Kruszenie kamienia/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Kruszenie kamienia
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo)
Indeks stron


ROZDZIAŁ I.

Paryż, otulony szarą, mglistą zasłoną, jakgdyby się rozpływał we łzach. Ukośne, smagające bicze deszczu siekły mury domów i połyskujące szyby wystaw sklepowych; brudne mętne strugi zalewały chodniki i asfalt jezdni. Wszędzie mknęły potoki wody i zbierały się w kałuże. Pływały po nich żółte bąble i pękały pod ciosami wiatru i szalejącej ulewy. Ociekające wodą samochody i autobusy pędziły ze zdwojoną szybkością, usiłując jakgdyby uciec przed niepogodą. Z pod gumowych opon pluskały kaskady płynnego błota, zalewały chodniki i bryzgały na przechodniów. Ludzie tłoczyli się w niszach bram lub pod markizami restauracyj i kawiarń. Pod płóciennym namiotem kiosku z kwiatami znalazło schronienie kilku ukrywających się przed deszczem ludzi.
Jeden z nich wysoki — w miękkim kapeluszu, nisko opuszczonym na czoło, w szarym, sportowym płaszczu, niedbale narzuconym na szerokie bary, stał spokojnie, oparty o grubą laskę. Z pod zwisającego ronda wyglądały szydercze oczy, chwilami błyskające drapieżnie, — okrągłe, niemal nieruchome źrenice czatującego na zdobycz ptaka. Czerwona, starannie ogolona twarz miała wyraz zimnego skupienia i czujnej baczności. Człowiek ten oglądał sąsiadów uważnie, prawie natrętnie, lecz wyniośle zarazem, a kąciki zaciśniętych warg bez przerwy opuszczały mu się i podnosiły, jakgdyby odpowiadały utajonym myślom.
— Prawdziwie lipcowa ulewa! — zawołała jakaś starsza pani do stojącej obok midinetki z pudełkiem od kapeluszy.
— Tak... pani!... — odparła z roztargnieniem dziewczyna, zerkając kokieteryjnie w stronę oficera, który nie spuszczał z niej porozumiewawczego spojrzenia.
Dwaj niemłodzi już panowie, z beznadziejnym wyrazem twarzy śledzący narodziny i śmierć pękających bąbli na chodniku, odruchowo podnieśli oczy na mówiące kobiety. W przelocie wzrok jednego z nich padł na człowieka w szarem palcie i nasuniętym na czoło kapeluszu.
— Widzisz tego osobnika o czerwonej, aroganckiej twarzy? — przyciszonym głosem spytał starszy jegomość.
— Któż to jest? — odpowiedział pytaniem drugi.
— To — ten Nesser, Henryk Nesser, który opublikował w brukowcu „Hałas Ulicy“ szereg skandalicznych feljetonów pod tytułem: „Dobre obyczaje rodziny Sauvier“...
— Ohyda! Czytałem to i, jako prawnik, oczekiwałem procesu sądowego o oszczerstwo w prasie! — ze szczerem oburzeniem przerwał mu przyjaciel.
— Wszyscy się tego spodziewali, lecz my dziennikarze wiemy, kim jest Henryk Nesser. Ten typ zagroził rodzinie Sauvierów opublikowaniem poufnych listów pani domu, no... i szczęśliwie doprowadził do końca drukowanie swoich feljetonów. Zuchwały szantaż! — syknął stary dziennikarz.
— Pisane to było coprawda z prawdziwym talentem, z szatańską wprost pasją, lecz i z bezgraniczną bezczelnością! — wtrącił prawnik.
— O, — już głośniej dodał pierwszy z panów, — Henryk Nesser posiada niezawodnie groźne i utalentowane pióro! Jego słynne korespondencje z Afryki, podczas konferencji w Algesirasie, zwróciły powszechną uwagę. W swoim czasie ubiegano się o niego po redakcjach. Wiem, że zamierzano nawet udekorować go krzyżem Legji Honorowej.
— Nie udekorowano, jednak?
— Nie! Ministerstwo rozmyśliło się i cofnęło już przygotowany dekret. Nesser — to człowiek tajemniczy, niepewny, zresztą.... dziwaczny zlepek Niemca, Anglika, Francuza...
Rozmowa, prowadzona półgłosem, nagle się urwała, bo człowiek o czerwonej twarzy powolnym ruchem skierował na rozmawiających drapieżne, ciężkie spojrzenie i bacznie, choć przelotnie, przyjrzał się obydwu panom.
Cienkie wargi skrzywiły mu się i drgnęły w pogardliwym uśmiechu. Po chwili cicho śmiał się, patrząc, jak obaj szybkim krokiem oddalali się, brnąc przez kałuże, okrywające chodnik. Nesser wzruszył ramionami. Nie czuł się obrażonym, ani nawet zdziwionym. Nie po raz pierwszy wszak zdarzało mu się to o sobie słyszeć.
Zlepek!... No, tak, w istocie był zlepkiem. I to jeszcze jakim! Ojciec, czystej krwi Niemiec, z przyczyn nigdy nie wyjaśnionych, zmuszony był udać się na emigrację do Kanady. Osiadł jako zegarmistrz w Montrealu, gdzie po śmierci żony, poślubił obywatelkę kanadyjską pochodzenia francuskiego. Z tego właśnie małżeństwa urodził się Henryk Nesser. Ojciec jego po kilku latach porzucił matkę i przekoczował w inne miejsce, nigdy adresu swego nie podając. Stary, widocznie, miał na to ważkie powody. Od tego czasu matka wraz z synem klepali biedę, aż wreszcie zbrzydło to Henrykowi. Znając dobrze trzy języki, błąkał się długo po bankach, hotelach, kantorach transportowych, zarabiając na chleb. Wkońcu wyemigrował do Francji. Został urzędnikiem biura wielkiej kompanji okrętowej. Po pewnym czasie naturalizował się. Z taką samą obojętnością mógłby był stać się obywatelem Holandji, Nikaragua lub Peru. Nic go nie przywiązywało do tego kraju. Uważał tylko, że Francja zapewnia mu łatwiejsze warunki pracy. Pozatem cenił ten kraj za to, że mógł tu z łatwością zdobyć brakującą mu wiedzę. Młodość jego — nędzna i uboga — wymagała ciągłego szamotania się o kawałek chleba. Nie miał czasu ani pieniędzy na gruntowną naukę. W Paryżu zaś, gdzie źródła wiedzy są dostępne dla wszystkich, po kilku latach wytężonej pracy uzupełnił odczuwane braki. Wrodzone zdolności, upór i doskonała pamięć pozwoliły mu się stać człowiekiem wykształconym o szerokim zakresie zainteresowań. Z życiowych doświadczeń wyniósł niepospolitą i, jak mu się wydawało, niezwalczoną broń do walki o byt i do osiągnięcia powodzenia. Niczego się nie bał, życia nie cenił, śmiał się z tradycji, nie uznawał żadnych stałych przekonań i pogardzał ideałami, hamującemi swobodę postępowania. Nauczył się niezwykle ściśle oceniać dystans, dzielący go od bezpośredniego otarcia się o kodeks karny. Celem jego stało się życie jak najswobodniejsze i najprzyjemniejsze, unikanie wszelkich przesądów, oraz głupich, sztucznych, nieznośnie ciążących przepisów moralności, układanych do użytku świętych pustelników lub też królów i bogaczy. Czuł się więc wszędzie, jak w domu, chociaż nigdzie nie miał prawdziwych, szczerych przyjaciół. Trzymał się zwykle wyniośle, w czem mógł prześcignąć największych snobów spośród lordów angielskich, chociaż Anglików uważał za wilków w owczej skórze hipokryzji. Wydrwiwał Niemców za ich niewolniczą subordynację, Francuzami pogardzał za ich praktyczne mieszczaństwo, przykryte porywczym temperamentem i błyskotliwemi frazesami. Tę wyniosłość swoją rozwijał coraz bardziej, posiłkując się nią, niby tarczą przed przyjaźnią dla kogokolwiek, co mogłoby niespostrzeżenie pozbawić go indywidualnej wolności.
Nic więc dziwnego, że dla wszystkich był obcym i najczęściej przykrym przybyszem, który drażnił swoją szyderczą i cyniczną prawdomównością, chwilami brutalną i niepokojącą potwornemi paradoksami. Nieraz, rozmyślając nad tem, śmiał się i porównywał siebie do Anglika biskupa, wygłaszającego kazanie o miłości bliźniego podczas tradycyjnego narodowego święta ludożerców. Jednak te cechy charakteru i wstręt do stałych przekonań i poglądów otwierały przed nim nieograniczone horyzonty w dziedzinie prasy codziennej.
Stosunek ludzi do niego, jako do obcego, przykrego przybysza, dawał się odczuwać nawet w przelotnych miłostkach. Prawie wszystkie kobiety, z któremi łączył go bliższy stosunek, — czy to Niemki, czy Francuzki, czy Angielki, porzucały go prędko w jakimś lęku, czy nienawiści. Mówiły przytem, że był brutalny. Brutalność ta jednak nie miała charakteru fizycznego, płynęła raczej z głębokich tajników jego duszy. Była to zimna obojętność obcego człowieka, który jutro odejdzie na zawsze i niema zamiaru tracić czasu na studjowanie rysunku tapet i przygodnych obrazów w chwilowo zajmowanym lokalu hotelowym. Ani jedna kobieta, a miał ich sporo, nie obudziła w nim cieplejszego uczucia, ani jedna nie przywiązała go do siebie na czas dłuższy. Sympatja i pociąg kobiet do tego dziwnego człowieka, o duszy zawsze dla wszystkich zamkniętej, usposobieniu błyskotliwem i niepokojącem, przechodziła wkrótce w podświadomą obawę, trwożną podejrzliwość i męczący stan samoobrony przed nieznanem, lecz nieustannie grożącem niebezpieczeństwem. Taki stosunek do niego wykluczał szczerość, a tembardziej — roztaczanie najcenniejszych moralnych uroków kobiecości.
Posłyszana teraz rozmowa zmusiła go oddać się wspomnieniom o dawnych dziejach. Miał na to wolną chwilę, bo ulewa nie ustawała. Mimowoli zaczął odtwarzać w pamięci niedawny swój romans z uroczą Reginą Sauvier. Wspomnienia te, widać, nie były przyjemne, raczej zapewne bolesne, gdyż Nesser nachmurzył czoło i mocniej zacisnął szczęki.
Romans z panią Sauvier utkwił mu w pamięci, jako jedyna nieprzelotna przygoda. Miała ona głębsze podłoże, odnalezione po raz pierwszy w sercu Nessera. Zmysłowa, cyniczna i drapieżna, aczkolwiek bardzo inteligentna Regina Sauvier nie zrozumiała tego jednak i popełniła ciężki błąd.
Nesser przypominał sobie teraz pierwsze spotkanie z Reginą. Było to na rozprawie sądowej nad mordercą bankiera Lion. Jakiś młody arystokrata, hrabia de Basquier Remau, zakochany w pani Lion, dowiedziawszy się, że jej mąż dla pomyślnego przeprowadzenia afery finansowej patronował tajemnemu związkowi swej małżonki z pewnymi dygnitarzami, zabił bankiera. Cała prasa jednogłośnie broniła mordercy, z oburzeniem piętnując nikczemność zamordowanego męża i dramatyzując moralne cierpienia nieszczęsnej kobiety, zniewolonej przez niego do uprawiania „wielkoświatowego“ nierządu. Wobec tego zgodnego chóru obrońców zupełnie odrębne stanowisko zajęło nagle małe, brukowe pisemko „Pioupiou de la Seine“, umieszczające artykuły i sprawozdania z posiedzeń sądu. Autor ich, Henryk Nesser, domagał się ciężkiej kary dla zbrodniarza.
— Żądamy wyjaśnienia istotnych powodów morderstwa! Nie mają one bowiem ani cech obrony moralności, ani afektu! Jakiekolwiekbądź pobudki kierowały ręką mordercy, muszą się one złożyć na wyrok surowy dla niego i dla pięknej wdowy, pośrednio lub bezpośrednio współwinnej. Żądamy sprawiedliwości, tylko sprawiedliwości, bo od niej zależy przewentylowanie zgniłej, zatęchłej, jadowitej atmosfery, panującej w gmachu społeczeństwa, chorego na obłudę, hipokryzję, uprawnione bezprawie i nędzę!
Tak się rozpisywał zaledwie mało komu znany „Pioupiou de la Seine“, zajmujący odosobnioną placówkę w zgodnym chórze liberalizującej prasy. Po drugim artykule Nessera w tem pisemku, zbliżyła się do niego w sali sądu wytworna, piękna pani Sauvier o twarzy niemal surowej, przypominającej kameę Temidy karzącej. Podała dziennikarzowi malutką, wąską dłoń i wyraziła zdumienie spowodu tak śmiałych artykułów. Nadmieniła też natychmiast, że podziela całkowicie logikę i cel, wyczuwane w myślach autora.
— Nie mogę tylko jednego pojąć! — mówiła. — Czy pan zamierza zreformować społeczeństwo, a szczególnie jego wyższą warstwę... nas...
Nesser odpowiedział z uśmiechem:
— Nie, pani, nie mam tego zamiaru bynajmniej! Nie chodzi mi tu o moralność! Chcę tylko, aby byle bydlak nie zawracał ludziom głowy i nie kazał im wierzyć, że jest amorkiem rafaelowskim... Nie lubię maskarady, czuję do niej wstręt, jak do największego tchórzostwa. Tak wielki „obywatel świata“, jak Napoleon, w rozmowie z Talleyrandem nie obawiał się otwarcie wyznać, że uważa się za „łotra z gruntu“, a jednak nie utracił ani krzty przez to na wielkości i uroku. Tymczasem byle drobne, zamorusane prosię kwiczy, że nie jest prosięciem, tylko — latoroślą przyszłego, wspaniałego lwa! Tę ohydną śmieszność zwalczam przy każdej sposobności!
— Pan jest szlachetny i uczciwy! — zauważyła dama i z ostrem zaciekawieniem spojrzała na niego.
Nesser wybuchnął głośnym śmiechem.
— Jestem reporterem od sensacyj! — rzekł, naśmiawszy się dosyta. — W tej roli nie mogę być ani szlachetnym, ani uczciwym! Ani jedna, ani druga cnota w moim fachu nie popłaca bynajmniej!
— Usiłuje pan poniżyć się w moich oczach? — spytała, nie spuszczając z roześmianej twarzy dziennikarza badawczego spojrzenia.
— Znam panią zaledwie od kilku minut i muszę wyznać szczerze, że ani trochę nie zależy mi na dobrej opinji pani! — odparł wesoło i prawie brutalnie. — Gwiżdżę na opinję! Jestem samowystarczalny!
— O, to znaczy, że pan jest bardzo samotny!... — szepnęła ze współczuciem pani Sauvier i odeszła w zamyśleniu.
Podczas wieczornego posiedzenia sądu zatrzymała go znów w korytarzu i powiedziała:
— Myślałam o naszej rozmowie. Bardzo żałuję pana, bo nie pomyliłam się, musi się pan czuć przerażająco odosobnionym od ludzi...
— Widzę w tem swoją niezależność i poniekąd szczęście — odparł z uśmiechem. — Rodzina, żona, przyjaciel — to balast! Posiadacz takiego szczęścia zmuszony jest do ciągłego podsycania przygasającego z różnych powodów płomienia. Rozrywka to nie dla mnie!...
Znowu się zaśmiał. Nie przeszkadzało mu to jednak uważnie przyglądać się pięknej, może, trzydziestoletniej kobiecie. Zajmowała go myśl, dlaczego szukała z nim znajomości i wszczęła tak poufałą rozmowę.
— Jestem „publicznym mężczyzną“ i setki ludzi na ulicy zawierają ze mną w ten sposób znajomość, lecz ta „madonna o surowem obliczu“ najwidoczniej dąży do czegoś. Do czegóż u djabła? — pytał siebie.
Pani Regina Sauvier przemówiła po chwili:
— Pan ma słuszność! Samotność jest warunkiem absolutnej swobody. Jednak w warunkach cywilizacji staje się ona często źródłem nieszczęścia, a nawet zbrodni.
— Czy pani również jest samotną? — zapytał Z bezczelnym, obleśnym uśmiechem.
— Jestem mężatką! Mam męża i śliczną córeczkę szesnastoletnią. Jednak, czyżby pan przypuszczał, że rodzina osłania człowieka przed katuszami samotności i jej pokus?
— To zależy od wielu okoliczności, o które nie śmiałbym pytać, nie będąc spowiednikiem pani, — odparł szorstko.
— Odpowiem bez pytań! — uśmiechnęła się. — Okoliczności mego życia są stworzone do udręki samotności!
Umilkła. Nesser postanowił nie podtrzymywać dalszej rozmowy.
Po chwili pani Sauvier wyciągnęła do niego dłoń i rzekła swobodnie:
— Będę rada, jeżeli pan zechce kiedykolwiek odwiedzić mnie... naprzykład, w chwili, gdy samotność stanie się zbyt dokuczliwą. Doprawdy znajdzie pan u mnie dużo ciepła i współczucia dla siebie! Rozumiem gorycz samotności! Nie wiem, co mnie skłoniło do zbliżenia się do pana... zdaje mi się, że było to podświadome przeświadczenie, że jesteśmy upieczeni z jednego ciasta... Oto — mój bilet wizytowy.
— Pani zbyt łaskawa... — ukłonił się dziennikarz z drwiącym grymasem na twarzy. — W każdym razie dziękuję!
Rozstali się, a Nesser po skończonym procesie wykonał szybki i ścisły rekonesans, nietrudny zresztą dla dziennikarza o rozległych stosunkach w policji i w różnych warstwach społecznych, włącznie do przeróżnych legowisk i wstrętnych spelunek. Zgromadzone przez niego wiadomości o rodzinie państwa Sauvier nie odsłoniły mu tajemnicy tak niezwykłej znajomości z panią domu. Sauvier był uczonym i, chociaż nie zajmował żadnego urzędowego stanowiska, a nawet miał raczej reputację dyletanta naukowego, jednakże posiadał daleko sięgającą ambicję, podwakroć wystawiając swoją kandydaturę do Akademji „Nieśmiertelnych“. Pan Sauvier żył z niewielkiej renty, więc informator Nessera z biura policji politycznej podkreślał zdziwienie swoje spowodu wystawnego trybu życia państwa Sauvier. Mieli oni siedzibę w pałacyku na Champs Elysees, przyjmowali u siebie ministrów, deputowanych, dyplomatów i najwybitniejszych ludzi stolicy.
— Państwo ci — mówił do Nessera informator — mieszkają wpobliżu pałacu prezydenta Rzeczypospolitej, a ja z urzędu mam oko nad jego sąsiadami, znam więc też szczegóły życia wszystkich obywateli tej dzielnicy. Nic podejrzanego nie spostrzegłem dotychczas u Sauvierów, jednak, powtarzam, źródła ich dochodów są mi nieznane, a tryb ich życia zastanawia mnie.
Inny znów znajomy dziennikarza, — jeden z tych, którzy zbierają wszelkie wiadomości o ludziach i handlują niemi, jak papierosami, lub taniemi krawatami na bulwarach, sprzedając swoje spostrzeżenia detektywom i oszustom w celach szantażu, zapewniał Nessera, że pani Sauvier miała już kilku kochanków.
— Z miłości chyba — dodał ze śmiechem, — bo piękna Regina dosięga już czterdziestki i czuje, że zbliża się czas, gdy trzeba będzie Amorowi dać dymisję i spłacać mu emeryturę w postaci usilnych masaży, Vichy, Institut de beauté i innych podobnych zabiegów. Przesuwa się tam w pałacyku jeszcze jedna osóbka... Powiewna sylwetka dziewiczej Margo, dwudziestoletniej córeczki państwa Sauvier. Tymczasem życie jej przedstawia mi się, jak bytowanie lilji lub storczyka w cieplarni! Fleur d’orange jest jej godłem, lilja biała — berłem, niewinność — koroną, chociaż... chociaż z klasztoru, gdzie dziewica ta czerpała ze źródła wiedzy i moralności, musiano ją zabrać gwałtownie. Podobno, słynęła jako mistrzyni w różnych drobnych przyjemnostkach, któremi inne białe lilje pod jej przewodem urozmaicały sobie długie, jałowe noce niewiniątek! Obecnie, gdy powróciła na łono rodziny, cnota jej pozostaje bez zarzutu. Śledziłem ją, bo już kilka starych wiedźm, co to zbierają wszelkie szczegóły o panienkach, aby naraić im dobre małżeństwo lub zamanić do domu schadzek, pytało mnie o nią.
W najbliższą niedzielę Henryk Nesser złożył wizytę państwu Sauvier. Wchodząc do tego domu, czuł się dziwnie podnieconym. Jakiś instynkt nakazywał mu zachować szczególnie zaostrzoną czujność. Zwracał uwagę na każdego człowieka w tym domu, przyglądał się najdrobniejszemu szczegółowi. Portjer — wytrawny wyga, obserwował gościa tak uważnie, że Nesser niemal fizycznie odczuwał dotknięcie jego szarych, wyblakłych oczu. Miał wrażenie, że zostaje poddany rewizji osobistej. Stary sługa zadzwonił na lokaja, dorodnego, atletycznej budowy draba o ruchach powolnych, jakgdyby skradających się. Zapytany, z kim właściwie chce się widzieć, — z panem, czy panią domu, dziennikarz odpowiedział, że z panią Reginą Sauvier. Wtedy został polecony opiece pokojówki — młodej i sprytnej dziewczyny o inteligentnym wyrazie twarzy. Uderzyła go nieco dziwna wymowa służebnej; wyczuł w jej głosie cudzoziemskie brzmienie. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tem, gdyż na spotkanie mu wyszła natychmiast pani Sauvier, niezawodnie uprzedzona już przedtem telefonicznie przez portjera.
Pani Sauvier wyciągnęła do niego obie ręce ruchem szczerym i życzliwym. Usadowiła go obok siebie na kozetce i z niezwykłą zręcznością skierowała rozmowę na jego własne życie. Nesser był głęboko zdumiony, bo nie wątpił, że piękna dama posiadała już o nim dość ścisłe wiadomości. Gdy ze zwykłem sobie szyderstwem napomknął jej o tem, pani Sauvier uśmiechnęła się tajemniczo.
— Mamy wspólnych znajomych — rzekła — od nich to zaczerpnęłam garść informacyj o panu. Interesował mnie pan nie od wczoraj. Z podziwem i zachwytem czytałam korespondencje pana z wojny Burów z Anglikami, z Chin podczas powstania partji „Wielkiej Pięści“, no — i z Algesirasu... Znajomy mój — dyplomata dał mi to do przejrzenia. Uważam pana za najwybitniejszego reportera politycznego, obdarzonego przedziwnym darem intuicji i jednocześnie — żelazną logiką!
— I piszącego w „Pioupiou“, w „Hałasie Ulicy“, „Żółtej Kokardzie“ i podobnych „organach“ prasy! — dokończył Nesser ze śmiechem.
— Gdyby tylko pan zechciał, dostałby się pan natychmiast do wielkich dzienników! — zawołała z głębokiem przekonaniem.
— Tego nie wiem, lecz też i nie dążę do tego — odparł. — Są to piśmidła określonych przekonań i niezmiennych kierunków. Wielkie płachty, zapisywane przez ludzi bez przekonań i bez kierunku wewnętrznego! Tymczasem ja śmieję się otwarcie z przekonań i gwiżdżę na wszelkie, wytknięte raz na zawsze kierunki!
Pani Sauvier zaczęła wypytywać go o pracę jego i zamiary. Szczere zainteresowanie różnemi drobiazgami, dotyczącemi jego prywatnego życia, wzbudziło w nim znowu niejasną podejrzliwość. Jednak wkrótce pomyślał, że, oprócz ciekawości damy z wielkiego świata, poznającej życie człowieka z innej, najmniej dostępnej sfery, pani Sauvier nie miała innych pobudek. Sprawiało mu to pewną przyjemność, że mógł opowiadać jej o swojem życiu, codziennej pracy i wytężonej, sprytnej walce o wybitne stanowisko w prasie. Pani Sauvier najbardziej jednak interesowała się jego minioną młodością, przeżyciami i pierwszemi samodzielnemi krokami. Robiła przy tem bardzo trafne domysły i uwagi, twierdziła też z całem przekonaniem, że nie jest on wcale cynicznym, ani amoralnym, za jakiego się podaje. Słuchał wszystkiego tego ze spokojnym uśmiechem, gdy przekonywała go, że to zapewne wskutek ciężkiego życia i pracy od lat dziecinnych przybrał sobie pozory cynika, które były niczem innem, jak tarczą obronną, ochraniającą go przed urojeniem i rozczarowaniem. Dotychczas nikt jeszcze o coś podobnego nie pytał go i nigdy jego spraw osobistych nie poruszał. Zdumiewało to Nessera coraz bardziej. Ta kobieta z niewątpliwą szczerością usiłowała odnaleźć w nim nie „publicznego mężczyznę“, lecz wprost — człowieka. Było to tak nowe i dziwne, że Nesser mimowoli uczuł pewną wdzięczność dla pani Sauvier. Zaniechał nawet wypowiadania w jej obecności swego cynicznego i paradoksalnego sądu o sobie, innych ludziach i różnych zjawiskach. Zaczął mówić poważnie, na pytania Reginy odpowiadać z całą prawdomównością, nieraz szorstką i drastyczną, chociaż wszystko, co wypowiadał, migotało błyskami dowcipu a było nacechowane głęboką znajomością życia i zrozumieniem duszy ludzkiej.
— To, co pan mówi jest tak ciekawe, że koniecznie muszę pana poznajomić z moim mężem! Pańskie myśli mogą mu się przydać w jego pracy naukowej, bo pan — to same życie z jego niedostępnemi dla nas tajnikami, on zaś — teorja, tworzona w czterech ścianach dostatniego domu!
Zadzwoniła na lokaja i poleciła mu poprosić pana Sauvier. Majestatyczny, trochę przesadnie poważny uczony przyjaźnie potrząsnął rękę Nessera. W oczach jego dziennikarz spostrzegł iskierki zaciekawienia; utwierdziło go to w przekonaniu, że i uczony pan Sauvier coś-niecoś już o nim słyszał.
Pan domu tworzył właśnie dzieło pod tytułem: „Fizjologiczne i psychologiczne podstawy nierówności warstw społecznych“. Zaczął się rozwodzić przed Nesserem na temat swoich badań, które miał przedłożyć Akademji. Wywody uczonego, przepojone bezgraniczną banalnością i tendencyjną logiką, sztuczną i obłudną, znużyły Nessera i podrażniły w nim skłonność do złośliwości i szyderstwa.
— Hm, ten pseudo-uczony kretyn pisze tak, aby się przypodobać konserwatywnej większości Akademji! — pomyślał. — Wszystko w tej pisaninie jest zmyślone, albo też zręcznie przekręcone, gwałtem za uszy podciągnięte dla potwierdzenia tezy.
Nie wypowiedział tego zdania głośno, lecz mruknął niechętnym, jakgdyby znudzonym tonem:
— Słuchałem wykładów Lucjana Lévy-Bruhla o umysłowości pierwotnej i uważnie przestudjowałem pracę Gobineau o nierówności ras ludzkich. Jestem przekonany, że w wieku XX-ym intelektualne i moralne granice pomiędzy ludźmi niemal zupełnie się już zatarły! Ludzie rodzą się z pewnemi odziedziczonemi pojęciami i zdolnościami do szybkiego przyjęcia przeróżnych, najnowszych, najdziwniejszych idej. Czyżby pan nie wiedział, z jak pospolitych rodzin wyszli Edison, Ford i cała rzesza amerykańskich i europejskich wynalazców i uczonych? To obala samo założenie tezy pana! Można i należy badać psychologiczne odruchy różnych elementów społecznych na pewne idee. Tutaj różnice byłyby istotnie rażące! Naprzykład — arystokracja i inteligencja kwalifikuje czyn zbrodniarza słowem „hańba“, chłop i wieśniak — mówi w tym wypadku — „fujara“, bo „fujarze“ nie udało się sprytnie ominąć kodeksu karnego. Być może, istnieją też nieznane tymczasem różnice fizjologiczne, wyrażające się w charakterze i napięciu aktywności. Gdy, powiedzmy, imperjum zaczyna się trząść w posadach, klasy wyższe usiłują ratować je, łatać dziury, lutować szczeliny; w tychże okolicznościach proletarjat, jak lawa, wyrywa się przez te dziury i szczeliny i ostatecznie burzy imperjum wybuchem rewolucji. Badanie tego rodzaju uważałbym za bardzo wskazane i pouczające...
Nesser odznaczał się wyrobioną, zawodową spostrzegawczością, wmig więc zauważył, że państwo Sauvier spojrzeli na siebie przelotnie, lecz porozumiewawczo, a potem wzrok swój zatrzymali na nim, oczekując dalszych jego rozumowań. Ogarnął go nagle pusty śmiech i chęć ośmieszenia uczonego dyletanta w oczach jego żony. Zmrużył oczy i spytał:
— Pan niezawodnie uzasadnia w pracy swojej prawo istnienia nierówności socjalnej?
— A niezawodnie! — z powagą potwierdził uczony.
Nesser wybuchnął złośliwym śmiechem.
— Nie mam przyjemności znać pańskich badań i dowodzeń, jednak w tej chwili wpadam w trans jasnowidzenia. Nie wątpię, że posługuje się pan pewnym potężnym argumentem. Sformułuję go tak: zdarza się, że nędzarz umiera z głodu, patrząc na przechodzącego obok przesyconego, opasłego burżuja. Cóż powstrzymuje biedaka od schwytania bogacza za gardło i wpicia się zębami w jego szyję? Wiemy, że tymczasem przyczyna tego paradoksalnego zjawiska, niemożliwego w świecie zwierzęcym, tkwi w przeświadczeniu, że tak być powinno. To przeświadczenie, jak bez wątpienia dowodzi pan, oparte jest na potężnym wpływie kościoła? Twierdzi on bowiem, że sam Bóg chce, aby na ziemi istnieli nędzarze i bogacze, uciemiężeni i ciemiężcy, że dopiero w innem, lepszem życiu wszyscy się zrównają. Niezawodnie potwierdza pan swoje rozumowania opinją Napoleona, który mawiał, że „gdyby nie istniała religja, — ludzie mordowaliby się, walcząc o najsłodszą gruszkę i o najpiękniejszą dziewczynę“. Co do mnie, to jestem przekonany, iż Bóg za tak obłudne tłumaczenie Jego woli, zrzuci kiedyś na plugawy glob ziemski jakiś porządny bolid, który zaprowadzi tu ostateczny porządek!
W tej chwili weszła do pokoju panna Margo. Była to ścisła kopja matki, choć w młodszej edycji. Ta sama wyniosła postawa, surowa twarz o rozumnych, pięknych oczach i niewysłowiona, niepasująca do zewnętrznego wyglądu, ujmująca serdeczność i prostota. Nesser spojrzał na nią z ciekawością i przypomniał sobie opowiadanie o „białej lilji“, wydalonej z pensji klasztornej za mistrzostwo w rozpuście.
— Ee, chyba to plotki! — pomyślał prawie z oburzeniem.
Istotnie, dziwnie zrównoważona, dziewiczo spokojna i beztroska postać panny Margo nie zdradzała najmniejszej zmysłowości i zalotności. Jedynie nieco ciężkie i chwilami zbyt przenikliwe spojrzenie piwnych oczu i głęboki, niski głos, świadczyły, że życie nie było może dla tej pięknej dziewczyny absolutną zagadką Sfinksa, a usta jej umiały już wyrażać uczucia gwałtowne i namiętne.
W ten sposób więc zaczęła się znajomość Henryka Nessera z domem państwa Sauvier. Bywał u nich częstym gościem, gdyż zapraszano go na wszystkie przyjęcia. Poznał tam wielu wybitnych i możnych ludzi — dyplomatów cudzoziemskich, kierowników opinji publicznej, uczonych i artystów, a urocza pani domu nigdy nie traktowała skromnego dziennikarza zdawkowo; przeciwnie zawsze znajdywała chwilkę, aby wypytać Nessera o to, co stanowiło treść jego osobistego życia, rzucić mu kilka słów życzliwych i ciepłych. Samotny i nieprzyzwyczajony do troskliwości, którą wyczuwał w słowach pani Sauvier, ku wielkiemu swemu zdumieniu spostrzegł, że gdzieś w głębi jego serca budzi się dla niej coś nakształt wdzięczności i przyjaźni. Nie chciał już analizować przyczyny tak nieoczekiwanego z jej strony stosunku do siebie. Sprawiało mu to przyjemność, więc wolał nie rozumować. Pewnego razu Nesser, zwiedzając kopalnie węgla, gdzie po wybuchu gazów podziemnych zawalił się szyb, przeziąbł i zapadł na ciężkie zapalenie płuc. Leżał samotny w swoim pokoju, opuszczony przez wszystkich, gdyż chory i bezczynny nikomu nie był potrzebny, jak wyszargany i wyświechtany łachman, nie nadający się nawet do kosza śmieciarki, zniszczony mechanizm, który nagle znieruchomiał. Lekarz, wezwany na żądanie chorego, zapisał mu jakieś środki patentowane, schował do pugilaresu stufrankowy banknot i odszedł obojętny, w przekonaniu, że od tego „kawałka“ zysku mieć już nie będzie, bo jedno z dwojga — umrze, albo się wyliże, nie wzywając go po raz drugi. Służba niechętnie zjawiała się na dzwonki chorego, więc Nesser postanowił spać jaknajwięcej i o niczem nie myśleć. Jako człowiek, który często miewał przemęczone nerwy i mózg, posiadał zdolność pogrążania się w „nirwanę“, jak nazywał stan suggestywnego bezwładu myśli.
Na trzeci dzień choroby zapukał ktoś nagle do drzwi jego pokoju. Nesser zdumiał się. Weszła pani Sauvier, obładowana paczkami. Bez powitania zaczęła mu robić gorzkie wyrzuty, że nie powiadomił jej o swej chorobie, że nie czuje, widać, jej prawdziwej przyjaźni dla siebie, że jest manekinem, pozbawionym uczuć ludzkich. Zrzuciła na kanapę okrycie i zaczęła się krzątać. Postawiła na stole bukiet kwiatów, ułożyła na talerzu owoce, nalała kieliszek starego porto i zmusiła chorego do wypicia. Potem obejrzała pokój i, otuliwszy Nessera w koce, przewietrzyła lokal, uporządkowała w nim wszystko i dopiero wtedy usiadła. Gdy kładła dłoń na rozpalone czoło chorego i cicho, z macierzyńską troską głaskała go po wychudłych policzkach, ożywił się i z nieukrywanem zdumieniem patrzał na wzruszoną twarz pani Sauvier i jej oczy, pełne łagodnych błysków.
Nesser znał dobrze różne przejawy nastrojów ludzkich, lecz ten samotny i obcy dla wszystkich człowiek nigdy nie zadał sobie trudu zrozumieć kobiety. Gdyby kiedykolwiek głębiej zajrzał w jej duszę, gdyby nie dopatrywał się w niej jedynie samicy, obdarzonej zmysłowością dla wykonania przeznaczenia życiowego — rozrodczości, zrozumiałby był powiedzenie Kanta: „erst Mann und Weib zusammen machen den Menschen aus“, zagadkową przypowieść Buddby Sakya-Muni o dwu studniach, połączonych podziemną rzeką, a może nawet utajone dla nas znaczenie stworzenia kobiety z kości męża. Dziennikarz nie wiedział tego, że najgorsza, najbardziej upadła kobieta w pewnych chwilach może stać się uosobieniem dobroci i miłosierdzia. Zazwyczaj staje się taką w obecności słabej, bezbronnej istoty — zabłąkanego motyla, trzepocącego na szybie okna, zranionego ptaka, płaczącego dziecka i chorego mężczyzny. Nie podejrzewał też tego, że o ile bezradniejszym się staje mocny, dumny mężczyzna, o tyle silniej przejawiają się w kobiecie jej właściwości pierwotne, pobudzając inne, leżące pomiędzy trzema punktami: macierzyńskiem uczuciem, podrażnieniem zmysłów i miłością, nieraz równą bohaterstwu.
Od tego dnia pani Regina codziennie, czasami nawet po dwa razy, odwiedzała go, przywoziła swego lekarza, dawała niezliczone dowody troskliwości, a, gdy nadszedł kryzys choroby, przy chorym, miotającym się, bełkocącym jakieś niezrozumiałe, poplątane, porwane na strzępy słowa, spędziła nawet dzień cały i część nocy. Pochylała się nad nim, zmieniała mu okłady, poiła, podawała lekarstwa, jak najlepsza pielęgniarka. Lokaj George po dwa razy dziennie przynosił Nesserowi posiłek i usługiwał mu.
Samotny mężczyzna jest zawsze bezbronny przed dobrocią i troskliwością kobiety. Wdzięczność jego przechodzi niespostrzeżenie w miłość. Tak się też stało z Nesserem. W formie prostej, niczem nie przykrytej, nie zamaskowanej obłudnemi, wykrętnemi frazesami, wyznał swoje uczucie pani Sauvier, niczego zresztą od niej nie żądając. Zarumieniona, jak młoda panienka (tak się wydało Nesserowi), z okrzykiem szczęśliwym, przytuliła się do jego piersi. Wkrótce Nesser stał się kochankiem pani Reginy Sauvier. Wydało mu się, że było to zupełnie naturalną konsekwencją powstałego między nimi stosunku. Pani Sauvier nie dramatyzowała i nie opierała się bynajmniej. Szepnęła tylko jakimś dziwnym głosem:
— Wiedziałam oddawna, że tak będzie... Wtedy, gdy jeszcze ciebie nie znałam.
Henryk Nesser nic nie przyrzekał Reginie i nie usiłował nawet zdobywać jej serca zwykłym manewrem męskim. Była w tem wszystkiem ukryta jakaś niepojęta ugoda, coś dziwnie nieuniknionego, niby przeznaczenie. Tak myślał Nesser. Od tego dnia widział Reginę taką, jaką chciało znać jego serce.
A pani Sauvier była kobietą mądrą. Zgłębiła już była poprzednio prawdę, że serce nienasycone narzuca na oczy mężczyzny zasłonę nieprzeniknioną, poza którą, jak za pokrowcem Izydy, pozostaje nigdy nieugaszone pragnienie odsłonięcia jej i poznania tajemnicy. Nesser nie czuł nigdy przesytu w miłości do Reginy. Trzymała go ona w karbach pożądania i pragnienia, więc stał się ślepym i głuchym na wszystko. Otrzeźwienie przyszło z zewnątrz dopiero po roku, wstrząsnęło nim do głębi i niemal złamało.
Pewnego razu spotkał agenta policji, z którym podtrzymywał stosunki towarzyskie. Ten skinął na niego i przyciszonym głosem zapytał:
— Chce pan mieć temat sensacyjny? Niech mię pan tylko nie zdradzi. Wykryliśmy organizację szpiegowską... W sprawie tej zamieszani są państwo Sauvier. Niech pan przyjdzie do mnie do biura, pokażę panu materjał kompromitujący ich, zabrany podczas rewizji u członków tej bandy. Powiadam panu — skandaliczna afera! Dyplomaci, bankierzy, przemysłowcy, artyści — kogo tam tylko niema?!... Zastanie mnie pan w biurze o piątej, czekam!
— Czy u Sauvierów przeprowadziliście już rewizję? — spytał Nesser, blednąc straszliwie.
— Tymczasem jeszcze nie mieliśmy rozkazu, — odpowiedział agent policyjny. — W centrali wahają się, bo może z tego wybuchnąć skandal nielada!
Pożegnawszy go, dziennikarz odrazu pojechał do Sauvierów. Chwilami dręczyła go myśl, że nie powinien ratować zdrajców, lecz miłość starała się obłudnie usprawiedliwić kochaną kobietę. Tłumaczył sobie, że, jeżeli państwo Sauvier są zamieszani w nikczemnej aferze, to odpowiedzialnym za wszystko jest wyłącznie mąż. Regina nie mogła brać w tem udziału; znał przecież jej poglądy i przekonania, wierzył jej słowom i uczuciom bez zastrzeżeń, gotów był ręczyć za nią własną głową. Uspokajał też sumienie swoje jeszcze jednym, najsilniejszym w rozumowaniu jego argumentem. Czemżeż jest Francja dla niego? Takim samym szmatem ziemi, jak Anglja, Niemcy lub Boliwja. Niech dbają o nią Francuzi, jeżeli bez tej „ojczyzny“ żyć nie mogą! On jest obywatelem Francji, lecz nie synem jej. Od niego można wymagać jedynie lojalności; miłość zaś i patrjotyzm to sprawa odrębna i dla innych przeznaczona ludzi. Nic go też obchodzić nie powinno, gdyby nawet Regina maczała palce w nieczystych sprawkach szpiegowskich!...
Nesser znał się na metodach policyjnych, więc umiał zachować ostrożność i przebiegłość. Nie wszedł więc tym razem do domu Sauvierów, tylko, przeszedłszy ulicę i nie zauważywszy jawnych, ani ukrytych posterunków, wstąpił do pobliskiej kawiarni i posłał do Reginy piccolo.
— Musisz zobaczyć się z samą panią domu i powiedzieć jej, że w magazynach Louvru w dziale rękawiczek oczekują jej przybycia natychmiast, gdyż inaczej zamówienie nie będzie wykonane — objaśniał posłańca.
Gdy chłopak powrócił, dziennikarz pojechał na miejsce schadzki. Wkrótce spostrzegł nadchodzącą Reginę.
— Co się stało, mój najdroższy? — zawołała, ujrzawszy Nessera. — Domyśliłam się odrazu, że to ty mnie wzywasz.
Wyszli razem na ulicę i wsiedli do taksówki. Nesser przez mocno zaciśnięte wargi syknął:
— Policja wykryła, że jesteście szpiegami... Dziś niezawodnie będzie u was dokonana rewizja... Uprzedzam...
Pani Sauvier poruszyła się gwałtownie, lecz po chwili opanowała wzruszenie i odparła swobodnie, prawie wesoło:
— Co za nonsens! My — i szpiegostwo? Jest to spewnością jedynie wynik naszej lekkomyślnej znajomości z panią de Basse! Słyszałam już, że istotnie ma ona jakieś zatargi z policją. Nie jesteśmy jednak odpowiedzialni za tych, których przyjmujemy w swoim domu!
— Uprzedziłem... — syknął znowu Nesser.
Był blady, jak widmo. Na jedną zaledwie chwilę zawodowa spostrzegawczość obudziła się w nim i przemogła wszystkie inne uczucia. Starczyło tego, aby wprawne oko i wrażliwość na różne drobne odruchy, pochwyciły niepokój i błysk nagłego strachu w oczach Reginy. Już wiedział napewno, że jest zamieszana. Nie należy zatem ratować jej przed karą, niech się stanie zadość sprawiedliwości. Zdradę, czy względem jednostki, czy też całego państwa uważał zawsze za najohydniejszą, najnikczemniejszą zbrodnię. Była to cecha wspólna wszystkim silnym i zuchwałym osobnikom. Zdawało mu się, że myśl ta góruje nad wszystkiem i musi pokierować jego czynami. Jednak po chwili, Regina namiętnym ruchem objęła go, wpiła mu się gorącemi ustami w wargi, zajrzała swemi mądremi oczami, pełnemi łez i szepnęła:
— Najdroższy mój, cudny... chcesz uratować swoją bardzo nieszczęśliwą, bezbronną Rége! O, ty jesteś dobry, nieskończenie szlachetny!
Nesser zwolnił się z jej objęć i ponurym głosem rzucił:
— Jestem nikczemnikiem, jak i wy...
Regina oplotła go ramionami i jęła szeptać, dotykając jego ucha gorącemi wargami:
— Przysięgam, że o niczem nie wiem... Znasz mnie przecież?! Henri, przecież znasz? Przed tobą jedynym nie miałam tajemnic, duszę swoją obnażyłam ci do dna... Czyś już zapomniał o naszych wieczorach cichych marzeń, rachunku sumienia, wspomnień, wynurzeń i... miłości?! Ratuj nas! Mam u siebie kilka listów od tych, którzy mogą być zamieszani w tej aferze...
Zimna, błyskawiczna, jak prąd zrywającego się nagle mroźnego podmuchu, myśl przemknęła przez głowę Nessera. Znowu zrozumiał, że Regina oczekiwała katastrofy, może wiedziała już o niej, i wreszcie — że jest winna. Milczał, nie podnosząc oczu. Pani Sauvier dobrze poznała swego kochanka i nieznacznym ruchem opuściła firankę w oknie auta Kilka słów wypowiedzianych mu do ucha urywanym, przejmującym szeptem, kilka pieszczot — przelotnych a szalonych starczyło, aby prysnęły wszelkie obawy i postanowienia; a dowodzenia rozumu umilkły natychmiast. Pożądał jej teraz, płonął cały, odpowiadał na jej pieszczoty, rzucał słowa miłosne.
— Stracić ją na zawsze?! — miotała się myśl straszna i rozpaczliwa. — Nigdy! Przenigdy!
— Przyjadę do ciebie za kwadrans... — szepnęła Regina zdyszanym głosem. — Wracaj teraz do domu!
Kazała szoferowi stanąć w małej bocznej uliczce i wyskoczyła z taksówki. W kwadrans potem Nesser, nieprzytomny, szalał w objęciach pani Sauvier, i poprzez chaos tętniącej krwi, posłyszał jej szept rozkazujący:
— Przywiozłam paczkę z listami — twojemi i innemi, schowaj, zabiorę ją później...
W milczeniu skinął głową i szukał ustami jej ust, ściskał w płonących ramionach jej ciało, zawsze pożądane, lecz pokorne mu zaledwie na krótką, niewiadomo kiedy przychodzącą chwilę, o której marzył nieraz długie dnie i noce.
O piątej po południu Nesser stawił się w biurze znajomego agenta policyjnego.
— Ależ sprytne bestje! — zawołał ten do wchodzącego dziennikarza. — Przeprowadziliśmy rewizję u Sauvierów...
Nesser skamieniał i czekał.
—... i nic ważnego nie znaleźliśmy. Musieli być uprzedzeni i oczyścili się na fest. Sędzia śledczy nie miał żadnych podstaw do aresztu... Szczwana publika!
Agent wydobył z szafy dokumenty, zabrane u innych szpiegów i podał Nesserowi. Dziennikarz przeglądał listy, telegramy, notesy. Że byli to szpiegowie — nie podlegało żadnej wątpliwości.
Zagłębiony w czytaniu obfitego materjału Nesser poczuł nagle, że siedzący przy biurku agent przenikliwie mu się przygląda. Podniósł głowę i spojrzał na niego.
— No, co? Jak pan myśli? — spytał agent, przymrużając oko.
— Istotnie bardzo rozgałęziona i różnorodna banda! — odparł dziennikarz. — Można twierdzić stanowczo, że ma się tu do czynienia ze szpiegami. Niektóre z tych osób znam osobiście, bo spotykałem je u Sauvierów. Któż mógłby je o to podejrzewać?! Głośne nazwiska, wspaniała sytuacja w najwytworniejszej sosjecie! A to się spodlił ten świat!
— Jakżeż się cieszę, że pan tak mówi! — zawołał agent policyjny.
— Dlaczego?
Urzędnik, nie odpowiadając, wydobył małą kopertę i rzucił ją przez stół Nesserowi. Zaledwie kilka listów zawierała mała, szara koperta. Listy pana Sauvier, pisane do trzech jego przyjaciół, i dwa listy Reginy. Pan Sauvier w tonie światowym i dowcipnym, donosił, że wie o bliskich stosunkach, istniejących pomiędzy jego żoną a adresatem; gwarantował spokój i „politykę neutralną“ pod warunkiem jednak, że otrzyma żądaną sumę.
— W przeciwnym razie — pisał przyszły „nieśmiertelny“, — będę bronił swego „jedynego skarbu — ubóstwianej żony“ i skorzystam z posiadanych wiadomości o tajnej akcji „burzycieli mego szczęścia“. Uczynię to przy współudziale przyjaciela mojej żony, węszącego wszelkie sensacje reportera, Henryka Nessera, który stanie się ślepem narzędziem w naszych rękach.
Nesser zbladł i spojrzał na przyjaciela.
— Szantaż!... — jęknął.
— Ohydny szantaż! — poprawił go agent policyjny. — Ale czytaj pan dalej! Przekona się pan do jakiej zacnej kompanji pan trafił i omal nie skręcił sobie karku.
Nesser sztywnemi palcami rozwinął listy Reginy. Znane mu dobrze pismo — duże, ostre, bardzo czytelne. Były to listy, pisane do dwuch jej kochanków — pewnego dyplomaty i wybitnego deputowanego, których dziennikarz spotykał na rautach w pałacyku Sauvierów. Regina pisała do obydwuch prawie jednobrzmiące listy miłosne, w wyuzdanych barwach malując przeżyte z nimi sceny i jakgdyby lubując się w najbardziej ohydnych, plugawych obrazach i nazwach niezwykłej perwersji. Wkońcu uspokajała zazdrosnych kochanków, robiących jej wyrzuty spowodu Nessera. Śmiała się z ich podejrzeń. Czyż mogłaby się była poniżyć do tego plebeusza, wstrętnego pasorzyta żółtej, żerującej na szantażu prasy, do tego człowieka o poziomej duszy i włochatych łapach rzeźnika, ona — posiadająca najbłękitniejszą krew w żyłach, — i to w chwili, gdy czuje jeszcze dreszcz rozkoszny po namiętnych pieszczotach niezrównanego kochanka, demona uciech miłosnych, mistrza wyuzdania i porywu, jakim jest... Tu następowały zdrobniałe, czułe imiona adresatów i podziękowania za miłe upominki, o których powiadomił ją bank...
Nesser skończył odczytywanie listów i opuścił głowę na złożone na stole ręce. O niczem narazie nie myślał, nie mógł myśleć. Jakiś bezmierny, druzgocący ciężar zwalił mu się na piersi i mózg, zgniótł go i zmiażdżył. Nie czuł nic. Ani bólu, ani goryczy poniżenia, ani rozpaczy. Powoli budził się z odrętwienia, z mroku chwilowej śmierci duszy.
— Kochałem tę kobietę... — wyjąkał, widząc zdumiony wzrok przyjaciela. — O, jakżeż kochałem, po raz pierwszy, każdą kroplą krwi, każdym odruchem serca!...
— Tak! — westchnął agent ze współczuciem. — Ciężki to cios... jednak, lepiej wcześniej niż zapóźno. Taka kobieta mogłaby była doprowadzić pana do zbrodni!... Niezawodnie w tym celu przywiązała pana do siebie...
Doprowadzić do zbrodni?!... Słowa te wróciły Nesserowi przytomność. Zbrodnia już popełniona! Ukrywa w swojem mieszkaniu kompromitujące Sauvierów dokumenty. Już otworzył usta, aby powiedzieć o tem agentowi, lecz jakaś myśl zawarła mu je znowu.
— Pozwoli pan, że porobię sobie notatki, aby czegoś nie poplątać? — spytał.
Musiał uporządkować myśli i opanować wrażenie.
— Proszę! — odparł agent. — Co do Sauvierów, to listy ich znakomicie posłużą prokuratorowi. O ile wiem, pod groźbą przyłączenia ich do dokumentów sądowych, państwo Sauvier zmuszeni będą dać wyczerpujące wyjaśnienia sędziemu śledczemu, wyjaśnienia, oczywiście, przeciwko oskarżonym.
Nesser zapisał sobie daty, nazwiska, treść listów, wziętych przy rewizji. Skończywszy, poszedł do domu. W drodze powziął pewne postanowienia. Brzydził się niemi, lecz inaczej postąpić nie mógł. Nie miał sił przezwyciężyć siebie. Chwilami krzywił usta i mruczał:
— Jestem ostatnim idjotą! Co ja wiem o duszy i sercu ludzkiem... Dowodziłem, że ten nieborak Basquier-Remau znał dobrze panią Lion! A ja? Czyż nie myślałem tego samego o sobie?!
Wzdrygnął się cały, bo zjawiła się w nim nagła pewność, niezachwiane przeczucie, że zastanie u siebie Reginę. Wchodząc bez pukania, spostrzegł ją istotnie, gorączkowo przetrząsającą jego szafę, biurko i walizki. Szukała niezawodnie swej paczki; niewątpliwie — wyszłaby z nią, nie czekając na powrót Nessera. Dziennikarz jednak mimo wszystko był przezorny i ostrożny. Obawiał się wizyty policji. Paczkę ukrył w koszu ze śmieciami, stojącym na schodach. Nie witając zmieszanej i zdumionej Reginy, przyniósł paczkę i oddał jej.
— A teraz proszę mnie opuścić! — wyrzęził przez ściśnięte skurczem gardło.
— Henryku, co to znaczy? — zawołała z niepokojem, usiłując ogarnąć go ramieniem.
Nesser odsunął ją od siebie i ponurym, zimnym głosem mówić począł:
— Czytałem listy pani, wzięte przy rewizji u jej kochanków, którzy posyłali pani miłe upominki przez bank. Pani rozumie teraz? Mógłbym przez zemstę zgubić ciebie i twego szanownego małżonka, wydać was w ręce sprawiedliwości, lecz chcę sam zdeptać was moralnie, poniżyć do krańców pohańbienia! Mam na to prawo, bo w błoto cisnęłaś miłość moją! Podeszłaś mnie... uczyniłaś ze mnie narzędzie szantażu...
— Henryku... — błagała pani Sauvier.
— Nie mam już żadnych skrupułów, aby wywlec wasze życie na światło dzienne i pokazać je w całej ohydzie i nagości wstrętnej światowej prostytucji! Uczynię to!
Tego było za wiele. Estetyczne i arystokratyczne nerwy pięknej pani o „najbłękitniejszej krwi“ nie wytrzymały. Uderzyła go w twarz, wykrzyknęła zrozpaczonym głosem, że jest najbrutalniejszym z Niemców, najpotworniejszym z Anglików, najpodlejszym z Francuzów i wybiegła, zaciskając w rękach tajemniczą paczkę. Był to właśnie ów nierozsądny postępek oburzonej damy. Dowiodły tego wkrótce sensacyjne feljetony Nessera — „Dobre obyczaje rodziny Sauvier“...
Obyczaje!... Henryk Nesser podniósł ramiona i przymrużył oczy. — Obyczaje? Tytuł nie zawierał ścisłego określenia wypadków, zachodzących w porządnym, iście burżuazyjnym domu państwa Sauvier... Kryła się tam ciągła, ohydna zbrodnia.
Nesser spodziewał się, że prokurator wglądnie w to „zwykłe“ życie „uczciwych i czcigodnych obywateli“, aby się stało zadość prawu i pojęciu o okrzyczanej, powszechnie uznawanej moralności. I cóż? Wszczęto przeciwko niemu i „Hałasowi Ulicy“ dochodzenia sądowe o obrazę i oszczerstwo!... Jakże się miał bronić? Zagroził opublikowaniem bardzo skandalicznych listów, pisanych do niego przez uroczą Reginę, a także i tych, które nie zostały odczytane podczas toczącego się procesu szpiegów. Dochodzenie zostało gwałtownie przerwane. Głowa czcigodnego gniazda, pan Sauvier, odgrażał się, że pośle Nesserowi świadków lub ordynarnie obije szantażystę na ulicy. Nesser dał mu do zrozumienia, że od pojedynku się nie uchyli, a co do obicia, to radził panu Sauvier poinformować się u małżonki, co do wagi hantli, któremi ofiara zamierzonego skarcenia publicznego trenuje się po burzliwie spędzonej nocy. Wszystko się potem uspokoiło. Czczigodna rodzina Sauvier zmuszona była wynieść się na prowincję. Burżuazyjna sfera uznała postępek Nessera za nikczemność, uważając jednocześnie, że nie można też dłużej tolerować w swojem gronie Sauvierów, skoro tajemnica ich domu stała się własnością pogardzanej ulicy i motłochu. „Uczonemu“ pozostało jedyne wyjście — porzucić marzenie o mundurze i szpadzie „nieśmiertelnego“ i wraz z małżonką ukryć się „na pustyni“.
Całe to zajście nie przeszło jednak bez śladu w życiu i usposobieniu Nessera. Posiadał zdolność i śmiałość do ścisłego i zimnego rozumowania. Nie bał się patrzeć prawdzie w oczy. Z zupełną przeto świadomością i spokojem, jakgdyby rozsądzał sprawę cudzą, uznał postępek swój względem Sauvier za podłość. Długo pozostawał w rozterce duchowej. Gryzły go nawet wyrzuty sumienia. Uczynił dwie nikczemności naraz. Utrudnił sądowi możliwość należytego ukarania winnych, bo, jak podejrzewał, najbardziej kompromitujące dokumenty zawierała ukryta przez niego paczka. Zemścił się w sposób ohydny, niemęski na Reginie i jej mężu. Usiłował przekonać siebie, że robił to z pobudek wyższych, aby oczyścić społeczeństwo od szerzącej się zarazy, lecz, grzebiąc się dokładnie w swoich wspomnieniach i przeżyciach, zrozumiał, że głównym bodźcem do opublikowania „Dobrych obyczajów rodziny Sauvier“ była zemsta za swoje rozbite i sbańbione uczucie do Reginy.
— Oplułem rodzinę Sauvier, ale i siebie nie oszczędziłem! — wyciągnął ostateczny wniosek.
Od tej chwili stał się jeszcze bardziej wyniosły, niedostępny, odpychał od siebie nawet niewybredną brać dziennikarską cynizmem, chłodem i bezczelnością człowieka, który, jak mu się samemu wydawało, zerwał z całem społeczeństwem i nie ma już nic do stracenia. W tym też czasie postanowił z burżuazyjnemi kobietami żadnych nadal romansów nie zawiązywać.
— Wymagające, przeczulone, nieposiadające żadnych zasad, oprócz wygórowanego o sobie pojęcia, z którego same się w duchu śmieją, narzucając je innym. Nie! Takie damy — to nie dla mnie! Lubię szczerość i racjonalizm! — rozumował Henryk Nesser.
Przypomniawszy sobie to postanowienie, obrzucił pogardliwem spojrzeniem jakąś przechodzącą pod parasolom panią, jakgdyby do niej to właśnie kierował swoją myśl, i automatycznie przeniósł wzrok na przeciwległą stronę ulicy. Przeczytał ogromny złocony szyld: „Dusza dnia“. Uśmiechnął się. Znał redakcję tego dziennika. Trudniąc się reporterką sensacyjną, sprzedawał dorywcze artykuły i feljetony dla „Duszy“. Nigdzie nie pracował stale. Handlował swojem piórem, drukując się tam, gdzie płacono mu najkorzystniej. Licytował się umiejętnie i uparcie, dostarczając towar pierwszorzędnej dla prasy wartości. Wszędzie przyjmowano jego artykuły. Nie szedł nigdy śladami innych dziennikarzy. Dawał tylko to, czego oni zwęszyć nie potrafili, lub oświetlał znane wypadki pod całkiem niespodziewanym a zawsze głębszym i dziwnie niepokojącym kątem widzenia. Chełpił się z tego, że nie posiadał żadnej moralności i nie krępował się żadnemi skrupułami. Jedyną moralnością Henryka Nessera stała się sztuka niezależnego życia. Brak wszelkich zasad zabezpieczył mu najlepsze zastosowanie jego zdolności w prasie codziennej.
Nesser potrafiłby (i robił to zresztą kilkakrotnie) z niezwykłą szczerością, entuzjazmem i łatwością napisać feljeton na dowolny temat dla skrajnie syndykalistycznego świstka, przemycanego potajemnie; mógł też być pożytecznym w klerykalnem piśmidle, nudnem, nieruchomem, jak zarośnięty wodorostami staw, i niemądrem, jak wszystkie komunały, któremi ludzie zohydzają i pospolitują prawdziwy dar Boży, — gorącą wiarę w istnienie Najwyższej, Najmądrzejszej i najbardziej Tajemniczej Potęgi.
Pod szklanym dachem, wystającym nad wejściem do redakcji, stały cztery osoby, chroniące się tam przed deszczem. Nesser z przyzwyczajenia reporterskiego ślizgnął się po nich wprawnem okiem obserwatora i znowu się uśmiechnął.
— Symbol prasy! — syknął złośliwie.
W głębi, wpobliżu wejścia stał gruby, o wielkim opasłym brzuchu ksiądz. Usiłował przystroić tłustą, rumianą twarz w wyraz świętobliwego oburzenia. Zaciskał w ręku malutki brewjarz — czarno oprawną książeczkę ze złotym krzyżem i czerwonem obcięciem. Na lewo od niego krzycząco ubrana dziewczyna zawodowo uśmiechała się wykarminowanemi ustami i mrugała niebieskiemi powiekami do wysokiego młodzieńca, wystrojonego podług ostatniej mody. Blada, nerwowa, o mocno zaciśniętych ustach twarz jego, nosząca ślady wszystkich nałogów, i świdrujące, niespokojne spojrzenie były dobrze znane Nesserowi. Nieraz już pisał o tych hjenach wielkomiejskich, polujących na niebaczne, żądne wrażeń damy z towarzystwa i nieznających Paryża cudzoziemców o suto wypchanych pugilaresach. Młodzieniec, nie zwracając uwagi na zachęcające uśmiechy dziewczyny, wpatrywał się ostrym wzrokiem w elegancką torebkę stojącej przed księdzem damy. Ksiądz, niby to poprawiając i otrząsając z deszczu szeroki, pluszowy kapelusz, zerkał na foremne łydki damy i na jej wąskie zgrabne biodra. Ruszał przytem wargami, jakgdyby coś żuł lub powtarzał jedno i to samo słowo.
— Symbol prasy codziennej, owej „duszy dnia“ — sformułował Nesser swoją myśl. — Nierząd, drapieżne instynkty, hipokryzja i... zdrada!
Że dama, wzbudzająca w duchownej osobie wyraźne żądze, zdradzała swego męża lub kochanka, — Nesser nie wątpił. Spostrzegawczy wzrok jego przyłapał nieznaczne ruchy jej rąk i oczu. Niby przypadkowo podnosiła dłoń, palcami i powiekami dając jednocześnie jakieś znaki.
— Sygnalizuje... — domyślił się Nesser.
Porwany nagłą ciekawością, podniósł kołnierz od palta, głębiej wtłoczył na czoło kapelusz i, przeszedłszy na drugą stronę ulicy, stanął obok księdza. Udał, że chce zawrzeć znajomość z dziewczyną, szukającą zwykłej w jej fachu przygody; tymczasem oczy jego starannie badały przeciwległe domy. Wkrótce spostrzegł starszego pana. Wyglądał z okna trzeciego piętra hotelu i również wyczyniał tajemnicze znaki.
— Nie! Ten stanowczo nie nadaje się na kochanka! Stary i niebogaty, bo mieszka w podrzędnym hotelu — kombinował Nesser.
Dama tymczasem niecierpliwie potrząsnęła głową i, już, prawie nie kryjąc się, gestykulowała tak wyraziście, że nawet niewtajemniczony Nesser pomyślał:
— Mówi do staruszka: „skoro jesteś tak głupi, że nic nie rozumiesz, to wychodź — opowiem ci wszystko, a spiesz się, stara mumjo!“
Istotnie, jegomość zniknął, a gdy za chwilę znowu ukazał się w oknie, miał już kapelusz na głowie i palcem wskazywał na ulicę. Dama otworzyła parasolkę i poszła chodnikiem. Wkrótce przyłączył się do niej siwy, poważny pan w nieprzemakalnym płaszczu. Nesser, nie zdając sobie sprawy, dlaczego to czyni, podążył za nimi.
— Czyżby to była zakochana para? — zapytywał się w duchu i usiłował podsłuchać toczącą się rozmowę.
Podszedł tak blisko, że dobiegły go niektóre zdania w języku niemieckim:
— Musimy zawczasu wyjechać... piątego lipca w Potsdamie zapadła ostateczna uchwała co do wypowiedzenia wojny... — mówiła dama, pochylając się do swego towarzysza. — Nasza armja wkroczy do Luksemburga i Belgji...
— Czyżby się odważono na to? Czy jest to całkiem nieuniknione? — pytał stary jegomość niespokojnym głosem.
— Tak! — padła stanowcza odpowiedź. — Wszystko jest przewidziane i postanowione nieodwołalnie... Najdalej za miesiąc — wojna... Musimy wyjeżdżać, bo inaczej...
W jednej chwili wyćwiczona pamięć Nessera nagromadziła fakty, niepokojące opinję publiczną: zamordowanie 28-go czerwca bieżącego roku w Bośni austrjackiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, wściekły ton dzienników wiedeńskich i berlińskich, pokojowe usprawiedliwienia się rządu serbskiego i pełne trwożnego ostrzeżenia artykuły prasy francuskiej. Zestawiwszy to wszystko, w jednej chwili zbliżył się do idącej przed nim pary. Uchylił kapelusza, długo z udaną obawą oglądał się na wszystkie strony i mruknął po niemiecku:
— Znam państwa, więc uprzedzam... wyjeżdżajcie z Francji, gdyż wojna jest nieunikniona... mam te wiadomości z naszej ambasady...
— To i panu o tem powiedziano? — wyrwało się damie nieopatrzne pytanie.
Zwracając się do swego towarzysza, rzekła tonem wymówki:
— A widzi pan? Miał pan jeszcze wątpliwości!
Jednak stary jegomość, widocznie, szarpnął, czy uszczypnął ją w ramię, bo dama nagle podniosła oczy na twarz nieznajomego i z przerażeniem patrzyła w jego bezczelne, nieruchome źrenice.
Nesser zrozumiał, że nic już z nich nie wydobędzie, więc ukłonił się tylko i rzekł na pożegnanie:
— Proszę pamiętać, że uprzedziłem państwa, jako swoich rodaków. Spotykaliśmy się u...
Nie dokończył i wszedł do pobliskiej kawiarni. Teraz musiał się dobrze namyślić. Rozumiał, że los tak często dla niego litościwy, dawał mu w ręce niezwykły atut. Uważałby się za głupca, gdyby go nie wykorzystał. W parę godzin później Henryk Nesser odwiedzał różne redakcje i miał poufne narady z kierownikami pism. Mówił tajemniczo, gdyż umiał podniecać wyobraźnię fabrykantów opinji publicznej. Wspominał o niezwykłej sensacji, jaką przynosi, a o której wie zaledwie kilka osób, najwięcej tymczasem zainteresowanych, a milczących, jak grób.
— Jakież są warunki pana, panie Nesser? — pytano go.
— Panowie zapłacą mi za pierwszy artykuł 5000 franków i podpiszą umowę, że jeżeli w ciągu miesiąca od dzisiejszej daty, 10-go lipca 1914 r. wiadomości moje sprawdzą się całkowicie, redakcja na cały czas istnienia specjalnych okoliczności, z mojemi informacjami związanych, będzie mi wypłacała po 15 000 franków miesięcznie, ułatwiając mi finansowo i urzędowo przebywanie w najodpowiedniejszych miejscach, przezemnie wskazanych, a najdogodniejszych dla dalszej współpracy.
— Ależ to szaleństwo, drogi panie! — wołali kierownicy dzienników i wydawcy pism. — Tyle pieniędzy! Gdyby pan zechciał chociażby napomknąć, o co tu chodzi...
— Daję panom dwie minuty do namysłu, — odpowiadał Nesser, szyderczo krzywiąc usta i podnosząc się z krzesła.
Nie doszedł jednak do porozumienia z wpływowemi pismami politycznemi. Uśmiechał się złośliwie, aż, machnąwszy ręką, wszedł do „Café de la Paix“ i zniknął w budce telefonicznej.
Po skończonej rozmowie, usiadł przy stoliku i cierpliwie czekał. Po chwili wyjął z kieszeni blok cienkiego papieru, pióro i zaczął szybko pisać. Odrywał od bloku już czwartą stronicę, zapisaną drobnem pismem, równem i czytelnem, dowodzącem niezwykłej równowagi myśli, gdy do cukierni wtoczył się, rozpychając stojących mu na drodze gości, malutki, okrągły, jak piłka, ruchliwy jegomość bez kapelusza. Łysa czaszka, czerwona, perląca się kroplami potu, błyszczała, jakgdyby była powleczona grubą warstwą tłuszczu. Odrazu spostrzegł Nessera, pochylonego nad stolikiem i zawołał:
— Hallo! Hallo! Nesser! Cóż to za tajemniczy telefon? Naprawdę umieram z ciekawości!
— Nie tyle z ciekawości, ile z pożądania nowych tysięcy franków od zwiększonej ilości sprzedawanych egzemplarzy pańskiego „Hałasu ulicy“, drogi panie Rumeur, — spokojnie poprawił go Nesser i z wyniosłą miną wyciągnął rękę do redaktora brukowca.
— No, no! — pojednawczo mruczał spocony, zasapany Rumeur. — Cóż tam takiego?
— Usiądź pan sobie wygodnie, zamów coś do picia, bo muszę najpierw skończyć artykuł, — odpowiedział reporter i znowu pochylił się nad papierem.
Skończywszy, starannie złożył blok, schował zapisane arkusiki do kieszeni, zapiął tużurek i palto.
— Teraz niech pan posłucha! — zaczął i spokojnie powtórzył słowo w słowo to, co mówił już przez cały dzień do redaktorów poważnych, wpływowych dzienników politycznych.
— Hm... — chrząknął pan Rumeur. — Węszę, że w tem coś jest... ale co? Gdyby tak, choć skraweczek, choć odrobinkę, choć jedną malutką krztynkę dla zorjentowania się?...
Nesser w milczeniu potrząsnął głową.
— Więc nic?
— Nic.
— Na ślepo? Kot w worku?
— Tak, drogi panie...
— Trudne, niesłychanie trudne warunki! — westchnął redaktor. — A może znowu jakieś świństwo w rodzaju „Obyczajów rodziny Sauvier?“
— Bardzo proszę dobierać właściwych określeń dla oceny mojej pracy! — przerwał mu Nesser, widząc, że Rumeur chce dalej pytać.
— Nie rozumiem... — szepnął łysy dziennikarz.
— Ja przyniosłem brudy społeczne, aby je wylać do kanału, czyli do tak szanownego pisma, jakiem jest „Hałas Ulicy“ pod światłem kierownictwem pana. W tej formie, to nie było świństwo. Stało się takiem dopiero po wałkowaniu, lubowaniu się sensacją, po dodatkach redakcyjnych, krzykliwych, soczystych nagłówkach pomysłu pana... Brudami i grzechami, zebranemi przeze mnie, napełnił pan błyskotliwy puhar, ozdobił, oświetlił różnokolorowemi żarówkami i wystawił na sprzedaż. Wtedy to wszystko nabrało cech świństwa i to świństwa najgorszego!
— Jak pan śmie?!... — oburzył się Rumeur.
— O ile mogę sądzić, — przerwał mu Nesser, — pan redaktor jest dostatecznie poinformowany, że nie choruję na brak śmiałości?
— Tak, ale...
— Panie Rumeur, nie zmuszaj mnie pan do śmiechu swojem oburzeniem! Ja mam poważne sprawy do omówienia, więc do żartów w tej chwili nie czuję najmniejszego usposobienia!... Niech pan się skupi, panie Rumeur! Czy pamięta pan, co panu przyniosło owe „świństwo“, związane z mojemi feljetonami o Sauvier?
— Owszem... owszem... — mruknął redaktor. — Kilkaset numerów pism, sprzedawanych ponad zwykłą normę...
— Kilka tysięcy — chciał pan powiedzieć, panie Rumeur, — poprawił go Nesser. — Podczas naszych rozmów, należy być zawsze zupełnie ścisłym. Uprzedzam pana...
— Słucham i... obiecuję poprawę! — zaśmiał się redaktor. — Zaczyna mnie intrygować tajemniczość i solidność pana, drogi panie Nesser. Doprawdy...
— Nie odpowiedział mi pan na moje pytanie wyczerpująco — ciągnął reporter. — O ile słyszałem z dobrze poinformowanych źródeł, moje feljetony, w niewłaściwy sposób komentowane przez „Hałas Ulicy“, naraziły pana całej średniej burżuazji, dla której wydawał pan swoje pismo. Przerzucił się pan do socjalistów, lecz ci mieli pogardę dla „Hałasu Ulicy“, żółtego, jak kanarek, brukowca, i nie połknęli haczyka. Tem jednak oburzył pan przeciwko sobie konserwatywny rząd. Wiem, że powstała nawet myśl zamknięcia „Hałasu Ulicy“ pod pierwszym lepszym pretekstem, naprzykład, — za pornografję, czy coś w tym rodzaju. Myśl ta nie została odrzucona na zawsze, ręczę panu, panie Rumeur! Ani rządowe koła, ani też izba deputowanych nie mają dla pana sympatji najmniejszej...
— Och, przeraża mnie pan!... mruczał redaktor, zapamiętale trąc czerwoną łysinę. — To byłoby wprost okropne!
— Zgadzam się... — kiwnął głową reporter. — Propozycja, którą uczyniłem przed chwilą, naprawi gwałtownie, w cudowny, piorunujący wprost sposób opinję ogółu o panu... Stanie pan ze swoim „Hałasem Ulicy“ w szeregu... najbardziej poinformowanych, poczytnych, rozumie się, i... uczciwych dzienników! Rząd, burżuazja, sfery socjalistyczne, gawiedź uliczna będą należały do pana! Za godzinę mógłby pan wypuścić 100 000 dodatków nadzwyczajnych, o północy drugie tyle, a na jutro bić nie jakieś tam 15 000 egzemplarzy „Hałasu“, lecz... powiedzmy... ćwierć miljona...
— Fantastyczne perspektywy! — westchnął Rumeur. — Pan drwi ze mnie?
— Bynajmniej nie! — zaprzeczył Nesser. — Przysięgam panu na wszystkie świętości.
— Oj, pan i... świętości? — skrzywił się redaktor — Marna gwarancja!
— Co do sądu o gwarancjach, nie uważam pana za autorytet, panie Rumeur! — odparował reporter. — No więc? Telefonowałem panu, żebyś miał przy sobie 5000 franków i papier firmowy dla spisania kontraktu.
— Mam to wszystko... — zaczął dziennikarz, ociągając się jeszcze.
— Niczem pan nie ryzykuje, jeżeli, zgodnie z mojem żądaniem, napisze pan zobowiązanie w imieniu redakcji „Hałasu Ulicy“. Wręczy mi pan pieniądze i umowę wtedy dopiero, gdy przekonam pana, że moje wiadomości są warte tego.
— W takim razie naturalnie... — zgodził się Rumeur, szybko napisał umowę, położył na niej czek na 5000 franków i, przycisnąwszy to wszystko małemi, krótkiemi rączkami o ogryzionych, brudnych paznokciach, szepnął:
— Słucham! Słucham!
Wpijał się wzrokiem w spokojną, zimną twarz Nessera i czekał prawie z namiętnością.
— Niech pan sobie wyobrazi na chwilę, — zaczął reporter — że przynoszę następujące informacje: o wiarogodnej korespondencji z Marsem, wraz z wszystkiemi szczegółami, nazwiskami i datami; albo — sekretne detale i wyniki śledztwa w sprawie zamordowania w Serajewie arcyksięcia austrjackiego; albo o niespodziewanym napadzie torpedowca niemieckiego na krążownik francuski, a co rząd nasz, powiedzmy, zachowuje w najściślejszej tajemnicy, albo o nieznanej umowie pana Poincare z Mikołajem II, albo o dacie i szczegółach wybuchu wojny z Niemcami...
Podskakujący przy wyliczaniu tak niezwykłych tematów Rumeur nagle zerwał się z miejsca i schwycił Nessera za rękę.
— Gdyby pan dał coś pewnego o zamiarach Niemiec, zapłaciłbym 10 000 fr. za taki artykuł, lub chociażby za zmyślony, ale posiadający wszelkie cechy wiarogodności telegram od własnego korespondenta, zgodziłbym się też bez zastrzeżeń i bez namysłu na warunki pana! Wie pan, czem to pachnie?! Honorami dla mnie, reklamą i dochodami dla „Hałasu Ulicy“, krzyżem Legji nawet, krzyżem Legji!...
To mówiąc, wzruszony pan Rumeur porwał się za łysinę krótkiemi rączkami o brudnych, ogryzionych paznokciach, a reporter szybkim i drapieżnym ruchem zgarnął leżące przed redaktorem papiery i mruknął przez zęby:
— Przygotuj pan obiecane dodatkowe 5000 fr. i biegnij do redakcji z tym artykułem o wojnie! Jutro przed południem wstąpię do pana z projektem dalszych działań. Dobranoc, kochany panie Rumeur!
Nesser zapiął palto, nacisnął kapelusz i, nie podając ręki redaktorowi „Hałasu Ulicy“, wyszedł z kawiarni. Pogardliwym wzrokiem ogarniał tłoczących się na chodniku ludzi i uśmiechał się szyderczo.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.