, gdyby się panu co złego stało, — odrzekła serdecznie.
— Dziękuję pani, to tak mile brzmi, — odezwał się Brooke wypogadzając znowu twarz; ale zanim mógł dokończyć frazesu, Ned nadjechał na starym koniu, by się popisać przed panienkami, i nie było już spokojnej chwili do rozmowy.
— Lubisz konną jazdę? — zapytała Gracja Amelki, gdy wypoczywały po ogólnych wyścigach wkoło łąki, pod przewodnictwem Neda.
— Szalenie! moja siostra Małgosia jeździła konno, jak papa był bogaty, ale teraz nie mamy koni, prócz Heleny-Drzewo, — powiedziała Amelka ze śmiechem.
— Co to za Helena-Drzewo, czy osiołek? — spytała Gracja ciekawie.
— Widzisz, Ludka przepada za końmi, ja także, ale mamy tylko stare siodło damskie, a konia ani jednego. W ogrodzie naszym jest jabłoń z niską gałęzią, więc kładę na niej siodło, przyczepiam cugle w miejscu gdzie się zagina w górę, i pędzimy gdzie się nam podoba.
— Jakie to zabawne! — rzekła ze śmiechem Gracja. — Ja mam kucyka w domu, jeżdżę prawie codzień po parku z Fredem i Kasią; to bardzo miło, bo i nasze przyjaciółki przyłączają się, — więc jest szereg dam i panów.
— Mój Boże, jakież to śliczne! mam nadzieję, że pojadę kiedy zagranicę, ale wolałbym widzieć Rzym jak szereg, — rzekła Amelka, która nie miała najmniejszego pojęcia co to jest szereg, a za nic w świecie nie chciałaby się spytać.
Franuś, siedzący tuż za dziewczynkami, słyszał ich rozmowę i odrzucił niecierpliwie kulę, widząc różne sztuczki gimnastyczne żwawych chłopaków.
Eliza, która zbierała rozrzucone kartki „autorów“, podniosła oczy i rzekła nieśmiało lecz przyjaźnie.
— Boję się czyś nie zmęczony; mogłażbym ci się czem przysłużyć?
— Porozmawiaj ze mną, jeżeliś tak dobra; nudno mi siedzieć samemu, — odpowiedział Franuś, widocznie przyzwyczajony, żeby się nim bardzo zajmowano w domu.
Gdyby prosił o łacińską orację, nie wydałoby się to trudniejszem zadaniem lękliwej Elizie, ale nie miała gdzie uciec, nie było w pobliżu Ludki, żeby się za nią schować, a biedny chłopiec patrzył tak smutno, że postanowiła spróbować odważnie.
— O czem lubisz rozmawiać? — zapytała zbierając kartki, i upuściła połowę, chcąc je związać razem.
— Przyjemnie mi słychać o pływaniu statkiem, o polowaniach, — rzekł Franuś, który się jeszcze nie nauczył stosować rozrywek do swych sił.
— Cóż tu robić, mnie to wszystko obce, — myślała Eliza, i zapominając w tym kłopocie o kalectwie chłopca, — rzekła w nadziei że go rozrusza, — nie byłam nigdy na polowaniu, ale ty musiałeś je widzieć nieraz.
— Bywało to kiedyś, ale już nigdy nie będę polował, bom się uszkodził, przeskakując przeklętą barjerę o pięciu szczeblach. Już nie istnieją dla mnie konie ani psy gończe, — rzekł z westchnieniem, a Eliza znienawidziła siebie za mimowolną nieuwagę.
— Wasze jelenie są daleko piękniejsze od naszych brzydkich bawołów, — powiedziała, szukając ratunku na łące i w ulubionej książce Ludki, napisanej dla chłopców.
Wzmianka o bawołach ożywiła rozmowę, i Eliza, chcąc rozerwać biedaka, zapomniała o sobie tak dalece, że nie widziała jak siostry cieszą się i dziwią tym niezwykłym widokiem, że rozmawia z jednym ze starszych chłopców, przeciw którym prosiła o opiekę.
— Poczciwe serce, przez litość zajmuje się nim! — powiedziała Ludka, spoglądając na nią z placu, gdzie grano w krokieta.
— Ja zawsze mówiłam, że to mała święta, — odrzekła Małgosia takim tonem, jakgdyby to nie podlegało wątpieniu.
— Dawno nie słyszałam Franusia śmiejącego się tak dużo, — powiedziała Gracja do Amelki, podczas gdy rozmawiały o lalkach i wyrabiały z żołędzi kubki do herbaty.
— Moja siostra Eliza ma dużo dowcipu jak jej przyjdzie humor, — powiedziała Amelka ucieszona jej powodzeniem.
Zaimprowizowany cyrk, lis i gęsi, oraz przyjacielska gra w krokieta, uwieńczyły popołudnie. O zachodzie słońca namiot został rozebrany, kosze upakowane, obręcze wykopane z ziemi, statki naładowane, i nasza gromadka popłynęła śpiewając na całe gardło. Ned zrobił się sentymentalnym i zaśpiewał serenadę, z tą myślącą zwrotką:

Bolesny ciężar duszę mą przygniata,
Jestem samotny wśród całego świata.

A przy tych słowach:
Dlaczegoż kiedy w sercach wrą uczuć płomienie,
Los okrutny skazuje nas na oddalenie!
Spoglądał na Małgorzatę z tak uczuciową fizjonomją, że roześmiała się wreszcie na cały głos i przerwała mu pieśń.
— Jak można być tak okrutną dla mnie? — szepnął pod zasłoną wesołego chóru — trzymałaś się cały dzień tej wykrochmalonej angielki, a teraz szydzisz ze mnie.
— Wcale nie miałam tego zamiaru, ale wyglądałeś tak zabawnie, że doprawdy nie mogłam się wstrzymać, — odparła Małgosia, pomijając pierwszą część wymówki, gdyż istotnie unikała go, pamiętając zabawę w domu państwa Moffat i rozmowę po tejże.
Ned obraził się i szukał pociechy u Salusi.
— Prawda, że niema ani odrobiny zalotności w tej pannie? — rzekł trochę gburowato.
— Ani trochę, ale milutka, — odpowiedziała broniąc przyjaciółkę, chociaż przyznawała tę wadę.
— To jeleń, który nie bodzie, — mówił dalej Ned, usiłując być dowcipnym, a tak mu się powiodło, jak się zwykle zdarza bardzo młodym ludziom.
Na tej samej łące, gdzie się zebrano z rana, rozeszło się to małe grono po serdecznem życzeniu dobrej nocy i pożegnaniu, bo rodzina Vaughan udawała się do Kanady. Gdy nasze panienki szły do domu przez ogród, miss Katarzyna goniąc je wzrokiem, rzekła nieprotekcyjnym tonem:
— Amerykańskie panny są bardzo miłe przy bliższem poznaniu, chociaż mają rażące zachowanie.
— Zupełnie się z panią zgadzam, — odezwał się pan Brooke.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.