Kruszenie kamienia/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Kruszenie kamienia
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo)
Indeks stron


ROZDZIAŁ II.

Nesser po ogłoszeniu swego pierwszego artykułu w „Hałasie Ulicy“ wyjechał z Paryża.
Przedsiębiorczy Rumeur, po pęknięciu tej bomby i nieprzekonywających „sprostowaniach“ niemieckiej ambasady, bardzo umiejętnie podtrzymywał hałas, tworzący się dookoła pisma, cedził zapowiedzi nowych sensacyj, kropla po kropli wałkował wiadomości, podane przez Nessera, i dość niespokojnie wyczekiwał terminu, wyznaczonego przez zuchwałego reportera.
Pewne oznaki świadczyły o prawdopodobieństwie, a nawet pewnej ścisłości zdobytych przez pismo informacyj. Francja przeprowadzała bowiem gorączkową mobilizację.
Nesser nie zjawiał się w redakcji. Przepadł bez śladu. Nikt nie wiedział, gdzie się obraca, chociaż nawet władze wojskowe zapytywały kierownika „Hałasu Ulicy“ o tak bardzo poinformowanego współpracownika. Reporter przebywał tymczasem w małej wiosce koło Compiègne. Zamieszkiwał u René Gramauda — swego istotnie jedynego przyjaciela. Coprawda, Nesser uważał go za takiego głównie z powodu, iż ten bez żadnego wrażenia wysłuchiwał zawsze złośliwych, szyderczych uwag jego i za nic się nie obrażał.
Gramaud niedarmo uważany był za wybitnego sanskrytologa. Nic bowiem dla niego nie istniało, co wychodziło poza granice jego zainteresowań. Myślał kategorjami mądrości starożytnych Indyj, czuł jakimś nie zwykłym dla innych ludzi procesem nerwowych emocyj, przeistaczanych w masie mózgu we wrażenia radości lub smutku, rozkoszy lub goryczy. Uczony z zupełną obojętnością dowiadywał się o szybkim postępie współczesnej cywilizacji, lecz, jeśli posłyszał o jakimś wynalazku lub odkryciu, miał o nim sąd tak wyrobiony i ścisły, jakgdyby strawił długie godziny na zbadanie i przestudjowanie tej nowej i nieraz bardzo zawiłej kwestji; dzienników nie czytywał, przez co posiadał trafny, zdrowy, chociaż zupełnie oryginalny, jak na człowieka XX-go wieku, pogląd na politykę; nie pamiętał nazwisk twórców społecznego życia Europy, znał tylko tych nielicznych badaczy, którzy pracowali w dziedzinie zmurszałego sanskrytu.
Nesser w chwilach doznawanego nagle znużenia i ostrej, sprawiającej ból niechęci do ludzi uciekał do pustelni René Gramauda, całemi dniami milczał jak głaz, a potem dla odmiany mówił bez przerwy, rzucając złośliwe, tchnące dreszczem wstrętu słowa o sobie, człowieczeństwie, jego wartości, etyce, pranie, wierze. René Gramaud cierpliwie go słuchał. Na dziwnie wąskiej, długiej twarzy jego, o przenikliwych, czarnych oczach, błąkał się spokojny, zawsze pogodny — uśmiech. Nic go nie wzruszało i wszystko było mu obce. Wyglądał, jak człowiek, który nie wychodzi z zadumy nad najbardziej zawiłym tekstem zagadkowego napisu sanskryckiego, lub nad posągiem, świeżo odnalezionym pośród ruin świątyni Wisznu.
— Szczęśliwy jesteś, najdziwaczniejszy z dziwaków! — wołał nieraz do niego Nesser, spostrzegając duchową nieobecność siedzącego przed nim Gramauda.
Wtedy uczony budził się z zamyślenia i odpowiadał spokojnie:
— Tak! Żyję oddawna w państwie Szczęścia. Dotarłem doń wreszcie, odrzuciwszy wszystkie więzy ziemi, zapomniałem o cierpieniu ducha, posiadłem sztukę nieodczuwania trwogi, wyrobiłem w sobie obojętność dla rozkoszy... Jestem szczęśliwy!...
— A gdyby tak coś wielkiego i wszechpotężnego wtargnęło nagle w twoje życie, papyrusie indyjski, i porwało cię swym prądem? — zapytał nagle reporter.
— Nie staraj się mnie przerazić, — uśmiechnął się uczony. — Byłaby to istotnie rzecz straszna, druzgocąca cały mój świat...
Nesser wraz z Gramaudem poszli pewnego popołudnia nad rzekę. Na horyzoncie gromadziły się ciemne chmury, wróżące burzę. Usiedli na trawie i w milczeniu spoglądali na zalaną lipcowem słońcem łachę. Złocisto-żółty, ostry klin piasku zbiegał ze stromego brzegu ku połyskującej drobnemi zmarszczkami wodzie. Mały gaik trwożnie szemrał wierzchołkami cienkich dębów; krzaki wina i łany zboża nie czuły jeszcze podmuchów dalekiego wichru i, omdlałe od skwaru, pozostawały w bezruchu. W trawie biegały brunatne i czarne mrówki; szukały pożywienia; dźwigały na sobie małe patyczki i suche ździebełka. Spotykały się, obmacywały różkami i obojętnie dążyły dalej, zakłopotane, przeciążone pracą.
Nagle z wierzchołka stojącego samotnie drzewa bez szmeru zleciał jastrząb. Płynął w powietrzu na rozpostartych, sztywnych skrzydłach, do rzuconego blatu żelaznego podobny. Zniżył się do ziemi, zatrzepotał i wyprężył długie, drapieżne nogi. Zatrzymał się na jedno mgnienie oka, zaledwie dotknąwszy trawy szponami chwytnych nóg, a w chwilę potem już bił powietrze silnemi skrzydłami i podnosił się ociężale, unosząc zdobycz. Skierował się właśnie w stronę siedzących bez ruchu ludzi. Już przelatywał nad nimi, już czarny cień jego sunął po połyskującej w słońcu trawie, gdy nagle mignęło blade, przenikliwe światło, rozległ się ogłuszający trzask piorunu, a po nim głuchy, gniewny huk grzmotu. Jastrząb trwożnie załopotał skrzydłami i rozprężył wyciągnięte nogi. Mała, czarna kulka, jak ciśnięty z procy kamień, spadła o trzy kroki przed Nesserem. Pochylił się, aby jej się lepiej przyjrzeć. Zobaczył mysz polną. Miała rozpruty szponami brzuszek. Drgnęła kilkoma gwałtownemi ruchami łapek i zesztywniała.
Nesser przymknął oczy, bo raziły go mieniące się na falach, jarzące, ostre połyski słoneczne. Gdy spojrzał znowu, — białe, skłębione obłoki pędziły wysoko, a tuż poza niemi — czołgała się powolnie i groźnie czarna chmura w otoku srebrzystych macek.
— Będzie burza i deszcz ulewny... — pomyślał i obejrzał się.
O kilka kroków za nimi stał mały szałas, zbudowany przez letników-amatorów kąpieli. Uspokoiwszy się, że będą mieli schronisko przed deszczem, szukał wzrokiem ciałka myszy. Nagle podniósł się i ukląkł, wpatrzony w ziemię. Działy się tam istotnie rzeczy niezwykłe. Nesser spostrzegł kilkanaście czarnych mrówek. Podbiegały do zabitej myszy, oglądały ją, dotykały czułkami i znikały w gąszczu trawy. Wkrótce powróciły znowu, prowadząc za sobą inne. Po kilku minutach całe ciałko myszy zaroiło się od ruchomej ciżby mrówek, inne podłaziły pod niespodziewaną zdobycz, podważały ją, podkopywały się coraz głębiej. Wkrótce system pracy został ustalony należycie. Czarne mrówki zsunęły się z myszy i cała armja zaczęła popychać ją, poruszać na wszystkie strony, starając się przyciągnąć zdobycz do gniazda.
Tysiące drobnych, pracowitych istotek milimetr po milimetrze posuwały martwą mysz w stronę dębowego gaiku, inne torowały im drogę, usuwając małe kamyki i ścinając grubsze pędy trawy. Zupełnie niespostrzeżone i nieoczekiwane zjawiły się tu nowe zastępy. Były to jednak mrówki brunatne. W jednej chwili zawrzała bitwa, — zażarta, okrutna i wściekła...
Nesser, oparty na łokciach, oczu nie spuszczał z tego widowiska. Nie słyszał grzmotów, nie spostrzegał błyskawic, migocących co chwila, nie czuł porywów wichru, ani nawet dużych kropel zaczynającego padać deszczu. Gramaud dawno już ukrył się w szałasie i siedział tam, jak Budda, podwinąwszy pod siebie nogi i uśmiechając się z tajemniczą obojętnością.
Piorun uderzył blisko, tuż za gaikiem dębowym. Słup piasku podniósł się nad wierzchołkami drzew i długo nie opadał. Rozwarła się czarna chmura i wylała nagle strugi ciepłej wody. Nesser klnąc głośno, umknął pod strzechę szałasu. Widział, jak coraz obfitsze potoki jęły spływać z pochyłości brzegu, aż nadbiegł szeroki, wartki strumień, wylewający się z poza wąskiej miedzy, zmył szmat darniny wraz z myszą i staczającemi o nią bitwę mrówkami, zrzucił na łachę i poniósł dalej, aż pożółkły, mętny prąd rzeki pochwycił wszystko i pochłonął.
Z jękiem nadleciała duża, szara rybitwa; długo zataczała coraz węższe koła, miotała się przez chwilę w powietrzu, lecz wkońcu wpadła do nurtu i porwała trup myszy. Odlatywała z głośnym krzykiem triumfu. Na to wołanie radosne nadleciały dwie inne rybitwy i rozpoczęły pościg i bitwę w powietrzu. Wkrótce znikły, zapadając za zaroślami nadbrzeżnych krzaków.
— Ja myślę, Gramaud, że wojna jest takim samym odruchem organizmu zwierzęcego, jak trawienie lub pociąg do tworzenia nowego pokolenia — odezwał się nagle Nesser.
— Istotnie w człowieku pozostały drapieżne cechy zwierząt, — odpowiedział uczony po długiej chwili namysłu, czy raczej uświadomienia sobie myśli przyjaciela.
— No, to znaczy, że jesteśmy najokrutniejszemi bestjami — potworami o doskonałem, straszliwem uzbrojeniu! — zawołał reporter.
— Tymczasem — tak, lecz jest to stan ewolucyjny i powinien przeminąć — szepnął Gramaud. — Człowiek posiada zdolność do kruszenia więzów zwierzęcości...
— Ha! Wątpię, żebyśmy się tego doczekali! — zaśmiał się Nesser.
— Czas tu nie gra żadnej roli!... — mruknął sanskrytolog. — Zrozumienie ohydy wojny, może nastąpić za 1000 lat, albo nagle... na skutek pewnego psychicznego nastawienia... Naprzykład...
Reporter milczał zaciekawiony, bo ten uczony przyjaciel po raz pierwszy wdał się z nim w dłuższą rozmowę.
— Naprzykład... gdyby ludzie zrozumieli, że na wojnie dzieją się rzeczy przerażające. Zbrodniarz, oszalały, zdziczały osobnik korzysta z prawa bezkarnego mordu i zabija genjalnego poetę, prawodawcę, filozofa, uczonego badacza... W imię czego to się odbywa?
Nesser nagle wybuchnął śmiechem.
— W imię tego, że czarne mrówki ciągną zdobycz do swego gniazda, a brunatne — do swego! — zawołał. — A później napastników porywa mętny nurt... zdobycz zaś, która nadawała się do podziału, przywłaszcza sobie „tertius gaudens“ naprzykład — żarłoczna rybitwa!
— Może być, że jest to trafne porównanie — cicho odpowiedział Gramaud.
— Najtrafniejsze, bo widziałem to przed chwilą na własne oczy, mój drogi! — śmiał się reporter i opowiedział uczonemu o swoich obserwacjach.
Gramaud słuchał go uważnie i kiwał głową. Na młodej, chudej jego twarzy dostrzegł Nesser niezwykłe ożywienie. Nic jednak więcej nie mówił. Zniecierpliwiony tem i zawiedziony w swych oczekiwaniach reporter, pochylił się do uczonego i rzekł dobitnie:
— Wyrażasz nadzieję na wyrwanie ludzi z więzów zwierzęcości, niepoprawny marzycielu ery przedchrześcijańskiej? Zapominasz, że jesteśmy naśladowcami Proroka z Galilei! To, mój przyjacielu, wielka różnica! Teraz nikt i nic nie wywlecze nas ze szlachetnego stanu bydlęcego! To trudno!
Spojrzał na Gramauda. Uczony siedział po dawnemu, jak Budda, i uśmiechał się łagodnie.
— Znowu myślisz o swoich braminach czy tam Wedach? — rzucił reporter szydercze pytanie.
— Nie! Słucham ciebie... — odpowiedział cicho Gramaud.
— Więc słuchaj, co ci będę mówił! — już złośliwym tonem zawołał Nesser. — Za starych czasów, gdy żyły i działały takie wykopaliskowe typy, jak ty, wojnę prowadzono w celach rabunku, zemsty lub dla sławy królów i wodzów. To — rozumiem! Była idea! My zaś, adepci potulnego, niewinnego Mistrza-Mesjasza, walczymy tylko o węgiel, naftę, bawełnę, niewolników lub żelazo, bo do nich to ciągną się łapy kapitalistów! Kościół błogosławi nas na to szczytne dzieło; mądremi teorjami uczeni dowodzą celowości grabieży; prawodawcy usprawiedliwiają mord, rabunek, krzywdę i bezprawie. Naukę miłości potrafiono obejść w każdym wypadku. Urok jej padł!... Wojna o nowe rynki, które mnie i ciebie wcale nie obchodzą!... Tak jest i tak będzie!... Za dwa, za trzy tygodnie... Zarobi się na tem wyśmienicie! Cha-cha!
Gramaud podniósł głowę i uważnie spojrzał na mówiącego. W oczach błysnęła mu jakaś myśl. Nie wypowiedział jej jednak; wychylił się z namiotu i obejrzał niebo.
— Możemy powracać... — szepnął. — Burza przeminęła.
Szli przez pola. Pachniało wilgotną ziemią, miętą, piołunem i miodem. Obmyte deszczem, odświeżone prężyły się gałęzie krzaków, lśniły się liście i łodygi chwastów przydrożnych. Niby zielono-czerwony kobierzec, spływał ze zboczy pagórka łan koniczyny. W oddali podnosiły się dymy nad domkami wioski: połyskiwał krzyż na wieżyczce kościoła. W całej naturze przelewały się ciche fale ukojenia. Potężny, nagły wybuch gniewu wyładował gniotące, rozpierające ją od wewnątrz siły. Spoczywała teraz znużona, znowu bezmiernie dobrotliwa, żądna rozpędu bujnego życia.
Gramaud przystanął nagle i bacznie przyglądał się Nesserowi. Patrzył tak, jakgdyby po raz pierwszy go oglądał.
— Słuchaj! — rzucił jak zwykle łagodnie i spokojnie. — Powiedziałeś, że my — wyznawcy nauki Galilejczyka gorsi jesteśmy od ludów starożytnych?...
— Tak twierdzę! — odpowiedział zdumiony nieco reporter.
— W starych księgach różnych ludów znaleźć można proroctwa o wielkich wtajemniczonych, którzy mają przyjść na świat. Jedni już przeminęli, inni — muszą przyjść...
— Wtajemniczeni? Czy to też coś z sanskrytologji, mój stary?
— Wtajemniczeni to ci, którzy ogarniają, wchłaniają całą duszę ludzkości i wszechświata, to ci, którzy wyprowadzają braci z dróg rozstajnych na szeroki, równy gościniec... — odpowiedział Gramaud.
— Ależ, przyjacielu! Sprawiasz mi dziś co chwila niespodzianki! Raczyłeś słuchać mnie i, zdaje mi się, — zrozumieć, teraz wypowiedziałeś długie, złożone aż z kilkunastu słów zdanie, potrąciłeś sprawę, leżącą poza tekstem Wedy! — zawołał Nesser.
— Niezupełnie poza tekstem Wedy... — w zamyśleniu odparł uczony i po chwili dodał: — Wszak Weda to — wiedza...
— O jakimże to równym, szerokim gościńcu mówiłeś? — spytał reporter szyderczo.
Gramaud zamyślił się, formułując odpowiedź, lecz po chwili potrząsnął głową i zaproponował:
— Wstąpmy do naszego proboszcza...
— Poco? — zdziwił się Nesser. — Ujrzę z pewnością poczciwego staruszka, nasłucham się tekstów biblijnych lub komunałów całkiem nieciekawych.
— Mylisz się! Ksiądz Chambrun jest to zupełnie młody człowiek, — zaprzeczył uczony.
— Tłusty, czerwony na obliczu, wągrowaty, i głupio-wstydliwy?
— Chudy, wcale nie czerwony i niewstydliwy — poprawił go Gramaud.
— Ale nie zaprzeczasz, że głupi? — spytał Nesser.
— Nie wiem, czy jest rozumny w tym sensie, jak ty to pojmujesz. Ksiądz Chambrun w każdym razie ma... śmiałość myśli.
— Ależ masz dziwne znajomości! — zaśmiał się reporter. — Sanskrytolog i klecha wiejski! O czemże rozmawiacie ze sobą? O Bogu, wierze, sakramentach, grzechach śmiertelnych i cnotach chrześcijańskich? Może o napisach, znalezionych w świątyniach pokracznych pogańskich bóstw na Hindustanie lub w Sjamie?
— Nie! — odparł Gramaud z pogodnym uśmiechem. — Mówimy właśnie często o zbłąkanej duszy wyznawców Galilejczyka...
— Zadziwiasz mnie, lecz jednocześnie ogołacasz się z kretesem z uroku w moich oczach! — zawołał Nesser, wybuchając śmiechem. — Rozmawiałem z tobą, a właściwie mówiłem do ciebie, jak do posągu Buddy, nie czekając odpowiedzi, aż tu nagle widzę, że zajmujesz się sprawami, które należą do duchownych oszustów lub do przebrzydłych świętoszków!
— Wstąpmy do proboszcza! — powtórzył z odcieniem nalegania Gramaud.
— Jeżeli chcesz koniecznie... — zgodził się reporter, wzruszając ramionami.
Przecięli pole i przez małą furtkę weszli do ogrodu plebanji. Zdaleka dobiegł ich wysoki, wibrujący oburzeniem tenor, należący niezawodnie do młodego mężczyzny. Gramaud zatrzymał się i nadsłuchiwał.
— Morały komuś prawi... — szepnął i łagodnie zmrużył czarne oczy.
— To twój klecha tak tenorowo kwiczy? — spytał Nesser.
— Proboszcz... — kiwnąwszy głową, szepnął Gramaud.
Ksiądz tymczasem coraz bardziej podnosił głos.
— Trzeba być ślepcem, aby nie wiedzieć, że wojna jest konieczna, mój poczciwy Gillet! — wołał.
— Jednak nawet Pismo Święte, proszę księdza... — bronił się zmieszany, nieśmiały bas.
— Mój poczciwy człowieku, nie staraj się przebrnąć rzeki, gdy nie wiesz, jak jest głęboka! Pamiętaj tylko, że w Piśmie Świętym stoi wyraźnie: „mający oczy, niech widzą, mający uszy, niech słyszą...“ Z tego się rodzi zrozumienie, dobry Gillet, a sprawiedliwe zrozumienie — to przejaw ducha Bożego, który wstąpił w nas od chwili stworzenia pierwszego człowieka! Tak, tak, mój poczciwcze!
— Ależ ja syna muszę oddać na wojnę! Od pierwszego dnia ogłoszenia mobilizacji moja stara płacze bez przerwy... — tłumaczył się Gillet.
— Bardzo źle robi! Bardzo źle! Powiedźcie to ode mnie pani Gillet, sąsiedzie! Bardzo źle!... — zawołał ksiądz.
— Ależ ja syna... — powtarzał swoje wieśniak. — Tyle pracy koło roli, domu — Jedynak!...
— Posłuchajcie, mój drogi Gillet! — drżącym głosem przerwał mu pleban. — Odpowiedźcie mi szczerze, coby uczyniła wasza kobieta, gdyby napadli na nią złoczyńcy, wy zaś z synem bylibyście wówczas przy pługu w polu?
— Krzyknęłaby, abyśmy przybiegli na pomoc... — odparł wieśniak.
— No, widzicie, mój poczciwy człowieku! I nie myślałaby w tej chwili o tem, że bandyci mogą was postrzelić. A cóż innego robi rząd Francji? — spytał ksiądz już prawie falsetem.
— Tak... niby tak... — jąkał się wieśniak.
— Nie — „niby“, lecz zupełnie tak samo!... Francja nie woła waszego syna na podbój innych ludów, jak to czynił Napoleon, lecz zamierza bronić swego domu, zagrożonego domu!... Zrozumcie to, panie Gillet, i pamiętajcie, że, gdy bardzo źle będzie, sami pójdziecie, prosząc o karabin i przydział do wojska!...
Ksiądz wykrzyknął te słowa w uniesieniu i umilkł.
Po chwili znowu zabrzmiał jego tenor:
— Zaiste powiadam wam, mój poczciwy, dobry sąsiedzie, że nadchodzą straszne czasy, kiedy sprawiedliwie postąpią ci, którzy, mając oczy, zechcą widzieć, a, mając uszy, — posłyszą. Oni to, podług uczciwego rozumu, czynami swemi pokierują. Niech padną świątynie, niech w gruzach legną miasta, w płomieniach zginą fabryki; niech w pustynię się obrócą nasze pola żyzne, stratowane kopytami koni, i kołami lawet armatnich, niech zmarnieje wasza praca krwawa, znojna, — to nic, bo to się odrobi, odbuduje, lecz zabić w sobie ducha Bożego, czyż pozwolicie, dobry panie Gillet?
Głos proboszcza potężniał i brzmiał jak pobudka:
— Gdyby posłano was na podbój nowych ludów, wołałbym na cały głos: „nie idźcie i synów swoich nie dawajcie na nieprawe dzieło!“ Teraz inaczej! To nas zamierzają podbić, duch nasz wolny spętać, okuć kajdanami posłuchu przed narzucającem swoją wolę państwem, gdzie siłą pięści podzielono wszystkich na rządzących i na bierne, pokornie uległe stado! Jeśli nawet Chińczycy, Hindusi i murzyni bronią wolności swego ducha, wiary, tradycyj, to cóż możemy innego uczynić my — naród, którego niewiasty zrodziły Joannę d’Arc, tylu wielkich królów, pisarzy, myślicieli, rewolucjonistów, reformatorów życia i pojęć?! Powiedźcie, powiedźcie, mój dobry sąsiedzie!
W głosie księdza zadrgały namiętne nuty.
Nesser ze zdumieniem spojrzał na Gramauda.
— No, no... — szepnął reporter. — Jak to taki księżyna wiejski śmiele sobie poczyna z drapieżną polityką kolonjalną! A to rzucanie do jednej kupy — świętej dziewicy z Orleanu, reformatorów życia i rewolucjonistów! Ha! To — zabawne! Bardzo zabawne!
Sanskrytolog milczał. Opuścił powieki; po twarzy jego błąkał się pogodny i tajemniczy uśmiech.
— Chodźmy!... — szepnął po chwili.
Ze stopni ganku plebanji powstał rozrosły wieśniak w sile wieku i, uchyliwszy kapelusza, odszedł.
Proboszcz zbiegł ze schodków na przyjęcie gości. Był nadmiernie wysoki, szczupły, o twarzy bladej, powleczonej rumieńcem wzruszenia. Duże, szaroniebieskie oczy mieniły się od błysków namiętnego podniecenia. Powichrzone, bezbarwne włosy spadały w nieładzie na czoło. Przykrótka, wyszarzała sutanna odsłaniała cienkie w kostkach nogi i zdeptane, wykrzywione pantofle z czarnemi klamrami. Obciągał na sobie sukienkę i szybko szedł naprzeciw, wołając uprzejmie:
— Pan Gramaud!... Tak rzadko teraz odwiedza mnie pan! Jak zdrowie?...
— Dziękuję! Wszystko dobrze! — odparł uczony, ściskając rękę proboszcza. — Przyprowadziłem księdzu gościa. Pan Henryk Nesser, publicysta...
— Raczej tylko reporter od rzeczy najbardziej sensacyjnych... specjalista od żółtej, ale to najżółciejszej prasy! — poprawił przyjaciela Nesser z szyderczym uśmiechem. — Należy być ścisłym, gdy się wchodzi do nieznajomego domu!
Ksiądz Chambrun nagle spoważniał i bacznie przyjrzał się nowemu znajomemu.
— Jeżeli tak, to pan musi być odważnym człowiekiem, — rzucił w zamyśleniu, a głos jego nabrał basowych, głuchych dźwięków, tak dziwnie niepodobnych do falsetowych tonów, rozbrzmiewających przed chwilą.
Nesser wybuchnął głośnym śmiechem.
— Z księdza, widzę, wcale niezły psycholog! — zawołał szczerze ubawiony.
Proboszcz podniósł ramiona, a krótka sutanna natychmiast podciągnęła mu się do góry, odsłaniając chude łydki w pasiastych kalesonach. Ruchem ręki zaprosił gości do domu i rzekł uprzejmie:
— Bardzo proszę do salonu! Poczęstuję panów cydrem, bo po burzy jeszcze parniej w powietrzu...
Przeszli do małego saloniku. Białe firanki na oknach, trochę roślin kwitnących w doniczkach, czarny krucyfiks na ścianie, na drugiej — duży obraz św. Teresy z Lisieux, na półeczce — posążek Matki Boskiej z Lourdes; pośrodku pokoju — okrągły stół, pokryty koronkową serwetą, na nim popielniczka, pudełko z tytoniem i zielony wazon z kilkoma fajkami. Dookoła stołu — czerwonym aksamitem wyściełane krzesełka, sztywne, niewygodne; przy ścianach takież fotele oraz biurko z książkami i stosem papierów; przy oknie, bokiem do światła, stało stare pianino z zeszytem nut na pulpicie.
Nesser uśmiechnął się nieznacznie, lecz ksiądz, pomagający staremu kulawemu sługusowi ustawiać na stole szklanki i dzban z napojem, rzucił nagle okiem na gościa i rzekł wesoło:
— Gotów jestem pójść o zakład, że zgadnę myśl pana, panie Nesser!
— Proszę! — odpowiedział zapytany.
— Pomyślał pan, że wszystko tu jest tak, jak zwykle bywa w opisanych sto razy plebanjach wiejskich.
— Istotnie! — zaśmiał się reporter. — Po raz pierwszy odwiedzam mieszkanie duchownej osoby, a, zdaje mi się, że już kiedyś to widziałem... Niezawodnie w wyobraźni naszej posiadamy wrodzone pojęcia o osobach, trudniących się w ściśle określonych dziedzinach, o trybie ich życia, sposobie wysławiania się i myślenia, o związanem z ich zawodem otoczeniu, nawyknieniach, gustach...
Urwał nagle i z pośpiechem mówił dalej, niby się tłumacząc:
— Uprzedzam księdza, że ja nie piszę ani o Świętych Pańskich, ani o reformatorach życia, piszę tylko o złych ludziach, o zbrodniczych instynktach duszy społeczeństwa, — słowem o „sensacjach“, jak już zaznaczyłem zaraz na wstępie!
— Rozumiem — kiwnął głową ksiądz, nalewając cydra, — rozumiem! Sensację zawsze wytwarza się dokoła złych rzeczy, to — zrozumiałe! Na szczęście, niech za to imię Boże będzie błogosławione, — uczciwe bowiem, zbożne czyny i myśli są uważane za szarą, nieciekawą codzienność. Znaczy to, że zmysł dobra stał się już naturalną cechą ludzkości...
— Pyszna myśl, bardzo optymistyczna! — zawołał zdumiony Nesser. — Dziwi mnie jednak, że ksiądz nie zgorszył się nową znajomością, zawartą za pośrednictwem naszego przyjaciela, uczonego cudaka Gramauda, który przez mętną mgłę sanskrytu nie odróżnia złego od dobrego!
— O, panie Nesser, jak pan może mówić coś podobnego?! — zaprzeczył ksiądz, składając ręce na piersi. — Bardzo się cieszę, że poznałem pana! A co do naszego miłego Gramauda, to podejrzewam, że on lepiej od nas pojmuje różne rzeczy, lecz nie chce dotykać ich, bo stał się arystokratą wiedzy. Tacy też są koniecznie potrzebni! W chwilach, bowiem, gdy my — zwyczajni ludzie, motłoch życiowy, tracimy poczucie różnicy pomiędzy dobrem a złem, oni, o nieznużonym wzroku i nie przytępionych nerwach, widzą jasno i myślą szczerze. Cóż pan na to, panie Gramaud?
Uczony uśmiechnął się pobłażliwie i powolnemi łykami pił zimny, orzeźwiający napój.
— Doskonały cydr! — mruknął, gdy ksiądz Chambrun zbliżył się z dzbanem, okrytym rosą.
— A dobry! — odpowiedział z radością i dumą w głosie proboszcz. — Przyrządza go mój sługa, Jan Chapelot. Pracował on niegdyś w wielkich zakładach napojów owocowych, lecz po nieszczęśliwym wypadku wyrzucono go na bruk, jako kalekę, niezdolnego do pracy. Wziąłem go do siebie... Jego to przyrządzenia — ten cydr! Bardzo dobry! Przyślę panom parę butelek. Tylko pamiętajcie, że należy przechowywać je w zimnej piwnicy!
Nesser ze zwykłem sobie szyderstwem przyglądał się proboszczowi i myślał nad tem, czy ten wysoki, bezbarwny księżyna w przykrótkiej szatce duchownej miał naprawdę trochę rozumu, czy też był głupi i powtarzał zdania, zapożyczone z jemu tylko znanych źródeł? Jednak, gdy ksiądz, wtajemniczający Gramauda w niezawodne sposoby konserwowania różnych napitków, błysnął z pod powiek oczami w jego stronę, reporter poruszył się żywiej i, pokrywając bezczelnością swoje mimowolne zmieszanie, zapytał:
— Czy ksiądz tak wszystkim zawraca głowy, jak mnie? Mam wprawne oko...
Ksiądz skierował wzrok na mówiącego i milczał.
— Mam wprawne oko, — powtórzył reporter, — nawykłe do chwytania wrażeń wmig! Spostrzegłem na tem biurku Voltaire’a, Chataubrianda, France’a, Bergsona, na pianinie zaś — Schumana...
Proboszcz ledwie dostrzegalnym, wstydliwym ruchem obciągnął sutannę, niby żak, przyłapany na gorącym uczynku. Nesser wpatrywał się ze złośliwością w bezbarwne rysy młodego plebana i mówił tonem wyrzutu:
— Wszystko to widzę i zaczynam rozumieć, że dobrodziej drwi sobie ze wszystkiego i ze wszystkich...
— Drwię?... — szepnął proboszcz, podnosząc się i natychmiast siadając.
— Tak! Ksiądz sobie drwi najwyraźniej! Słyszeliśmy, podchodząc tu, wcale donośny tenorek księdza proboszcza, gdy jakiemuś poczciwemu Gilletowi nakazywał oddać syna na wojnę, która istotnie lada dzień wybuchnie. Czyż nie rozumiecie, że będzie to straszliwa i długa wojna, straszliwa i długa, powiadam wam, bo tyle się nazbierało sił, popychających ku niej, a niema żadnej potęgi, któraby nas od niej powstrzymała!
Nesser, dziwiąc się samemu sobie, nie mógł już pohamować niezwykłego i zupełnie szczerego rozdrażnienia. Chciał rzucić jeszcze bardziej ciężkie, okrutne, obraźliwe słowa, lecz spojrzał na księdza i zdumiał się. Proboszcz, przyciskając ręce do piersi, śmiał się bez dźwięku i powtarzał:
— Dalej! A więc dalej... śmielej... do końca!...
— Dalej?... Dobrze! — wybuchnął reporter. — Ksiądz — sługa rządu, społeczeństwa, czy systemu, do djabła, nazwijcie to, jak chcecie! Ksiądz agituje za posłuchem wieśniaków rozkazom władz wojskowych? To samo, nie wątpię, dzieje się w tej chwili u Niemców, o których ksiądz z takim ogniem mówił, że się podzielili na rządzących i na bierne stado. Tam powiedziano bez ogródek: „Do broni, marsz!“ a u nas: — „Brońmy naszego wielkiego ducha, naszej Joanny d’Arc, encyklopedystów, poetów, reformatorów życia i myśli!“ Cha, cha! Nie kijem, to pałką, czcigodna osobo duchowna! A gdzież tu dar rozróżniania dobrego od złego, prawdy od fałszu, sprawiedliwości od krzywdy? Gdzie? gdzie?!
Zapadło milczenie.
Nesser niezwykle wzburzony chodził po saloniku, Gramaud siedział sztywny, chociaż jakgdyby obudzony ze swej zwykłej zadumy; proboszcz zaciskał chude palce, coraz bardziej rumienił się i oddychał głośno.
— Cóż wy czynicie? Dokąd prowadzicie ludzkość? — zaczął po chwili reporter. — Wy — wodzowie wielcy i mali? Zachciało się wam przetrzebić mrowisko ludzkie, zburzyć dobytek pokoleń? Czy jesteście pewni, że znużona, zagnana ludzkość wykrzesze z siebie resztkę sił na budowę nowych form życia? Twierdzę, że wojna pozostawi po sobie eszcze większy ucisk, jeszcze bardziej bezwzględną niewolę! Wy pozostaniecie, wy wodzowie i kierownicy ciał i dusz! Lecz oni — tacy, jak ten Gillet — zginą lub powrócą kalekami i nędzarzami! Za jakie ideały? Za Voltaire’a, Chataubrianda, Schumana? Za republikę, co mami nas zwodniczem hasłem „Liberté, Fraternité, Egalité“, chociaż przebiegły i wcale zręczny ksiądz Chambrun jest plebanem wiejskim, a jego starszy kolega z powołania, — głupszy, być może, od niego stokrotnie, — jakiś X — nosi już mitrę arcybiskupią lub kapelusz kardynalski! Taką jest wasza osławiona równość! Nie lepiej przedstawia się sprawa z czcigodnem „braterstwem“. Otóż obywatel Chambrun jest przecież księdzem i, jako kapłan chrześcijański, powinien pamiętać przykazanie: „kochaj bliźniego swego, jako siebie samego!“ Tymczasem prefekt obwodu, biskup i inne władze przełożone żądają od księdza Chambruna, aby wykreślił z listy „bliźnich“ — Niemców, Austrjaków, Węgrów, Czechów, Turków — coś tam około stu miljonów ludzi i nawoływał swoje owieczki, aby do nogi wytłukły, wycięły, wymordowały tych, którzy pewnego pięknego dnia utracili patent na uznanie ich jako bliźnich! Wszystko w porządku! Równość i braterstwo pierzchają, idą w kąt, jak niepotrzebny, przemoczony parasol, a ksiądz Chambrun gromi Niemców i ich sojuszników. Razem ze zgwałconem braterstwem odrzuca ksiądz Chambrun ideał „wolności“, zmuszając Gillcta do bójki o coś, czego on nigdy nie zrozumie. O, wolność nie jest w tej chwili po myśli plebana wiejskiego, zawadza mu ten śmieszny, stary łachman! Voltaire, duch, genjusz narodu francuskiego, święta Joanna d’Arc, wielcy królowie, myśliciele, — do djabła! Wszystko to, co oddawna zapisane i na zawsze ponoć pozostanie po bibljotekach i muzeach, było i sto razy powtórzy się, a młody Gillet, zabity w bitwie, nigdy do plączącej matki nie powróci i nie stanie obok ojca przy pługu podczas orki wiosennej! Nigdy! Nigdy już! Rozumiecie?!
Wyczerpany długą mową i zły na siebie za nagle porywające go wzruszenie Nesser usiadł i, nieprzyjaźnie spoglądając na księdza i milczącego, wyprostowanego, jak struna, przyjaciela, dorzucił:
— Szewcka pasja ogarnia mnie, gdy widzę hipokryzję! Bzdury! Snobizm! Szowinizm... Niech-no proboszcz naleje mi jeszcze cydru, bo to i Gilletom potrzebne i nam, zwolennikom Voltaire’a, Schumana i zmurszałych, martwych ksiąg Wedy!
Ksiądz Chambrun wstał i napełnił szklankę gościa. Usiadł znowu, po-kobiecemu obciągając na kolanach sutannę, i spytał łagodnie:
— Czy pan, panie Nesser, w takim samym tonie pisze swoje artykuły?
Reporter gwałtownym ruchem postawił na stole szklankę i odparł:
— Nie! Będę pisał i już napisałem tak, jak ksiądz mówił do Gilleta, bo przecież, ode mnie także wymagają oszustwa, aby ostatecznie zawrócić głowę młodemu Gilletowi, oraz papie i mamie tego mięsa armatniego! Ale ja w rachubę nie wchodzę! Pluję na moralność, śmieję się z prawdy, nie boję się kary Bożej, ja hipokryzją i oszustwem zarabiam na życie!
Spojrzał na księdza, patrzącego mu w oczy płonącemi źrenicami, i krzyknął prawie, niby rzucając ostatnią, najstraszniejszą obelgę:
— Ja jestem podły, nikczemny, poziomy egoista — i na tem kończy się moja autobiografja, wyczerpuje się cała wartość społeczna mojej osoby! Lecz wy — prawodawcy, wodzowie, odpowiedzialni za losy narodu i państwa, wy — pasterze dusz, czyż wy więcej warci jesteście ode mnie — żółtego reportera?
Nesser umilkł i zapalił papierosa. Tyle razy już rozprawiał o podobnych zagadnieniach w gronie takich, jak sam, ludzi spokojnie i pogardliwie. Kończyły się te rozmowy zawsze jednakowo. Wypowiadano zdanie, że świat się przełgał nawskroś, że nie wart jest złamanego szeląga i wszystko, co zasługuje na miano życia, zawiera się w używaniu, w dogadzaniu zachciankom swoim i upodobaniom bez troski i myśli o jutro, gdyż ono zapewne będzie jeszcze głupsze i nikczemniejsze, niż dzień obecny. Teraz miał możność oskarżenia o fałsz i hipokryzję księdza i uczonego, zatopionego w rozmyślaniach oderwanych. Osobami duchownemi pogardzał i wyśmiewał „czarnych policjantów“, jak zwykle nazywał księży. Uczonego Gramauda lubił, lecz zarzucał mu nieraz, że jest dezerterem, uciekającym z frontu walki o byt i lepszą przyszłość. Zresztą wszystkiego tego nigdy nie brał blisko do serca. Szydził z tych bolączek wieku, posiadł był bowiem sztukę omijania i lawirowania w tym labiryncie. Dziś nagle przyszło nań rozdrażnienie i wypluł z siebie, ni to nagromadzoną wewnątrz duszącą flegmę, wszystko, wszystko. Niech wiedzą, co myśli o nich żółty reporter!
Uśmiechnął się bezczelnie i złośliwie. Nikt się nie odzywał. Do pokoju wleciała pszczoła i z hukiem tłukła się o sufit i o szyby, nie znajdując wolnego wyjścia. Reporter zaśmiał się głośno, lecz wnet porwał go nowy wybuch złośliwości.
— Widzicie tę oto pszczołę? — spytał szyderczo. — Jest to w tej chwili obraz ludzkości współczesnej. Tłucze się ona bez planu pod sklepieniem pracy dla pracy, niewolniczej, okrutnej, bez wytchnienia; jak ta polna pracownica roni w popłochu kropelki miodu i pyłek kwietny — tak traci ludzkość w zgiełku i zawierusze duszę swoją. Już się nawet przyzwyczaiła do tego nieskończonego wyścigu w zakreślonem kole bez wyjścia! Ha! Po wojnach napoleońskich rozpoczęła budowę nowej ery wieku XIX-go, wieku ognistego boga podziemi, który smaga biczem o siedmiu końcach i gna ludzkość do pracy! Gdy ktoś kiedyś napisze księgi Wedy naszego wieku, to nada demonom imiona Jamesa Watta i Roberta Fultona. Wynaleźli oni maszynę parową — pomocnicę, która stała się wkrótce tyranem ludzkości statki i lokomotywy, aby one zarazę tyranji rozrzuciły poprzez ziemię całą! Teraz możni tego świata świadomie, w straszliwym obłędzie postanowili skończyć z wiekiem XIX-ym i zburzyć jego dobytek... Czyż nie rozumiecie, że nastąpi śmierć cywilizacji?! Nie wiele sobie z niej robię, ale cóż wy postawicie na opustoszałych ołtarzach? Gdzie znajdziecie hasła, nowe ideały? Będziemy, jak ta pszczoła zbłąkana, latać wkółko, obijać się o gzymsy, łamać sobie skrzydła w panice i rozpaczy!
Ksiądz bez słowa podniósł się i podstawił pszczole doniczkę z kwiatami; znużony owad usiadł natychmiast, baczny, gotowy do lotu. Proboszcz umieścił doniczkę przy otwartem oknie. Pszczoła z radosnem brzęczeniem odleciała.
— Owady kochacie, a ludzi posyłacie na śmierć... — krzywiąc usta, mruknął reporter.
Znowu zapanowało milczenie. Gramaud coraz bardziej się prostował. Proboszcz płonął cały i dyszał ciężko. Zacisnął oburącz głowę i przez zęby rzucił rozpaczliwym szeptem coś zupełnie nieoczekiwanego:
— Prawda! Wszystko — prawda!
Zasłonił twarz rękami i powtarzał:
— Prawda! Prawda! Tylko dlaczegoś ty, bracie, mówił to w nienawiści?!...
Umilkł. Wąska pierś ciężko podnosiła mu się i opadała. Uboga, wyświechtana sutanna zadarła się tak wysoko, że siedzący naprzeciw Nesser widział ostre kolana i śmiesznie chude, cienkie łydki proboszcza. Nagle ksiądz stanął wyprostowany. Twarz mu pałała, oczy miał pełne migotliwych ogni natchnienia, czy też gniewu, z trudem hamowanego.
— Rzekłeś prawdę w nienawiści, poniżyłeś siebie do ostatnich granic... — zaczął chrapliwym, urywającym się co chwila głosem. — Myślisz, że w tem jest bohaterstwo twoje i moc? Na mnie, jako podług ciebie czującego inaczej, spoglądałeś z pogardą... Patrzyłeś, jak na księdza, co spekuluje wersetami Nowego Testamentu... A ja przecież, tego nie czynię! Nigdy... nigdy... bo słowa Zbawiciela padają w te czasy żelazne na glebę kamienistą, jałową, nie! raczej zatrutą śmiertelnie! Chciałem, aby poczciwy, niemądry Gillet posłał syna na wojnę? Tak — chciałem! Ja — kapłan, sługa potulnego, pokój miłującego Jezusa z Nazarei, nawoływałem do posłuchu władzom wojskowym, do wojny? Tak! tak! Nawoływałem i błogosławiłem... Błogosławieństwo swoje pasterskie dam wkrótce na rozlew krwi, na mord bezkarny, na śmierć, na kalectwo, na zburzenie starego gniazda pracowitych ludzi prostego serca! Tak! tak!
Nesser oczy utkwił w rozognionej twarzy księdza. Posłyszawszy ostatnie słowa proboszcza, skrzywił usta i syknął:
— O, wy to umiecie! Wy przecież — jeszcze przed wiekami ustami papieża bluźnierczo nazwaliście Chrystusa „księciem wojny“, na sztandarach, krwią zlanych, umieszczaliście symbol Jego męki, a pod nim napis — „W imię tego zwyciężysz!“
Śmiał się szyderczo i niemal z nienawiścią wpatrywał się w szeroko otwarte, mieniące się od wewnętrznych błysków oczy wysokiego, chudego księżyny w wytartej ubogiej szacie i wykrzywionych trzewikach. Ksiądz Chambrun jakgdyby nie słyszał złośliwej uwagi gościa. Podniósł głowę jeszcze wyżej, wzrok jego błąkał się gdzieś daleko, poza skromnym domkiem plebanji, za sadem owocowym, za leżącemi nad rzeką kwadratami złotych pól i łąk zielonych, poza horyzontem, może poza ziemią nawet. Przycisnąwszy ręce do chudej piersi i przebierając drżącemi palcami, mówił powolnie, niby dzieląc się wielką tajemnicą:
— Prorocy Starego Zakonu, oczekujący przyjścia Mesjasza, nawoływali do wojny... Jan Chrzciciel gromił Heroda i ród jego, rozżegając tem bunt... Chrystus, porwany gniewem, wygnał ze świątyni handlarzy... Apostołowie pańscy, głosząc naukę Zbawiciela, tem samem pobudzali do sprzeciwu cezarom rzymskim, do wojny, w której naśladowcy i wyznawcy Chrystusa z Galilei mieli się stać krwawemi ofiarami na ołtarzu wielkiej prawdy Miłości. Pierwsi chrześcijanie brali udział w wojnach pogańskich władców, wierząc, że taka jest wola Wielkich Potęg... Sam Bóg, Wszechmożny Stwórca, wydał bitwę buntowniczemu Lucyferowi, żądnemu przedwczesnego poznania prawdy i łańcucha nieśmiertelnych przyczyn. Przyjście Antychrysta, wroga Syna Człowieczego, czyż nie będzie przepowiedzianą przez Proroków i Św. Jana walką ludzi i aniołów?
Nesser zapomniał o papierosie. Przestał pogardliwie krzywić usta i słuchał coraz bardziej zdumiony. Określenie ścisłe i kategoryczne pojęcie wyników głoszonej niegdyś prawdy... Bóg wielkich Potęg... Traktowanie idei Lucyfera... psychologja surowego chrześcijaństwa pierwszych wieków ery?! Gdzież on jest? W małym, pachnącym kwiatami, jabłkami i woskiem saloniku plebana wiejskiego, czy w przybytku adepta ezoterycznej wiedzy — mglistej i tajemniczej? Chwilami jakieś zatarte wspomnienia niepokoiły go. Gdzieś z głębokich, niedostępnych komórek mózgu wstawało i przybierało ludzkie, żywe formy widmo zmienne, straszliwe...
Ach! Przypomina sobie jakąś dawno czytaną książkę, z której pozostały szczątki wiersza, w porywie buntowniczym ułożonego przez średniowiecznego mnicha hiszpańskiego:

Despierto Christiano, no estes tan muerto
Pues al antichristo es ya deseubierto
Todo hombre se ovise y no este dormidó
Que el antichristo es ya venido...

Dalej nie pamiętał, chociaż przypominał sobie, że przez ten tak po-chrześcijańsku rozpoczynający się wiersz, setki ludzi zginęło na stosach „świętej inkwizycji“.
Inkwizycja! Słowo stało się ciałem, oblokło się jak szkielet mięśniami i skórą, ukryło się w szerokim białym habicie i czarnym płaszczu dominikańskiego mnicha. Stanął przed nim wiotki, wysoki, blady braciszek zakonny z klasztoru św. Pawła w Walladolidzie, ubogi, surowy dla siebie i ludzi, niezłomny, płomienny w wierze i w mowie — Tomasz z Torkwemady. Bronił czystości wiary Chrystusa, piętnował grzechy rozpusty i niewiary, pociągał ku sobie tłumy pobożnych, czujących brzemię życia... Jakiś obłok przesunął się przed oczami Nessera, lecz po chwili ujrzał wyniszczoną, ascetyczną twarz Wielkiego Inkwizytora. Oto stąpa z krzyżem w ręku, z pergaminem straszliwej „Copilacion de les instructiones fol Officio della Sancta Inquisicion“, toruje drogę przed Izabellą Kastylską i Ferdynandem Aragońskim, walczy o Jezusową naukę miłości, pozostawiając po sobie potworny siew — około dwakroć stu tysięcy ludzi, spalonych, zamordowanych, umęczonych w lochach „świętej Inkwizycji“, pokaleczonych, wygnanych... Teraz tu obok — ten chudy, wyblakły księżyna wiejski, rzucający słowa twarde, niezłomne, jak stal, zahartowana w ogniu wiary, lecz i on zamierza skazać ludzkość na stos, gdzie na ołtarzu potwora wojny ma być złożona hekatomba, jakiej świat nie widział. Nesser zamienił się w słuch, zaczaił się, skupił cały w sobie, jakgdyby w pełnej lęku żądzy oczekując uderzenia piorunu, lub druzgocącego słowa, mocnego i ciężkiego, jak głaz granitowy.
Pleban, na nikogo nie patrząc, wciąż tym samym dobitnym, powolnym głosem mówił:
— Chrystus — książę wojny... krzyż na sztandarach, zlanych krwią... Nie kościół tego żądał! W rozpaczliwym, beznadziejnym, gorącym wysiłku pragnęło tego sumienie ludzkości... Było to nakazem wielkiej, absolutnej prawdy... było to żądne wołanie Bóstwa z dymów ofiarnych ołtarza Jego...
— Torkwemada! Wielki Inkwizytor! — miotała się w głowie Nessera szalona myśl.
Ksiądz Chambrun upadł na fotel i znowu głowę w dłoniach chudych zacisnął. W rozpaczy niemej, z jękiem bólu i troski bezmiernej szeptać teraz jął szybko, namiętnie:
— Obejrzyjcie się wszędy i ujrzycie wy, oczy mający, że giniemy! Giniemy i nic nas poza nami samymi nie ocali! Nieprawdę i pożądliwość w świątyniach Bożych ujrzycie... Jako cielec złoty — one i jako wieża Babel, urągająca Niebu! Któż bije na trwogę w wielki dzwon oburzenia, gdy ujrzy złotem kapiące pałace i stroje, skarby ołtarzy, wypchane kasy banków, przepych, przesyt, beztroskę bogaczy, a tuż, tuż obok — mrowie ludzkie, któremu wspaniałomyślnie dane jest prawo umrzeć, gdy mu sił zbraknie, lub żyć, gorzej od zwierząt dzikich, bo ogołocono ich z cienia choćby radości bytu?!... Któż wyje, jak głodny wilk na pustkowiu, gdy genjalni uczeni i myśliciele, w oczy Cielca Złotego patrząc służalczo, w imię jego tworzą wartości i idee burzące, a więzy nielitościwe nakładają na opornych?!... Ach! Chryste, Baranku Boży, gdybyś przybył na ziemię, spodloną i postokroć zhańbioną czynami i nieprawościami naszemi, — zapłonąłbyś gniewem strasznym, straszniejszym niźli wonczas w świątyni, z której kupczący targowisko zgiełkliwe uczynili, porwałbyś za miecz zemsty i sądu, zawołałbyś głosem, grzmiącym od kresu do kresu świata: „Błogosławieni, karę podług nieprawości czyniący, albowiem ich jest królestwo Boże!“ Nastałby w onej chwili pomstowania ostatni bój krwawy, bez miłosierdzia i bez lęku, albowiem byłby to bój o duch Boży, przygaszony od wieków... od wieków...
— Nie, to nie Tomasz z Torkwemady... — powątpiewała strwożona myśl Nessera. — Może raczej jakiś nowy prorok, zwiastun ostatecznej walki... Pustelnik Piotr z Amiens z jego namiętnem wołaniem: „Bóg tak chce!“ Surowy Walter — Golec, namiętny opat Clairvaux — św. Bernard; tajemniczy Stefan i Mikołaj, prowadzący za sobą tysiące dzieci na śmierć, a wszyscy w imię Boże nawołujący do wojny o Grób Zbawiciela, cichego, miłosiernego, pokornego Baranka...
Reporter nagle uświadomił sobie, że mu jest zimno. Dreszcz przebiegł go po grzbiecie, wargi miał suche, spieczone, w oczach żar nieznośny. Ksiądz Chambrun, jakgdyby wyczerpany, — odrzucił się na oparcie fotela i z opuszczonemi powiekami wciąż szeptał z wzrastającą namiętnością:
— Błogosławię na wojnę imieniem Chrystusa!... Poleje się krew i życia gasnąć będą, jak zdmuchnięte świeczki, jak wpadające w płomień owady lotne, nierozumne! Błogosławię! Albowiem wojna ta skruszy hardość, pychę i potęgę proroków fałszywych, obali ołtarze bogów drapieżnych, głuchych obudzi, ślepym wzrok przywróci, niemowom w usta włoży żądło ogniste, w oziębłych sercach roznieci płomień, buchający żarem. Stanie się wielki cud!
Umilknął pleban i siedział zapatrzony w niewidzialny daleki świat marzeń i przeznaczeń niezgłębionych.
— A jeżeli nie doczekamy się cudu? — siląc się na szyderstwo, zapytał Nesser.
Wzdrygnął się chudy księżyna na to pytanie, które, widocznie, nieraz przychodziło mu na myśl w chwilach ciężkiego i trwożnego zwątpienia. Rękę uniósł, jakgdyby grożąc komuś, i odpowiedział ponuro:
— Zaiste powiadam wam, bracia, nastaną wtedy dnie, w których w rozpaczy i lęku niezmiernym przeklinać będziecie matki wasze, że porodziły was!...
Upadł głową na złożone na stole ręce i nagle szlochać począł głośno i bezradnie, jak dziecię małe, zbłąkane i opuszczone. Nesser nie odzywał się więcej. Zrozumiał, że ten dziwny pleban wiejski nie był pewien oczyszczającego wpływu wojny i że przeżywał ciężkie chwile zwątpienia i rozdwojenia myśli.
— Uczciwy jakiś człeczyna... — pomyślał reporter i dał znak uczonemu do wyjścia, lecz ksiądz Chambrun już uspokoił się i, spuszczając oczy w zakłopotaniu i jakgdyby śpiesząc się, powiedział:
— Węzeł musi być przecięty, bo tak, jak żyjemy, dłużej żyć nie można! Ale ja tego objaśnić nie mogę, ani też w ten sposób przekonać Gilleta nie potrafię. Muszę przemówić do niego głosem ziemi, tradycji, wiary, słowami naiwnego rozumu, uczuciami prostego serca. To trudno!... Pan, panie Nesser, zna zbrodnie świata na tle sensacyj, ja też, jako spowiednik, znam wielkie, umiejętnie ukrywane zbrodnie, znam też wykroczenia w zakresie ścisłego spełnienia bezwiednych obowiązków przed ludzkością całą. Tą skalą nikt nie mierzy, a to właśnie wytwarza atmosferę, sprzyjającą każdej zbrodni — od największej — sensacyjnej, do najmniejszej, — jaką jest naprzykład, rozpacz i wahanie się biedaka Gilleta.
W tej chwili do drzwi saloniku zapukano ostrożnie.
— Młody Gillet przyszedł do księdza proboszcza, — rozległ się głos kulawego sługi.
Ksiądz Chambrun poprawił na sobie pelerynę, obciągnął starannie sutannę, przygładził włosy i odpowiedział już spokojnym, dobrotliwym głosem:
— Niech wejdzie, powiedzcie mu o tem, Chapelot!
Na progu stanął pucołowaty chłopak wiejski, rumiany, o wesołych, figlarnych oczach czarnych.
— Co powiesz, mój drogi? — spytał ksiądz i wyciągnął do niego dłoń.
— Matka przysłała mnie... — zaczął chłopak, z ciekawością oglądając siedzących panów. — Kazała mi powiedzieć, że już wcale nie będzie płakać. Wojna, no — to wojna! Od czegóż są rezerwiści i poborowi? Poto, aby wszyscy szli, gdy wypadnie, no — nie? Przecież nie damy się Niemcom, jak to było wtedy, gdy królowie nami rządzili? Matka wierzy, że wrócę z medalem, bo poleci mnie opiece małej świętej... Teresy z Lisieux. O nabożeństwo przed jej ołtarzem kazała mi prosić księdza proboszcza...
Ksiądz Chambrun spuścił oczy i po chwili odparł:
— Dobrze, mój chłopcze, powiedz pani Gillet, że dobrze!
— Taak... — przeciągnął Nesser, gdy za chłopakiem zamknęły się drzwi.
Ksiądz nic nie odpowiedział. Siedział zgnębiony i nieruchomym wzrokiem patrzył przed siebie.
Przyjaciele, uścisnąwszy dłoń plebana, opuścili salonik.
— Tak! — powtórzył Nesser, gdy znaleźli się na ulicy.
Gramaud milczał.
Przed domem uczony stanął i dotknął ramienia przyjaciela.
— Tak! — szepnął. — Młody Gillet z wojny powróci!
— Z medalem? — zapytał, wybuchając śmiechem, reporter.
Gramaud zatrzymał na nim przenikliwy wzrok.
— Młody Gillet z wojny powróci! — powtórzył z naciskiem.
Nesser przestał się śmiać i machnął ręką.
— Co mnie to obchodzi?! — mruknął, wzruszając ramionami.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.