Mój zegarek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Mój zegarek
Pochodzenie Na normandzkim brzegu
cykl Ci mali
Data wydania 1904
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Drukarz L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XII
MÓJ ZEGAREK
Nic i nigdy nie przedstawiało mi się w życiu pod aspektem tak doskonale niedościgłego ideału, jak ten mój zegarek.

Pamiętam tę chwilę tak żywo, że coś z jej drżenia dziś jeszcze wzrusza mi serce. Była poprostu przejmująca.
Ojciec powrócił z Paryża, po dość długiej niebytności w domu. Był jakiś inny. Strojny, lekki, wesoły, roztrzepany prawie, bródkę miał przyciętą w klin, gwizdał, podśpiewywał, wykręcał się na pięcie, klepał nas po ramieniu z miną koleżeńską i nader zabawnem mrugnięciem; na matkę wołał »Ma biche«, zamiast jak zazwyczaj: Basiu, poczem jednak zaraz uderzał się dłonią w usta i spuściwszy oczy, komicznie podkręcał wąsa. Wydawał się też znacznie młodszy, szczuplejszy, przystępniejszy jakby.
Właściwie, ostatnie to spostrzeżenie uczynił nasz Medor, który odrazu, po trzaśnięciu w palce, jakiem go ojciec przywołał, poznał owe paryskie przemiany, i natychmiast puściwszy się w szalony piruet, zaczął się kręcić do zawrotu głowy, poczem skoczył ojcu wprost na piersi, czego dawniej z powodu pewnej, dość znacznej wyniosłości jego żołądka, nigdy uczynić nie zdołał.
Co do matki, ta w pierwszej chwili radości nie miała czasu na żadne spostrzeżenia, i raz tylko krzyknąwszy — »Józef« — padła ojcu na szyję, poczem zawołała: Marysia, »befsztyk!« i zniknęła w kuchni.
Zaraz też uczynił się tam huk i trzask, jak w największe święto.
Jakoż, ten z wielu względów uroczysty wieczór, zakończył się podaniem niezmiernie czarnego i niezmiernie płaskiego rozbratla, na który ojciec spojrzawszy, przez monokl przymróżonem okiem, skrzywił się nieco i zapytał, czy niema sałaty.
Gremialny uśmiech przeleciał nam przez usta.
Ale matka wpatrzyła się w ojca z przerażeniem prawie.
— Sałaty? W grudniu — sałaty? Lecz cóżbyśmy, nieszczęśliwi, jadali w czerwcu i w lipcu, gdyby w grudniu miała być sałata?
Wtedy ojciec objaśnił nas pobłażliwie, że w Paryżu sałata jest zawsze.
Natychmiast uśmiech zniknął z ust naszych, a powieki opuściły się z pewnem zawstydzeniem i upokorzeniem. Tylko oczy matki stały się bardziej przerażone, zaczem poczuliśmy wszyscy coś, jakgdyby trzeszczenie w fundamentach rodzinnego życia.
Później dopiero, dostawszy kawałek owego rozbratla, przekonałem się, że to w nim trzeszczało.
Ojciec przecież dobrego humoru nie tracił, i dłubiąc piórkiem w zębach przyglądał się z pod oka rozczerwienionej i buchającej cebulą Marysi, poczem gwiżdżąc aryetkę, poszedł do swego podróżnego kufra. Naturalnie, rzuciliśmy się za nim wraz z Medorem; co do matki, ta przyzostała w jadalni, gdyż na talerzu ojca leżał bardzo jeszcze dobry kawałek mięsa i trzeba go było do kredensu schować.
Wtedy to właśnie, przy owym podróżnym kufrze, z którego ojciec zaczął wyrzucać mnóstwo jasnych rękawiczek, krawatów i pachnących piżmem chusteczek, miałem cudowną wizyę owego zegarka.
Kiedym go zobaczył, bujał się on wysoko przedemną, w dwóch palcach na cienkim łańcuszku przez ojca trzymany, tak, iż zdawał się własną czarodziejską mocą unosić w powietrzu.
Odrazu też objawił się oczom moim, jako krążek z nieba wycięty, błyszczący najczystszym szafirem, i usiany nieprzeliczoną ilością gwiazd tak złotych, jakie tylko w najprzeźroczystszą noc sierpniową widzieć można. Stałem osłupiały, chłonąc rozszerzonemi źrenicami to, prawie że nieziemskie zjawisko, gdy wtem zaczęło się ono zwolna zniżać ku mnie, a ojciec zawołał wesoło.
Trzymaj chłopcze! masz zegarek!
Rzuciłem się z bezprzytomnym krzykiem szalonej szczęśliwości wyciągając ręce...
Jeszczem wszakże zegarka dosięgnąć nie zdołał, gdy weszła matka, a spostrzegłszy na co się zanosi, spiesznie go odebrała ojcu.
— Nie! nie!... Do rąk nie!... Za nic w świecie! Taka kosztowna rzecz! Do ślubu nie miałam lepszego! Taki zegarek dziecku!..
I natychmiast zgasiła wszystkie gwiazdy i cały szafir sierpniowej nocy w swej zamkniętej dłoni.
W tej samej chwili dusza we mnie zgasła.
...Nie dawać mi do rąk? Dlaczego? Boże miłosierny! Dlaczego nie dawać mi do rąk tego cudu i tego szczęścia? Czyż nie na to mam ręce, abym w nie szczęście moje mógł wziąć i trzymać mocno?
...Rozbić?... Jabym miał to rozbić? Czyż nie z taką samą słusznością powiedziećby można, iż rozbiję niebieski firmament?
Rozbić tyle czaru, tyle światła i tyle radości?
I oto oczy moje zaczęły wzbierać dwiema wielkiemi, ciężkiemi łzami, które mi wypełniły źrenice aż po same rzęsy. Przez łzy te, ojciec i matka stawali mi się coraz mniej widzialni, coraz mniej rzeczywiści i coraz srebrniejsi. Wreszcie zupełnie widzieć ich przestałem. Czułem tylko, że jakieś dwie przeciwne moce, o mglistych a potężnych kształtach ważą się nademną, zabijając i wskrzeszając kolejno me serce, i że ja, w małości i bezobronności mojej nie mogę przeciw temu nic, nic...
Wtem doszedł mnie stanowczy głos matki:
— Dobrze zresztą, niech się napatrzy! Położę zegarek tu, na fortepianie. O, tutaj!
Położyła.
— Ale do ręki nie waż się brać! Niech Bóg zachowa! Pamiętaj... Niech cię Pan Bóg broni! Rozumiesz?
Rozumiałem.
Dwie wielkie, ciężkie łzy, których miałem pełne oczy, spadły jak dwie twarde bryłki po moich rozpalonych policzkach. Dotąd czuję ich doskonałą zwartość i okrągłość.
Jestem też pewny, że upadłszy nie wsiąknęły w kostkową posadzkę naszego saloniku, lecz że się o nią rozbiły w pył tęczowy tak, jak owe kuleczki wydmuchane z weneckiego szkła w Murano, które za dotknięciem pękają z przedziwną dźwięcznością.
Zacząłem patrzeć.
Nie było to łatwo. Fortepian sięgał mi prawie że do brody. Zadarłem tedy głowę, brodę położyłem na mahoniowej dece i patrzyłem.
Zegarek leżał teraz w otwartem czarnem pudełku, które mi się wydało małą czarną trumną. Szafiry jego zmierzchły, gwiazdy ledwo tlały. Prawda, że w tym kącie pokoju było dosyć ciemno.
Blizki był, a jednak — o jakże daleki!
Daleki najpierw dlatego, że leżał na środku fortepianu, gdzie żadną miarą dostać go nie mogłem, a potem — że...niech Bóg broni! I niech Bóg zachowa! Rozumiesz?
— O gorzkie rozumienie! O bezlitosny w swej słuszności zakazie niebiańskiego szczęścia! O niedoborze rozkoszy, której nie można za nic w świecie do rąk... O serca głodne u zastawionych stołów życia! O usta pragnące, do pełnych czasz przywarte, a nie napojone! O pierwsze pożądanie schowane w czarnem, do trumny podobnem pudełku! O filozofio zaprzeczeń, która wydziedziczasz dusze z boskiego władania sobą! O ziemie obiecane, a nienawiedzone nigdy! O zwiastowania wiosenne majowych narodzin szczęścia, po których żadne słowo ciałem się nie staje!
O ręce zaciśnięte żądzą! O palce zdławione zakazem! O ramiona chwytające w próżni to, co nieuchwytne!
O nieprzebyte, z każdego punktu wszędzie i zawsze równo oddalone dale!
O niebijące nigdy godziny doczekania!
O srebrne sita serc czerpiących morze!
O ty wielkie wszystko życia, którego...niech Bóg zachowa, i ...niech Pan Bóg broni!...
Lecz gdym tak stał, oparłszy brodę na fortepianowej desce i założywszy w tył ręce z palcami splątanymi w nieprawdopodobny węzeł, którego nawet najsilniejszą pokusą zdjęty, odrazu rozplątać nie byłbym w możności, — zegarek zaczął coś szeptać, coś mówić, coś śpiewać. Szept był zrazu niewyraźny, niewypowiedzialny. Istniał w nieuchwytności subtelnego szmeru, w czarodziejskiem rozedrganiu jakichś nieskończenie dalekich i nieskończenie blizkich punktów, z których jeden był w sercu zegarka, a zaś drugi w mojem. Był bosko niepojęty, niezrozumiały, olśniewający, i cudownie pozbawiony wszelkiego znaczenia. Obłok woni, pył czarokwitu, mżenie tęcz, przyciąganie nieprzemożone bólu i rozkoszy.
Acz nadzwyczajnie pośpieszny i cichy, miał w sobie szept ten precyzyę i czystość struny, trącanej od wieczności do wieczności niewidzialną mocą; a tak był kojący i słodki, iż cała gorycz, całe cierpkie natężenie duszy zwolniało we mnie, a serce moje zaczęło mu odszeptywać z najrzewniejszem, najbardziej ufnem oddaniem.
A wtedy szept ów, który był mniej niż mową, a więcej niż głosem, przerzucił się nagle z nieskończonych oddaleń wprost do mojej piersi, i usłyszałem wyraźnie dwa nierozerwalnie złączone z sobą dźwięki: Ja i ty... ja i ty... ja i ty...
Było to nieścignione okiem błyskanie i odbłyskiwanie dwu lekkich, modrych iskier, z których gdy się jedna zapalała, druga gasła, oddając tamtej swój żar i swój kolor. Było to czarodziejskie obdzielanie jednem życiem dwu odrębnych istnień, dokonywane z taką potęgą bezpośredniości, iż żadne z istnień tych nie czuło się, — ani przez jedno mgnienie — martwym i zgaszonym punktem.
Że się ten cud stawał w maleńkiem, tajemniczem »i« — nie wiedziałem wówczas. Wkrótce przecież, owo błyskawiczne zapalanie się i ugasanie dwu modrych iskier nabrało tak natężonej szybkości i siły, iż zajarzyło jako złota nieprzerwana smuga muzycznego tonu. Zaczem ton rozpadał się na dźwięki, i stała się nademną — pieśń. Była to niezawodnie najcudniejsza pieśń, jaką kiedykolwiek ucho ludzkie słyszało.
Dźwięki jej rozkwitały z niezmierną świeżością uroszonych pąków, wprost z nieobjętych wzrokiem, przelewających się przez wręby widnokręgu pól radości życia i wiosennych czarów...
Jakieś bajeczne perspektywy księżycowych świateł, jakieś mżące rozpylonym seledynem dale, jakieś otchnione delikatnym różem srebrzyste tumany objęły mnie i zawarły w sobie tak, iż sam stałem się pieśnią i czułem, jak dźwięczę i śpiewam...
Nie znałem słowa, a i teraz nie znam, któremby nazwane być mogło to oczarowanie. Było ono jednak do tego stopnia silnem, iż potęgując zrazu rozkosz widzenia, wkrótce ją przemogło. Zamknąłem oczy, ręce mi się rozplotły, opadły, oddałem się cały tej fali, która mnie niosła i dźwięczała we mnie...
W tej samej wszakże chwili uczułem szarpnięcie za ramię i usłyszałem głos matki:
— Cóż ty? Stojąc spisz? Rozbieraj się i do łóżka! Dziesiąta. Dość na dziś tego patrzenia!
Słowom tym towarzyszył przykry trzask, a kiedym otwarł oczy, wieko czarnego, podobnego do trumny pudełka było już zamknięte.
Odtąd widywałem mój zegarek tylko w dnie świąteczne. W powszednie czasu nie było. Nie to, żebym ja go nie miał, ale nie miała go matka, zwłaszcza gdy odprawiwszy Marysię, która coraz silniej zaczynała pachnieć piżmem, podobnie jak owe paryskie chusteczki ojca, sama gotowała obiad i smażyła rozbratle z cebulą.
Tutaj nadmienić muszę, iż sałaty ciągle jeszcze nie było, a trzeszczenie w fundamentach rodzinnego życia pojawiało się częściej, niż rozbratel, któremuby je z pewną słusznością przypisać było można.
Co do ojca, ten stale nosił bródkę w klin i podśpiewywał francuskie piosneczki. Na matkę jednak przestał wołać: »Ma biche«, a i nas nie klepał po ramieniu, mrugając okiem. Rzadko teraz bywał w domu. Ściśle rzeczy biorąc, od czasu jak przybył cyrk, w którym uczone panny jeździły na uczonych koniach, nie widywaliśmy go wieczorami prawie. Okazało się bowiem, że jest nadzwyczajnym amatorem koni. A jeśli się i trafiło kiedy, że był w domu, zaraz go bolała głowa i spał na kanapie w ubraniu. Dopiero około północy bywało mu lepiej, i wtedy wychodził przez nasz pokój, żeby nie przeszkadzać matce.
Mnie wszakże to długie, całotygodniowe niewidywanie zegarka wprawiało w jakiś stan drażniącego oczekiwania, który był nieznośny.
Jeszcze poniedziałek, wtorek, środa nawet dawały się jako tako przeżyć. Ale już czwartek był nie do wytrzymania. Poprostu niepodobna mi było usiedzieć przy jakiemkolwiek zajęciu, gdym czuł, że zegarek jest tam, w tem czarnem pudełku, a ja go nie widzę.
Tedy dla ulżenia sobie zaczynałem krążyć około szafki, w której był schowany, albo stawałem przy niej, nasłuchując, czy nie doleci mnie jego szept mistyczny. Jakoż dolatywał.
Później dopiero, znacznie później dowiedziałem się, że to było drżenie mego serca. Zegarek bowiem nie nakręcany od niedzieli do niedzieli, leżał bez ruchu i głosu.
W niedzielę za to, jaka szalona i gorąca, chociaż krótka radość!
Dusza omdlewała we mnie, gdym słyszał suchy trzask otwierającego się pudełka. Poczem nagle zapalały się w ręku matki wszystkie gwiazdy z nieba i zakwitały wszystkie szafiry, a ja, bez tchu, patrzyłem z wyciągniętą szyją, mając pierś pełną cichej, gorącej jasności, podczas, gdy tajemnicze dźwięki czarownej pieśni wybuchały w każdym moim pulsie.
Te wszakże stany ekstazy i następującego po nich wyczerpania, te natężone pragnienia i długie niezaspokojone tęsknoty, źle wpływały na mnie.
Stałem się roztargniony, posępny, niecierpliwy i zamknięty w sobie.
Żyłem paroksyzmami szczęścia i oczekiwaniem na nie, co się fatalnie odbiło na mojej cenzurze.
Najgorszem jednak było to, że gdym cokolwiek zbroił, lub złe przyniósł stopnie, matka, zamiast mi dać po uszach, jak bywało dawniej, kiwała tylko głową i mówiła złowróżbnym głosem:
— Oho, przepadło! Już zegarek nie twój!
Jaka mnie wtedy ogarniała rozpacz, jakie głębokie łkania wstrząsały moją wątłą piersią, jaki krzyk protestu miałem w duszy, ilem łez gorzkich i palących przelał!
Dopiero, kiedym kilka dni takich i nocy przebolał w niewypowiedzianej męce, — kiedym zmizerniał, stracił sen, apetyt, a kto ze znajomych zauważył, żem »jakiś marny«, wtedy dopiero matka mówiła:
— No, zegarek twój, ale pamiętaj!
Bóg widzi, jak pamiętać chciałem.
Mimo to jednak, co jakiś czas, zegarek przestawał być moim, a nim ta śmiertelna klątwa znów ze mnie zdjętą została, w łzach moich mógł się on był cały z łańcuszkiem razem zanurzyć.
Najdotkliwszem zaś w mej rozpaczy było to, żem go utracał, nie posiadłszy w pełni.
Ciągle bowiem jeszcze nie byłem starszy i ciągle nie mogłem do rąk dostać tak kosztownej rzeczy.
Życie moje chwiało się teraz między dwiema alternatywami, które się z dziwną punktualnością luzowały.
Zegarek był »mój«, lub też zegarek był »nie mój«. Tak szarpany między nadzieją odzyskania, a obawą utracenia szczęścia, budziłem się nieraz w nocy, nie wiedząc tak ze snu na razie, czy zegarek jest teraz mój, czy też nie mój? Spojrzenie moje było błędne, włosy zjeżone, zimny pot rosił mi czoło, a serce waliło jak młotem. Po dłuższej dopiero chwili oprzytomniawszy z przerażenia tego, przypominałem sobie, że zegarek jest teraz mój, a wtedy na mojej wynędzniałej twarzy pojawiał się błogi uśmiech szczęścia i opadałem na pościel z uczuciem bezgranicznego ukojenia, tak właśnie, jak rozbitek, który już zgubionym się widział, a oto jest uratowany.
Niekiedy, w czasie obiadu (a bywał on coraz i krótszy i gorszy) nagle, niosąc łyżkę do ust, przypomniałem sobie, że zegarek nie mój. Wtedy wargi zaczynały mi się trząść, łyżka w ręku drżała, i zanim ją do ust doniosłem, pełniejsza była o dwie słone i gorące krople.
Jakoś w tym czasie ojciec znów wyjechał. Kilka wieczorów przedtem bolała go głowa; w cyrku nawet nie bywał, gdyż uczone konie także wyjechały. Ale matka bardzo się tem gryzła i mocno płakała. Jakoż nie mogła ojcu na drogę ani upakować kufra, ani usmażyć rozbratla, gdyż ojciec nie chcąc jej przeszkadzać, wyszedł przez nasz pokój sam w nocy na kolej, wziąwszy tylko swą podróżną torbę.
Przez jaki miesiąc potem, nawet dłużej może, zegarek był ciągle mój. Nie dlatego, żebym się lepiej sprawował lub uczył, ale matka tak była rozgniewana, i taka zmartwiona, że gdym przeskrobał, dostawałem odrazu na gorąco w kark, a o zegarku nie było zgoła mowy. Kipiałem tedy całą szczęśliwością niewypowiedzianą, czekając niecierpliwie niedzieli.
Aż przyszła taka jedna niedziela, że matka pudełka nie wyjęła z szafki.
Czekałem ranek cały — nic. Tedy po obiedzie, któregom przełknąć nie mógł z niepokoju, podszedłem do matki i pocałowałem ją w rękę.
Siedziała nachmurzona podparłszy głowę.
Pierwszy raz zauważyłem, jak bardzo postarzała i pożółkła w tych ostatnich czasach. Że zaś to postarzenie uczyniło twarz jej bardziej jeszcze twardą i surową, onieśmielony patrzyłem na nią w milczeniu, nie wiedząc, jak zacząć.
Spostrzegła mnie sama.
— Czego stoisz? Zjadłeś obiad, to idź do książki i ucz się!
Zebrałem całą odwagę:
— A zegarek?... Dziś niedziela...
Matka odwróciła głowę i rzekła ostrym głosem:
— Niema zegarka. Zastawiony. Jak będą pieniądze, to go się wykupi.
Oniemiałem, ogłuchłem i patrzyłem przerażony na matkę:
— Nie... niema ze...? — Piorun uderzył mi w duszę i zabił wszystko, co w niej było życiem i nadzieją.
Czerwone błyskawice latały mi w oczach, kreśląc jakimiś okropnymi zygzakami:
— Niema zegarka, zastawiony... Niema zegarka, zastawiony!
Dziś wiem, że tak właśnie wyglądały wyrazy: Mane, Tekel, Fares.
Tymczasem matka podniosła się z jakimś stłumionym jękiem i wyszła z pokoju.
Zostałem sam.
Natychmiast obudziła się we mnie przedsiębiorczość, instynkt ratowania się i odporna siła.
Jakoż tego dnia jeszcze powziąłem u stróża ważne wiadomości. Dowiedziałem się mianowicie, co znaczy zastawiony, a nadto gdzie jest i jak się zwie miejsce, w którem mój zegarek przebywa.
Nazajutrz poszedłem tam, zamiast iść do szkoły. Był to duży żółty dom w ustronnej ulicy. Ponieważ drzwi były uchylone, wsunąłem się i obracając czapkę w ręku, z bijącem mocno sercem stanąłem przy nich.
Pokój był prawie pusty. Jakiś pan spojrzał na mnie od biurka przy oknie i zapytał:
— A czego to?
Ukłoniłem się zmieszany niewymownie.
— Nic, proszę pana, tylko tu jest mój zegarek...
Pan wyciągnął rękę.
— Kwit?
Nie miałem kwitu.
— Bez kwitu się nie wydaje.
Ukłoniłem się raz jeszcze i wyszedłem w sienie, a że nikogo tu nie było, przytuliłem się do drzwi i słuchałem.
Byłem pewny, tak jest, byłem zupełnie pewny, że przez te drzwi zamknięte przenika do mnie szept mego zegarka. Trząsłem się ze wzruszenia aż do szpiku kości, a łzy, jak grad, leciały mi po twarzy.
We wtorek wracałem ze szkoły z ogromną pałą z łaciny, i z boską nadzieją w duszy, że znów ten drogi szept usłyszę. Jakoż zaraz po obiedzie pobiegłem do biura i lekko nacisnąwszy klamkę znalazłem się we drzwiach.
Pan, który był w tej chwili przyszedł, poskładał papiery, obejrzał pod światło pióro, usiadł i wyciągnął rękę.
— Kwit!
Ognie buchnęły na mnie.
— Ja tylko proszę pana, tak...
Lecz pan trzymał wyciągniętą rękę.
— Kwit! — powtórzył.
Nie miałem rzecz prosta kwitu.
Wtedy pan rozgniewał się i rzekł:
— Cóż u licha! Powiedziałem, że się bez kwitu nie wydaje fantów!
— Kiedy to nie fant proszę pana, tylko mój zegarek...
Popatrzał na mnie z wspaniałą mieszaniną gniewu i pogardy, potem trzasnął ręką w leżące przed nim papiery.
— Proszę mnie tu nie nachodzić! Nie przeszkadzać! Powiedzieć w domu, żeby kto starszy przyszedł z pieniądzmi i kwitem.
Ukłoniłem się i wyszedłem zawstydzony, z głębokiem wzruszeniem w duszy. I teraz bowiem byłem pewny, żem słyszał szept mojego zegarka.
Odtąd wszakże nie śmiałem wchodzić do biura, tylko stawałem w sieni. Nic wprawdzie stamtąd nie mogłem widzieć ani słyszeć, ale byłem blizko, w tym samym domu, gdzie zegarek.
Pewnego wszakże dnia podszedł do mnie stróż i rzekł:
— Tu nie wolno wystawać pode drzwiami! Jak interes, to wejść, a jak nie, to nie zastąpiać!
Cofnąłem się zmieszany. Nazajutrz siadłem na kamiennych schodkach, które prowadziły z ulicy do sieni i patrzyłem w okna. Twardo tu było i niewygodnie, ale przecież i tak bliżej zegarka niż w domu.
Czas szedł i zrobiło się lato. I znów szedł i zrobiła się jesień.
Wietrzna była, zimna, słotna.
Zgorączkowany, wymizerowany, drżałem jak liść, siadając na owych schodkach w starym wytartym mundurku.
— Bój się Boga, chłopak, nie siedź na tych mokrych kamieniach, w takie zimnisko, bo się choroby nabawisz! — rzekł raz do mnie jeden z urzędników, wychodząc z biura.
Podniosłem na niego oczy.
— Kiedy tu jest mój zegarek, proszę pana!
Uśmiechnął się, pokiwał głową, westchnął, i poszedł dalej.
A mnie tęsknota trawiła tak, jak ciężka choroba. Uczyłem się jak najgorzej. Nieraz też od matki dostawałem po uszach, czegom prawie, że nie czuł, pochłonięty jedną żądzą i jednem pragnieniem. Pieniędzy przecież ciągle jeszcze nie było i zegarek wykupiony być nie mógł.
Pod koniec grudnia wpadłem na myśl napisania listu do ojca. Jakoż natychmiast wydarłem ćwiartkę papieru z dyktanda na czysto, i zalewając atrament gorącemi łzami — pisałem.
Kochany Ojcze! Donoszą kochanemu ojcu, że jestem bardzo nieszczęśliwy, bo zegarek mój jest zastawiony i wcale go niema. Kochany, drogi ojcze, przyjedź prędko, gdyż jestem bardzo nieszczęśliwy i jest bardzo zimno. Całuję twoje ręce kochany ojcze i żebyś prędko powrócił. Wierny syn Stanisław.
Złożyłem teraz ćwiartkę we czworo, napisałem na czystej stronie: Do kochanego ojca, i pobiegłszy, mimo późnej pory, na pocztę, wrzuciłem w skrzynkę.
Nadzieja rychłego ratunku ożywiła mnie znacznie. Z gorączkową niecierpliwością wylatywałem naprzeciw listonosza po kilkakroć na dzień. Odpowiedzi jednak nie było. Czekałem tydzień, czekałem dwa, trzy — nic.
Wtedy pobiegłem znów do tego wielkiego żółtego domu. Miałem zamiar wejść śmiało i powiedzieć urzędnikowi, że ojciec lada dzień wróci, że już nawet do niego pisałem, więc czyby mi tymczasem nie oddał zegarka?
Tam wszakże zastałam ścisk i gwar, który mnie ogłuszył. Nie było dla mnie miejsca ani w sieni, ani pode drzwiami, ani też na schodkach. Szturchano mnie, popychano, łajano, że lezę pod nogi. Wtedy zapytałem najbliżej stojącego pana, dlaczego tu dziś tak dużo ludzi i czemu tak krzyczą? Pan spojrzał na mnie z wysoka i nie odpowiedział.
Mnie wszakże ogarnął nagły i niewytłómaczony strach. W jednej chwili postanowiłem bądź co bądź dostać się do wnętrza.
Jakoż nurkując pomiędzy ściskiem chałatów, surdutów i spódnic, dotarłem do wolniejszego miejsca, tam, gdzie balaski przegradzały salę. Tu podniosłem głowę. Olśnąłem...
Wysoko nademną, w dwóch palcach na cienkim łańcuszku trzymany, unosił się mój zegarek w powietrzu, jakgdyby czarodziejską mocą.
Przeczysty lazur jego wypełniał cały pokój, a złote gwiazdy, jakie tylko w najcudniejszą i najbardziej przejrzystą noc sierpniową widzieć można, jaśniały na ścianach, na suficie, wszędzie...
W tej samej chwili mistyczna pieśń zalała mą duszę, świat cały...
— Zegarek!... Mój zegarek! — krzyknąłem z wybuchem szalonej, bezprzytomnej szczęśliwości, wyciągając ręce.
Jeszczem go wszakże dosięgnąć nie zdołał, kiedy gruby jakiś głos rzekł:
...I-po-trze-cie!
Wtedy stojący przy mnie pan zdjął z powietrza wszystkie gwiazdy i lazury, a włożywszy mój zegarek w czarne, do trumny podobne pudełko, wpuścił je do głębokiej kieszeni chałata.
...O ziemie obiecane, a nienawiedzone nigdy!
...O srebrne sita serc, czerpiących morze!...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.