Kruszenie kamienia/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Kruszenie kamienia
Pochodzenie Iskry z pod młota
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Ilustrator Tadeusz Lipski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
F. ANTONI OSSENDOWSKI
ISKRY
Z POD MŁOTA
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA
I.
KRUSZENIE KAMIENIA


POZNAŃ
WYDAWNICTWO POLSKIE

<R. WEGNER>



BIBLJOTEKA
AUTORÓW POLSKICH
TOM 15
F. ANTONI OSSENDOWSKI
ISKRY Z POD MŁOTA
Wydawnictwo Polskie R. Wegnera logo red.jpg


OKŁADKĘ RYSOWAŁ T. LIPSKI
*
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
*
DRUKARNIACONCORDIA“, POZNAŃ
*
PRINTED IN POLAND
*









Człowiek, skrępowany swą naturą, niczego nie może być pewien, — ani prawdy, ani dobra, ani piękna — o ile nie uwierzy w nie.
Guglielmo Ferrero.
Prawdę należy mówić, nie schlebiając ani rzeczom, ani wypadkom, ani stosunkom, ani ideom.
Stefan Żeromski.


ROZDZIAŁ I.

Paryż, otulony szarą, mglistą zasłoną, jakgdyby się rozpływał we łzach. Ukośne, smagające bicze deszczu siekły mury domów i połyskujące szyby wystaw sklepowych; brudne mętne strugi zalewały chodniki i asfalt jezdni. Wszędzie mknęły potoki wody i zbierały się w kałuże. Pływały po nich żółte bąble i pękały pod ciosami wiatru i szalejącej ulewy. Ociekające wodą samochody i autobusy pędziły ze zdwojoną szybkością, usiłując jakgdyby uciec przed niepogodą. Z pod gumowych opon pluskały kaskady płynnego błota, zalewały chodniki i bryzgały na przechodniów. Ludzie tłoczyli się w niszach bram lub pod markizami restauracyj i kawiarń. Pod płóciennym namiotem kiosku z kwiatami znalazło schronienie kilku ukrywających się przed deszczem ludzi.
Jeden z nich wysoki — w miękkim kapeluszu, nisko opuszczonym na czoło, w szarym, sportowym płaszczu, niedbale narzuconym na szerokie bary, stał spokojnie, oparty o grubą laskę. Z pod zwisającego ronda wyglądały szydercze oczy, chwilami błyskające drapieżnie, — okrągłe, niemal nieruchome źrenice czatującego na zdobycz ptaka. Czerwona, starannie ogolona twarz miała wyraz zimnego skupienia i czujnej baczności. Człowiek ten oglądał sąsiadów uważnie, prawie natrętnie, lecz wyniośle zarazem, a kąciki zaciśniętych warg bez przerwy opuszczały mu się i podnosiły, jakgdyby odpowiadały utajonym myślom.
— Prawdziwie lipcowa ulewa! — zawołała jakaś starsza pani do stojącej obok midinetki z pudełkiem od kapeluszy.
— Tak... pani!... — odparła z roztargnieniem dziewczyna, zerkając kokieteryjnie w stronę oficera, który nie spuszczał z niej porozumiewawczego spojrzenia.
Dwaj niemłodzi już panowie, z beznadziejnym wyrazem twarzy śledzący narodziny i śmierć pękających bąbli na chodniku, odruchowo podnieśli oczy na mówiące kobiety. W przelocie wzrok jednego z nich padł na człowieka w szarem palcie i nasuniętym na czoło kapeluszu.
— Widzisz tego osobnika o czerwonej, aroganckiej twarzy? — przyciszonym głosem spytał starszy jegomość.
— Któż to jest? — odpowiedział pytaniem drugi.
— To — ten Nesser, Henryk Nesser, który opublikował w brukowcu „Hałas Ulicy“ szereg skandalicznych feljetonów pod tytułem: „Dobre obyczaje rodziny Sauvier“...
— Ohyda! Czytałem to i, jako prawnik, oczekiwałem procesu sądowego o oszczerstwo w prasie! — ze szczerem oburzeniem przerwał mu przyjaciel.
— Wszyscy się tego spodziewali, lecz my dziennikarze wiemy, kim jest Henryk Nesser. Ten typ zagroził rodzinie Sauvierów opublikowaniem poufnych listów pani domu, no... i szczęśliwie doprowadził do końca drukowanie swoich feljetonów. Zuchwały szantaż! — syknął stary dziennikarz.
— Pisane to było coprawda z prawdziwym talentem, z szatańską wprost pasją, lecz i z bezgraniczną bezczelnością! — wtrącił prawnik.
— O, — już głośniej dodał pierwszy z panów, — Henryk Nesser posiada niezawodnie groźne i utalentowane pióro! Jego słynne korespondencje z Afryki, podczas konferencji w Algesirasie, zwróciły powszechną uwagę. W swoim czasie ubiegano się o niego po redakcjach. Wiem, że zamierzano nawet udekorować go krzyżem Legji Honorowej.
— Nie udekorowano, jednak?
— Nie! Ministerstwo rozmyśliło się i cofnęło już przygotowany dekret. Nesser — to człowiek tajemniczy, niepewny, zresztą.... dziwaczny zlepek Niemca, Anglika, Francuza...
Rozmowa, prowadzona półgłosem, nagle się urwała, bo człowiek o czerwonej twarzy powolnym ruchem skierował na rozmawiających drapieżne, ciężkie spojrzenie i bacznie, choć przelotnie, przyjrzał się obydwu panom.
Cienkie wargi skrzywiły mu się i drgnęły w pogardliwym uśmiechu. Po chwili cicho śmiał się, patrząc, jak obaj szybkim krokiem oddalali się, brnąc przez kałuże, okrywające chodnik. Nesser wzruszył ramionami. Nie czuł się obrażonym, ani nawet zdziwionym. Nie po raz pierwszy wszak zdarzało mu się to o sobie słyszeć.
Zlepek!... No, tak, w istocie był zlepkiem. I to jeszcze jakim! Ojciec, czystej krwi Niemiec, z przyczyn nigdy nie wyjaśnionych, zmuszony był udać się na emigrację do Kanady. Osiadł jako zegarmistrz w Montrealu, gdzie po śmierci żony, poślubił obywatelkę kanadyjską pochodzenia francuskiego. Z tego właśnie małżeństwa urodził się Henryk Nesser. Ojciec jego po kilku latach porzucił matkę i przekoczował w inne miejsce, nigdy adresu swego nie podając. Stary, widocznie, miał na to ważkie powody. Od tego czasu matka wraz z synem klepali biedę, aż wreszcie zbrzydło to Henrykowi. Znając dobrze trzy języki, błąkał się długo po bankach, hotelach, kantorach transportowych, zarabiając na chleb. Wkońcu wyemigrował do Francji. Został urzędnikiem biura wielkiej kompanji okrętowej. Po pewnym czasie naturalizował się. Z taką samą obojętnością mógłby był stać się obywatelem Holandji, Nikaragua lub Peru. Nic go nie przywiązywało do tego kraju. Uważał tylko, że Francja zapewnia mu łatwiejsze warunki pracy. Pozatem cenił ten kraj za to, że mógł tu z łatwością zdobyć brakującą mu wiedzę. Młodość jego — nędzna i uboga — wymagała ciągłego szamotania się o kawałek chleba. Nie miał czasu ani pieniędzy na gruntowną naukę. W Paryżu zaś, gdzie źródła wiedzy są dostępne dla wszystkich, po kilku latach wytężonej pracy uzupełnił odczuwane braki. Wrodzone zdolności, upór i doskonała pamięć pozwoliły mu się stać człowiekiem wykształconym o szerokim zakresie zainteresowań. Z życiowych doświadczeń wyniósł niepospolitą i, jak mu się wydawało, niezwalczoną broń do walki o byt i do osiągnięcia powodzenia. Niczego się nie bał, życia nie cenił, śmiał się z tradycji, nie uznawał żadnych stałych przekonań i pogardzał ideałami, hamującemi swobodę postępowania. Nauczył się niezwykle ściśle oceniać dystans, dzielący go od bezpośredniego otarcia się o kodeks karny. Celem jego stało się życie jak najswobodniejsze i najprzyjemniejsze, unikanie wszelkich przesądów, oraz głupich, sztucznych, nieznośnie ciążących przepisów moralności, układanych do użytku świętych pustelników lub też królów i bogaczy. Czuł się więc wszędzie, jak w domu, chociaż nigdzie nie miał prawdziwych, szczerych przyjaciół. Trzymał się zwykle wyniośle, w czem mógł prześcignąć największych snobów spośród lordów angielskich, chociaż Anglików uważał za wilków w owczej skórze hipokryzji. Wydrwiwał Niemców za ich niewolniczą subordynację, Francuzami pogardzał za ich praktyczne mieszczaństwo, przykryte porywczym temperamentem i błyskotliwemi frazesami. Tę wyniosłość swoją rozwijał coraz bardziej, posiłkując się nią, niby tarczą przed przyjaźnią dla kogokolwiek, co mogłoby niespostrzeżenie pozbawić go indywidualnej wolności.
Nic więc dziwnego, że dla wszystkich był obcym i najczęściej przykrym przybyszem, który drażnił swoją szyderczą i cyniczną prawdomównością, chwilami brutalną i niepokojącą potwornemi paradoksami. Nieraz, rozmyślając nad tem, śmiał się i porównywał siebie do Anglika biskupa, wygłaszającego kazanie o miłości bliźniego podczas tradycyjnego narodowego święta ludożerców. Jednak te cechy charakteru i wstręt do stałych przekonań i poglądów otwierały przed nim nieograniczone horyzonty w dziedzinie prasy codziennej.
Stosunek ludzi do niego, jako do obcego, przykrego przybysza, dawał się odczuwać nawet w przelotnych miłostkach. Prawie wszystkie kobiety, z któremi łączył go bliższy stosunek, — czy to Niemki, czy Francuzki, czy Angielki, porzucały go prędko w jakimś lęku, czy nienawiści. Mówiły przytem, że był brutalny. Brutalność ta jednak nie miała charakteru fizycznego, płynęła raczej z głębokich tajników jego duszy. Była to zimna obojętność obcego człowieka, który jutro odejdzie na zawsze i niema zamiaru tracić czasu na studjowanie rysunku tapet i przygodnych obrazów w chwilowo zajmowanym lokalu hotelowym. Ani jedna kobieta, a miał ich sporo, nie obudziła w nim cieplejszego uczucia, ani jedna nie przywiązała go do siebie na czas dłuższy. Sympatja i pociąg kobiet do tego dziwnego człowieka, o duszy zawsze dla wszystkich zamkniętej, usposobieniu błyskotliwem i niepokojącem, przechodziła wkrótce w podświadomą obawę, trwożną podejrzliwość i męczący stan samoobrony przed nieznanem, lecz nieustannie grożącem niebezpieczeństwem. Taki stosunek do niego wykluczał szczerość, a tembardziej — roztaczanie najcenniejszych moralnych uroków kobiecości.
Posłyszana teraz rozmowa zmusiła go oddać się wspomnieniom o dawnych dziejach. Miał na to wolną chwilę, bo ulewa nie ustawała. Mimowoli zaczął odtwarzać w pamięci niedawny swój romans z uroczą Reginą Sauvier. Wspomnienia te, widać, nie były przyjemne, raczej zapewne bolesne, gdyż Nesser nachmurzył czoło i mocniej zacisnął szczęki.
Romans z panią Sauvier utkwił mu w pamięci, jako jedyna nieprzelotna przygoda. Miała ona głębsze podłoże, odnalezione po raz pierwszy w sercu Nessera. Zmysłowa, cyniczna i drapieżna, aczkolwiek bardzo inteligentna Regina Sauvier nie zrozumiała tego jednak i popełniła ciężki błąd.
Nesser przypominał sobie teraz pierwsze spotkanie z Reginą. Było to na rozprawie sądowej nad mordercą bankiera Lion. Jakiś młody arystokrata, hrabia de Basquier Remau, zakochany w pani Lion, dowiedziawszy się, że jej mąż dla pomyślnego przeprowadzenia afery finansowej patronował tajemnemu związkowi swej małżonki z pewnymi dygnitarzami, zabił bankiera. Cała prasa jednogłośnie broniła mordercy, z oburzeniem piętnując nikczemność zamordowanego męża i dramatyzując moralne cierpienia nieszczęsnej kobiety, zniewolonej przez niego do uprawiania „wielkoświatowego“ nierządu. Wobec tego zgodnego chóru obrońców zupełnie odrębne stanowisko zajęło nagle małe, brukowe pisemko „Pioupiou de la Seine“, umieszczające artykuły i sprawozdania z posiedzeń sądu. Autor ich, Henryk Nesser, domagał się ciężkiej kary dla zbrodniarza.
— Żądamy wyjaśnienia istotnych powodów morderstwa! Nie mają one bowiem ani cech obrony moralności, ani afektu! Jakiekolwiekbądź pobudki kierowały ręką mordercy, muszą się one złożyć na wyrok surowy dla niego i dla pięknej wdowy, pośrednio lub bezpośrednio współwinnej. Żądamy sprawiedliwości, tylko sprawiedliwości, bo od niej zależy przewentylowanie zgniłej, zatęchłej, jadowitej atmosfery, panującej w gmachu społeczeństwa, chorego na obłudę, hipokryzję, uprawnione bezprawie i nędzę!
Tak się rozpisywał zaledwie mało komu znany „Pioupiou de la Seine“, zajmujący odosobnioną placówkę w zgodnym chórze liberalizującej prasy. Po drugim artykule Nessera w tem pisemku, zbliżyła się do niego w sali sądu wytworna, piękna pani Sauvier o twarzy niemal surowej, przypominającej kameę Temidy karzącej. Podała dziennikarzowi malutką, wąską dłoń i wyraziła zdumienie spowodu tak śmiałych artykułów. Nadmieniła też natychmiast, że podziela całkowicie logikę i cel, wyczuwane w myślach autora.
— Nie mogę tylko jednego pojąć! — mówiła. — Czy pan zamierza zreformować społeczeństwo, a szczególnie jego wyższą warstwę... nas...
Nesser odpowiedział z uśmiechem:
— Nie, pani, nie mam tego zamiaru bynajmniej! Nie chodzi mi tu o moralność! Chcę tylko, aby byle bydlak nie zawracał ludziom głowy i nie kazał im wierzyć, że jest amorkiem rafaelowskim... Nie lubię maskarady, czuję do niej wstręt, jak do największego tchórzostwa. Tak wielki „obywatel świata“, jak Napoleon, w rozmowie z Talleyrandem nie obawiał się otwarcie wyznać, że uważa się za „łotra z gruntu“, a jednak nie utracił ani krzty przez to na wielkości i uroku. Tymczasem byle drobne, zamorusane prosię kwiczy, że nie jest prosięciem, tylko — latoroślą przyszłego, wspaniałego lwa! Tę ohydną śmieszność zwalczam przy każdej sposobności!
— Pan jest szlachetny i uczciwy! — zauważyła dama i z ostrem zaciekawieniem spojrzała na niego.
Nesser wybuchnął głośnym śmiechem.
— Jestem reporterem od sensacyj! — rzekł, naśmiawszy się dosyta. — W tej roli nie mogę być ani szlachetnym, ani uczciwym! Ani jedna, ani druga cnota w moim fachu nie popłaca bynajmniej!
— Usiłuje pan poniżyć się w moich oczach? — spytała, nie spuszczając z roześmianej twarzy dziennikarza badawczego spojrzenia.
— Znam panią zaledwie od kilku minut i muszę wyznać szczerze, że ani trochę nie zależy mi na dobrej opinji pani! — odparł wesoło i prawie brutalnie. — Gwiżdżę na opinję! Jestem samowystarczalny!
— O, to znaczy, że pan jest bardzo samotny!... — szepnęła ze współczuciem pani Sauvier i odeszła w zamyśleniu.
Podczas wieczornego posiedzenia sądu zatrzymała go znów w korytarzu i powiedziała:
— Myślałam o naszej rozmowie. Bardzo żałuję pana, bo nie pomyliłam się, musi się pan czuć przerażająco odosobnionym od ludzi...
— Widzę w tem swoją niezależność i poniekąd szczęście — odparł z uśmiechem. — Rodzina, żona, przyjaciel — to balast! Posiadacz takiego szczęścia zmuszony jest do ciągłego podsycania przygasającego z różnych powodów płomienia. Rozrywka to nie dla mnie!...
Znowu się zaśmiał. Nie przeszkadzało mu to jednak uważnie przyglądać się pięknej, może, trzydziestoletniej kobiecie. Zajmowała go myśl, dlaczego szukała z nim znajomości i wszczęła tak poufałą rozmowę.
— Jestem „publicznym mężczyzną“ i setki ludzi na ulicy zawierają ze mną w ten sposób znajomość, lecz ta „madonna o surowem obliczu“ najwidoczniej dąży do czegoś. Do czegóż u djabła? — pytał siebie.
Pani Regina Sauvier przemówiła po chwili:
— Pan ma słuszność! Samotność jest warunkiem absolutnej swobody. Jednak w warunkach cywilizacji staje się ona często źródłem nieszczęścia, a nawet zbrodni.
— Czy pani również jest samotną? — zapytał Z bezczelnym, obleśnym uśmiechem.
— Jestem mężatką! Mam męża i śliczną córeczkę szesnastoletnią. Jednak, czyżby pan przypuszczał, że rodzina osłania człowieka przed katuszami samotności i jej pokus?
— To zależy od wielu okoliczności, o które nie śmiałbym pytać, nie będąc spowiednikiem pani, — odparł szorstko.
— Odpowiem bez pytań! — uśmiechnęła się. — Okoliczności mego życia są stworzone do udręki samotności!
Umilkła. Nesser postanowił nie podtrzymywać dalszej rozmowy.
Po chwili pani Sauvier wyciągnęła do niego dłoń i rzekła swobodnie:
— Będę rada, jeżeli pan zechce kiedykolwiek odwiedzić mnie... naprzykład, w chwili, gdy samotność stanie się zbyt dokuczliwą. Doprawdy znajdzie pan u mnie dużo ciepła i współczucia dla siebie! Rozumiem gorycz samotności! Nie wiem, co mnie skłoniło do zbliżenia się do pana... zdaje mi się, że było to podświadome przeświadczenie, że jesteśmy upieczeni z jednego ciasta... Oto — mój bilet wizytowy.
— Pani zbyt łaskawa... — ukłonił się dziennikarz z drwiącym grymasem na twarzy. — W każdym razie dziękuję!
Rozstali się, a Nesser po skończonym procesie wykonał szybki i ścisły rekonesans, nietrudny zresztą dla dziennikarza o rozległych stosunkach w policji i w różnych warstwach społecznych, włącznie do przeróżnych legowisk i wstrętnych spelunek. Zgromadzone przez niego wiadomości o rodzinie państwa Sauvier nie odsłoniły mu tajemnicy tak niezwykłej znajomości z panią domu. Sauvier był uczonym i, chociaż nie zajmował żadnego urzędowego stanowiska, a nawet miał raczej reputację dyletanta naukowego, jednakże posiadał daleko sięgającą ambicję, podwakroć wystawiając swoją kandydaturę do Akademji „Nieśmiertelnych“. Pan Sauvier żył z niewielkiej renty, więc informator Nessera z biura policji politycznej podkreślał zdziwienie swoje spowodu wystawnego trybu życia państwa Sauvier. Mieli oni siedzibę w pałacyku na Champs Elysees, przyjmowali u siebie ministrów, deputowanych, dyplomatów i najwybitniejszych ludzi stolicy.
— Państwo ci — mówił do Nessera informator — mieszkają wpobliżu pałacu prezydenta Rzeczypospolitej, a ja z urzędu mam oko nad jego sąsiadami, znam więc też szczegóły życia wszystkich obywateli tej dzielnicy. Nic podejrzanego nie spostrzegłem dotychczas u Sauvierów, jednak, powtarzam, źródła ich dochodów są mi nieznane, a tryb ich życia zastanawia mnie.
Inny znów znajomy dziennikarza, — jeden z tych, którzy zbierają wszelkie wiadomości o ludziach i handlują niemi, jak papierosami, lub taniemi krawatami na bulwarach, sprzedając swoje spostrzeżenia detektywom i oszustom w celach szantażu, zapewniał Nessera, że pani Sauvier miała już kilku kochanków.
— Z miłości chyba — dodał ze śmiechem, — bo piękna Regina dosięga już czterdziestki i czuje, że zbliża się czas, gdy trzeba będzie Amorowi dać dymisję i spłacać mu emeryturę w postaci usilnych masaży, Vichy, Institut de beauté i innych podobnych zabiegów. Przesuwa się tam w pałacyku jeszcze jedna osóbka... Powiewna sylwetka dziewiczej Margo, dwudziestoletniej córeczki państwa Sauvier. Tymczasem życie jej przedstawia mi się, jak bytowanie lilji lub storczyka w cieplarni! Fleur d’orange jest jej godłem, lilja biała — berłem, niewinność — koroną, chociaż... chociaż z klasztoru, gdzie dziewica ta czerpała ze źródła wiedzy i moralności, musiano ją zabrać gwałtownie. Podobno, słynęła jako mistrzyni w różnych drobnych przyjemnostkach, któremi inne białe lilje pod jej przewodem urozmaicały sobie długie, jałowe noce niewiniątek! Obecnie, gdy powróciła na łono rodziny, cnota jej pozostaje bez zarzutu. Śledziłem ją, bo już kilka starych wiedźm, co to zbierają wszelkie szczegóły o panienkach, aby naraić im dobre małżeństwo lub zamanić do domu schadzek, pytało mnie o nią.
W najbliższą niedzielę Henryk Nesser złożył wizytę państwu Sauvier. Wchodząc do tego domu, czuł się dziwnie podnieconym. Jakiś instynkt nakazywał mu zachować szczególnie zaostrzoną czujność. Zwracał uwagę na każdego człowieka w tym domu, przyglądał się najdrobniejszemu szczegółowi. Portjer — wytrawny wyga, obserwował gościa tak uważnie, że Nesser niemal fizycznie odczuwał dotknięcie jego szarych, wyblakłych oczu. Miał wrażenie, że zostaje poddany rewizji osobistej. Stary sługa zadzwonił na lokaja, dorodnego, atletycznej budowy draba o ruchach powolnych, jakgdyby skradających się. Zapytany, z kim właściwie chce się widzieć, — z panem, czy panią domu, dziennikarz odpowiedział, że z panią Reginą Sauvier. Wtedy został polecony opiece pokojówki — młodej i sprytnej dziewczyny o inteligentnym wyrazie twarzy. Uderzyła go nieco dziwna wymowa służebnej; wyczuł w jej głosie cudzoziemskie brzmienie. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tem, gdyż na spotkanie mu wyszła natychmiast pani Sauvier, niezawodnie uprzedzona już przedtem telefonicznie przez portjera.
Pani Sauvier wyciągnęła do niego obie ręce ruchem szczerym i życzliwym. Usadowiła go obok siebie na kozetce i z niezwykłą zręcznością skierowała rozmowę na jego własne życie. Nesser był głęboko zdumiony, bo nie wątpił, że piękna dama posiadała już o nim dość ścisłe wiadomości. Gdy ze zwykłem sobie szyderstwem napomknął jej o tem, pani Sauvier uśmiechnęła się tajemniczo.
— Mamy wspólnych znajomych — rzekła — od nich to zaczerpnęłam garść informacyj o panu. Interesował mnie pan nie od wczoraj. Z podziwem i zachwytem czytałam korespondencje pana z wojny Burów z Anglikami, z Chin podczas powstania partji „Wielkiej Pięści“, no — i z Algesirasu... Znajomy mój — dyplomata dał mi to do przejrzenia. Uważam pana za najwybitniejszego reportera politycznego, obdarzonego przedziwnym darem intuicji i jednocześnie — żelazną logiką!
— I piszącego w „Pioupiou“, w „Hałasie Ulicy“, „Żółtej Kokardzie“ i podobnych „organach“ prasy! — dokończył Nesser ze śmiechem.
— Gdyby tylko pan zechciał, dostałby się pan natychmiast do wielkich dzienników! — zawołała z głębokiem przekonaniem.
— Tego nie wiem, lecz też i nie dążę do tego — odparł. — Są to piśmidła określonych przekonań i niezmiennych kierunków. Wielkie płachty, zapisywane przez ludzi bez przekonań i bez kierunku wewnętrznego! Tymczasem ja śmieję się otwarcie z przekonań i gwiżdżę na wszelkie, wytknięte raz na zawsze kierunki!
Pani Sauvier zaczęła wypytywać go o pracę jego i zamiary. Szczere zainteresowanie różnemi drobiazgami, dotyczącemi jego prywatnego życia, wzbudziło w nim znowu niejasną podejrzliwość. Jednak wkrótce pomyślał, że, oprócz ciekawości damy z wielkiego świata, poznającej życie człowieka z innej, najmniej dostępnej sfery, pani Sauvier nie miała innych pobudek. Sprawiało mu to pewną przyjemność, że mógł opowiadać jej o swojem życiu, codziennej pracy i wytężonej, sprytnej walce o wybitne stanowisko w prasie. Pani Sauvier najbardziej jednak interesowała się jego minioną młodością, przeżyciami i pierwszemi samodzielnemi krokami. Robiła przy tem bardzo trafne domysły i uwagi, twierdziła też z całem przekonaniem, że nie jest on wcale cynicznym, ani amoralnym, za jakiego się podaje. Słuchał wszystkiego tego ze spokojnym uśmiechem, gdy przekonywała go, że to zapewne wskutek ciężkiego życia i pracy od lat dziecinnych przybrał sobie pozory cynika, które były niczem innem, jak tarczą obronną, ochraniającą go przed urojeniem i rozczarowaniem. Dotychczas nikt jeszcze o coś podobnego nie pytał go i nigdy jego spraw osobistych nie poruszał. Zdumiewało to Nessera coraz bardziej. Ta kobieta z niewątpliwą szczerością usiłowała odnaleźć w nim nie „publicznego mężczyznę“, lecz wprost — człowieka. Było to tak nowe i dziwne, że Nesser mimowoli uczuł pewną wdzięczność dla pani Sauvier. Zaniechał nawet wypowiadania w jej obecności swego cynicznego i paradoksalnego sądu o sobie, innych ludziach i różnych zjawiskach. Zaczął mówić poważnie, na pytania Reginy odpowiadać z całą prawdomównością, nieraz szorstką i drastyczną, chociaż wszystko, co wypowiadał, migotało błyskami dowcipu a było nacechowane głęboką znajomością życia i zrozumieniem duszy ludzkiej.
— To, co pan mówi jest tak ciekawe, że koniecznie muszę pana poznajomić z moim mężem! Pańskie myśli mogą mu się przydać w jego pracy naukowej, bo pan — to same życie z jego niedostępnemi dla nas tajnikami, on zaś — teorja, tworzona w czterech ścianach dostatniego domu!
Zadzwoniła na lokaja i poleciła mu poprosić pana Sauvier. Majestatyczny, trochę przesadnie poważny uczony przyjaźnie potrząsnął rękę Nessera. W oczach jego dziennikarz spostrzegł iskierki zaciekawienia; utwierdziło go to w przekonaniu, że i uczony pan Sauvier coś-niecoś już o nim słyszał.
Pan domu tworzył właśnie dzieło pod tytułem: „Fizjologiczne i psychologiczne podstawy nierówności warstw społecznych“. Zaczął się rozwodzić przed Nesserem na temat swoich badań, które miał przedłożyć Akademji. Wywody uczonego, przepojone bezgraniczną banalnością i tendencyjną logiką, sztuczną i obłudną, znużyły Nessera i podrażniły w nim skłonność do złośliwości i szyderstwa.
— Hm, ten pseudo-uczony kretyn pisze tak, aby się przypodobać konserwatywnej większości Akademji! — pomyślał. — Wszystko w tej pisaninie jest zmyślone, albo też zręcznie przekręcone, gwałtem za uszy podciągnięte dla potwierdzenia tezy.
Nie wypowiedział tego zdania głośno, lecz mruknął niechętnym, jakgdyby znudzonym tonem:
— Słuchałem wykładów Lucjana Lévy-Bruhla o umysłowości pierwotnej i uważnie przestudjowałem pracę Gobineau o nierówności ras ludzkich. Jestem przekonany, że w wieku XX-ym intelektualne i moralne granice pomiędzy ludźmi niemal zupełnie się już zatarły! Ludzie rodzą się z pewnemi odziedziczonemi pojęciami i zdolnościami do szybkiego przyjęcia przeróżnych, najnowszych, najdziwniejszych idej. Czyżby pan nie wiedział, z jak pospolitych rodzin wyszli Edison, Ford i cała rzesza amerykańskich i europejskich wynalazców i uczonych? To obala samo założenie tezy pana! Można i należy badać psychologiczne odruchy różnych elementów społecznych na pewne idee. Tutaj różnice byłyby istotnie rażące! Naprzykład — arystokracja i inteligencja kwalifikuje czyn zbrodniarza słowem „hańba“, chłop i wieśniak — mówi w tym wypadku — „fujara“, bo „fujarze“ nie udało się sprytnie ominąć kodeksu karnego. Być może, istnieją też nieznane tymczasem różnice fizjologiczne, wyrażające się w charakterze i napięciu aktywności. Gdy, powiedzmy, imperjum zaczyna się trząść w posadach, klasy wyższe usiłują ratować je, łatać dziury, lutować szczeliny; w tychże okolicznościach proletarjat, jak lawa, wyrywa się przez te dziury i szczeliny i ostatecznie burzy imperjum wybuchem rewolucji. Badanie tego rodzaju uważałbym za bardzo wskazane i pouczające...
Nesser odznaczał się wyrobioną, zawodową spostrzegawczością, wmig więc zauważył, że państwo Sauvier spojrzeli na siebie przelotnie, lecz porozumiewawczo, a potem wzrok swój zatrzymali na nim, oczekując dalszych jego rozumowań. Ogarnął go nagle pusty śmiech i chęć ośmieszenia uczonego dyletanta w oczach jego żony. Zmrużył oczy i spytał:
— Pan niezawodnie uzasadnia w pracy swojej prawo istnienia nierówności socjalnej?
— A niezawodnie! — z powagą potwierdził uczony.
Nesser wybuchnął złośliwym śmiechem.
— Nie mam przyjemności znać pańskich badań i dowodzeń, jednak w tej chwili wpadam w trans jasnowidzenia. Nie wątpię, że posługuje się pan pewnym potężnym argumentem. Sformułuję go tak: zdarza się, że nędzarz umiera z głodu, patrząc na przechodzącego obok przesyconego, opasłego burżuja. Cóż powstrzymuje biedaka od schwytania bogacza za gardło i wpicia się zębami w jego szyję? Wiemy, że tymczasem przyczyna tego paradoksalnego zjawiska, niemożliwego w świecie zwierzęcym, tkwi w przeświadczeniu, że tak być powinno. To przeświadczenie, jak bez wątpienia dowodzi pan, oparte jest na potężnym wpływie kościoła? Twierdzi on bowiem, że sam Bóg chce, aby na ziemi istnieli nędzarze i bogacze, uciemiężeni i ciemiężcy, że dopiero w innem, lepszem życiu wszyscy się zrównają. Niezawodnie potwierdza pan swoje rozumowania opinją Napoleona, który mawiał, że „gdyby nie istniała religja, — ludzie mordowaliby się, walcząc o najsłodszą gruszkę i o najpiękniejszą dziewczynę“. Co do mnie, to jestem przekonany, iż Bóg za tak obłudne tłumaczenie Jego woli, zrzuci kiedyś na plugawy glob ziemski jakiś porządny bolid, który zaprowadzi tu ostateczny porządek!
W tej chwili weszła do pokoju panna Margo. Była to ścisła kopja matki, choć w młodszej edycji. Ta sama wyniosła postawa, surowa twarz o rozumnych, pięknych oczach i niewysłowiona, niepasująca do zewnętrznego wyglądu, ujmująca serdeczność i prostota. Nesser spojrzał na nią z ciekawością i przypomniał sobie opowiadanie o „białej lilji“, wydalonej z pensji klasztornej za mistrzostwo w rozpuście.
— Ee, chyba to plotki! — pomyślał prawie z oburzeniem.
Istotnie, dziwnie zrównoważona, dziewiczo spokojna i beztroska postać panny Margo nie zdradzała najmniejszej zmysłowości i zalotności. Jedynie nieco ciężkie i chwilami zbyt przenikliwe spojrzenie piwnych oczu i głęboki, niski głos, świadczyły, że życie nie było może dla tej pięknej dziewczyny absolutną zagadką Sfinksa, a usta jej umiały już wyrażać uczucia gwałtowne i namiętne.
W ten sposób więc zaczęła się znajomość Henryka Nessera z domem państwa Sauvier. Bywał u nich częstym gościem, gdyż zapraszano go na wszystkie przyjęcia. Poznał tam wielu wybitnych i możnych ludzi — dyplomatów cudzoziemskich, kierowników opinji publicznej, uczonych i artystów, a urocza pani domu nigdy nie traktowała skromnego dziennikarza zdawkowo; przeciwnie zawsze znajdywała chwilkę, aby wypytać Nessera o to, co stanowiło treść jego osobistego życia, rzucić mu kilka słów życzliwych i ciepłych. Samotny i nieprzyzwyczajony do troskliwości, którą wyczuwał w słowach pani Sauvier, ku wielkiemu swemu zdumieniu spostrzegł, że gdzieś w głębi jego serca budzi się dla niej coś nakształt wdzięczności i przyjaźni. Nie chciał już analizować przyczyny tak nieoczekiwanego z jej strony stosunku do siebie. Sprawiało mu to przyjemność, więc wolał nie rozumować. Pewnego razu Nesser, zwiedzając kopalnie węgla, gdzie po wybuchu gazów podziemnych zawalił się szyb, przeziąbł i zapadł na ciężkie zapalenie płuc. Leżał samotny w swoim pokoju, opuszczony przez wszystkich, gdyż chory i bezczynny nikomu nie był potrzebny, jak wyszargany i wyświechtany łachman, nie nadający się nawet do kosza śmieciarki, zniszczony mechanizm, który nagle znieruchomiał. Lekarz, wezwany na żądanie chorego, zapisał mu jakieś środki patentowane, schował do pugilaresu stufrankowy banknot i odszedł obojętny, w przekonaniu, że od tego „kawałka“ zysku mieć już nie będzie, bo jedno z dwojga — umrze, albo się wyliże, nie wzywając go po raz drugi. Służba niechętnie zjawiała się na dzwonki chorego, więc Nesser postanowił spać jaknajwięcej i o niczem nie myśleć. Jako człowiek, który często miewał przemęczone nerwy i mózg, posiadał zdolność pogrążania się w „nirwanę“, jak nazywał stan suggestywnego bezwładu myśli.
Na trzeci dzień choroby zapukał ktoś nagle do drzwi jego pokoju. Nesser zdumiał się. Weszła pani Sauvier, obładowana paczkami. Bez powitania zaczęła mu robić gorzkie wyrzuty, że nie powiadomił jej o swej chorobie, że nie czuje, widać, jej prawdziwej przyjaźni dla siebie, że jest manekinem, pozbawionym uczuć ludzkich. Zrzuciła na kanapę okrycie i zaczęła się krzątać. Postawiła na stole bukiet kwiatów, ułożyła na talerzu owoce, nalała kieliszek starego porto i zmusiła chorego do wypicia. Potem obejrzała pokój i, otuliwszy Nessera w koce, przewietrzyła lokal, uporządkowała w nim wszystko i dopiero wtedy usiadła. Gdy kładła dłoń na rozpalone czoło chorego i cicho, z macierzyńską troską głaskała go po wychudłych policzkach, ożywił się i z nieukrywanem zdumieniem patrzał na wzruszoną twarz pani Sauvier i jej oczy, pełne łagodnych błysków.
Nesser znał dobrze różne przejawy nastrojów ludzkich, lecz ten samotny i obcy dla wszystkich człowiek nigdy nie zadał sobie trudu zrozumieć kobiety. Gdyby kiedykolwiek głębiej zajrzał w jej duszę, gdyby nie dopatrywał się w niej jedynie samicy, obdarzonej zmysłowością dla wykonania przeznaczenia życiowego — rozrodczości, zrozumiałby był powiedzenie Kanta: „erst Mann und Weib zusammen machen den Menschen aus“, zagadkową przypowieść Buddby Sakya-Muni o dwu studniach, połączonych podziemną rzeką, a może nawet utajone dla nas znaczenie stworzenia kobiety z kości męża. Dziennikarz nie wiedział tego, że najgorsza, najbardziej upadła kobieta w pewnych chwilach może stać się uosobieniem dobroci i miłosierdzia. Zazwyczaj staje się taką w obecności słabej, bezbronnej istoty — zabłąkanego motyla, trzepocącego na szybie okna, zranionego ptaka, płaczącego dziecka i chorego mężczyzny. Nie podejrzewał też tego, że o ile bezradniejszym się staje mocny, dumny mężczyzna, o tyle silniej przejawiają się w kobiecie jej właściwości pierwotne, pobudzając inne, leżące pomiędzy trzema punktami: macierzyńskiem uczuciem, podrażnieniem zmysłów i miłością, nieraz równą bohaterstwu.
Od tego dnia pani Regina codziennie, czasami nawet po dwa razy, odwiedzała go, przywoziła swego lekarza, dawała niezliczone dowody troskliwości, a, gdy nadszedł kryzys choroby, przy chorym, miotającym się, bełkocącym jakieś niezrozumiałe, poplątane, porwane na strzępy słowa, spędziła nawet dzień cały i część nocy. Pochylała się nad nim, zmieniała mu okłady, poiła, podawała lekarstwa, jak najlepsza pielęgniarka. Lokaj George po dwa razy dziennie przynosił Nesserowi posiłek i usługiwał mu.
Samotny mężczyzna jest zawsze bezbronny przed dobrocią i troskliwością kobiety. Wdzięczność jego przechodzi niespostrzeżenie w miłość. Tak się też stało z Nesserem. W formie prostej, niczem nie przykrytej, nie zamaskowanej obłudnemi, wykrętnemi frazesami, wyznał swoje uczucie pani Sauvier, niczego zresztą od niej nie żądając. Zarumieniona, jak młoda panienka (tak się wydało Nesserowi), z okrzykiem szczęśliwym, przytuliła się do jego piersi. Wkrótce Nesser stał się kochankiem pani Reginy Sauvier. Wydało mu się, że było to zupełnie naturalną konsekwencją powstałego między nimi stosunku. Pani Sauvier nie dramatyzowała i nie opierała się bynajmniej. Szepnęła tylko jakimś dziwnym głosem:
— Wiedziałam oddawna, że tak będzie... Wtedy, gdy jeszcze ciebie nie znałam.
Henryk Nesser nic nie przyrzekał Reginie i nie usiłował nawet zdobywać jej serca zwykłym manewrem męskim. Była w tem wszystkiem ukryta jakaś niepojęta ugoda, coś dziwnie nieuniknionego, niby przeznaczenie. Tak myślał Nesser. Od tego dnia widział Reginę taką, jaką chciało znać jego serce.
A pani Sauvier była kobietą mądrą. Zgłębiła już była poprzednio prawdę, że serce nienasycone narzuca na oczy mężczyzny zasłonę nieprzeniknioną, poza którą, jak za pokrowcem Izydy, pozostaje nigdy nieugaszone pragnienie odsłonięcia jej i poznania tajemnicy. Nesser nie czuł nigdy przesytu w miłości do Reginy. Trzymała go ona w karbach pożądania i pragnienia, więc stał się ślepym i głuchym na wszystko. Otrzeźwienie przyszło z zewnątrz dopiero po roku, wstrząsnęło nim do głębi i niemal złamało.
Pewnego razu spotkał agenta policji, z którym podtrzymywał stosunki towarzyskie. Ten skinął na niego i przyciszonym głosem zapytał:
— Chce pan mieć temat sensacyjny? Niech mię pan tylko nie zdradzi. Wykryliśmy organizację szpiegowską... W sprawie tej zamieszani są państwo Sauvier. Niech pan przyjdzie do mnie do biura, pokażę panu materjał kompromitujący ich, zabrany podczas rewizji u członków tej bandy. Powiadam panu — skandaliczna afera! Dyplomaci, bankierzy, przemysłowcy, artyści — kogo tam tylko niema?!... Zastanie mnie pan w biurze o piątej, czekam!
— Czy u Sauvierów przeprowadziliście już rewizję? — spytał Nesser, blednąc straszliwie.
— Tymczasem jeszcze nie mieliśmy rozkazu, — odpowiedział agent policyjny. — W centrali wahają się, bo może z tego wybuchnąć skandal nielada!
Pożegnawszy go, dziennikarz odrazu pojechał do Sauvierów. Chwilami dręczyła go myśl, że nie powinien ratować zdrajców, lecz miłość starała się obłudnie usprawiedliwić kochaną kobietę. Tłumaczył sobie, że, jeżeli państwo Sauvier są zamieszani w nikczemnej aferze, to odpowiedzialnym za wszystko jest wyłącznie mąż. Regina nie mogła brać w tem udziału; znał przecież jej poglądy i przekonania, wierzył jej słowom i uczuciom bez zastrzeżeń, gotów był ręczyć za nią własną głową. Uspokajał też sumienie swoje jeszcze jednym, najsilniejszym w rozumowaniu jego argumentem. Czemżeż jest Francja dla niego? Takim samym szmatem ziemi, jak Anglja, Niemcy lub Boliwja. Niech dbają o nią Francuzi, jeżeli bez tej „ojczyzny“ żyć nie mogą! On jest obywatelem Francji, lecz nie synem jej. Od niego można wymagać jedynie lojalności; miłość zaś i patrjotyzm to sprawa odrębna i dla innych przeznaczona ludzi. Nic go też obchodzić nie powinno, gdyby nawet Regina maczała palce w nieczystych sprawkach szpiegowskich!...
Nesser znał się na metodach policyjnych, więc umiał zachować ostrożność i przebiegłość. Nie wszedł więc tym razem do domu Sauvierów, tylko, przeszedłszy ulicę i nie zauważywszy jawnych, ani ukrytych posterunków, wstąpił do pobliskiej kawiarni i posłał do Reginy piccolo.
— Musisz zobaczyć się z samą panią domu i powiedzieć jej, że w magazynach Louvru w dziale rękawiczek oczekują jej przybycia natychmiast, gdyż inaczej zamówienie nie będzie wykonane — objaśniał posłańca.
Gdy chłopak powrócił, dziennikarz pojechał na miejsce schadzki. Wkrótce spostrzegł nadchodzącą Reginę.
— Co się stało, mój najdroższy? — zawołała, ujrzawszy Nessera. — Domyśliłam się odrazu, że to ty mnie wzywasz.
Wyszli razem na ulicę i wsiedli do taksówki. Nesser przez mocno zaciśnięte wargi syknął:
— Policja wykryła, że jesteście szpiegami... Dziś niezawodnie będzie u was dokonana rewizja... Uprzedzam...
Pani Sauvier poruszyła się gwałtownie, lecz po chwili opanowała wzruszenie i odparła swobodnie, prawie wesoło:
— Co za nonsens! My — i szpiegostwo? Jest to spewnością jedynie wynik naszej lekkomyślnej znajomości z panią de Basse! Słyszałam już, że istotnie ma ona jakieś zatargi z policją. Nie jesteśmy jednak odpowiedzialni za tych, których przyjmujemy w swoim domu!
— Uprzedziłem... — syknął znowu Nesser.
Był blady, jak widmo. Na jedną zaledwie chwilę zawodowa spostrzegawczość obudziła się w nim i przemogła wszystkie inne uczucia. Starczyło tego, aby wprawne oko i wrażliwość na różne drobne odruchy, pochwyciły niepokój i błysk nagłego strachu w oczach Reginy. Już wiedział napewno, że jest zamieszana. Nie należy zatem ratować jej przed karą, niech się stanie zadość sprawiedliwości. Zdradę, czy względem jednostki, czy też całego państwa uważał zawsze za najohydniejszą, najnikczemniejszą zbrodnię. Była to cecha wspólna wszystkim silnym i zuchwałym osobnikom. Zdawało mu się, że myśl ta góruje nad wszystkiem i musi pokierować jego czynami. Jednak po chwili, Regina namiętnym ruchem objęła go, wpiła mu się gorącemi ustami w wargi, zajrzała swemi mądremi oczami, pełnemi łez i szepnęła:
— Najdroższy mój, cudny... chcesz uratować swoją bardzo nieszczęśliwą, bezbronną Rége! O, ty jesteś dobry, nieskończenie szlachetny!
Nesser zwolnił się z jej objęć i ponurym głosem rzucił:
— Jestem nikczemnikiem, jak i wy...
Regina oplotła go ramionami i jęła szeptać, dotykając jego ucha gorącemi wargami:
— Przysięgam, że o niczem nie wiem... Znasz mnie przecież?! Henri, przecież znasz? Przed tobą jedynym nie miałam tajemnic, duszę swoją obnażyłam ci do dna... Czyś już zapomniał o naszych wieczorach cichych marzeń, rachunku sumienia, wspomnień, wynurzeń i... miłości?! Ratuj nas! Mam u siebie kilka listów od tych, którzy mogą być zamieszani w tej aferze...
Zimna, błyskawiczna, jak prąd zrywającego się nagle mroźnego podmuchu, myśl przemknęła przez głowę Nessera. Znowu zrozumiał, że Regina oczekiwała katastrofy, może wiedziała już o niej, i wreszcie — że jest winna. Milczał, nie podnosząc oczu. Pani Sauvier dobrze poznała swego kochanka i nieznacznym ruchem opuściła firankę w oknie auta Kilka słów wypowiedzianych mu do ucha urywanym, przejmującym szeptem, kilka pieszczot — przelotnych a szalonych starczyło, aby prysnęły wszelkie obawy i postanowienia; a dowodzenia rozumu umilkły natychmiast. Pożądał jej teraz, płonął cały, odpowiadał na jej pieszczoty, rzucał słowa miłosne.
— Stracić ją na zawsze?! — miotała się myśl straszna i rozpaczliwa. — Nigdy! Przenigdy!
— Przyjadę do ciebie za kwadrans... — szepnęła Regina zdyszanym głosem. — Wracaj teraz do domu!
Kazała szoferowi stanąć w małej bocznej uliczce i wyskoczyła z taksówki. W kwadrans potem Nesser, nieprzytomny, szalał w objęciach pani Sauvier, i poprzez chaos tętniącej krwi, posłyszał jej szept rozkazujący:
— Przywiozłam paczkę z listami — twojemi i innemi, schowaj, zabiorę ją później...
W milczeniu skinął głową i szukał ustami jej ust, ściskał w płonących ramionach jej ciało, zawsze pożądane, lecz pokorne mu zaledwie na krótką, niewiadomo kiedy przychodzącą chwilę, o której marzył nieraz długie dnie i noce.
O piątej po południu Nesser stawił się w biurze znajomego agenta policyjnego.
— Ależ sprytne bestje! — zawołał ten do wchodzącego dziennikarza. — Przeprowadziliśmy rewizję u Sauvierów...
Nesser skamieniał i czekał.
—... i nic ważnego nie znaleźliśmy. Musieli być uprzedzeni i oczyścili się na fest. Sędzia śledczy nie miał żadnych podstaw do aresztu... Szczwana publika!
Agent wydobył z szafy dokumenty, zabrane u innych szpiegów i podał Nesserowi. Dziennikarz przeglądał listy, telegramy, notesy. Że byli to szpiegowie — nie podlegało żadnej wątpliwości.
Zagłębiony w czytaniu obfitego materjału Nesser poczuł nagle, że siedzący przy biurku agent przenikliwie mu się przygląda. Podniósł głowę i spojrzał na niego.
— No, co? Jak pan myśli? — spytał agent, przymrużając oko.
— Istotnie bardzo rozgałęziona i różnorodna banda! — odparł dziennikarz. — Można twierdzić stanowczo, że ma się tu do czynienia ze szpiegami. Niektóre z tych osób znam osobiście, bo spotykałem je u Sauvierów. Któż mógłby je o to podejrzewać?! Głośne nazwiska, wspaniała sytuacja w najwytworniejszej sosjecie! A to się spodlił ten świat!
— Jakżeż się cieszę, że pan tak mówi! — zawołał agent policyjny.
— Dlaczego?
Urzędnik, nie odpowiadając, wydobył małą kopertę i rzucił ją przez stół Nesserowi. Zaledwie kilka listów zawierała mała, szara koperta. Listy pana Sauvier, pisane do trzech jego przyjaciół, i dwa listy Reginy. Pan Sauvier w tonie światowym i dowcipnym, donosił, że wie o bliskich stosunkach, istniejących pomiędzy jego żoną a adresatem; gwarantował spokój i „politykę neutralną“ pod warunkiem jednak, że otrzyma żądaną sumę.
— W przeciwnym razie — pisał przyszły „nieśmiertelny“, — będę bronił swego „jedynego skarbu — ubóstwianej żony“ i skorzystam z posiadanych wiadomości o tajnej akcji „burzycieli mego szczęścia“. Uczynię to przy współudziale przyjaciela mojej żony, węszącego wszelkie sensacje reportera, Henryka Nessera, który stanie się ślepem narzędziem w naszych rękach.
Nesser zbladł i spojrzał na przyjaciela.
— Szantaż!... — jęknął.
— Ohydny szantaż! — poprawił go agent policyjny. — Ale czytaj pan dalej! Przekona się pan do jakiej zacnej kompanji pan trafił i omal nie skręcił sobie karku.
Nesser sztywnemi palcami rozwinął listy Reginy. Znane mu dobrze pismo — duże, ostre, bardzo czytelne. Były to listy, pisane do dwuch jej kochanków — pewnego dyplomaty i wybitnego deputowanego, których dziennikarz spotykał na rautach w pałacyku Sauvierów. Regina pisała do obydwuch prawie jednobrzmiące listy miłosne, w wyuzdanych barwach malując przeżyte z nimi sceny i jakgdyby lubując się w najbardziej ohydnych, plugawych obrazach i nazwach niezwykłej perwersji. Wkońcu uspokajała zazdrosnych kochanków, robiących jej wyrzuty spowodu Nessera. Śmiała się z ich podejrzeń. Czyż mogłaby się była poniżyć do tego plebeusza, wstrętnego pasorzyta żółtej, żerującej na szantażu prasy, do tego człowieka o poziomej duszy i włochatych łapach rzeźnika, ona — posiadająca najbłękitniejszą krew w żyłach, — i to w chwili, gdy czuje jeszcze dreszcz rozkoszny po namiętnych pieszczotach niezrównanego kochanka, demona uciech miłosnych, mistrza wyuzdania i porywu, jakim jest... Tu następowały zdrobniałe, czułe imiona adresatów i podziękowania za miłe upominki, o których powiadomił ją bank...
Nesser skończył odczytywanie listów i opuścił głowę na złożone na stole ręce. O niczem narazie nie myślał, nie mógł myśleć. Jakiś bezmierny, druzgocący ciężar zwalił mu się na piersi i mózg, zgniótł go i zmiażdżył. Nie czuł nic. Ani bólu, ani goryczy poniżenia, ani rozpaczy. Powoli budził się z odrętwienia, z mroku chwilowej śmierci duszy.
— Kochałem tę kobietę... — wyjąkał, widząc zdumiony wzrok przyjaciela. — O, jakżeż kochałem, po raz pierwszy, każdą kroplą krwi, każdym odruchem serca!...
— Tak! — westchnął agent ze współczuciem. — Ciężki to cios... jednak, lepiej wcześniej niż zapóźno. Taka kobieta mogłaby była doprowadzić pana do zbrodni!... Niezawodnie w tym celu przywiązała pana do siebie...
Doprowadzić do zbrodni?!... Słowa te wróciły Nesserowi przytomność. Zbrodnia już popełniona! Ukrywa w swojem mieszkaniu kompromitujące Sauvierów dokumenty. Już otworzył usta, aby powiedzieć o tem agentowi, lecz jakaś myśl zawarła mu je znowu.
— Pozwoli pan, że porobię sobie notatki, aby czegoś nie poplątać? — spytał.
Musiał uporządkować myśli i opanować wrażenie.
— Proszę! — odparł agent. — Co do Sauvierów, to listy ich znakomicie posłużą prokuratorowi. O ile wiem, pod groźbą przyłączenia ich do dokumentów sądowych, państwo Sauvier zmuszeni będą dać wyczerpujące wyjaśnienia sędziemu śledczemu, wyjaśnienia, oczywiście, przeciwko oskarżonym.
Nesser zapisał sobie daty, nazwiska, treść listów, wziętych przy rewizji. Skończywszy, poszedł do domu. W drodze powziął pewne postanowienia. Brzydził się niemi, lecz inaczej postąpić nie mógł. Nie miał sił przezwyciężyć siebie. Chwilami krzywił usta i mruczał:
— Jestem ostatnim idjotą! Co ja wiem o duszy i sercu ludzkiem... Dowodziłem, że ten nieborak Basquier-Remau znał dobrze panią Lion! A ja? Czyż nie myślałem tego samego o sobie?!
Wzdrygnął się cały, bo zjawiła się w nim nagła pewność, niezachwiane przeczucie, że zastanie u siebie Reginę. Wchodząc bez pukania, spostrzegł ją istotnie, gorączkowo przetrząsającą jego szafę, biurko i walizki. Szukała niezawodnie swej paczki; niewątpliwie — wyszłaby z nią, nie czekając na powrót Nessera. Dziennikarz jednak mimo wszystko był przezorny i ostrożny. Obawiał się wizyty policji. Paczkę ukrył w koszu ze śmieciami, stojącym na schodach. Nie witając zmieszanej i zdumionej Reginy, przyniósł paczkę i oddał jej.
— A teraz proszę mnie opuścić! — wyrzęził przez ściśnięte skurczem gardło.
— Henryku, co to znaczy? — zawołała z niepokojem, usiłując ogarnąć go ramieniem.
Nesser odsunął ją od siebie i ponurym, zimnym głosem mówić począł:
— Czytałem listy pani, wzięte przy rewizji u jej kochanków, którzy posyłali pani miłe upominki przez bank. Pani rozumie teraz? Mógłbym przez zemstę zgubić ciebie i twego szanownego małżonka, wydać was w ręce sprawiedliwości, lecz chcę sam zdeptać was moralnie, poniżyć do krańców pohańbienia! Mam na to prawo, bo w błoto cisnęłaś miłość moją! Podeszłaś mnie... uczyniłaś ze mnie narzędzie szantażu...
— Henryku... — błagała pani Sauvier.
— Nie mam już żadnych skrupułów, aby wywlec wasze życie na światło dzienne i pokazać je w całej ohydzie i nagości wstrętnej światowej prostytucji! Uczynię to!
Tego było za wiele. Estetyczne i arystokratyczne nerwy pięknej pani o „najbłękitniejszej krwi“ nie wytrzymały. Uderzyła go w twarz, wykrzyknęła zrozpaczonym głosem, że jest najbrutalniejszym z Niemców, najpotworniejszym z Anglików, najpodlejszym z Francuzów i wybiegła, zaciskając w rękach tajemniczą paczkę. Był to właśnie ów nierozsądny postępek oburzonej damy. Dowiodły tego wkrótce sensacyjne feljetony Nessera — „Dobre obyczaje rodziny Sauvier“...
Obyczaje!... Henryk Nesser podniósł ramiona i przymrużył oczy. — Obyczaje? Tytuł nie zawierał ścisłego określenia wypadków, zachodzących w porządnym, iście burżuazyjnym domu państwa Sauvier... Kryła się tam ciągła, ohydna zbrodnia.
Nesser spodziewał się, że prokurator wglądnie w to „zwykłe“ życie „uczciwych i czcigodnych obywateli“, aby się stało zadość prawu i pojęciu o okrzyczanej, powszechnie uznawanej moralności. I cóż? Wszczęto przeciwko niemu i „Hałasowi Ulicy“ dochodzenia sądowe o obrazę i oszczerstwo!... Jakże się miał bronić? Zagroził opublikowaniem bardzo skandalicznych listów, pisanych do niego przez uroczą Reginę, a także i tych, które nie zostały odczytane podczas toczącego się procesu szpiegów. Dochodzenie zostało gwałtownie przerwane. Głowa czcigodnego gniazda, pan Sauvier, odgrażał się, że pośle Nesserowi świadków lub ordynarnie obije szantażystę na ulicy. Nesser dał mu do zrozumienia, że od pojedynku się nie uchyli, a co do obicia, to radził panu Sauvier poinformować się u małżonki, co do wagi hantli, któremi ofiara zamierzonego skarcenia publicznego trenuje się po burzliwie spędzonej nocy. Wszystko się potem uspokoiło. Czczigodna rodzina Sauvier zmuszona była wynieść się na prowincję. Burżuazyjna sfera uznała postępek Nessera za nikczemność, uważając jednocześnie, że nie można też dłużej tolerować w swojem gronie Sauvierów, skoro tajemnica ich domu stała się własnością pogardzanej ulicy i motłochu. „Uczonemu“ pozostało jedyne wyjście — porzucić marzenie o mundurze i szpadzie „nieśmiertelnego“ i wraz z małżonką ukryć się „na pustyni“.
Całe to zajście nie przeszło jednak bez śladu w życiu i usposobieniu Nessera. Posiadał zdolność i śmiałość do ścisłego i zimnego rozumowania. Nie bał się patrzeć prawdzie w oczy. Z zupełną przeto świadomością i spokojem, jakgdyby rozsądzał sprawę cudzą, uznał postępek swój względem Sauvier za podłość. Długo pozostawał w rozterce duchowej. Gryzły go nawet wyrzuty sumienia. Uczynił dwie nikczemności naraz. Utrudnił sądowi możliwość należytego ukarania winnych, bo, jak podejrzewał, najbardziej kompromitujące dokumenty zawierała ukryta przez niego paczka. Zemścił się w sposób ohydny, niemęski na Reginie i jej mężu. Usiłował przekonać siebie, że robił to z pobudek wyższych, aby oczyścić społeczeństwo od szerzącej się zarazy, lecz, grzebiąc się dokładnie w swoich wspomnieniach i przeżyciach, zrozumiał, że głównym bodźcem do opublikowania „Dobrych obyczajów rodziny Sauvier“ była zemsta za swoje rozbite i sbańbione uczucie do Reginy.
— Oplułem rodzinę Sauvier, ale i siebie nie oszczędziłem! — wyciągnął ostateczny wniosek.
Od tej chwili stał się jeszcze bardziej wyniosły, niedostępny, odpychał od siebie nawet niewybredną brać dziennikarską cynizmem, chłodem i bezczelnością człowieka, który, jak mu się samemu wydawało, zerwał z całem społeczeństwem i nie ma już nic do stracenia. W tym też czasie postanowił z burżuazyjnemi kobietami żadnych nadal romansów nie zawiązywać.
— Wymagające, przeczulone, nieposiadające żadnych zasad, oprócz wygórowanego o sobie pojęcia, z którego same się w duchu śmieją, narzucając je innym. Nie! Takie damy — to nie dla mnie! Lubię szczerość i racjonalizm! — rozumował Henryk Nesser.
Przypomniawszy sobie to postanowienie, obrzucił pogardliwem spojrzeniem jakąś przechodzącą pod parasolom panią, jakgdyby do niej to właśnie kierował swoją myśl, i automatycznie przeniósł wzrok na przeciwległą stronę ulicy. Przeczytał ogromny złocony szyld: „Dusza dnia“. Uśmiechnął się. Znał redakcję tego dziennika. Trudniąc się reporterką sensacyjną, sprzedawał dorywcze artykuły i feljetony dla „Duszy“. Nigdzie nie pracował stale. Handlował swojem piórem, drukując się tam, gdzie płacono mu najkorzystniej. Licytował się umiejętnie i uparcie, dostarczając towar pierwszorzędnej dla prasy wartości. Wszędzie przyjmowano jego artykuły. Nie szedł nigdy śladami innych dziennikarzy. Dawał tylko to, czego oni zwęszyć nie potrafili, lub oświetlał znane wypadki pod całkiem niespodziewanym a zawsze głębszym i dziwnie niepokojącym kątem widzenia. Chełpił się z tego, że nie posiadał żadnej moralności i nie krępował się żadnemi skrupułami. Jedyną moralnością Henryka Nessera stała się sztuka niezależnego życia. Brak wszelkich zasad zabezpieczył mu najlepsze zastosowanie jego zdolności w prasie codziennej.
Nesser potrafiłby (i robił to zresztą kilkakrotnie) z niezwykłą szczerością, entuzjazmem i łatwością napisać feljeton na dowolny temat dla skrajnie syndykalistycznego świstka, przemycanego potajemnie; mógł też być pożytecznym w klerykalnem piśmidle, nudnem, nieruchomem, jak zarośnięty wodorostami staw, i niemądrem, jak wszystkie komunały, któremi ludzie zohydzają i pospolitują prawdziwy dar Boży, — gorącą wiarę w istnienie Najwyższej, Najmądrzejszej i najbardziej Tajemniczej Potęgi.
Pod szklanym dachem, wystającym nad wejściem do redakcji, stały cztery osoby, chroniące się tam przed deszczem. Nesser z przyzwyczajenia reporterskiego ślizgnął się po nich wprawnem okiem obserwatora i znowu się uśmiechnął.
— Symbol prasy! — syknął złośliwie.
W głębi, wpobliżu wejścia stał gruby, o wielkim opasłym brzuchu ksiądz. Usiłował przystroić tłustą, rumianą twarz w wyraz świętobliwego oburzenia. Zaciskał w ręku malutki brewjarz — czarno oprawną książeczkę ze złotym krzyżem i czerwonem obcięciem. Na lewo od niego krzycząco ubrana dziewczyna zawodowo uśmiechała się wykarminowanemi ustami i mrugała niebieskiemi powiekami do wysokiego młodzieńca, wystrojonego podług ostatniej mody. Blada, nerwowa, o mocno zaciśniętych ustach twarz jego, nosząca ślady wszystkich nałogów, i świdrujące, niespokojne spojrzenie były dobrze znane Nesserowi. Nieraz już pisał o tych hjenach wielkomiejskich, polujących na niebaczne, żądne wrażeń damy z towarzystwa i nieznających Paryża cudzoziemców o suto wypchanych pugilaresach. Młodzieniec, nie zwracając uwagi na zachęcające uśmiechy dziewczyny, wpatrywał się ostrym wzrokiem w elegancką torebkę stojącej przed księdzem damy. Ksiądz, niby to poprawiając i otrząsając z deszczu szeroki, pluszowy kapelusz, zerkał na foremne łydki damy i na jej wąskie zgrabne biodra. Ruszał przytem wargami, jakgdyby coś żuł lub powtarzał jedno i to samo słowo.
— Symbol prasy codziennej, owej „duszy dnia“ — sformułował Nesser swoją myśl. — Nierząd, drapieżne instynkty, hipokryzja i... zdrada!
Że dama, wzbudzająca w duchownej osobie wyraźne żądze, zdradzała swego męża lub kochanka, — Nesser nie wątpił. Spostrzegawczy wzrok jego przyłapał nieznaczne ruchy jej rąk i oczu. Niby przypadkowo podnosiła dłoń, palcami i powiekami dając jednocześnie jakieś znaki.
— Sygnalizuje... — domyślił się Nesser.
Porwany nagłą ciekawością, podniósł kołnierz od palta, głębiej wtłoczył na czoło kapelusz i, przeszedłszy na drugą stronę ulicy, stanął obok księdza. Udał, że chce zawrzeć znajomość z dziewczyną, szukającą zwykłej w jej fachu przygody; tymczasem oczy jego starannie badały przeciwległe domy. Wkrótce spostrzegł starszego pana. Wyglądał z okna trzeciego piętra hotelu i również wyczyniał tajemnicze znaki.
— Nie! Ten stanowczo nie nadaje się na kochanka! Stary i niebogaty, bo mieszka w podrzędnym hotelu — kombinował Nesser.
Dama tymczasem niecierpliwie potrząsnęła głową i, już, prawie nie kryjąc się, gestykulowała tak wyraziście, że nawet niewtajemniczony Nesser pomyślał:
— Mówi do staruszka: „skoro jesteś tak głupi, że nic nie rozumiesz, to wychodź — opowiem ci wszystko, a spiesz się, stara mumjo!“
Istotnie, jegomość zniknął, a gdy za chwilę znowu ukazał się w oknie, miał już kapelusz na głowie i palcem wskazywał na ulicę. Dama otworzyła parasolkę i poszła chodnikiem. Wkrótce przyłączył się do niej siwy, poważny pan w nieprzemakalnym płaszczu. Nesser, nie zdając sobie sprawy, dlaczego to czyni, podążył za nimi.
— Czyżby to była zakochana para? — zapytywał się w duchu i usiłował podsłuchać toczącą się rozmowę.
Podszedł tak blisko, że dobiegły go niektóre zdania w języku niemieckim:
— Musimy zawczasu wyjechać... piątego lipca w Potsdamie zapadła ostateczna uchwała co do wypowiedzenia wojny... — mówiła dama, pochylając się do swego towarzysza. — Nasza armja wkroczy do Luksemburga i Belgji...
— Czyżby się odważono na to? Czy jest to całkiem nieuniknione? — pytał stary jegomość niespokojnym głosem.
— Tak! — padła stanowcza odpowiedź. — Wszystko jest przewidziane i postanowione nieodwołalnie... Najdalej za miesiąc — wojna... Musimy wyjeżdżać, bo inaczej...
W jednej chwili wyćwiczona pamięć Nessera nagromadziła fakty, niepokojące opinję publiczną: zamordowanie 28-go czerwca bieżącego roku w Bośni austrjackiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, wściekły ton dzienników wiedeńskich i berlińskich, pokojowe usprawiedliwienia się rządu serbskiego i pełne trwożnego ostrzeżenia artykuły prasy francuskiej. Zestawiwszy to wszystko, w jednej chwili zbliżył się do idącej przed nim pary. Uchylił kapelusza, długo z udaną obawą oglądał się na wszystkie strony i mruknął po niemiecku:
— Znam państwa, więc uprzedzam... wyjeżdżajcie z Francji, gdyż wojna jest nieunikniona... mam te wiadomości z naszej ambasady...
— To i panu o tem powiedziano? — wyrwało się damie nieopatrzne pytanie.
Zwracając się do swego towarzysza, rzekła tonem wymówki:
— A widzi pan? Miał pan jeszcze wątpliwości!
Jednak stary jegomość, widocznie, szarpnął, czy uszczypnął ją w ramię, bo dama nagle podniosła oczy na twarz nieznajomego i z przerażeniem patrzyła w jego bezczelne, nieruchome źrenice.
Nesser zrozumiał, że nic już z nich nie wydobędzie, więc ukłonił się tylko i rzekł na pożegnanie:
— Proszę pamiętać, że uprzedziłem państwa, jako swoich rodaków. Spotykaliśmy się u...
Nie dokończył i wszedł do pobliskiej kawiarni. Teraz musiał się dobrze namyślić. Rozumiał, że los tak często dla niego litościwy, dawał mu w ręce niezwykły atut. Uważałby się za głupca, gdyby go nie wykorzystał. W parę godzin później Henryk Nesser odwiedzał różne redakcje i miał poufne narady z kierownikami pism. Mówił tajemniczo, gdyż umiał podniecać wyobraźnię fabrykantów opinji publicznej. Wspominał o niezwykłej sensacji, jaką przynosi, a o której wie zaledwie kilka osób, najwięcej tymczasem zainteresowanych, a milczących, jak grób.
— Jakież są warunki pana, panie Nesser? — pytano go.
— Panowie zapłacą mi za pierwszy artykuł 5000 franków i podpiszą umowę, że jeżeli w ciągu miesiąca od dzisiejszej daty, 10-go lipca 1914 r. wiadomości moje sprawdzą się całkowicie, redakcja na cały czas istnienia specjalnych okoliczności, z mojemi informacjami związanych, będzie mi wypłacała po 15 000 franków miesięcznie, ułatwiając mi finansowo i urzędowo przebywanie w najodpowiedniejszych miejscach, przezemnie wskazanych, a najdogodniejszych dla dalszej współpracy.
— Ależ to szaleństwo, drogi panie! — wołali kierownicy dzienników i wydawcy pism. — Tyle pieniędzy! Gdyby pan zechciał chociażby napomknąć, o co tu chodzi...
— Daję panom dwie minuty do namysłu, — odpowiadał Nesser, szyderczo krzywiąc usta i podnosząc się z krzesła.
Nie doszedł jednak do porozumienia z wpływowemi pismami politycznemi. Uśmiechał się złośliwie, aż, machnąwszy ręką, wszedł do „Café de la Paix“ i zniknął w budce telefonicznej.
Po skończonej rozmowie, usiadł przy stoliku i cierpliwie czekał. Po chwili wyjął z kieszeni blok cienkiego papieru, pióro i zaczął szybko pisać. Odrywał od bloku już czwartą stronicę, zapisaną drobnem pismem, równem i czytelnem, dowodzącem niezwykłej równowagi myśli, gdy do cukierni wtoczył się, rozpychając stojących mu na drodze gości, malutki, okrągły, jak piłka, ruchliwy jegomość bez kapelusza. Łysa czaszka, czerwona, perląca się kroplami potu, błyszczała, jakgdyby była powleczona grubą warstwą tłuszczu. Odrazu spostrzegł Nessera, pochylonego nad stolikiem i zawołał:
— Hallo! Hallo! Nesser! Cóż to za tajemniczy telefon? Naprawdę umieram z ciekawości!
— Nie tyle z ciekawości, ile z pożądania nowych tysięcy franków od zwiększonej ilości sprzedawanych egzemplarzy pańskiego „Hałasu ulicy“, drogi panie Rumeur, — spokojnie poprawił go Nesser i z wyniosłą miną wyciągnął rękę do redaktora brukowca.
— No, no! — pojednawczo mruczał spocony, zasapany Rumeur. — Cóż tam takiego?
— Usiądź pan sobie wygodnie, zamów coś do picia, bo muszę najpierw skończyć artykuł, — odpowiedział reporter i znowu pochylił się nad papierem.
Skończywszy, starannie złożył blok, schował zapisane arkusiki do kieszeni, zapiął tużurek i palto.
— Teraz niech pan posłucha! — zaczął i spokojnie powtórzył słowo w słowo to, co mówił już przez cały dzień do redaktorów poważnych, wpływowych dzienników politycznych.
— Hm... — chrząknął pan Rumeur. — Węszę, że w tem coś jest... ale co? Gdyby tak, choć skraweczek, choć odrobinkę, choć jedną malutką krztynkę dla zorjentowania się?...
Nesser w milczeniu potrząsnął głową.
— Więc nic?
— Nic.
— Na ślepo? Kot w worku?
— Tak, drogi panie...
— Trudne, niesłychanie trudne warunki! — westchnął redaktor. — A może znowu jakieś świństwo w rodzaju „Obyczajów rodziny Sauvier?“
— Bardzo proszę dobierać właściwych określeń dla oceny mojej pracy! — przerwał mu Nesser, widząc, że Rumeur chce dalej pytać.
— Nie rozumiem... — szepnął łysy dziennikarz.
— Ja przyniosłem brudy społeczne, aby je wylać do kanału, czyli do tak szanownego pisma, jakiem jest „Hałas Ulicy“ pod światłem kierownictwem pana. W tej formie, to nie było świństwo. Stało się takiem dopiero po wałkowaniu, lubowaniu się sensacją, po dodatkach redakcyjnych, krzykliwych, soczystych nagłówkach pomysłu pana... Brudami i grzechami, zebranemi przeze mnie, napełnił pan błyskotliwy puhar, ozdobił, oświetlił różnokolorowemi żarówkami i wystawił na sprzedaż. Wtedy to wszystko nabrało cech świństwa i to świństwa najgorszego!
— Jak pan śmie?!... — oburzył się Rumeur.
— O ile mogę sądzić, — przerwał mu Nesser, — pan redaktor jest dostatecznie poinformowany, że nie choruję na brak śmiałości?
— Tak, ale...
— Panie Rumeur, nie zmuszaj mnie pan do śmiechu swojem oburzeniem! Ja mam poważne sprawy do omówienia, więc do żartów w tej chwili nie czuję najmniejszego usposobienia!... Niech pan się skupi, panie Rumeur! Czy pamięta pan, co panu przyniosło owe „świństwo“, związane z mojemi feljetonami o Sauvier?
— Owszem... owszem... — mruknął redaktor. — Kilkaset numerów pism, sprzedawanych ponad zwykłą normę...
— Kilka tysięcy — chciał pan powiedzieć, panie Rumeur, — poprawił go Nesser. — Podczas naszych rozmów, należy być zawsze zupełnie ścisłym. Uprzedzam pana...
— Słucham i... obiecuję poprawę! — zaśmiał się redaktor. — Zaczyna mnie intrygować tajemniczość i solidność pana, drogi panie Nesser. Doprawdy...
— Nie odpowiedział mi pan na moje pytanie wyczerpująco — ciągnął reporter. — O ile słyszałem z dobrze poinformowanych źródeł, moje feljetony, w niewłaściwy sposób komentowane przez „Hałas Ulicy“, naraziły pana całej średniej burżuazji, dla której wydawał pan swoje pismo. Przerzucił się pan do socjalistów, lecz ci mieli pogardę dla „Hałasu Ulicy“, żółtego, jak kanarek, brukowca, i nie połknęli haczyka. Tem jednak oburzył pan przeciwko sobie konserwatywny rząd. Wiem, że powstała nawet myśl zamknięcia „Hałasu Ulicy“ pod pierwszym lepszym pretekstem, naprzykład, — za pornografję, czy coś w tym rodzaju. Myśl ta nie została odrzucona na zawsze, ręczę panu, panie Rumeur! Ani rządowe koła, ani też izba deputowanych nie mają dla pana sympatji najmniejszej...
— Och, przeraża mnie pan!... mruczał redaktor, zapamiętale trąc czerwoną łysinę. — To byłoby wprost okropne!
— Zgadzam się... — kiwnął głową reporter. — Propozycja, którą uczyniłem przed chwilą, naprawi gwałtownie, w cudowny, piorunujący wprost sposób opinję ogółu o panu... Stanie pan ze swoim „Hałasem Ulicy“ w szeregu... najbardziej poinformowanych, poczytnych, rozumie się, i... uczciwych dzienników! Rząd, burżuazja, sfery socjalistyczne, gawiedź uliczna będą należały do pana! Za godzinę mógłby pan wypuścić 100 000 dodatków nadzwyczajnych, o północy drugie tyle, a na jutro bić nie jakieś tam 15 000 egzemplarzy „Hałasu“, lecz... powiedzmy... ćwierć miljona...
— Fantastyczne perspektywy! — westchnął Rumeur. — Pan drwi ze mnie?
— Bynajmniej nie! — zaprzeczył Nesser. — Przysięgam panu na wszystkie świętości.
— Oj, pan i... świętości? — skrzywił się redaktor — Marna gwarancja!
— Co do sądu o gwarancjach, nie uważam pana za autorytet, panie Rumeur! — odparował reporter. — No więc? Telefonowałem panu, żebyś miał przy sobie 5000 franków i papier firmowy dla spisania kontraktu.
— Mam to wszystko... — zaczął dziennikarz, ociągając się jeszcze.
— Niczem pan nie ryzykuje, jeżeli, zgodnie z mojem żądaniem, napisze pan zobowiązanie w imieniu redakcji „Hałasu Ulicy“. Wręczy mi pan pieniądze i umowę wtedy dopiero, gdy przekonam pana, że moje wiadomości są warte tego.
— W takim razie naturalnie... — zgodził się Rumeur, szybko napisał umowę, położył na niej czek na 5000 franków i, przycisnąwszy to wszystko małemi, krótkiemi rączkami o ogryzionych, brudnych paznokciach, szepnął:
— Słucham! Słucham!
Wpijał się wzrokiem w spokojną, zimną twarz Nessera i czekał prawie z namiętnością.
— Niech pan sobie wyobrazi na chwilę, — zaczął reporter — że przynoszę następujące informacje: o wiarogodnej korespondencji z Marsem, wraz z wszystkiemi szczegółami, nazwiskami i datami; albo — sekretne detale i wyniki śledztwa w sprawie zamordowania w Serajewie arcyksięcia austrjackiego; albo o niespodziewanym napadzie torpedowca niemieckiego na krążownik francuski, a co rząd nasz, powiedzmy, zachowuje w najściślejszej tajemnicy, albo o nieznanej umowie pana Poincare z Mikołajem II, albo o dacie i szczegółach wybuchu wojny z Niemcami...
Podskakujący przy wyliczaniu tak niezwykłych tematów Rumeur nagle zerwał się z miejsca i schwycił Nessera za rękę.
— Gdyby pan dał coś pewnego o zamiarach Niemiec, zapłaciłbym 10 000 fr. za taki artykuł, lub chociażby za zmyślony, ale posiadający wszelkie cechy wiarogodności telegram od własnego korespondenta, zgodziłbym się też bez zastrzeżeń i bez namysłu na warunki pana! Wie pan, czem to pachnie?! Honorami dla mnie, reklamą i dochodami dla „Hałasu Ulicy“, krzyżem Legji nawet, krzyżem Legji!...
To mówiąc, wzruszony pan Rumeur porwał się za łysinę krótkiemi rączkami o brudnych, ogryzionych paznokciach, a reporter szybkim i drapieżnym ruchem zgarnął leżące przed redaktorem papiery i mruknął przez zęby:
— Przygotuj pan obiecane dodatkowe 5000 fr. i biegnij do redakcji z tym artykułem o wojnie! Jutro przed południem wstąpię do pana z projektem dalszych działań. Dobranoc, kochany panie Rumeur!
Nesser zapiął palto, nacisnął kapelusz i, nie podając ręki redaktorowi „Hałasu Ulicy“, wyszedł z kawiarni. Pogardliwym wzrokiem ogarniał tłoczących się na chodniku ludzi i uśmiechał się szyderczo.



ROZDZIAŁ II.

Nesser po ogłoszeniu swego pierwszego artykułu w „Hałasie Ulicy“ wyjechał z Paryża.
Przedsiębiorczy Rumeur, po pęknięciu tej bomby i nieprzekonywających „sprostowaniach“ niemieckiej ambasady, bardzo umiejętnie podtrzymywał hałas, tworzący się dookoła pisma, cedził zapowiedzi nowych sensacyj, kropla po kropli wałkował wiadomości, podane przez Nessera, i dość niespokojnie wyczekiwał terminu, wyznaczonego przez zuchwałego reportera.
Pewne oznaki świadczyły o prawdopodobieństwie, a nawet pewnej ścisłości zdobytych przez pismo informacyj. Francja przeprowadzała bowiem gorączkową mobilizację.
Nesser nie zjawiał się w redakcji. Przepadł bez śladu. Nikt nie wiedział, gdzie się obraca, chociaż nawet władze wojskowe zapytywały kierownika „Hałasu Ulicy“ o tak bardzo poinformowanego współpracownika. Reporter przebywał tymczasem w małej wiosce koło Compiègne. Zamieszkiwał u René Gramauda — swego istotnie jedynego przyjaciela. Coprawda, Nesser uważał go za takiego głównie z powodu, iż ten bez żadnego wrażenia wysłuchiwał zawsze złośliwych, szyderczych uwag jego i za nic się nie obrażał.
Gramaud niedarmo uważany był za wybitnego sanskrytologa. Nic bowiem dla niego nie istniało, co wychodziło poza granice jego zainteresowań. Myślał kategorjami mądrości starożytnych Indyj, czuł jakimś nie zwykłym dla innych ludzi procesem nerwowych emocyj, przeistaczanych w masie mózgu we wrażenia radości lub smutku, rozkoszy lub goryczy. Uczony z zupełną obojętnością dowiadywał się o szybkim postępie współczesnej cywilizacji, lecz, jeśli posłyszał o jakimś wynalazku lub odkryciu, miał o nim sąd tak wyrobiony i ścisły, jakgdyby strawił długie godziny na zbadanie i przestudjowanie tej nowej i nieraz bardzo zawiłej kwestji; dzienników nie czytywał, przez co posiadał trafny, zdrowy, chociaż zupełnie oryginalny, jak na człowieka XX-go wieku, pogląd na politykę; nie pamiętał nazwisk twórców społecznego życia Europy, znał tylko tych nielicznych badaczy, którzy pracowali w dziedzinie zmurszałego sanskrytu.
Nesser w chwilach doznawanego nagle znużenia i ostrej, sprawiającej ból niechęci do ludzi uciekał do pustelni René Gramauda, całemi dniami milczał jak głaz, a potem dla odmiany mówił bez przerwy, rzucając złośliwe, tchnące dreszczem wstrętu słowa o sobie, człowieczeństwie, jego wartości, etyce, pranie, wierze. René Gramaud cierpliwie go słuchał. Na dziwnie wąskiej, długiej twarzy jego, o przenikliwych, czarnych oczach, błąkał się spokojny, zawsze pogodny — uśmiech. Nic go nie wzruszało i wszystko było mu obce. Wyglądał, jak człowiek, który nie wychodzi z zadumy nad najbardziej zawiłym tekstem zagadkowego napisu sanskryckiego, lub nad posągiem, świeżo odnalezionym pośród ruin świątyni Wisznu.
— Szczęśliwy jesteś, najdziwaczniejszy z dziwaków! — wołał nieraz do niego Nesser, spostrzegając duchową nieobecność siedzącego przed nim Gramauda.
Wtedy uczony budził się z zamyślenia i odpowiadał spokojnie:
— Tak! Żyję oddawna w państwie Szczęścia. Dotarłem doń wreszcie, odrzuciwszy wszystkie więzy ziemi, zapomniałem o cierpieniu ducha, posiadłem sztukę nieodczuwania trwogi, wyrobiłem w sobie obojętność dla rozkoszy... Jestem szczęśliwy!...
— A gdyby tak coś wielkiego i wszechpotężnego wtargnęło nagle w twoje życie, papyrusie indyjski, i porwało cię swym prądem? — zapytał nagle reporter.
— Nie staraj się mnie przerazić, — uśmiechnął się uczony. — Byłaby to istotnie rzecz straszna, druzgocąca cały mój świat...
Nesser wraz z Gramaudem poszli pewnego popołudnia nad rzekę. Na horyzoncie gromadziły się ciemne chmury, wróżące burzę. Usiedli na trawie i w milczeniu spoglądali na zalaną lipcowem słońcem łachę. Złocisto-żółty, ostry klin piasku zbiegał ze stromego brzegu ku połyskującej drobnemi zmarszczkami wodzie. Mały gaik trwożnie szemrał wierzchołkami cienkich dębów; krzaki wina i łany zboża nie czuły jeszcze podmuchów dalekiego wichru i, omdlałe od skwaru, pozostawały w bezruchu. W trawie biegały brunatne i czarne mrówki; szukały pożywienia; dźwigały na sobie małe patyczki i suche ździebełka. Spotykały się, obmacywały różkami i obojętnie dążyły dalej, zakłopotane, przeciążone pracą.
Nagle z wierzchołka stojącego samotnie drzewa bez szmeru zleciał jastrząb. Płynął w powietrzu na rozpostartych, sztywnych skrzydłach, do rzuconego blatu żelaznego podobny. Zniżył się do ziemi, zatrzepotał i wyprężył długie, drapieżne nogi. Zatrzymał się na jedno mgnienie oka, zaledwie dotknąwszy trawy szponami chwytnych nóg, a w chwilę potem już bił powietrze silnemi skrzydłami i podnosił się ociężale, unosząc zdobycz. Skierował się właśnie w stronę siedzących bez ruchu ludzi. Już przelatywał nad nimi, już czarny cień jego sunął po połyskującej w słońcu trawie, gdy nagle mignęło blade, przenikliwe światło, rozległ się ogłuszający trzask piorunu, a po nim głuchy, gniewny huk grzmotu. Jastrząb trwożnie załopotał skrzydłami i rozprężył wyciągnięte nogi. Mała, czarna kulka, jak ciśnięty z procy kamień, spadła o trzy kroki przed Nesserem. Pochylił się, aby jej się lepiej przyjrzeć. Zobaczył mysz polną. Miała rozpruty szponami brzuszek. Drgnęła kilkoma gwałtownemi ruchami łapek i zesztywniała.
Nesser przymknął oczy, bo raziły go mieniące się na falach, jarzące, ostre połyski słoneczne. Gdy spojrzał znowu, — białe, skłębione obłoki pędziły wysoko, a tuż poza niemi — czołgała się powolnie i groźnie czarna chmura w otoku srebrzystych macek.
— Będzie burza i deszcz ulewny... — pomyślał i obejrzał się.
O kilka kroków za nimi stał mały szałas, zbudowany przez letników-amatorów kąpieli. Uspokoiwszy się, że będą mieli schronisko przed deszczem, szukał wzrokiem ciałka myszy. Nagle podniósł się i ukląkł, wpatrzony w ziemię. Działy się tam istotnie rzeczy niezwykłe. Nesser spostrzegł kilkanaście czarnych mrówek. Podbiegały do zabitej myszy, oglądały ją, dotykały czułkami i znikały w gąszczu trawy. Wkrótce powróciły znowu, prowadząc za sobą inne. Po kilku minutach całe ciałko myszy zaroiło się od ruchomej ciżby mrówek, inne podłaziły pod niespodziewaną zdobycz, podważały ją, podkopywały się coraz głębiej. Wkrótce system pracy został ustalony należycie. Czarne mrówki zsunęły się z myszy i cała armja zaczęła popychać ją, poruszać na wszystkie strony, starając się przyciągnąć zdobycz do gniazda.
Tysiące drobnych, pracowitych istotek milimetr po milimetrze posuwały martwą mysz w stronę dębowego gaiku, inne torowały im drogę, usuwając małe kamyki i ścinając grubsze pędy trawy. Zupełnie niespostrzeżone i nieoczekiwane zjawiły się tu nowe zastępy. Były to jednak mrówki brunatne. W jednej chwili zawrzała bitwa, — zażarta, okrutna i wściekła...
Nesser, oparty na łokciach, oczu nie spuszczał z tego widowiska. Nie słyszał grzmotów, nie spostrzegał błyskawic, migocących co chwila, nie czuł porywów wichru, ani nawet dużych kropel zaczynającego padać deszczu. Gramaud dawno już ukrył się w szałasie i siedział tam, jak Budda, podwinąwszy pod siebie nogi i uśmiechając się z tajemniczą obojętnością.
Piorun uderzył blisko, tuż za gaikiem dębowym. Słup piasku podniósł się nad wierzchołkami drzew i długo nie opadał. Rozwarła się czarna chmura i wylała nagle strugi ciepłej wody. Nesser klnąc głośno, umknął pod strzechę szałasu. Widział, jak coraz obfitsze potoki jęły spływać z pochyłości brzegu, aż nadbiegł szeroki, wartki strumień, wylewający się z poza wąskiej miedzy, zmył szmat darniny wraz z myszą i staczającemi o nią bitwę mrówkami, zrzucił na łachę i poniósł dalej, aż pożółkły, mętny prąd rzeki pochwycił wszystko i pochłonął.
Z jękiem nadleciała duża, szara rybitwa; długo zataczała coraz węższe koła, miotała się przez chwilę w powietrzu, lecz wkońcu wpadła do nurtu i porwała trup myszy. Odlatywała z głośnym krzykiem triumfu. Na to wołanie radosne nadleciały dwie inne rybitwy i rozpoczęły pościg i bitwę w powietrzu. Wkrótce znikły, zapadając za zaroślami nadbrzeżnych krzaków.
— Ja myślę, Gramaud, że wojna jest takim samym odruchem organizmu zwierzęcego, jak trawienie lub pociąg do tworzenia nowego pokolenia — odezwał się nagle Nesser.
— Istotnie w człowieku pozostały drapieżne cechy zwierząt, — odpowiedział uczony po długiej chwili namysłu, czy raczej uświadomienia sobie myśli przyjaciela.
— No, to znaczy, że jesteśmy najokrutniejszemi bestjami — potworami o doskonałem, straszliwem uzbrojeniu! — zawołał reporter.
— Tymczasem — tak, lecz jest to stan ewolucyjny i powinien przeminąć — szepnął Gramaud. — Człowiek posiada zdolność do kruszenia więzów zwierzęcości...
— Ha! Wątpię, żebyśmy się tego doczekali! — zaśmiał się Nesser.
— Czas tu nie gra żadnej roli!... — mruknął sanskrytolog. — Zrozumienie ohydy wojny, może nastąpić za 1000 lat, albo nagle... na skutek pewnego psychicznego nastawienia... Naprzykład...
Reporter milczał zaciekawiony, bo ten uczony przyjaciel po raz pierwszy wdał się z nim w dłuższą rozmowę.
— Naprzykład... gdyby ludzie zrozumieli, że na wojnie dzieją się rzeczy przerażające. Zbrodniarz, oszalały, zdziczały osobnik korzysta z prawa bezkarnego mordu i zabija genjalnego poetę, prawodawcę, filozofa, uczonego badacza... W imię czego to się odbywa?
Nesser nagle wybuchnął śmiechem.
— W imię tego, że czarne mrówki ciągną zdobycz do swego gniazda, a brunatne — do swego! — zawołał. — A później napastników porywa mętny nurt... zdobycz zaś, która nadawała się do podziału, przywłaszcza sobie „tertius gaudens“ naprzykład — żarłoczna rybitwa!
— Może być, że jest to trafne porównanie — cicho odpowiedział Gramaud.
— Najtrafniejsze, bo widziałem to przed chwilą na własne oczy, mój drogi! — śmiał się reporter i opowiedział uczonemu o swoich obserwacjach.
Gramaud słuchał go uważnie i kiwał głową. Na młodej, chudej jego twarzy dostrzegł Nesser niezwykłe ożywienie. Nic jednak więcej nie mówił. Zniecierpliwiony tem i zawiedziony w swych oczekiwaniach reporter, pochylił się do uczonego i rzekł dobitnie:
— Wyrażasz nadzieję na wyrwanie ludzi z więzów zwierzęcości, niepoprawny marzycielu ery przedchrześcijańskiej? Zapominasz, że jesteśmy naśladowcami Proroka z Galilei! To, mój przyjacielu, wielka różnica! Teraz nikt i nic nie wywlecze nas ze szlachetnego stanu bydlęcego! To trudno!
Spojrzał na Gramauda. Uczony siedział po dawnemu, jak Budda, i uśmiechał się łagodnie.
— Znowu myślisz o swoich braminach czy tam Wedach? — rzucił reporter szydercze pytanie.
— Nie! Słucham ciebie... — odpowiedział cicho Gramaud.
— Więc słuchaj, co ci będę mówił! — już złośliwym tonem zawołał Nesser. — Za starych czasów, gdy żyły i działały takie wykopaliskowe typy, jak ty, wojnę prowadzono w celach rabunku, zemsty lub dla sławy królów i wodzów. To — rozumiem! Była idea! My zaś, adepci potulnego, niewinnego Mistrza-Mesjasza, walczymy tylko o węgiel, naftę, bawełnę, niewolników lub żelazo, bo do nich to ciągną się łapy kapitalistów! Kościół błogosławi nas na to szczytne dzieło; mądremi teorjami uczeni dowodzą celowości grabieży; prawodawcy usprawiedliwiają mord, rabunek, krzywdę i bezprawie. Naukę miłości potrafiono obejść w każdym wypadku. Urok jej padł!... Wojna o nowe rynki, które mnie i ciebie wcale nie obchodzą!... Tak jest i tak będzie!... Za dwa, za trzy tygodnie... Zarobi się na tem wyśmienicie! Cha-cha!
Gramaud podniósł głowę i uważnie spojrzał na mówiącego. W oczach błysnęła mu jakaś myśl. Nie wypowiedział jej jednak; wychylił się z namiotu i obejrzał niebo.
— Możemy powracać... — szepnął. — Burza przeminęła.
Szli przez pola. Pachniało wilgotną ziemią, miętą, piołunem i miodem. Obmyte deszczem, odświeżone prężyły się gałęzie krzaków, lśniły się liście i łodygi chwastów przydrożnych. Niby zielono-czerwony kobierzec, spływał ze zboczy pagórka łan koniczyny. W oddali podnosiły się dymy nad domkami wioski: połyskiwał krzyż na wieżyczce kościoła. W całej naturze przelewały się ciche fale ukojenia. Potężny, nagły wybuch gniewu wyładował gniotące, rozpierające ją od wewnątrz siły. Spoczywała teraz znużona, znowu bezmiernie dobrotliwa, żądna rozpędu bujnego życia.
Gramaud przystanął nagle i bacznie przyglądał się Nesserowi. Patrzył tak, jakgdyby po raz pierwszy go oglądał.
— Słuchaj! — rzucił jak zwykle łagodnie i spokojnie. — Powiedziałeś, że my — wyznawcy nauki Galilejczyka gorsi jesteśmy od ludów starożytnych?...
— Tak twierdzę! — odpowiedział zdumiony nieco reporter.
— W starych księgach różnych ludów znaleźć można proroctwa o wielkich wtajemniczonych, którzy mają przyjść na świat. Jedni już przeminęli, inni — muszą przyjść...
— Wtajemniczeni? Czy to też coś z sanskrytologji, mój stary?
— Wtajemniczeni to ci, którzy ogarniają, wchłaniają całą duszę ludzkości i wszechświata, to ci, którzy wyprowadzają braci z dróg rozstajnych na szeroki, równy gościniec... — odpowiedział Gramaud.
— Ależ, przyjacielu! Sprawiasz mi dziś co chwila niespodzianki! Raczyłeś słuchać mnie i, zdaje mi się, — zrozumieć, teraz wypowiedziałeś długie, złożone aż z kilkunastu słów zdanie, potrąciłeś sprawę, leżącą poza tekstem Wedy! — zawołał Nesser.
— Niezupełnie poza tekstem Wedy... — w zamyśleniu odparł uczony i po chwili dodał: — Wszak Weda to — wiedza...
— O jakimże to równym, szerokim gościńcu mówiłeś? — spytał reporter szyderczo.
Gramaud zamyślił się, formułując odpowiedź, lecz po chwili potrząsnął głową i zaproponował:
— Wstąpmy do naszego proboszcza...
— Poco? — zdziwił się Nesser. — Ujrzę z pewnością poczciwego staruszka, nasłucham się tekstów biblijnych lub komunałów całkiem nieciekawych.
— Mylisz się! Ksiądz Chambrun jest to zupełnie młody człowiek, — zaprzeczył uczony.
— Tłusty, czerwony na obliczu, wągrowaty, i głupio-wstydliwy?
— Chudy, wcale nie czerwony i niewstydliwy — poprawił go Gramaud.
— Ale nie zaprzeczasz, że głupi? — spytał Nesser.
— Nie wiem, czy jest rozumny w tym sensie, jak ty to pojmujesz. Ksiądz Chambrun w każdym razie ma... śmiałość myśli.
— Ależ masz dziwne znajomości! — zaśmiał się reporter. — Sanskrytolog i klecha wiejski! O czemże rozmawiacie ze sobą? O Bogu, wierze, sakramentach, grzechach śmiertelnych i cnotach chrześcijańskich? Może o napisach, znalezionych w świątyniach pokracznych pogańskich bóstw na Hindustanie lub w Sjamie?
— Nie! — odparł Gramaud z pogodnym uśmiechem. — Mówimy właśnie często o zbłąkanej duszy wyznawców Galilejczyka...
— Zadziwiasz mnie, lecz jednocześnie ogołacasz się z kretesem z uroku w moich oczach! — zawołał Nesser, wybuchając śmiechem. — Rozmawiałem z tobą, a właściwie mówiłem do ciebie, jak do posągu Buddy, nie czekając odpowiedzi, aż tu nagle widzę, że zajmujesz się sprawami, które należą do duchownych oszustów lub do przebrzydłych świętoszków!
— Wstąpmy do proboszcza! — powtórzył z odcieniem nalegania Gramaud.
— Jeżeli chcesz koniecznie... — zgodził się reporter, wzruszając ramionami.
Przecięli pole i przez małą furtkę weszli do ogrodu plebanji. Zdaleka dobiegł ich wysoki, wibrujący oburzeniem tenor, należący niezawodnie do młodego mężczyzny. Gramaud zatrzymał się i nadsłuchiwał.
— Morały komuś prawi... — szepnął i łagodnie zmrużył czarne oczy.
— To twój klecha tak tenorowo kwiczy? — spytał Nesser.
— Proboszcz... — kiwnąwszy głową, szepnął Gramaud.
Ksiądz tymczasem coraz bardziej podnosił głos.
— Trzeba być ślepcem, aby nie wiedzieć, że wojna jest konieczna, mój poczciwy Gillet! — wołał.
— Jednak nawet Pismo Święte, proszę księdza... — bronił się zmieszany, nieśmiały bas.
— Mój poczciwy człowieku, nie staraj się przebrnąć rzeki, gdy nie wiesz, jak jest głęboka! Pamiętaj tylko, że w Piśmie Świętym stoi wyraźnie: „mający oczy, niech widzą, mający uszy, niech słyszą...“ Z tego się rodzi zrozumienie, dobry Gillet, a sprawiedliwe zrozumienie — to przejaw ducha Bożego, który wstąpił w nas od chwili stworzenia pierwszego człowieka! Tak, tak, mój poczciwcze!
— Ależ ja syna muszę oddać na wojnę! Od pierwszego dnia ogłoszenia mobilizacji moja stara płacze bez przerwy... — tłumaczył się Gillet.
— Bardzo źle robi! Bardzo źle! Powiedźcie to ode mnie pani Gillet, sąsiedzie! Bardzo źle!... — zawołał ksiądz.
— Ależ ja syna... — powtarzał swoje wieśniak. — Tyle pracy koło roli, domu — Jedynak!...
— Posłuchajcie, mój drogi Gillet! — drżącym głosem przerwał mu pleban. — Odpowiedźcie mi szczerze, coby uczyniła wasza kobieta, gdyby napadli na nią złoczyńcy, wy zaś z synem bylibyście wówczas przy pługu w polu?
— Krzyknęłaby, abyśmy przybiegli na pomoc... — odparł wieśniak.
— No, widzicie, mój poczciwy człowieku! I nie myślałaby w tej chwili o tem, że bandyci mogą was postrzelić. A cóż innego robi rząd Francji? — spytał ksiądz już prawie falsetem.
— Tak... niby tak... — jąkał się wieśniak.
— Nie — „niby“, lecz zupełnie tak samo!... Francja nie woła waszego syna na podbój innych ludów, jak to czynił Napoleon, lecz zamierza bronić swego domu, zagrożonego domu!... Zrozumcie to, panie Gillet, i pamiętajcie, że, gdy bardzo źle będzie, sami pójdziecie, prosząc o karabin i przydział do wojska!...
Ksiądz wykrzyknął te słowa w uniesieniu i umilkł.
Po chwili znowu zabrzmiał jego tenor:
— Zaiste powiadam wam, mój poczciwy, dobry sąsiedzie, że nadchodzą straszne czasy, kiedy sprawiedliwie postąpią ci, którzy, mając oczy, zechcą widzieć, a, mając uszy, — posłyszą. Oni to, podług uczciwego rozumu, czynami swemi pokierują. Niech padną świątynie, niech w gruzach legną miasta, w płomieniach zginą fabryki; niech w pustynię się obrócą nasze pola żyzne, stratowane kopytami koni, i kołami lawet armatnich, niech zmarnieje wasza praca krwawa, znojna, — to nic, bo to się odrobi, odbuduje, lecz zabić w sobie ducha Bożego, czyż pozwolicie, dobry panie Gillet?
Głos proboszcza potężniał i brzmiał jak pobudka:
— Gdyby posłano was na podbój nowych ludów, wołałbym na cały głos: „nie idźcie i synów swoich nie dawajcie na nieprawe dzieło!“ Teraz inaczej! To nas zamierzają podbić, duch nasz wolny spętać, okuć kajdanami posłuchu przed narzucającem swoją wolę państwem, gdzie siłą pięści podzielono wszystkich na rządzących i na bierne, pokornie uległe stado! Jeśli nawet Chińczycy, Hindusi i murzyni bronią wolności swego ducha, wiary, tradycyj, to cóż możemy innego uczynić my — naród, którego niewiasty zrodziły Joannę d’Arc, tylu wielkich królów, pisarzy, myślicieli, rewolucjonistów, reformatorów życia i pojęć?! Powiedźcie, powiedźcie, mój dobry sąsiedzie!
W głosie księdza zadrgały namiętne nuty.
Nesser ze zdumieniem spojrzał na Gramauda.
— No, no... — szepnął reporter. — Jak to taki księżyna wiejski śmiele sobie poczyna z drapieżną polityką kolonjalną! A to rzucanie do jednej kupy — świętej dziewicy z Orleanu, reformatorów życia i rewolucjonistów! Ha! To — zabawne! Bardzo zabawne!
Sanskrytolog milczał. Opuścił powieki; po twarzy jego błąkał się pogodny i tajemniczy uśmiech.
— Chodźmy!... — szepnął po chwili.
Ze stopni ganku plebanji powstał rozrosły wieśniak w sile wieku i, uchyliwszy kapelusza, odszedł.
Proboszcz zbiegł ze schodków na przyjęcie gości. Był nadmiernie wysoki, szczupły, o twarzy bladej, powleczonej rumieńcem wzruszenia. Duże, szaroniebieskie oczy mieniły się od błysków namiętnego podniecenia. Powichrzone, bezbarwne włosy spadały w nieładzie na czoło. Przykrótka, wyszarzała sutanna odsłaniała cienkie w kostkach nogi i zdeptane, wykrzywione pantofle z czarnemi klamrami. Obciągał na sobie sukienkę i szybko szedł naprzeciw, wołając uprzejmie:
— Pan Gramaud!... Tak rzadko teraz odwiedza mnie pan! Jak zdrowie?...
— Dziękuję! Wszystko dobrze! — odparł uczony, ściskając rękę proboszcza. — Przyprowadziłem księdzu gościa. Pan Henryk Nesser, publicysta...
— Raczej tylko reporter od rzeczy najbardziej sensacyjnych... specjalista od żółtej, ale to najżółciejszej prasy! — poprawił przyjaciela Nesser z szyderczym uśmiechem. — Należy być ścisłym, gdy się wchodzi do nieznajomego domu!
Ksiądz Chambrun nagle spoważniał i bacznie przyjrzał się nowemu znajomemu.
— Jeżeli tak, to pan musi być odważnym człowiekiem, — rzucił w zamyśleniu, a głos jego nabrał basowych, głuchych dźwięków, tak dziwnie niepodobnych do falsetowych tonów, rozbrzmiewających przed chwilą.
Nesser wybuchnął głośnym śmiechem.
— Z księdza, widzę, wcale niezły psycholog! — zawołał szczerze ubawiony.
Proboszcz podniósł ramiona, a krótka sutanna natychmiast podciągnęła mu się do góry, odsłaniając chude łydki w pasiastych kalesonach. Ruchem ręki zaprosił gości do domu i rzekł uprzejmie:
— Bardzo proszę do salonu! Poczęstuję panów cydrem, bo po burzy jeszcze parniej w powietrzu...
Przeszli do małego saloniku. Białe firanki na oknach, trochę roślin kwitnących w doniczkach, czarny krucyfiks na ścianie, na drugiej — duży obraz św. Teresy z Lisieux, na półeczce — posążek Matki Boskiej z Lourdes; pośrodku pokoju — okrągły stół, pokryty koronkową serwetą, na nim popielniczka, pudełko z tytoniem i zielony wazon z kilkoma fajkami. Dookoła stołu — czerwonym aksamitem wyściełane krzesełka, sztywne, niewygodne; przy ścianach takież fotele oraz biurko z książkami i stosem papierów; przy oknie, bokiem do światła, stało stare pianino z zeszytem nut na pulpicie.
Nesser uśmiechnął się nieznacznie, lecz ksiądz, pomagający staremu kulawemu sługusowi ustawiać na stole szklanki i dzban z napojem, rzucił nagle okiem na gościa i rzekł wesoło:
— Gotów jestem pójść o zakład, że zgadnę myśl pana, panie Nesser!
— Proszę! — odpowiedział zapytany.
— Pomyślał pan, że wszystko tu jest tak, jak zwykle bywa w opisanych sto razy plebanjach wiejskich.
— Istotnie! — zaśmiał się reporter. — Po raz pierwszy odwiedzam mieszkanie duchownej osoby, a, zdaje mi się, że już kiedyś to widziałem... Niezawodnie w wyobraźni naszej posiadamy wrodzone pojęcia o osobach, trudniących się w ściśle określonych dziedzinach, o trybie ich życia, sposobie wysławiania się i myślenia, o związanem z ich zawodem otoczeniu, nawyknieniach, gustach...
Urwał nagle i z pośpiechem mówił dalej, niby się tłumacząc:
— Uprzedzam księdza, że ja nie piszę ani o Świętych Pańskich, ani o reformatorach życia, piszę tylko o złych ludziach, o zbrodniczych instynktach duszy społeczeństwa, — słowem o „sensacjach“, jak już zaznaczyłem zaraz na wstępie!
— Rozumiem — kiwnął głową ksiądz, nalewając cydra, — rozumiem! Sensację zawsze wytwarza się dokoła złych rzeczy, to — zrozumiałe! Na szczęście, niech za to imię Boże będzie błogosławione, — uczciwe bowiem, zbożne czyny i myśli są uważane za szarą, nieciekawą codzienność. Znaczy to, że zmysł dobra stał się już naturalną cechą ludzkości...
— Pyszna myśl, bardzo optymistyczna! — zawołał zdumiony Nesser. — Dziwi mnie jednak, że ksiądz nie zgorszył się nową znajomością, zawartą za pośrednictwem naszego przyjaciela, uczonego cudaka Gramauda, który przez mętną mgłę sanskrytu nie odróżnia złego od dobrego!
— O, panie Nesser, jak pan może mówić coś podobnego?! — zaprzeczył ksiądz, składając ręce na piersi. — Bardzo się cieszę, że poznałem pana! A co do naszego miłego Gramauda, to podejrzewam, że on lepiej od nas pojmuje różne rzeczy, lecz nie chce dotykać ich, bo stał się arystokratą wiedzy. Tacy też są koniecznie potrzebni! W chwilach, bowiem, gdy my — zwyczajni ludzie, motłoch życiowy, tracimy poczucie różnicy pomiędzy dobrem a złem, oni, o nieznużonym wzroku i nie przytępionych nerwach, widzą jasno i myślą szczerze. Cóż pan na to, panie Gramaud?
Uczony uśmiechnął się pobłażliwie i powolnemi łykami pił zimny, orzeźwiający napój.
— Doskonały cydr! — mruknął, gdy ksiądz Chambrun zbliżył się z dzbanem, okrytym rosą.
— A dobry! — odpowiedział z radością i dumą w głosie proboszcz. — Przyrządza go mój sługa, Jan Chapelot. Pracował on niegdyś w wielkich zakładach napojów owocowych, lecz po nieszczęśliwym wypadku wyrzucono go na bruk, jako kalekę, niezdolnego do pracy. Wziąłem go do siebie... Jego to przyrządzenia — ten cydr! Bardzo dobry! Przyślę panom parę butelek. Tylko pamiętajcie, że należy przechowywać je w zimnej piwnicy!
Nesser ze zwykłem sobie szyderstwem przyglądał się proboszczowi i myślał nad tem, czy ten wysoki, bezbarwny księżyna w przykrótkiej szatce duchownej miał naprawdę trochę rozumu, czy też był głupi i powtarzał zdania, zapożyczone z jemu tylko znanych źródeł? Jednak, gdy ksiądz, wtajemniczający Gramauda w niezawodne sposoby konserwowania różnych napitków, błysnął z pod powiek oczami w jego stronę, reporter poruszył się żywiej i, pokrywając bezczelnością swoje mimowolne zmieszanie, zapytał:
— Czy ksiądz tak wszystkim zawraca głowy, jak mnie? Mam wprawne oko...
Ksiądz skierował wzrok na mówiącego i milczał.
— Mam wprawne oko, — powtórzył reporter, — nawykłe do chwytania wrażeń wmig! Spostrzegłem na tem biurku Voltaire’a, Chataubrianda, France’a, Bergsona, na pianinie zaś — Schumana...
Proboszcz ledwie dostrzegalnym, wstydliwym ruchem obciągnął sutannę, niby żak, przyłapany na gorącym uczynku. Nesser wpatrywał się ze złośliwością w bezbarwne rysy młodego plebana i mówił tonem wyrzutu:
— Wszystko to widzę i zaczynam rozumieć, że dobrodziej drwi sobie ze wszystkiego i ze wszystkich...
— Drwię?... — szepnął proboszcz, podnosząc się i natychmiast siadając.
— Tak! Ksiądz sobie drwi najwyraźniej! Słyszeliśmy, podchodząc tu, wcale donośny tenorek księdza proboszcza, gdy jakiemuś poczciwemu Gilletowi nakazywał oddać syna na wojnę, która istotnie lada dzień wybuchnie. Czyż nie rozumiecie, że będzie to straszliwa i długa wojna, straszliwa i długa, powiadam wam, bo tyle się nazbierało sił, popychających ku niej, a niema żadnej potęgi, któraby nas od niej powstrzymała!
Nesser, dziwiąc się samemu sobie, nie mógł już pohamować niezwykłego i zupełnie szczerego rozdrażnienia. Chciał rzucić jeszcze bardziej ciężkie, okrutne, obraźliwe słowa, lecz spojrzał na księdza i zdumiał się. Proboszcz, przyciskając ręce do piersi, śmiał się bez dźwięku i powtarzał:
— Dalej! A więc dalej... śmielej... do końca!...
— Dalej?... Dobrze! — wybuchnął reporter. — Ksiądz — sługa rządu, społeczeństwa, czy systemu, do djabła, nazwijcie to, jak chcecie! Ksiądz agituje za posłuchem wieśniaków rozkazom władz wojskowych? To samo, nie wątpię, dzieje się w tej chwili u Niemców, o których ksiądz z takim ogniem mówił, że się podzielili na rządzących i na bierne stado. Tam powiedziano bez ogródek: „Do broni, marsz!“ a u nas: — „Brońmy naszego wielkiego ducha, naszej Joanny d’Arc, encyklopedystów, poetów, reformatorów życia i myśli!“ Cha, cha! Nie kijem, to pałką, czcigodna osobo duchowna! A gdzież tu dar rozróżniania dobrego od złego, prawdy od fałszu, sprawiedliwości od krzywdy? Gdzie? gdzie?!
Zapadło milczenie.
Nesser niezwykle wzburzony chodził po saloniku, Gramaud siedział sztywny, chociaż jakgdyby obudzony ze swej zwykłej zadumy; proboszcz zaciskał chude palce, coraz bardziej rumienił się i oddychał głośno.
— Cóż wy czynicie? Dokąd prowadzicie ludzkość? — zaczął po chwili reporter. — Wy — wodzowie wielcy i mali? Zachciało się wam przetrzebić mrowisko ludzkie, zburzyć dobytek pokoleń? Czy jesteście pewni, że znużona, zagnana ludzkość wykrzesze z siebie resztkę sił na budowę nowych form życia? Twierdzę, że wojna pozostawi po sobie eszcze większy ucisk, jeszcze bardziej bezwzględną niewolę! Wy pozostaniecie, wy wodzowie i kierownicy ciał i dusz! Lecz oni — tacy, jak ten Gillet — zginą lub powrócą kalekami i nędzarzami! Za jakie ideały? Za Voltaire’a, Chataubrianda, Schumana? Za republikę, co mami nas zwodniczem hasłem „Liberté, Fraternité, Egalité“, chociaż przebiegły i wcale zręczny ksiądz Chambrun jest plebanem wiejskim, a jego starszy kolega z powołania, — głupszy, być może, od niego stokrotnie, — jakiś X — nosi już mitrę arcybiskupią lub kapelusz kardynalski! Taką jest wasza osławiona równość! Nie lepiej przedstawia się sprawa z czcigodnem „braterstwem“. Otóż obywatel Chambrun jest przecież księdzem i, jako kapłan chrześcijański, powinien pamiętać przykazanie: „kochaj bliźniego swego, jako siebie samego!“ Tymczasem prefekt obwodu, biskup i inne władze przełożone żądają od księdza Chambruna, aby wykreślił z listy „bliźnich“ — Niemców, Austrjaków, Węgrów, Czechów, Turków — coś tam około stu miljonów ludzi i nawoływał swoje owieczki, aby do nogi wytłukły, wycięły, wymordowały tych, którzy pewnego pięknego dnia utracili patent na uznanie ich jako bliźnich! Wszystko w porządku! Równość i braterstwo pierzchają, idą w kąt, jak niepotrzebny, przemoczony parasol, a ksiądz Chambrun gromi Niemców i ich sojuszników. Razem ze zgwałconem braterstwem odrzuca ksiądz Chambrun ideał „wolności“, zmuszając Gillcta do bójki o coś, czego on nigdy nie zrozumie. O, wolność nie jest w tej chwili po myśli plebana wiejskiego, zawadza mu ten śmieszny, stary łachman! Voltaire, duch, genjusz narodu francuskiego, święta Joanna d’Arc, wielcy królowie, myśliciele, — do djabła! Wszystko to, co oddawna zapisane i na zawsze ponoć pozostanie po bibljotekach i muzeach, było i sto razy powtórzy się, a młody Gillet, zabity w bitwie, nigdy do plączącej matki nie powróci i nie stanie obok ojca przy pługu podczas orki wiosennej! Nigdy! Nigdy już! Rozumiecie?!
Wyczerpany długą mową i zły na siebie za nagle porywające go wzruszenie Nesser usiadł i, nieprzyjaźnie spoglądając na księdza i milczącego, wyprostowanego, jak struna, przyjaciela, dorzucił:
— Szewcka pasja ogarnia mnie, gdy widzę hipokryzję! Bzdury! Snobizm! Szowinizm... Niech-no proboszcz naleje mi jeszcze cydru, bo to i Gilletom potrzebne i nam, zwolennikom Voltaire’a, Schumana i zmurszałych, martwych ksiąg Wedy!
Ksiądz Chambrun wstał i napełnił szklankę gościa. Usiadł znowu, po-kobiecemu obciągając na kolanach sutannę, i spytał łagodnie:
— Czy pan, panie Nesser, w takim samym tonie pisze swoje artykuły?
Reporter gwałtownym ruchem postawił na stole szklankę i odparł:
— Nie! Będę pisał i już napisałem tak, jak ksiądz mówił do Gilleta, bo przecież, ode mnie także wymagają oszustwa, aby ostatecznie zawrócić głowę młodemu Gilletowi, oraz papie i mamie tego mięsa armatniego! Ale ja w rachubę nie wchodzę! Pluję na moralność, śmieję się z prawdy, nie boję się kary Bożej, ja hipokryzją i oszustwem zarabiam na życie!
Spojrzał na księdza, patrzącego mu w oczy płonącemi źrenicami, i krzyknął prawie, niby rzucając ostatnią, najstraszniejszą obelgę:
— Ja jestem podły, nikczemny, poziomy egoista — i na tem kończy się moja autobiografja, wyczerpuje się cała wartość społeczna mojej osoby! Lecz wy — prawodawcy, wodzowie, odpowiedzialni za losy narodu i państwa, wy — pasterze dusz, czyż wy więcej warci jesteście ode mnie — żółtego reportera?
Nesser umilkł i zapalił papierosa. Tyle razy już rozprawiał o podobnych zagadnieniach w gronie takich, jak sam, ludzi spokojnie i pogardliwie. Kończyły się te rozmowy zawsze jednakowo. Wypowiadano zdanie, że świat się przełgał nawskroś, że nie wart jest złamanego szeląga i wszystko, co zasługuje na miano życia, zawiera się w używaniu, w dogadzaniu zachciankom swoim i upodobaniom bez troski i myśli o jutro, gdyż ono zapewne będzie jeszcze głupsze i nikczemniejsze, niż dzień obecny. Teraz miał możność oskarżenia o fałsz i hipokryzję księdza i uczonego, zatopionego w rozmyślaniach oderwanych. Osobami duchownemi pogardzał i wyśmiewał „czarnych policjantów“, jak zwykle nazywał księży. Uczonego Gramauda lubił, lecz zarzucał mu nieraz, że jest dezerterem, uciekającym z frontu walki o byt i lepszą przyszłość. Zresztą wszystkiego tego nigdy nie brał blisko do serca. Szydził z tych bolączek wieku, posiadł był bowiem sztukę omijania i lawirowania w tym labiryncie. Dziś nagle przyszło nań rozdrażnienie i wypluł z siebie, ni to nagromadzoną wewnątrz duszącą flegmę, wszystko, wszystko. Niech wiedzą, co myśli o nich żółty reporter!
Uśmiechnął się bezczelnie i złośliwie. Nikt się nie odzywał. Do pokoju wleciała pszczoła i z hukiem tłukła się o sufit i o szyby, nie znajdując wolnego wyjścia. Reporter zaśmiał się głośno, lecz wnet porwał go nowy wybuch złośliwości.
— Widzicie tę oto pszczołę? — spytał szyderczo. — Jest to w tej chwili obraz ludzkości współczesnej. Tłucze się ona bez planu pod sklepieniem pracy dla pracy, niewolniczej, okrutnej, bez wytchnienia; jak ta polna pracownica roni w popłochu kropelki miodu i pyłek kwietny — tak traci ludzkość w zgiełku i zawierusze duszę swoją. Już się nawet przyzwyczaiła do tego nieskończonego wyścigu w zakreślonem kole bez wyjścia! Ha! Po wojnach napoleońskich rozpoczęła budowę nowej ery wieku XIX-go, wieku ognistego boga podziemi, który smaga biczem o siedmiu końcach i gna ludzkość do pracy! Gdy ktoś kiedyś napisze księgi Wedy naszego wieku, to nada demonom imiona Jamesa Watta i Roberta Fultona. Wynaleźli oni maszynę parową — pomocnicę, która stała się wkrótce tyranem ludzkości statki i lokomotywy, aby one zarazę tyranji rozrzuciły poprzez ziemię całą! Teraz możni tego świata świadomie, w straszliwym obłędzie postanowili skończyć z wiekiem XIX-ym i zburzyć jego dobytek... Czyż nie rozumiecie, że nastąpi śmierć cywilizacji?! Nie wiele sobie z niej robię, ale cóż wy postawicie na opustoszałych ołtarzach? Gdzie znajdziecie hasła, nowe ideały? Będziemy, jak ta pszczoła zbłąkana, latać wkółko, obijać się o gzymsy, łamać sobie skrzydła w panice i rozpaczy!
Ksiądz bez słowa podniósł się i podstawił pszczole doniczkę z kwiatami; znużony owad usiadł natychmiast, baczny, gotowy do lotu. Proboszcz umieścił doniczkę przy otwartem oknie. Pszczoła z radosnem brzęczeniem odleciała.
— Owady kochacie, a ludzi posyłacie na śmierć... — krzywiąc usta, mruknął reporter.
Znowu zapanowało milczenie. Gramaud coraz bardziej się prostował. Proboszcz płonął cały i dyszał ciężko. Zacisnął oburącz głowę i przez zęby rzucił rozpaczliwym szeptem coś zupełnie nieoczekiwanego:
— Prawda! Wszystko — prawda!
Zasłonił twarz rękami i powtarzał:
— Prawda! Prawda! Tylko dlaczegoś ty, bracie, mówił to w nienawiści?!...
Umilkł. Wąska pierś ciężko podnosiła mu się i opadała. Uboga, wyświechtana sutanna zadarła się tak wysoko, że siedzący naprzeciw Nesser widział ostre kolana i śmiesznie chude, cienkie łydki proboszcza. Nagle ksiądz stanął wyprostowany. Twarz mu pałała, oczy miał pełne migotliwych ogni natchnienia, czy też gniewu, z trudem hamowanego.
— Rzekłeś prawdę w nienawiści, poniżyłeś siebie do ostatnich granic... — zaczął chrapliwym, urywającym się co chwila głosem. — Myślisz, że w tem jest bohaterstwo twoje i moc? Na mnie, jako podług ciebie czującego inaczej, spoglądałeś z pogardą... Patrzyłeś, jak na księdza, co spekuluje wersetami Nowego Testamentu... A ja przecież, tego nie czynię! Nigdy... nigdy... bo słowa Zbawiciela padają w te czasy żelazne na glebę kamienistą, jałową, nie! raczej zatrutą śmiertelnie! Chciałem, aby poczciwy, niemądry Gillet posłał syna na wojnę? Tak — chciałem! Ja — kapłan, sługa potulnego, pokój miłującego Jezusa z Nazarei, nawoływałem do posłuchu władzom wojskowym, do wojny? Tak! tak! Nawoływałem i błogosławiłem... Błogosławieństwo swoje pasterskie dam wkrótce na rozlew krwi, na mord bezkarny, na śmierć, na kalectwo, na zburzenie starego gniazda pracowitych ludzi prostego serca! Tak! tak!
Nesser oczy utkwił w rozognionej twarzy księdza. Posłyszawszy ostatnie słowa proboszcza, skrzywił usta i syknął:
— O, wy to umiecie! Wy przecież — jeszcze przed wiekami ustami papieża bluźnierczo nazwaliście Chrystusa „księciem wojny“, na sztandarach, krwią zlanych, umieszczaliście symbol Jego męki, a pod nim napis — „W imię tego zwyciężysz!“
Śmiał się szyderczo i niemal z nienawiścią wpatrywał się w szeroko otwarte, mieniące się od wewnętrznych błysków oczy wysokiego, chudego księżyny w wytartej ubogiej szacie i wykrzywionych trzewikach. Ksiądz Chambrun jakgdyby nie słyszał złośliwej uwagi gościa. Podniósł głowę jeszcze wyżej, wzrok jego błąkał się gdzieś daleko, poza skromnym domkiem plebanji, za sadem owocowym, za leżącemi nad rzeką kwadratami złotych pól i łąk zielonych, poza horyzontem, może poza ziemią nawet. Przycisnąwszy ręce do chudej piersi i przebierając drżącemi palcami, mówił powolnie, niby dzieląc się wielką tajemnicą:
— Prorocy Starego Zakonu, oczekujący przyjścia Mesjasza, nawoływali do wojny... Jan Chrzciciel gromił Heroda i ród jego, rozżegając tem bunt... Chrystus, porwany gniewem, wygnał ze świątyni handlarzy... Apostołowie pańscy, głosząc naukę Zbawiciela, tem samem pobudzali do sprzeciwu cezarom rzymskim, do wojny, w której naśladowcy i wyznawcy Chrystusa z Galilei mieli się stać krwawemi ofiarami na ołtarzu wielkiej prawdy Miłości. Pierwsi chrześcijanie brali udział w wojnach pogańskich władców, wierząc, że taka jest wola Wielkich Potęg... Sam Bóg, Wszechmożny Stwórca, wydał bitwę buntowniczemu Lucyferowi, żądnemu przedwczesnego poznania prawdy i łańcucha nieśmiertelnych przyczyn. Przyjście Antychrysta, wroga Syna Człowieczego, czyż nie będzie przepowiedzianą przez Proroków i Św. Jana walką ludzi i aniołów?
Nesser zapomniał o papierosie. Przestał pogardliwie krzywić usta i słuchał coraz bardziej zdumiony. Określenie ścisłe i kategoryczne pojęcie wyników głoszonej niegdyś prawdy... Bóg wielkich Potęg... Traktowanie idei Lucyfera... psychologja surowego chrześcijaństwa pierwszych wieków ery?! Gdzież on jest? W małym, pachnącym kwiatami, jabłkami i woskiem saloniku plebana wiejskiego, czy w przybytku adepta ezoterycznej wiedzy — mglistej i tajemniczej? Chwilami jakieś zatarte wspomnienia niepokoiły go. Gdzieś z głębokich, niedostępnych komórek mózgu wstawało i przybierało ludzkie, żywe formy widmo zmienne, straszliwe...
Ach! Przypomina sobie jakąś dawno czytaną książkę, z której pozostały szczątki wiersza, w porywie buntowniczym ułożonego przez średniowiecznego mnicha hiszpańskiego:

Despierto Christiano, no estes tan muerto
Pues al antichristo es ya deseubierto
Todo hombre se ovise y no este dormidó
Que el antichristo es ya venido...

Dalej nie pamiętał, chociaż przypominał sobie, że przez ten tak po-chrześcijańsku rozpoczynający się wiersz, setki ludzi zginęło na stosach „świętej inkwizycji“.
Inkwizycja! Słowo stało się ciałem, oblokło się jak szkielet mięśniami i skórą, ukryło się w szerokim białym habicie i czarnym płaszczu dominikańskiego mnicha. Stanął przed nim wiotki, wysoki, blady braciszek zakonny z klasztoru św. Pawła w Walladolidzie, ubogi, surowy dla siebie i ludzi, niezłomny, płomienny w wierze i w mowie — Tomasz z Torkwemady. Bronił czystości wiary Chrystusa, piętnował grzechy rozpusty i niewiary, pociągał ku sobie tłumy pobożnych, czujących brzemię życia... Jakiś obłok przesunął się przed oczami Nessera, lecz po chwili ujrzał wyniszczoną, ascetyczną twarz Wielkiego Inkwizytora. Oto stąpa z krzyżem w ręku, z pergaminem straszliwej „Copilacion de les instructiones fol Officio della Sancta Inquisicion“, toruje drogę przed Izabellą Kastylską i Ferdynandem Aragońskim, walczy o Jezusową naukę miłości, pozostawiając po sobie potworny siew — około dwakroć stu tysięcy ludzi, spalonych, zamordowanych, umęczonych w lochach „świętej Inkwizycji“, pokaleczonych, wygnanych... Teraz tu obok — ten chudy, wyblakły księżyna wiejski, rzucający słowa twarde, niezłomne, jak stal, zahartowana w ogniu wiary, lecz i on zamierza skazać ludzkość na stos, gdzie na ołtarzu potwora wojny ma być złożona hekatomba, jakiej świat nie widział. Nesser zamienił się w słuch, zaczaił się, skupił cały w sobie, jakgdyby w pełnej lęku żądzy oczekując uderzenia piorunu, lub druzgocącego słowa, mocnego i ciężkiego, jak głaz granitowy.
Pleban, na nikogo nie patrząc, wciąż tym samym dobitnym, powolnym głosem mówił:
— Chrystus — książę wojny... krzyż na sztandarach, zlanych krwią... Nie kościół tego żądał! W rozpaczliwym, beznadziejnym, gorącym wysiłku pragnęło tego sumienie ludzkości... Było to nakazem wielkiej, absolutnej prawdy... było to żądne wołanie Bóstwa z dymów ofiarnych ołtarza Jego...
— Torkwemada! Wielki Inkwizytor! — miotała się w głowie Nessera szalona myśl.
Ksiądz Chambrun upadł na fotel i znowu głowę w dłoniach chudych zacisnął. W rozpaczy niemej, z jękiem bólu i troski bezmiernej szeptać teraz jął szybko, namiętnie:
— Obejrzyjcie się wszędy i ujrzycie wy, oczy mający, że giniemy! Giniemy i nic nas poza nami samymi nie ocali! Nieprawdę i pożądliwość w świątyniach Bożych ujrzycie... Jako cielec złoty — one i jako wieża Babel, urągająca Niebu! Któż bije na trwogę w wielki dzwon oburzenia, gdy ujrzy złotem kapiące pałace i stroje, skarby ołtarzy, wypchane kasy banków, przepych, przesyt, beztroskę bogaczy, a tuż, tuż obok — mrowie ludzkie, któremu wspaniałomyślnie dane jest prawo umrzeć, gdy mu sił zbraknie, lub żyć, gorzej od zwierząt dzikich, bo ogołocono ich z cienia choćby radości bytu?!... Któż wyje, jak głodny wilk na pustkowiu, gdy genjalni uczeni i myśliciele, w oczy Cielca Złotego patrząc służalczo, w imię jego tworzą wartości i idee burzące, a więzy nielitościwe nakładają na opornych?!... Ach! Chryste, Baranku Boży, gdybyś przybył na ziemię, spodloną i postokroć zhańbioną czynami i nieprawościami naszemi, — zapłonąłbyś gniewem strasznym, straszniejszym niźli wonczas w świątyni, z której kupczący targowisko zgiełkliwe uczynili, porwałbyś za miecz zemsty i sądu, zawołałbyś głosem, grzmiącym od kresu do kresu świata: „Błogosławieni, karę podług nieprawości czyniący, albowiem ich jest królestwo Boże!“ Nastałby w onej chwili pomstowania ostatni bój krwawy, bez miłosierdzia i bez lęku, albowiem byłby to bój o duch Boży, przygaszony od wieków... od wieków...
— Nie, to nie Tomasz z Torkwemady... — powątpiewała strwożona myśl Nessera. — Może raczej jakiś nowy prorok, zwiastun ostatecznej walki... Pustelnik Piotr z Amiens z jego namiętnem wołaniem: „Bóg tak chce!“ Surowy Walter — Golec, namiętny opat Clairvaux — św. Bernard; tajemniczy Stefan i Mikołaj, prowadzący za sobą tysiące dzieci na śmierć, a wszyscy w imię Boże nawołujący do wojny o Grób Zbawiciela, cichego, miłosiernego, pokornego Baranka...
Reporter nagle uświadomił sobie, że mu jest zimno. Dreszcz przebiegł go po grzbiecie, wargi miał suche, spieczone, w oczach żar nieznośny. Ksiądz Chambrun, jakgdyby wyczerpany, — odrzucił się na oparcie fotela i z opuszczonemi powiekami wciąż szeptał z wzrastającą namiętnością:
— Błogosławię na wojnę imieniem Chrystusa!... Poleje się krew i życia gasnąć będą, jak zdmuchnięte świeczki, jak wpadające w płomień owady lotne, nierozumne! Błogosławię! Albowiem wojna ta skruszy hardość, pychę i potęgę proroków fałszywych, obali ołtarze bogów drapieżnych, głuchych obudzi, ślepym wzrok przywróci, niemowom w usta włoży żądło ogniste, w oziębłych sercach roznieci płomień, buchający żarem. Stanie się wielki cud!
Umilknął pleban i siedział zapatrzony w niewidzialny daleki świat marzeń i przeznaczeń niezgłębionych.
— A jeżeli nie doczekamy się cudu? — siląc się na szyderstwo, zapytał Nesser.
Wzdrygnął się chudy księżyna na to pytanie, które, widocznie, nieraz przychodziło mu na myśl w chwilach ciężkiego i trwożnego zwątpienia. Rękę uniósł, jakgdyby grożąc komuś, i odpowiedział ponuro:
— Zaiste powiadam wam, bracia, nastaną wtedy dnie, w których w rozpaczy i lęku niezmiernym przeklinać będziecie matki wasze, że porodziły was!...
Upadł głową na złożone na stole ręce i nagle szlochać począł głośno i bezradnie, jak dziecię małe, zbłąkane i opuszczone. Nesser nie odzywał się więcej. Zrozumiał, że ten dziwny pleban wiejski nie był pewien oczyszczającego wpływu wojny i że przeżywał ciężkie chwile zwątpienia i rozdwojenia myśli.
— Uczciwy jakiś człeczyna... — pomyślał reporter i dał znak uczonemu do wyjścia, lecz ksiądz Chambrun już uspokoił się i, spuszczając oczy w zakłopotaniu i jakgdyby śpiesząc się, powiedział:
— Węzeł musi być przecięty, bo tak, jak żyjemy, dłużej żyć nie można! Ale ja tego objaśnić nie mogę, ani też w ten sposób przekonać Gilleta nie potrafię. Muszę przemówić do niego głosem ziemi, tradycji, wiary, słowami naiwnego rozumu, uczuciami prostego serca. To trudno!... Pan, panie Nesser, zna zbrodnie świata na tle sensacyj, ja też, jako spowiednik, znam wielkie, umiejętnie ukrywane zbrodnie, znam też wykroczenia w zakresie ścisłego spełnienia bezwiednych obowiązków przed ludzkością całą. Tą skalą nikt nie mierzy, a to właśnie wytwarza atmosferę, sprzyjającą każdej zbrodni — od największej — sensacyjnej, do najmniejszej, — jaką jest naprzykład, rozpacz i wahanie się biedaka Gilleta.
W tej chwili do drzwi saloniku zapukano ostrożnie.
— Młody Gillet przyszedł do księdza proboszcza, — rozległ się głos kulawego sługi.
Ksiądz Chambrun poprawił na sobie pelerynę, obciągnął starannie sutannę, przygładził włosy i odpowiedział już spokojnym, dobrotliwym głosem:
— Niech wejdzie, powiedzcie mu o tem, Chapelot!
Na progu stanął pucołowaty chłopak wiejski, rumiany, o wesołych, figlarnych oczach czarnych.
— Co powiesz, mój drogi? — spytał ksiądz i wyciągnął do niego dłoń.
— Matka przysłała mnie... — zaczął chłopak, z ciekawością oglądając siedzących panów. — Kazała mi powiedzieć, że już wcale nie będzie płakać. Wojna, no — to wojna! Od czegóż są rezerwiści i poborowi? Poto, aby wszyscy szli, gdy wypadnie, no — nie? Przecież nie damy się Niemcom, jak to było wtedy, gdy królowie nami rządzili? Matka wierzy, że wrócę z medalem, bo poleci mnie opiece małej świętej... Teresy z Lisieux. O nabożeństwo przed jej ołtarzem kazała mi prosić księdza proboszcza...
Ksiądz Chambrun spuścił oczy i po chwili odparł:
— Dobrze, mój chłopcze, powiedz pani Gillet, że dobrze!
— Taak... — przeciągnął Nesser, gdy za chłopakiem zamknęły się drzwi.
Ksiądz nic nie odpowiedział. Siedział zgnębiony i nieruchomym wzrokiem patrzył przed siebie.
Przyjaciele, uścisnąwszy dłoń plebana, opuścili salonik.
— Tak! — powtórzył Nesser, gdy znaleźli się na ulicy.
Gramaud milczał.
Przed domem uczony stanął i dotknął ramienia przyjaciela.
— Tak! — szepnął. — Młody Gillet z wojny powróci!
— Z medalem? — zapytał, wybuchając śmiechem, reporter.
Gramaud zatrzymał na nim przenikliwy wzrok.
— Młody Gillet z wojny powróci! — powtórzył z naciskiem.
Nesser przestał się śmiać i machnął ręką.
— Co mnie to obchodzi?! — mruknął, wzruszając ramionami.



ROZDZIAŁ III.

Redaktor Rumeur nie miał już powodu do niepokoju. Wojna rozszalała na wszystkich frontach wstrząsanej olbrzymią klęską Europy. Siedział w swoim gabinecie, zakopconym dymem cygar i wyziewami motorów drukarni, przeżywając błogie chwile głębokiego zadowolenia i niczem, zdawało się, niezamąconego szczęścia. Małą, krótką rączką z ogryzionemi paznokciami, co chwila dotykał klapy tużurka i pieścił czerwoną rozetkę orderową. Nie dbał już o sensacyjny materjał dla „Hałasu Ulicy“, bo wojna dostarczała mu setki wiadomości, chciwie pochłanianych przez czytelników. Łysy, okrągły człowieczek najbardziej jednak cieszył się z korespondencyj nadsyłanych mu przez Nessera. Reporter, jak burza, przerzucał się z piorunującą szybkością z jednego sektora frontu na drugi, a pisał z takim ogniem, z tak gorącą wiarą w konieczność wojny i w ostateczne zwycięstwo, że Rumeur nie mógł ochłonąć ze zdumienia. Z szuflady biurka wydobywał i coraz częściej odczytywał poufny list Nessera, zakończony słowami:
„Przygotuj, szefie, beczki farby drukarskiej i stosy bibuły, bo coraz więcej bydła pchają na rzeź, która bardzo długo potrwa, jak każda uprawniona, dokładnie uplanowana zbrodnia.“
— Zdolna bestja z tego Nessera, ale też i kanalja! — mruczał redaktor, wyczekując coraz to nowych feljetonów od swego „specjalnego korespondenta wojennego“.
Duże, sztywne, wypchane redakcyjne koperty „Hałasu Ulicy“, bijące w oczy czerwienią tytułu, przychodziły regularnie.
Arkusiki papieru, wypełnione drobnem, czytelnem pismem, podobne były do siebie jak dwie krople wody, jak odbitki stereotypu, i nie zdradzały prawdziwych myśli ani uczuć autora. Feljetony jego były, niby jedwabne pończochy dla pań, niby krawaty dla panów, podług ostatnich wymagań mody, jaką z dniem każdym stawał się krzykliwy, skrajny szowinizm i bryzgający pianą nienawiści militaryzm bez zastrzeżeń.
Redaktor — zachwycony i wniebowzięty wiedział, że publiczność upajała się energicznym tonem jego pisma. „Hałas Ulicy“ z dniem każdym zdobywał coraz to większy rozgłos i poczytność. Pewnego dnia spokój i błogi nastrój okrągłego, zawsze czerwonego i spoconego Rum-ura pierzchły jednak.
Nadchodzące codziennie od Nessera korespondencje urwały się raptownie. A cóż to były za wspaniałe opisy! Pierwsze bitwy 7-go korpusu i 8-ej dywizji kawalerji, które, pod dowództwem generałów Dubaila i Pau, na początku sierpnia pełnym odwagi wstępnym bojem zdobyły w Alzacji miasta Thann, Altkirch, i wreszcie zajęły Mülhuzę; owiane wyczuwanym mimowoli mistycyzmem połączenie się francuskiej armji z wojskami belgijskiemi w Visé; błyskotliwe, wprost napoleońskie powodzenie III-ej armji pod Dinant, wreszcie — bohaterski wysiłek w wykonaniu ciężkich zadań, poleconych korpusowi kawalerji generała Sordet, — pomiędzy Mozą a Semoy. Aż tu raptem — milczenie!
Minęło kilka dni. Nesser nie odzywał się wcale.
— Zabity? Dostał się do niewoli? A może zaaresztowany za swój okrutny cynizm? — powtarzał stroskany pan Rumeur, tarł spoconą łysinę i po raz trzeci przerzucał stosy listów, szukając wśród nich dobrze znanych mu kopert wojennego korespondenta „Hałasu Ulicy“. Wreszcie poczta na nowo zaczęła dostarczać upragnione paczki z codziennemi artykułami Nessera. Pierwsza korespondencja była zaopatrzona w prywatny list do redaktora.
Reporter pisał:
„Jestem w pierwszej armji, w 21-ym korpusie. Nie pisałem, bo oczekiwałem rozwiązania wielkiej bitwy pod Saint-Blaise, gdzie zdobyto pierwszy sztandar niemieckiego pułku piechoty, wchodzącego w skład armji generała von Heeringena. Jadę dalej“.
W chwili, gdy pan Rumeur odczytywał list swego korespondenta, ten był już w Ardennach, w sztabie 2-go korpusu czwartej armji przed rozpoczęciem ataku w kierunku Neufchateau.
— Panowie oficerowie! — mówił dowódca. — Mamy przed sobą bardzo niedogodny teren lesisty, pozbawiony dostatecznej ilości dróg. Nie znamy sił nieprzyjaciela i jego właściwych zamierzeń, wobec czego na każdym z nas ciąży najwyższa odpowiedzialność. Jutro pierwszy atak, ścisłe dyspozycje będą wydane za dwie godziny!
Oficerowie śpiesznie opuszczali kwaterę sztabu. Wraz z nimi wyszedł też Nesser. Przed godziną dopiero tu przybył i nie wiedział jeszcze, gdzie się ma ulokować na noc. Wspomniał o tem w rozmowie z oficerami. Jeden z nich zaprosił korespondenta do siebie. Wkrótce siedzieli w namiocie przy małym stoliku i jedli gorącą polewkę.
— Prawdopodobnie będę mógł służyć panu gościną tylko na dzisiejszą noc, — rzekł oficer. — Jutro... jutro nas już tu nie będzie...
— Dlaczego? — spytał Nesser.
— Jutro, jak pan słyszał w sztabie, rozpocznie się bitwa. Pierwszy pójdę z moją kompanją...
— Skąd pan to wie? — zawołał reporter. — Dyspozycja jeszcze nie przyszła.
— Ja wiem, że zacznę bitwę w Ardennach pierwszy, — z radosnym uporem w głosie powtórzył oficer. — Jesteśmy wszak wysunięci najdalej naprzód, tuż za osłaniającą nas kawalerją, która w tej chwili odchodzi na tyły.
— Pan się z tego cieszy? — zapytał Nesser, mrużąc oczy.
— Tak! — odpowiedział oficer i urwał.
— Dlaczego? — rzucił pytanie reporter.
Oficer odgarnął wtył spadające mu na białe czoło ciemne pasmo włosów i odparł cicho:
— Moja kompanja składa się z samych socjalistów, czy może nawet syndykalistów, jak ich nazywają. Ci nienawidzą burżuazji, rządu, społeczeństwa, a także inteligencji, którą uważają, nie bez powodu, zresztą, za służebnicę kapitału, wyzyskującego proletarjat...
— Nie rozumiem... — zauważył Nesser.
— Ach, przepraszam!... — zawołał oficer. — Przecież nie poznaliśmy się jeszcze? Nazywam się — René do Langlois, dowódca 3-ej kompanji.
Nesser wymienił swoje nazwisko.
— O, co do mnie, to ja już przedtem znałem pana! — z uprzejmym uśmiechem rzekł kapitan. — Trafiały mi do rąk pańskie artykuły. Bardzo gorące, przekonywujące... szkoda tylko, że zjawiają się w brukowcu... Zasługiwałyby, doprawdy, na zaszczytniejsze miejsce...
— Kapitanie! — zaśmiał się Nesser. — Dziękuję za tak pochlebną opinję, lecz upewniam pana, że żółty „Hałas“ — najodpowiedniejsze to dla mnie pole!
— Pan tak uważa? — zapytał trochę zdziwiony oficer.
— Tak, najzupełniej! — z suchym, złym śmiechem odparł reporter. — Jestem tam wśród swoich — żółtych, żarłocznych rekinów, wśród handlarzy, kupczących sumieniem, patosem, przekonaniem, ideami — wszystkiem, co ma wartość rynkową. To nie tak, jak pan! René de Langlois na czele socjalistów, broniących „Liberté, Egalité, Fraternité“, tudzież republiki kapitalistycznej burżuazji! Cha, cha! Zabawna kombinacja!
Usiedli znowu i, popijając wino, przez chwilę milczeli.
— Nazywam się Langlois — zaczął kapitan. — Stare to, arystokratyczne nazwisko! Przodkowie moi stali tuż przy stopniach tronu, a później umierali z rąk sankiulotów, duchowych ojców socjalizmu, umierali w swoich pałacach i pod nożem gilotyny z okrzykiem: „Niech żyje król!“... Ci to umieli umierać! Chcę pokazać swym ludziom, że nas — współczesnych arystokratów można też poważać, chociażby za pogardę śmierci. Jest to dobra nauka dla tych, którzy żyją ślepą nienawiścią! Nie jednego, być może, powstrzyma ona od udziału w podrzynaniu nam gardzieli i rozpruwaniu brzuchów podczas przyszłej rewolucji... Czy pan rozumie, panie Nesser, że ja jestem nie mniej na swojem miejscu tu, niż pan — w żółtej prasie?
— Nie zupełnie! — odpowiedział reporter ze szczerością. — Są to echa tradycyj, których ani z urodzenia, ani z przekonań nie posiadam i nie podzielam...
To mówiąc, przyglądał się bacznie kapitanowi.
Wysoki, muskularny, o szlachetnych, cienkich rysach ściągłej twarzy, na której spokojnym blaskiem połyskiwały przy świetle latarki obozowej śmiałe, niebieskie oczy, — kapitan Langlois był niezawodnie zdobywcą serc.
— Takiemu to z pewnością nie mówiły kobiety, że jest najpodlejszym z Francuzów! — pomyślał Nesser i z zawiścią spojrzał na rasową postać i arystokratyczne, podłużne dłonie oficera.
— Tak, naturalnie... w takim razie... — odpowiadając na uwagę gościa, rzekł cichym głosem Langlois. — Być może, w takich warunkach trudno istotnie zrozumieć moje pobudki... Jednak zgodzi się pan, że bohaterska śmierć człowieka innej warstwy społecznej wywrze wrażenie na socjalistach...
— Będą się cieszyli, że takiego typowego przedstawiciela arystokracji bez ich udziału sprzątnie kula niemiecka, lub pocisk armatni! O jednego wroga mniej!... — odparł Nesser, szyderczo patrząc w spokojne, jasne oczy kapitana.
— Nie jestem bynajmniej wrogiem robotników! — zaprzeczył Langlois. — Rozumiem powody ich nienawiści, pochodzącej coprawda z braku zrozumienia istoty najważniejszych zjawisk. Chcę tylko podtrzymać urok swojej klasy, która sama, jak dotąd, nie bardzo dba o to...
— Bardzo szlachetny zamiar, nie wiem tylko czy...
Nesser nie skończył swego zdania, bo do namiotu wszedł młody porucznik i, salutując służbowo, rzekł:
— Kapitany de Langlois wzywa sztab natychmiast.
Oficerowie szybko się oddalili. Nesser narzucił na ramiona płaszcz i wyszedł za nimi. Do uszu jego doszedł turkot motocyklu. Długi szereg namiotów bielał wśród wysokich drzew. Żołnierze byli już po posiłku; siedzieli w koszulach, pykali fajeczki i gwarzyli. Zdawało się, że nic nadzwyczajnego nie działo się w tem ustroniu, na tym szmacie ziemi pomiędzy lasem i pagórkami, okrytemi ścierniskiem. Jednak samo już zgromadzenie w jednem miejscu tylu bezczynnych ludzi, nieznośnie obojętny wyraz ich twarzy, oczy — pełne niepokoju lub biernego pogodzenia się z losem przemawiały do wyobraźni.
Nesser przypomniał sobie nagle obraz, widziany niegdyś w chikagoskiej rzeźni Armour’a. Ze stepów dostarczono stado byków i wołów. Ogromne, długorogie byki teksaskie, o wściekłych błyskach oczu, tłoczyły się, bodły stojące przed niemi szeregi, rozpychały zbitą masę ciężko dyszących boków i chrapiących łbów... Wreszcie doszły do obszernego placu z biegnącemi w różne strony wąskiemi przejściami o żelaznem ogrodzeniu. Zwierzęta uspokoiły się nagle i stały cicho, przeżuwając paszę mokremi pyskami. Nie wiedziały, a może nie chciały wiedzieć, że poganiacze zapędzali już przednie szeregi na ruchome chodniki, znikające w ogromnej hali, skąd dobiegał głuchy łomot młotów, spadających na rogate czaszki.
Nesser przechadzał się, paląc papierosa, i uważnie nadsłuchiwał. Bez uprzedzenia nawet poznałby, że słyszy rozmowy robotników fabrycznych. W Europie nieomylną cechę tych ludzi stanowi brak weselszego odcienia w głosie. Brzmi w nim prawie zawsze pogróżka, utajona rozpacz, troska i niegasnąca nienawiść.
— Djabli nadali tę wojnę... — doszedł Nessera ponury głos.
— Dobrze to, bo przyśpieszy czas, gdy wszyscy zaczną marzyć o rewolucji, jak sprawiedliwie mówi towarzysz Mollin — odparł inny.
— Ej, wy, czerwone czapy! — upomniał rozmawiających młody, dźwięczny tenor. — Nie z tego końca zaczynacie! Gdzie rozżegać będziecie waszą rewolucję, gdy Francję djabli wezmą rękami Hohenzollernów?! Robespierry bez mózgu! Maraty ślepe!
— Zdrajca!... ugodowiec!... Jaurès frontowy! — rozległy się głosy i śmiech — suchy, zły.
Reporter ujrzał powracającego szybkim krokiem kapitana Langlois. Wyszedł mu naprzeciw.
— Widzi pan, — szepnął oficer, — zgadłem! Jutro prowadzę swoją kompanję do ataku na Maissin. Pójdziemy na pierwszy ogień!
— Życzę zwycięstwa... — rzucił Nesser.
— Dziękuję!... Pan mi wybaczy, że będę miał teraz rozmowę z oficerami i sierżantami?
— Bardzo proszę! — odparł z ukłonem reporter.
Wkrótce przed namiotem stanęli oficerowie kompanji i sierżanci.
— Jutro o świcie — atak! — oznajmił twardym głosem Langlois. — Siły wrogów są nieznane. Mamy za zadanie — umrzeć lub dotrzeć do Palisenl i utrzymać się w nim. Francja żąda od nas tej ofiary.
Oficerowie milczeli. Twarze ogorzałe, o rysach ordynarnych, oczach ponurych, nie nawykłych do łagodnych błysków, świadczyły wyraźnie o pochodzeniu tych oficerów wojennego okresu, powołanych z rezerwy.
— Rozdać ludziom granaty! — rozkazał kapitan. — Przejdziemy przez las i dopiero na końcu pola zderzymy się z Niemcami. Tak ustalił rekonesans samolotu sztabowego. Możecie, panowie, odejść teraz! Sierżant Bluot niech tu pozostanie tymczasem!
Po odejściu oficerów, Langlois wyciągnął do sierżanta papierośnicę i spytał:
— Czy ludzie wasi będą się trzymali dobrze? Pytam o to, gdyż dopiero od tygodnia przyjąłem dowództwo nad wami i nie znam nikogo w kompanji...
— Ludzie będą się bili, jeżeli oficerowie pójdą razem, — odparł sierżant surowym głosem.
— Dobrze! Wszystko tedy w porządku! — rzekł Langlois. — Oficerowie muszą dawać przykład z obowiązku, z przywiązania do ojczyzny, lub też z tradycji dawnych wojowników!
— W kompanji mamy samych ludzi fabrycznych, panie kapitanie, wojowników niema wśród nas — odpowiedział Bluot i pogardliwy uśmiech drgnął mu na zaciętych ustach.
— Pochodzę ze starej rodziny francuskiej, Bluot, więc zostanę tam na polu, za lasem, lub dojdę do Paliseul... Ale! czyż w rodzie któregokolwiek z naszych ludzi nie było żołnierzy, którzy by zadziwiali świat odwagą pod sztandarami wielkiego Napoleona? — spytał spokojnie Langlois i niedbałym ruchem odrzucił dopalony papieros.
— Nie wiem, panie kapitanie — odparł sierżant, wzruszając ramionami. — Mamy na takie rzeczy krótką pamięć...
— Szkoda! — powiedział ze smutkiem kapitan. — Szkoda! Byłem już w dwóch kompanjach i nie spotkałem żołnierzy, którzyby znali opowieści o czasach sławy!
— Były to inne czasy... królewskie czasy... — mruknął Bluot. — Teraz wszystko się zmieniło!
— No, tak, macie słuszność, sierżancie! — potwierdził Langlois. — Zmieniło się... Chwilami jednak mam poważne wątpliwości, czyżby już tak bardzo się wszystko zmieniło? Królewskie czasy — powiadacie? Ha! Napoleon był wprawdzie cesarzem, nie z krwi jednak, lecz z genjuszu... Prawdziwym królem był waleczny, zdolny do porywu i wspaniałych czynów nasz naród: wieśniaczy, rzemieślniczy, stan mieszczański... On to dał prawo i odwagę swemu cesarzowi zawołać w Egipcie: „Czterdzieści wieków spogląda na nas ze szczytu tych piramid!“ Cóż znaczyłby zuchwały, genjalny Korsykanin bez Francuzów, tych wszystkich „dzieci paryskich“, włóczęgów, sankiulotów, wieśniaków, wyrobników?! Ale, ale! wczoraj doszedł mnie głos kaprala Mollin, rozprawiającego o tem, że wojna jest wodą na młyn socjalistów, marzących o ostatecznej rewolucji. Czy i wy tak myślicie, Bluot?
Sierżant nie odzywał się. Stał i ponuro patrzył w ziemię.
— Odpowiedźcie, nie bójcie się! Przecież z nas trzech, co najmniej jeden jutro zginie — dodał kapitan. — Zginie oskarżony, oskarżyciel lub świadek...
Bluot pomyślał chwilę i odparł:
— Mollin istotnie tak mówił, a i my — partyjni towarzysze, wszyscy tak myślimy, bo na cóż innego przydałaby się ta wojna, wszczęta przez kapitalistów?!
Langlois długo milczał. Wreszcie podniósł głowę i rzekł spokojnie i dobitnie:
— Wiem, nie gorzej od was, że zmiana życia, co prawda, inną metodą, niż rewolucja, jest niezbędna, jednak w dobie zmagania się Francji o swój byt, obrona jej powinna stać się najpierwszą troską naszą.
— Tak też myślimy, panie kapitanie, i dlatego bijemy się przecież... — odpowiedział sierżant obojętnym głosem.
— Dziękuję wam, sierżancie! Możecie odejść, Bluot!
Langlois poszedł sprawdzić posterunki, wysunięte przed frontem pułku.
Nazajutrz Nesser, niepomny na ostrzeżenia i zagrażające mu niebezpieczeństwo, ulokował się na obserwacyjnym punkcie, stojącym wpobliżu baterji polowej.
Ze szczytu lekkiej wieżyczki doskonale widział lasek i pole, dalej — wynurzające się z głębokiego wąwozu ciemne sylwetki niemieckich piechurów; za nimi, na horyzoncie — dachy domów i dzwonnice ciasteczka.
Gdzieś z prawego skrzydła ryknęła francuska baterja. Pociski z wyciem złośliwem przeszywały, szarpały powietrze i pękały przed wąwozem, wyrzucając słupy dymu, ziemi i kamieni. Z poza lasku, widniejącego w oddali, natychmiast odpowiedziały im niemieckie działa. Granaty wybuchały, zbliżając się do kotliny, gdzie w nocy stała kompanja Langlois, druzgotały konary, rozszczepiały pnie drzew, wszczynały pożar. Gdy walka artylerji zaczęła jakgdyby przygasać, — z krzaków od skraju lasku, sypnęli się żołnierze francuscy. Ich niebieskie mundury migały wszędzie, niby płatki rozsypującego się kwiecia. Pędzili naprzełaj przez pole ku wybiegającym z wąwozu Niemcom. Przed szeregami francuskich strzelców majaczyła samotna postać oficera, wyprzedzającego wszystkich.
Nesser podniósł do oczu lornetkę. Poznał kapitana de Langlois. Kompanja gnała, jak szalona. Zalatujący od pola wiatr donosił aż tu krzyki żołnierzy. Ludzie nie kryli się, chociaż szczękać już poczęły kulomioty, a grad kul podnosił małe obłoczki kurzu, wyrywał trawę, ścinał gałęzie krzaków i zbliżał się coraz bardziej do atakującego oddziału. Strzelcy, z niezwykłą porywczością, rozsypywali się w tyraljerę i wytężali siły, aby dogonić biegnącego przed nimi dowódcę. Zdawaćby się mogło, że to jedynie stanowiło najpierwsze, najważniejsze dla nich zadanie. Minęło kilka chwil, które dłużyły się niby wieczność cała. Tam i sam zaczęli padać ludzie. Pozostawali nieruchomi, do kupy szmat postrzępionych podobni, lub czołgali się, robiąc wysiłki, aby powstać. Oficer biegł wciąż samotny, jak odyniec przed stadem, a za nim, to rozciągając, to zwężając szeregi, — szaro-niebiescy strzelcy. Dobiegły zdaleka ostre, urwane jęki trąbki i zginęły w przeraźliwym zgiełku wybuchających szrapneli, w złośliwym szczęku kulomiotów, w odczuwanem podświadomie tętnieniu serc, w porywającej coraz bardziej zwarze bitwy, w obłędnem, a namiętnem oczekiwaniu nieuniknionego zmierzenia się z przeciwnikiem, oko w oko, pierś z piersią. Nesser uświadomił sobie, iż w chwili tego ogarniającego go podniecenia, myśl jego pracowała nieprzerwanie. Pociągało go ku sobie niezwykłe widowisko na polu; niepokoiły wyczuwane całą istotą nieznane siły, zmuszające ludzi spokojnych, pracowitych zapomnieć o lęku i z dzikiemi okrzykami pędzić wciąż naprzód, tylko naprzód — na spotkanie nigdy nie widzianych, obcych ludzi, aby wbić im w trzewia bagnet lub paść i oddać na tym skrawku ziemi — całą krew. Jakież były to siły? Miłość do ojczyzny, sugestja, rozpacz strachu, instynkt pierwotnego, dzikiego człowieka — pół-zwierza?! Wszystko to nie dawało odpowiedzi na palące, drażniące mózg pytanie... Tymczasem on — Nesser czuł, że musi mieć odpowiedź stanowczą, przecinającą wszystkie wątpliwości, rozwiązującą męczącą go zagadkę.
Raptownie umilkły działa i kulomioty. Jeszcze sto — może — pięćdziesiąt kroków i — zderzyły się szeregi wrogów. Tłum walczących w jednej chwili zwarł się w ruchomą kotłującą się falę. Ludzie parli naprzód, cofali się i znowu nacierali. Połyskiwały bagnety, migały kolby karabinów, podnoszonych w zamachu. Wzmagał się zamęt, a żółta kurzawa okrywała walczących. Od francuskiego frontu nadążały nowe i nowe kompanje. Coraz to inne baterje wprowadzano do bitwy, wrzącej na całym froncie. Nad polem unosiła się mętna, ciężka mgła, a wyżej ponad nią kołysała się żółto-czarna płachta dymów.. Wrzawa bitwy, toczącej się pomiędzy lasem a miasteczkiem, oddalała się coraz bardziej. Francuzi wypierali nieprzyjaciela, metr po metrze zdobywając plac boju...
Odgłosy walki umilkły dopiero późnym wieczorem. Nesser, otrzymawszy wiadomość o zdobyciu Paliseul, pojechał do miasteczka, bo chciał odszukać kapitana de Langlois. Wskazano mu jego kompanję, rozmieszczoną w dwóch szopach.
— Czy mogę widzieć się z kapitanem? — zapytał reporter młodego podporucznika, siedzącego na skrzyni z ładunkami.
— Kapitan i wszyscy oficerowie polegli na polu chwały... — odparł z teatralnym patosem porucznik. — Właśnie przysłano mnie tutaj do objęcia komendy czasowo...
Na tę rozmowę wyszedł z szopy sierżant Bluot. Skrwawiona szmata opasywała mu głowę. Przymrużył oczy, jakgdyby przypominając sobie twarz stojącego przed nim cywila, i mruknął:
— Kapitan był ciężko ranny w wąwozie... dostał bagnetem w brzuch... Wynosiłem go z pomocą Mollina, lecz dano na nas salwę... Kapitan i kapral padli... mnie się też dostało. Ha! Kapitan de Langlois... Odważny... bardzo wspaniały oficer... o, tak! De Langlois... cóż chcecie? Arystokrata!...
To powiedziawszy, powlókł się do szopy. Nesser pożegnał podporucznika i poszedł szukać poczty polowej, aby wysłać list do „Hałasu Ulicy“. Idąc, myślał nad tem, ile też istnieje różnych pobudek do spełnienia obowiązku i przejawów bohaterstwa. Piękny potomek gilotynowanych arystokratów, syndykalista — „sankiulot“ Mollin, towarzysz partyjny — sierżant Bluot, wynoszący z bitwy znienawidzoną latorośl burżuazji!
— Do djabła! — syknął reporter. — Wojna nie jest rzeczą tak prostą, jak się wydaje na pierwszy rzut oka!
Jak żywa stanęła przed nim postać kapitana Langlois. Przypomniał sobie spokojne, niebieskie oczy, ciemne pasemko włosów na białem, wyniosłem czole oficera.
Nie czuł już nienawiści, zakradającej mu się do duszy, gdy rozmawiał z kapitanem w namiocie. Pragnąłby nawet ujrzeć go jeszcze, bo jakaś niepojęta i męcząca tęsknota za tym człowiekiem zupełnie innym, niż on — żółty reporter, coraz bardziej ogarniała Nessera.
— Zatytułuję swój feljeton: „Pamięci bohaterskiego kapitana de Langlois!“ Koniecznie tak zrobię! — pomyślał i ze smutnie opuszczoną głową szukał kwatery sztabu, gdzie spodziewał się znaleźć biuro poczty polowej.



ROZDZIAŁ IV.

Czcigodny pan Rumeur, gdyby miał najmniejszą możliwość ku temu, wyłysiałby, z pewnością, do reszty. Przyczyny takiej katastrofy należałoby doszukiwać się w zdumieniu, rosnącem w nim z dniem każdym. Na szczęście hałaśliwy redaktor „Hałasu Ulicy“, będąc oddawna doskonale łysym, nic już więcej do stracenia nie miał... Od rana do wieczora polerował sobie krótkiemi rączkami nagą, zawsze spoconą czaszkę i mruczał bardzo żałośnie:
— Coś mi się to zaczyna nie podobać! Cóż to u djabła strzeliło do głowy Nesserowi? Obawiam się, że może odłamek szrapnela, którego nie zauważył.
W takich chwilach strapienia Rumeur wołał do siebie zaufanego sekretarza, starego wygę dziennikarskiego, i uskarżał się przed nim:
— Mój kochany Chalupe, co to z nami będzie?! Co będzie?
— Poco redaktor wątróbkę sobie psuje? Nic się nie stało! — uspokajał go sekretarz, przecierając niebieskie okulary.
— Jesteś niepoprawnym oportunistą, mój drogi! — oburzał się Rumeur. — Ten Nesser zasypie nas z kretesem!... Zobaczysz! Czyż można na szpaltach „Hałasu Ulicy“ zamieszczać takie rozsądne i uczciwe, bez żadnej blagi korespondencje?! Przypomnij sobie, z jaką powagą i zrozumieniem rzeczy Nesser opisywał i tłumaczył niepowodzenie francuskiej armji w końcu sierpnia! A teraz?! Nie ukrywa nic, ani jednego nawet ciosu, spadającego na Francję, nie owija w bawełnę! Tak szczeremi wyznaniami porażki można wzbudzić panikę w społeczeństwie i zaszkodzić dziennikowi! Niepowodzenie pod Morhange, Sarrebourgiem, Charleroi, Monsem — opisuje tak, jakgdyby mówił o przegranej partji na tennisowym korcie!... Gdyby choć zwalił był winę na marszałka Frencha lub na tych angielskich generałów — Douglasa Haiga i Allenby, ale gdzie tam!... Pisze wprost, że zmuszeni byliśmy się cofać przed armjami Büłowa i von Klucka, ponieważ dowództwo francuskie przed bitwą jeszcze nieopatrznie odciągnęło armję!... Trzeba ducha krzepić, oczy mydlić, a on tymczasem rozpisuje się, jak jakiś teoretyk-strateg, o nieuniknionym upadku Namura, niezbędnej ewakuacji Mülhuzy, planowem cofnięciu się od Nancy i o pochodzie tego przeklętego Klucka na Paryż... rozumiesz, Chalupe, — na Paryż?!... To wzbudza panikę, a naszem zadaniem jest wzmocnienie wiary w zwycięstwo Francuzów!...
— Widocznie Nesser dokładnie jest poinformowany, bo właśnie otrzymałem poufną wiadomość, że rząd opuszcza Paryż i przenosi się do Bordeaux — rzekł sekretarz. — Tymczasem paniki żadnej nie wyczuwam, chociaż o decyzji rządu wszyscy już wiedzą w mieście. Słyszałem nawet w drodze do redakcji jakiegoś draba, śpiewającego dość zabawną i ciętą piosenkę na temat „Paris-Bordeaux“.
— Jednakże sytuacja wzbudza trwogę... czy nie czas pomyśleć o ewakuacji „Hałasu Ulicy“... do Marsylji, naprzykład?... Nie, do djabła taki projekt! Marsylja — nad morzem.... Mogą przypłynąć pancerniki niemieckie... Radź, drogi Chalupe, głowa mi pęka od tego wszystkiego!
Sekretarz, skończywszy z przecieraniem szkieł, wyciągnął rękę do dzwonka elektrycznego.
— Czego chcesz? — zapytał Rumeur.
— Dzwonię na Leona...
Wszedł służący redakcyjny.
— Mój Leonie, — rzekł Chalupe, — przynieś mi szklankę kakao i zawiniątko z pieczywem... leży na oknie przy biurku...
Redaktor wzruszył ramionami i z oburzeniem spojrzał na pomocnika...
— Masz nieprzebrane skarby zimnej krwi, mój drogi! — zawołał. — W takiej chwili — kakao i pieczywo?!
— Zaspałem dziś trochę i nie zdążyłem spożyć pierwszego śniadania, — objaśnił ze spokojem sekretarz. — Zresztą jestem przekonany, że wszystko skończy się jaknajlepiej. Ufam Nesserowi, który w ostatnim feljetonie wspomina, że sytuacja nasza staje się rozpaczliwą, i że dla naprawy jej musimy zdobyć się na cudowny wybuch energji. Naród francuski zdolny jest do tego, więc niezawodnie podtrzyma sławne tradycje wojenne i uratuje naszą reputację... Dziękuję, Leonie. Może i redaktor napije się kakao i zje bułeczkę?
— Daj mi święty spokój! — żachnął się Rumeur. — Działasz mi na nerwy! Ja się głowię nad losem naszego przedsiębiorstwa, a ty mi podsuwasz bułeczki! To — potworne!
— Eh! Niech się redaktor nie rzuca! Pozostaniemy w Paryżu. Nic nam się nie stanie, chyba że jakaś bomba z niemieckiego „Fokkera“ zwali się nam na strych. No, a od czegóż straż ogniowa, blacharze i murarze?! Zato jakiż szyk! „Hałas Ulicy“ wytrwał na swem stanowisku do końca! Co?
— Wytrwał na swem stanowisku do końca... — powtórzył Rumeur. — To brzmi dostojnie!... Hm... Hm... Nie przyszło mi to do głowy... Wytrwał do końca!... Bardzo, bardzo ładnie!... Gdyby jeszcze Nesser zaczął pisać po dawnemu, drzeć się na całe gardło, urągać „boszom“, wygrażać pięściami i zębami!...
— Eh, nie! — potrząsnął nieczesanemi kudłami Chalupe. — Eh, nie! Byłoby to odgrażanie się w złym tonie... klepanie ozorem... Nesser rozumie, że takiego przeciwnika należy traktować poważnie i — zmienił styl. Szczwany to lis!
— A co na to powiedzą nasi czytelnicy? — mruknął Rumeur.
— Ej, redaktorze, filut z was! — zaśmiał się Chalupe, wpakowując do ust połowę ciastka. — Czytelnicy?! Oni albo niczemu, co przeczytają w „Hałasie“, nie uwierzą, albo też przyjmą wszystko za prawdziwą monetę. Zresztą muszę donieść redaktorowi, że sprzedawcy dziennika naszego mówili mi, iż konserwatywna burżuazja, — ta, co to czyta tylko „Figaro“, teraz kupuje także i „Hałas Ulicy“! Ha! To trzeba cenić! Torujemy sobie drogę do wyższych warstw, a któż to spowodował? Nesser! Nesser ostatniemi korespondencjami, wytrzymanemi w szczerym, wstrzemięźliwym i poważnym tonie, poruszającym jednak sumienie i najszczytniejsze instynkty narodu! Leonie, proszę o drugą szklankę kakao i moją cygarnicę! Leży w biurku pod biuletynami Hawasa. Ukrywam, redaktorze, papierosy, bo mi je nowy współpracownik od kroniki codziennej stale wypala...
Mimo że rozmowa z Chalupem uspokoiła nieco Rumeura, redaktor postanowił jednak napisać list do swego wojennego korespondenta z zapytaniem o prawdziwe wieści dla osobistej orjentacji.
List, wysłany przez sztab czwartej armji, pozostawał długo bez odpowiedzi.
Wreszcie otrzymano w redakcji kolejną korespondencję z frontu. Na rogu pierwszej stronicy drobnem, czytelnem pismem Nesser skreślił zaledwie kilka słów odpowiedzi na poufne pytanie szefa:
— Podaję tylko prawdziwe wieści. Przeniosłem się na front armji angielskiej, która współdziała z naszą piątą armją, dowodzoną przez generała Franchet d’Espérey.
I — więcej nic!
Strach i rozpacz nanowo zagnieździły się w sercu małego, okrągłego człowieczka, który dziś po raz pierwszy odczuł niepokojącą go duszność.
— Za stary jestem... — pomyślał żałośnie. — Wojna — nie na moje zdrowie!
Jednak nic nie mógł ani na to, ani na swego korespondenta poradzić czerwony, okrągły, jak kula, krewki Rumeur.
Nesser nadsyłał coraz poważniejsze i coraz to krótsze feljetony, a pisał je z takiem zrozumieniem rzeczy, że nawet polityczne dzienniki coraz częściej przedrukowywały je z „Hałasu Ulicy“. Redaktor, jeszcze niedawno pogardzanego brukowca, stawał się znakomitością i, nie mogąc spać po nocach, spowodu bombardowania Paryża przez niemieckich lotników, widział już siebie w tajemnych marzeniach deputowanym, a, kto wie — może nawet ministrem?
— Dlaczegóżby nie? — pytał sam siebie Rumeur. — Przecież nikt inny, tylko ja przepowiedziałem ściśle termin wybuchu wojny? A któż teraz, jak nie ja, wzywa naród do najlepszych uczuć patrjotycznych i, nie ukrywając przed rodakami prawdy, rozpala w nich entuzjazm do samoobrony i wytrwałości?
Podczas, gdy takie śmiałe marzenia zaprzątały łysą głowę redaktora „Hałasu Ulicy“, jego korespondent już od kilku dni przebywał w sztabie marszałka Frencha. Urządził się doskonale. Pośród licznych adjutantów, kręcących się po głównej kwaterze, Nesser spotkał pewnego razu kapitana olbrzymiego wzrostu i rudego, jak płomień. Anglik posiadał blade, stalowe oczy, czerwoną, piegowatą twarz, o ciężkiej dolnej szczęce trenera bokserskiego. Nesser przypomniał go sobie odrazu. W młodości, pracując jeszcze w Kanadzie, w małym banku prywatnym w Winnipegu, miał starszego kolegę — Johna Wellsa. Był to zabawny typ, rozmiłowany w sporcie, z zapałem uprawiający boks i niejednokrotnie zjawiający się do biura z obrzękłym nosem, obandażowaną twarzą, lub przetrąconą nogą. Wówczas dyrektor z niechęcią spoglądał na tego olbrzyma O POtężnych, zawsze czerwonych i odruchowo zaciskających się pięściach. Czekał tylko na sposobność, aby wybuchnąć gorzkiemi wymówkami i wylać go z banku na zbity łeb.
John Wells nie dawał jednak swemu szefowi tej sposobności. Ścisły i systematyczny, jak maszyna, brał się do pracy i, chociaż od pochylonej pozycji nos jego przybierał przerażające kształty i barwy, szybko, z zimną pasją odrabiał stosy przysyłanych mu przez dyrektora weksli, czeków i przekazów. Wells pracował, nie patrząc na szefa, lecz gdy spojrzenia ich przypadkiem się krzyżowały, stalowe oczy boksera wyrażały tyle pewności siebie, lojalności wobec obowiązków i spokoju, że bankier nie mógł pohamować uczucia prawdziwego podziwu i zapominał o potwornie opuchniętym nosie klerka.
— Hallo, John Wells! — zawołał Nesser, spotkawszy go w głównej kwaterze, gdy kapitan szybkim krokiem przechodził z teką pod pachą.
Olbrzym zatrzymał się na jedno mgnienie oka, spojrzał i mruknął:
— Przepraszam, jestem zajęty... za chwilę będę do usług pana...
Odszedł, stawiając ogromne kroki. Po chwili powrócił do sali, gdzie się tłoczyli korespondenci różnych narodowości, i przyjrzał się nieznajomemu cywilowi uważnie, poruszając nadmiernie rozrośniętą szczęką.
— Jestem Henryk Nesser, — uśmiechając się, rzekł reporter, — przed laty pracowaliśmy razem w banku Sama Smitsona w Winnipegu...
Damn! — zawołał kapitan. — Mały „Wild Henry?“ Poznaję teraz, chociaż urósł pan od tego czasu!
Nesser w milczeniu dotknął palcami siwiejących skroni.
Indeed! — mruknął Wells. — Tych białych nici i ja nie uniknąłem!
Zaśmiał się, a śmiech jego zabrzmiał tak, jakgdyby kilka dużych kamieni spadło na żelazną blachę dachu.
— Co pan tu robi? — spytał i, dowiedziawszy się, że dawny kolega jest korespondentem wojennym, klepnął go po ramieniu i zawołał:
— Teraz już wiem, wild Henry! To pan jest tym Nesserem, który dał jedyny prawdziwy opis bitwy pod Monsem i nie oskarżał angielskiego dowództwa?! Bardzo rad jestem, że to właśnie pan jest moim dawnym kolegą z tego coprawda podłego banczku głupiego Smitsona. Przedstawię pana marszałkowi!
— Dziękuję, drogi Johnie, ale w jaki sposób będę mógł znaleźć pana? — spytał Nesser.
— Gdzie pan stanął? — przerwał mu Anglik.
— W jakimś sklepiku, w spiżarni, tuż za ladą, a tak od niej blisko, że w każdej chwili czuję, co sprzedaje mój gospodarz — naftę, mydło, śledzie czy coś innego, również wonnego! — odpowiedział ze śmiechem reporter.
— O — o! — zawołał Wells. — A więc zgarnij pan swoje manatki i przenoś się do mnie! Mieszkam przy kościele w małym domku. Poznasz go pan odrazu, bo tak jest pomalowany ultramaryną, że aż w oczach świdruje!
W godzinę później Nesser przeniósł się do Wellsa. Nie próżnował ani chwili, bo wnet po wstawieniu walizki do wyznaczonego mu pokoju, wyszedł na miasto. Oglądał wszystko badawczym, wprawnym okiem. Anglicy imponowali mu. Starannie ogoleni, ubrani w nowe mundury, z ciężkiemi karabinami na ramieniu i pakownemi ładownicami, przechdzili miarowym krokiem, kierując się na pozycje lub wyznaczone kwatery. Spokojne, zimne twarze, powściągliwe, bez cienia pośpiechu ruchy; jasny, twardy wzrok; ciche rozmowy — było to całkiem niepodobne do zawsze podnieconej, skłonnej do wybuchu oburzenia lub figlów masy żołnierzy francuskich.
Przez nieduży placyk, ze stojącym w głębi kościółkiem, przechodził właśnie mały oddziałek żołnierzy. Zdaleka podobni byli do siebie, jak bracia z jednej rodziny.
— Wpływ wychowania i sportowego treningu! — pomyślał Nesser.
Żołnierze zbliżyli się wkrótce, reporter mógł słyszeć ich ciche rozmowy.
Well, Morris, — mówił jeden z nich, — jutro już spróbujesz wojny! Będziesz strzelał nie do tarcz, tylko do ludzi, najprawdziwszych ludzi!
Yes! Dla mnie to — też tarcza po komendzie naszego kapitana.
— A nie będziesz się bał walić do człowieka? A nuż policjant złapie cię za kark i powlecze do sądu?
— No! Ja przecież ciągle miałem do czynienia z ludźmi! Byłem fryzjerem i drapałem najprawdziwszych gentlemenów brzytwą po twarzy, jakgdyby nic... W moim fachu celować trzeba dobrze, by nie chybić, gdyż inaczej krew się również polać może!
Rozległ się cichy śmiech.
— Morrisowi to jeszcze jakoś pójdzie, ale trudniej to będzie ze Sparrowem! Był subjektem w magazynie damskich mód. Całkiem pokojowy fach! — dodał inny żołnierz.
— Eh! I ja sobie dam radę — odezwał się z głębi szeregu młody głos. — Będę się mścił za wszystkie ladies, bo Niemcy podobno nie po dżentelmeńsku postępują z niemi!
— Słyszeliście, jak ryczą te duże „świnie“ niemieckie?...
— Powiadasz, „świnie“? Gdzieżeś widział latające świnie?
— Patrzę na nie wtedy tylko, gdy ryją i wyrzucają ziemię, jak duże, wściekłe wieprze...
— Dlaczego te granaty tak wyją?
— A dlaczego granaty nie mają wyć?
Znowu rozległ się śmiech.
Oddział powędrował dalej i zniknął na zakręcie uliczki. Nesser spojrzał na niebo. Zmrok już zapadał. Gdzieś na wschodniej połaci nieba przygasała i znowu nabierała gorących, szkarłatnych blasków łuna.
— Palą dobytek skromnych, pracowitych biedaków!... — przemknęła Nesserowi myśl. — Tak, może wkrótce zginie w płomieniach gniazdo Gilleta, ustronna pracownia Gramauda i pachnąca jabłkami, pelargonją i woskiem plebanja księdza Chambruna, a z nią razem sztywne krzesełka, wyściełane czerwonym aksamitem, stolik okrągły, Schuman, Voltaire i posążek Matki Boskiej z Lourdes?...
Westchnął i przymknął powieki. Za miasteczkiem, na brzegu wartkiego potoku, żołnierze zakładali obóz. Stawiano namioty, rozbijano skrzynie z ładunkami; na uboczu dymiły kuchnie polowe; ludzie czyścili karabiny, oglądali trzewiki i ubranie, inni znów kąpali się lub golili przy małych latarkach składanych. Trochę wyżej, już na przeciwległym brzegu, gdzie ciągnął długi sznur koni, wlokących ciężkie haubice w stronę lasku Creey, kilku żołnierzy, zrzuciwszy mundury, grało w piłkę nożną. Oficerowie, ubrani starannie, z białemi, cienkiemi laseczkami pod pachą obchodzili obóz, zaglądając do namiotów i oddając lakoniczne rozkazy. Patrząc zdaleka, można byłoby pomyśleć, że jest to oddział, popasający po skończonej rewji na błoniach Anglji. A przecież byli to wyłącznie ochotnicy, ludzie odniedawna zapisani do szeregów. Dziedziczne poczucie obowiązku, zrozumienie realnego celu całego przedsięwzięcia i planu najbliższego wytwarzało tu ten spokój i sprawność.
Za laskiem, który czarną linją odcinał się na tle nieba, oświetlonego drgającą łuną, wykwitały białe, puszyste obłoczki, tryskały ogniem, rozpływały się i wyciągały w długie smugi i zwoje dymu. Na froncie, długim na 280 kilometrów, biegnącym — od lasu Chantilly aż do Verdun, szalała bitwa. Noc zapadała szybko. Nesser powracał do domu. Szedł przez miasteczko i słyszał, jak dzwoniły i drżały szyby w oknach domków, wstrząsanych dalekiemi wybuchami pocisków. Później, gdy baterje angielskie rozpoczęły ogień, — odezwały się jeszcze żałośniej i jękliwiej.
— Gorąco tam naszym! — dobiegły go słowa dwuch żołnierzy, idących bez karabinów, — prawdopodobnie, ordynansów sztabowych.
— Myślę, że jutro zaczniemy nacierać od lasku...
Nesser stanął na ganku domku i słuchał z natężoną uwagą. Zdawało mu się, że to potężne młoty jakiejś olbrzymiej fabryki spadają ciężko na niewidzialne kowadła.
— Fabryka! — syknął reporter. — Fabryka tworzy coś potrzebnego i wartościowego, a tu wykuwa się zniszczenie, śmierć...
Nagle przypomniał sobie kapitana de Langlois i jego słowa, pełne spokojnego zrozumienia osobistego celu — odwagi.
— Czyżby i te młoty wykuwały coś dla nowych pokoleń?... — pomyślał Nesser, wchodząc do domu.
Dopiero przed północą zjawił się John Wells wraz z dwoma innymi oficerami. Jeden z nich stary, milczący pułkownik, Robert Lower, odrazu usiadł w wygodnym fotelu i zapalił fajkę. Drugi — porucznik, wiotki, jak trzcina, wysportowany — Bernard Houston, przeprosił Nessera i zdjął mundur.
— Od dwuch już dni nie zrzucam ubrania! — usprawiedliwiał się z uśmiechem. — Ciągle latam z różnemi zleceniami sztabu. — Ale — basta! Jutro już idę do pułku. Dostałem nareszcie przydział!
Tymczasem ordynansi nakrywali stół, stawiali talerze, szklanki, blaszanki z konserwami, butelki i syfony z wodą sodową. Wkrótce wszystko było przyrządzone, lecz towarzystwo czekało na coś jeszcze.
— Przepraszam pana, wild Henry, że nie zasiadamy do stołu, lecz lada chwila nadejdzie Jimmy Brice — odezwał się Wells. — Niezawodnie stawi się, bo jest ścisły, jak chronometr astronomiczny.
— Pan nie zna Jimmy? — zapytał porucznik. — Pochodzi z jednej z najstarszych rodzin Wielkiej Brytanji, ale w pułku nazywają go wszyscy poprostu Jimmy Brice. Nawet żołnierze inaczej nie mówią, jak „black Jimmy“. Nałapał już wszystkie niemal bojowe odznaczenia! Nie zna strachu. W bitwie — zimny, jak lód, mocny, jak dąb...
— A czarny, jak węgiel z Cardiffu! — dorzucił z grzmiącym śmiechem Wells.
— A tak, jeżeli nie czarniejszy jeszcze! — zgodził się Houston. — Ale co najciekawsze: kule omijają go! Rozumie pan?! Jimmy stoi na pozycji, a wszyscy garną się do niego, jak do fetysza! Widziałem koło Mons...
W tej chwili drzwi się rozwarły i do pokoju z brzękiem długiego pałasza wszedł mały, krępy brunet, o smagłej, oliwkowej cerze i rozmarzonych, czarnych oczach. Podciągnął rękaw munduru i spojrzał na zegarek.
— Przyszedłem o dwie minuty zawcześnie — rzekł miękkim, trochę głuchym głosem. — Mogę więc umyć ręce, bo oglądałem konie!
Spostrzegł nieznajomego i, kłaniając mu się zdaleka, wymówił cicho:
— Pułkownik Jimmy Brice... Bardzo rad jestem poznać pana, panie Nesser. Opowiadał mi już o panu kapitan Wells, zresztą, oczywiście, czytałem...
Wyszedł z uprzejmym uśmiechem, twardo stawiając sprężyste nogi. Wkrótce wszyscy zasiedli do stołu.
— A więc jutro zaczynamy? — spytał Wells, zwracając się do starego pułkownika.
Lower podniósł krzaczaste brwi, ściągnął pomarszczoną, do wyciśniętej cytryny podobną twarz i nic nie odpowiedział.
— Jutro na całym froncie — ofenzywa, my dear! — odpowiedział Jimmy Brice, wchodząc do pokoju i ściskając ręce przyjaciół. — Mam już zlecenie osłaniać moim pułkiem wasze prawe skrzydło. Zdaje się, że będzie robota!
Wszyscy cicho śmiać się zaczęli.
All right — będzie robota! — zawołał porucznik Houston. — Lecz tym razem już nie będziemy się cofali!
O, no, never! — potwierdził John Wells i zacisnął ogromne pięści.
— Jakże się cieszę, że przeniesiony jestem pod komendę pana, pułkowniku Lower! — rzekł Houston, pochylając się do starego oficera.
Pułkownik nic nie odpowiedział. Podniósł brwi krzaczaste, zmarszczył twarz jeszcze bardziej i łagodnym ruchem położył dłoń na ramieniu porucznika.
W Nesserze obudziło się nagle wspomnienie o kapitanie Langlois, a jednocześnie jakieś rozdrażnienie na widok tych spokojnych ludzi, tak pewnych wyniku bitwy, jakaś niby domieszka obrazy i smutku.
— Panowie są przekonani, że bitwa nad Marną zostanie wygraną? — spytał. — Dowództwo francuskie, o ile mogę sądzić, zdecydowane jest na bitwę, lecz przewiduje też możliwość niepowodzenia, z czego wynikłyby nieobliczalne następstwa...
— Panie, — odpowiedział Brice głuchym, lecz przykuwającym uwagę głosem, — nic nie mówiliśmy o zwycięstwie. Jesteśmy przekonani tylko, że my cofać się już nie będziemy. That’s all!
— Skąd ta pewność?
— Stąd, że polecono nam część ogólnego frontu, weszliśmy w skład taranu, bijącego w lewe skrzydło armji von Klucka. Staliśmy się kółkiem mechanizmu. Wypadniemy z tego systemu wtedy dopiero, gdy nikogo z nas nie pozostanie, sir! — rzekł Brice, dolewając sobie wody sodowej do szklanki z whisky.
— To rozumieją wszyscy — od marszałka aż do prostego „tommy“, który zaledwie wczoraj przybył z metropolji! — dorzucił Wells.
— Widzimy określony plan i nie pozwolimy, aby na naszym odcinku miał się załamać — ochrypłym głosem wyrzekł stary oficer i nagle się podniósł. — Plan się uda. Anglicy dopomogą w tem! It must be done!
Usiadł znowu i z zupełnym spokojem jął nabijać fajkę z taką miną, jakgdyby nic nie był powiedział, a nawet nikogo nie słyszał. Nesser przypomniał sobie Johna Wellsa, gdy po straszliwej porażce na ringu boksowym, przychodził do biura i pracował, nie zdradzając ani bólu, ani znużenia. Musiał pracować podług ustalonego planu i zobowiązania, i — pracował wytrwale, sumiennie. It must be done! Napozór — żadnych innych pobudek, żadnych innych myśli wobec najbliższego zadania. System, plan i przynależność do nich... To — wszystko! Logika systemu i — nic więcej. Nie można zdobyć bramki na boisku piłki nożnej, nie kopiąc jej nogą. Nie można przebrnąć dżungli Centralnej Afryki, nie pocąc się. Nie można wypełnić planu bitwy bez postanowienia zwycięstwa lub śmierci. To jest takie proste, racjonalne, logiczne!
— I — wspaniałe! — mimowoli mignęła Nesserowi myśl. Z szacunkiem spoglądał na oficerów, którzy nie mówili już więcej o bitwie, tylko o rzeczach codziennych, wiadomościach z gazet lub nowinach, które dostarczyła poczta.
Nesserowi przyszło nagle na myśl nowe pytanie:
— Z wojny największe zyski ciągną przemysłowcy, bankierzy. Kto wie, czy nie oni są zakulisowymi podżegaczami? — spytał, pokolei patrząc na wszystkich.
— Zyski osiągną państwa zwyciężające — odparł Wells. — To naturalnie wchodzi w rachubę...
— I dlatego posyłają pokojowo nastrojonych ludzi na śmierć? — rzucił nowe pytanie reporter, a szyderstwo błysnęło w jego oczach.
— Mój ojciec jest jednym z największych przemysłowców w Anglji, — odpowiedział porucznik Houston. — Odprowadzając mnie na wojnę, nie myślał o zwiększeniu dochodów swego przedsiębiorstwa, upewniam pana!
— O czemże on myślał wtedy?
— O tem, że Wielka Brytanja musi wziąć udział w zwalczeniu Germanji, zagrażającej normalnemu rozwojowi ludzkości i państw europejskich, sir, a potem...
— I jeszcze o czemś — przerwał mu pułkownik Brice. — O tem, że nastał czas, aby Wielka Brytanja spełniła swoją historyczną misję — uregulowanie losów świata i pokierowanie jego życiem, podług Wypróbowanego systemu...
— Taka jest misja Anglji? — spytał Nesser z cichym śmiechem.
— Wielkiej Brytanji, sir, z jej odrębną, najstarszą w Europie cywilizacją i z nieograniczonemi możliwościami materjalnemi i moralnemi...
— W czem się one wyrażają? — wtrącił reporter nowe pytanie, brutalnie niemal patrząc na pułkownika.
— W tem, że historja nasza nadała nam kościec mocny i twardy; nie wszystkie ludy posiadają go, niech mi pan wierzy! Naprzykład Rosja... Austrja... Mamy też w narodzie naszym skrystalizowane potęgi, które przy najgwałtowniejszych nawet wstrząsach i zmianach nie nabiorą rozpędu anarchicznego. Posiadamy wybujałe poczucie miary... Przestrzeń mglista, pozbawiona horyzontów, nie pociąga nas bynajmniej. A w danej chwili posłano nas właśnie na doprowadzenie wojny do zwycięstwa. Zadanie to wchodzi w nasz system i w plan państwowy! — zakończył Jimmy Brice, nieznacznie mrużąc czarne oczy.
Stary Lower podnosił krzaczaste brwi, puszczał kłęby dymu i mruczał:
O, yes!
Już północ dawno wybiła na wieżyczce kościoła, gdy wszyscy wyszli, aby odprowadzić pułkowników Brice’a i Lowera. Pojedynek artylerji ustał. Chwilami gdzieś daleko rozpoczynał swój turkot kulomiot, lecz milknął natychmiast, niby pies łańcuchowy, dowodzący szczekaniem, że czuwa. Łuna wsiąkła bez śladu w niebo nad dalekim horyzontem.
— Wszystko, co miało się spalić — spaliło się już... — pomyślał Nesser i natychmiast rozwinął swóją myśl dalej:
— Wszystkie życia, które były skazane tej nocy na zagładę, — zgasły... Niech to djabli wezmą!
Szepnął to tak głośno, że idący obok Wells zapytał:
— Co panu jest, wild Henry?
— Pomyślałem, że wojna to — okrutna rzecz!
Kapitan zatrzymał się i ze śmiechem zawołał:
— Morze, które tną ostremi dziobami okręty; ziemia, orana stalowym lemieszem; pokłady węgla, wysadzane dynamitem, lub dziobane kilofami, mogłyby to samo powiedzieć o swoim losie, my dear! Cała rzecz w tem, że zwykle to my — ludzie tniemy, orzemy i wysadzamy, a teraz role się zmieniły. Jesteśmy cięci, orani i wysadzani w powietrze. That’s all! Zmiana objektu, prawda, — że gwałtowna i brutalna, lecz tylko zmiana, my dear wild Henry! Trzeba na rzeczy patrzeć trzeźwo i spokojnie!
— Tak! — szepnął Nesser. — Gwałtowna i brutalna zmiana, tylko zmiana! Kapitan Langlois przypłacił to życiem, a i ten „sankiulot“ — Mollin — rewolucjonista...
Zaśmiał się z jakąś goryczą i nagle ścisnęło go coś za gardło. Nigdy przedtem nie doświadczał takiego przykrego wrażenia. O północy do domku, zajmowanego przez Johna Wellsa, przysłano ze sztabu ordynansa z telegramem do Nessera. Była to depesza od Rumeura, który żądał, aby korespondent, „Hałasu Ulicy“ niezwłocznie udał się do armji generała Franchet d’Espérey. Po raz pierwszy wojenny korespondent otrzymał określone wskazówki od swej redakcji. Domyślał się, że pochodziły one nie od łysego Rumeura, lecz ze źródła, dobrze poinformowanego o oczekiwanych wypadkach wielkiej wagi. 7-go września Nesser dotarł więc już do sztabu piątej armji francuskiej i, rozejrzawszy się dokładnie w sytuacji, zrozumiał, o co chodziło kierownikowi „Hałasu Ulicy“.
Tocząca się bitwa nad Marną, z taką odwagą podjęta przez naczelne dowództwo, mogła była zakończyć się niepomyślnie. Armja gen. Focha, znajdująca się w nader ciężkiej sytuacji, z rozpaczliwem bohaterstwem walczyła w trzęsawiskach Saint-Gond. Tymczasem nie mogła ona brać czynnego udziału w ofensywie, gdyż wstrzymywały ją przeważające siły nieprzyjaciela. Część poleconego jej zadania powinny były wykonać dywizje generała Franchet d’Espérey. Nesser rozumiał dobrze, że skoro Fochowi polecono sforsowanie bagien Saint-Gond, to musiało to wchodzić w ogólny plan bitwy. Korespondent widział zaniepokojone i stroskane twarze wyższych oficerów sztabowych, słyszał ciągle telefoniczne rozmowy z główną kwaterą i z pozycjami Focha, spostrzegał rosnącą z godziny na godzinę trwogę.
Parę razy uszu jego dochodziły urywane rozmowy oficerów.
— Generał Foch jest dobrej myśli...
— Dziewiąta armja jednak wciąż pozostaje na dawnych pozycjach?...
— Z tych bagien bardzo trudno wybrnąć! Dla obrony nie trzeba dużych sił, lecz von Kluck dwoma korpusami i pruską gwardją najzupełniej zatarasował drogę!
— Nie pomógł nawet bohaterski atak marokańskiej dywizji generała Humberta!
— Okryła się ona nieśmiertelną sławą! Czy wiecie, panowie, że 3200 trupów niemieckich gwardzistów zaległo park w Mondement?!
— Właściwie to bez ryzyka nie możemy teraz iść naprzód... Będziemy mieli odsłonięte prawe skrzydło... Zgubimy Focha i siebie...
Pomimo niepokoju o losy bitwy, generał Franchet d’Espérey, jak prawdziwy Francuz, myślał zawsze logicznie i w każdej chwili był gotów do zaimprowizowania nowego planu bitwy, gdyby żądały tego okoliczności. Zatrzymawszy się przed Charleville, gdzie Niemcy stawiali szalony opór, generał szukał ukrytych powodów do zaciętej obrony. Chodził w zadumie po swojej kwaterze i co chwila na głos pytał:
— Dlaczego?
Kazał wreszcie wezwać do sztabu lotnika. Wszedł młody oficer — drobny, szczupły, o szeroko rozwartych, bystrych oczach.
— Poruczniku! — odezwał się generał surowym głosem. — Zrobisz pan ścisły wywiad rejonu, położonego pomiędzy pierwszą a drugą armją przeciwnika! Powtarzam — ścisły wywiad, chociażby z narażeniem życia, poruczniku! Słyszy pan?
Lotnik wybiegł natychmiast, a generał szepnął do adjutanta:
— Kapitanie, każ dwom innym aparatom wywiadowczym być w pogotowiu, na wypadek, gdyby wysłany pilot nie powrócił z rekonesansu...
Porucznik jednak powrócił. Generał zamknął się z nim i wypytywał długo, szczegółowo. Siedział potem nad stołem z mapami, brał ołówek, liczył, wołał szefa sztabu, naradzał się z nim i znowu liczył, kreślił na mapie kółka i krzyżyki, robił notatki. Podarł następnie kartki, zapisane liczbami i numerami dywizyj, pułków i bateryj, zapiął mundur i wyszedł do oczekujących go oficerów.
— Panowie! — rzekł wesołym już głosem. — Pomiędzy armjami niemieckiemi powstała szeroka luka; wiąże je teraz ze sobą jedynie kawalerja łącznikowa. Zaczynamy natychmiast ofenzywę!
W godzinę później lewe skrzydło i centrum piątej armji wbiły się potężnym klinem pomiędzy siły przeciwnika; prawa flanka, wzmocniwszy armję Focha, wraz z nią zmusiła Niemców do zaniechania obrony osłoniętego bagnami Saint-Gond i do cofania na całej linji. Następnego dnia zdobyto Chateau-Thierry i Vauchamp. Armja zbliżała się krok po kroku do Reimsu. Podtrzymany przez dziesiąty korpus generała Franchet d’Espérey, Foch, którego Niemcy uważali już za zniesionego doszczętnie, mógł posłać swoją najlepszą 42-gą dywizję do ataku na Fere-Champenoise i zmusić przeciwnika do szybkiego odwrotu pod morderczym ogniem francuskich dział. Zadanie było wykonane. Bitwa nad Marną miała przebieg, przewidziany śmiałym, natchnionym planem naczelnego dowództwa.
Nesser opisał szczegółowo całą bitwę i natychmiast wyprawił do Paryża grubą kopertę pod adresem „Hałasu Ulicy“. W godzinę później zbliżał się już ku pozycjom brytyjskim. Anglików znalazł za Neuilly-Saint-Front. Sforsowawszy Marnę, zbombardowali niemieckie oddziały i gnali wślad za niemi, coraz to częściej przechodząc na bagnety. Nesser dotarł wreszcie do sztabu Frencha i zaraz zapytał o Wellsa.
— Kapitan pojechał z rozkazem sztabu do czołowych oddziałów, — odpowiedziano mu.
Nesser skierował się ku pagórkom, za któremi wybuchały jeszcze pociski i złośliwie turkotały kulomioty. W oddali, gdzie połyskiwała stalowa wstęga rzeki, wisiała gęsta, żółto-szara zasłona dymów, wzbijały się wysoko słupy ziemi, szarpanej pękającemi granatami. Co chwila w tumanie i dymach migały ogniste żądła armat, a w ich złych błyskach majaczyły na jedno mgnienie oka szare sylwetki żołnierzy i znikały, jak widma.
Już zacichać zaczęły ryki dział niemieckich, a wkrótce po nich umilkły też baterje angielskie. Nesser wszedł do sztabu. Wells jeszcze nie powrócił.
— Może pan pojedzie ze mną? — zaproponował jeden z adjutantów. — Muszę doręczyć papiery generałowi Haigowi.
Nesser zgodził się natychmiast. Wsiedli do samochodu. Droga, zorana pociskami, pocięta kołami ciężkiej artylerji, ciągnęła się nieskończenie długo. Samochód objeżdżał głębokie wyrwy, skacząc po kupach kamieni i bruzdach pola, lub przedzierając się przez krzaki. Tu i owdzie widniały ruiny i zgliszcza zabudowań fabrycznych, pałacyków i domów wieśniaczych; spalone stodoły; kupy zwęglonego siana; rozrzucone w nieładzie, poszarpane sterty słomy; wyrwane z korzeniami, połupane drzewa owocowe; wyciągnięte na ziemi lub skulone — żałosne, nieruchome postacie poległych ludzi i koni o rozdętych kadłubach. Zewsząd dążyły wozy sanitarne, z czerwonemi krzyżami na płóciennych budach, sunęły powolnie, niby kondukt pogrzebowy. Wyglądały z nich blado-sine, znużone twarze i męczeńskie oczy rannych. Samochód zatrzymał się przed mostkiem, przerzuconym nad głębokim wąwozem. Na dnie jego z szumem i pluskiem pędził potok. Z drugiej strony stały białe furgony Czerwonego Krzyża, przepuszczając szereg pieszych sanitarjuszów, dźwigających nosze, okryte kocami.
— Ranni i zabici oficerowie — objaśnił idący na czele pochodu lekarz, odpowiadając na zapytanie adjutanta sztabowego.
— Czy nie pamięta pan nazwisk? — spytał oficer.
— Znam kilku zabitych — odpowiedział lekarz. — Major Grumby, major Sewer, pułkownik Boyle, porucznik Rambow, pułkownik Jimmy Brice...
— Jimmy Brice! — wyrwał się Nesserowi okrzyk przerażenia.
Jak nieprzytomny, słaniając się i co chwila przecierając oczy, skierował się ku noszom.
— Jimmy Brice... — powtórzył.
Lekarz odrzucił koc, zwisający z jednej noszy.
Nesser poznał „Black Jimmy“. Smagła twarz, czarne włosy, spokojny uśmiech na ustach, ciemne cienie pod oczami, szczelnie zaciśnięte powieki i wargi.
Nie wiedząc, poco to czyni, reporter odsłonił pierś pułkownika. Skrwawiony, poszarpany mundur; zerwany, zwisający naramiennik pasa...
— Pułkownik został ugodzony odłamkiem szrapnela... — objaśnił lekarz.
Reporter nie miał sił oderwać oczu od spokojnej twarzy Brice’a.
— Kule omijają go... — przypomniał sobie nagle opowiadanie Houstona.
— Kule omijają go! — zawołał przeraźliwie.
Jakiś lęk, a jednocześnie zdumienie dręczące i potrzeba protestu i oskarżenia kogoś porwały go i pozbawiły zwykłego spokoju i obojętności. Był nieprzytomny prawie.
— Kule omijają go! — powtórzył jeszcze głośniej, niby wyzwanie rozpaczliwe.
I znowu:
— Kule omijają go...
Powtarzał to bez przerwy i kurczowo wpijał się palcami w skrwawiony koc. Adjutant ze współczuciem ujął reportera za rękę i prowadził ku samochodowi, mówiąc:
— Pan, zapewne, był przyjacielem pułkownika?... Świetny, odważny oficer, znany powszechnie!
— Kule omijają go... — szepnął bezdźwięcznie Nesser i, jak bezsilne dziecko, pozwolił się wsadzić do samochodu.
Jechał drżący, blady, skulony. Usta jego poruszały się ciągle, lecz adjutant nie mógł pochwycić brzmienia słów. Były to raczej myśli, żądające rozpaczliwych lub namiętnych krzyków. Głos ludzki i usta nie miały jednak siły i odwagi wydać ich, bo może nie znały ich nawet. Nesser uspokoił się dopiero wtedy, gdy samochód stanął i tłum oficerów otoczył przybywających.
— Marszałek kazał mi sprawdzić, dlaczego nie wykonano manewru, wskazanego w rozkazie polowym Nr. 8? — pytał adjutant.
— Nie dostaliśmy żadnego rozkazu podczas bitwy — odpowiedział major sztabowy, ze zdziwieniem patrząc na niego.
— Z rozkazem tym zaraz po południu wyjechał ze sztabu na pozycję kapitan John Wells — objaśnił adjutant. — Tak — zaraz po południu...
— Nie widzieliśmy kapitana Wellsa! — rozległy się głosy.
Nesser drgnął i, czując słabość w całem ciele, usiadł na stopniach samochodu. Jakieś widmo straszliwe, bezmiernie ogromne, zasłaniające świat cały, przesunęło się przed nim.
Adjutant i oficerowie oddalili się w stronę zburzonej cegielni. Reporter powoli opanował się i doszedł do pewnej równowagi ducha. Zaczął nawet rozglądać się z ciekawością, nagle obudzoną, jakgdyby po głębokiem i długiem omdleniu. Wszędzie stały i siedziały gromadki angielskich żołnierzy. Te same ciche rozmowy, spokojne, niczem niewzruszone twarze, jak onegdaj, na placu zacisznego miasteczka. Tylko szczęki — mocniej zwarte i źrenice — o gorętszych błyskach. Podniecenie walką, a, może, radość życia, odczuwanego ostrzej i radośniej, zapaliły te ognie. W tej chwili od strony pola, przez które biegła wąska drożyna polna, rozległy się gwizdki przeraźliwe. Jakiś człowiek wgramolił się na kupę kamieni, gwizdał i krzyczał. Reporter zaczął nadsłuchiwać.
— Sa-ni-tar-ju-sze! — dobiegł zdaleka głos. — Dajcie nosze!... No-o-osze...
Nesser spostrzegł biało ubranych sanitarjuszów, zbliżył się do nich i powtórzył im słowa człowieka, stojącego na kamieniach. Wzięli natychmiast nosze i poszli. Nesser powlókł się też za nimi. Szli długo, bo całe pole, na którem wrzała bitwa, było poorane głębokiemi wyrwami i przegrodzone nasypami z kamieni, ziemi i piasku. W jarze, z przebiegającą w nim drogą polną, leżał strzaskany motocykl. Tuż przy nim — oderwana noga i kilka szmatek pokrwawionej, czarnej skóry. Z żółtej cholewy wystawała kość i sczerniałe już strzępy mięsa. Plamy krwi i jakieś skrawki widniały na piasku i na łodygach suchych chwastów. Na uboczu, już na polu, pociętem pługiem, tuż na skraju głębokiego dołu, powstałego po wybuchu pocisku, leżał olbrzym w mundurze oficerskim. Czapka z czerwoną opaską spadła; ruda głowa, śmiałym ruchem odrzucona wtył, nito rozpływała się w kałużę krwi, leniwie wsiąkającej w ziemię; blada twarz, opromieniona jakąś dziwną jasnością, zachowała spokojny i jakgdyby natchniony wyraz; mocno zaciśnięte usta wskazywały na upór zacięty; wpatrzone w niebo, otwarte źrenice szkliły się niby dwa nieruchome, zimne odłamki lodu.
— Pod granat trafili... — zauważył sanitarjusz. — Od szofera tylko noga została i skrawki skórzanej kurty... A tego kapitana dosięgło w głowę. Posuńcie nosze!...
Nesser ruchem ręki wstrzymał zbliżających się ludzi. Nie odzywał się wcale. Cały zamienił się we wzrok. Widział wszystko tak wyraźnie i ostro, że aż czuł ból pod czaszką, jakgdyby od rażącego światła. Spostrzegł najdrobniejsze szczegóły: wyszarpnięty kawał munduru na boku, skrzepłą kroplę krwi pod okiem zabitego, urwany guzik na kołnierzu, wygiętą mosiężną klamrę na prawem ramieniu, zaciśniętą pięść, która ostatnim wysiłkiem zgarnęła brunatne badyle.
Zabity leżał w świeżej bruździe, niedawno przeoranej pługiem. Rudą głową, bladym policzkiem, bronzowem ubraniem, żółtemi sztylpami butów przyciskał się do ziemi, wsiąkał w nią, płaszczył się niby odwalona od szarej ziemi skiba, garnąca się do jej piersi.
Sanitarjusze złożyli ciało na nosze i ruszyli w stronę szopy z flagą Czerwonego Krzyża, powiewającą nad dachem. Nesser pozostał na polu sam jeden. Obszedł dokoła i uważnie obejrzał wyrwę i drogę, przechodzącą obok. Na wilgotnej ziemi spostrzegł ślad kół motocyklu. Zatrzymał się, pomyślał chwilę, a później, robiąc drobne kroki i stawiając stopy w zagłębienia kół, szeptał:
— John Wells żył tu jeszcze niedawno... I tu żył jeszcze... I tu... I tu...
Nagle stanął i uśmiechnął się nieprzytomnie, bezradnie.
— Jakżeż to?! Tu... w tem miejscu... już przestał żyć?... Tu zgasła świeczka... tu coś przerwało życie Johna Wellsa... Tylko zmiana objektu?... John Wells — skiba, odrzucona pługiem wojny...
Stał i wpatrywał się w drogę, gdzie ślad urywał się nagle. Spojrzał dalej. Odłamki motocyklu... skrawki czarnej skóry... krew na suchem ściernisku. Powrócił na miejsce, skąd przed chwilą zaczął iść śladem opon. Stąpał ostrożnie, w skupieniu powtarzając:
— John Wells tu żył jeszcze... I tu... I tu... A tu... John Wells nie żył już...
Obejrzał się i pytał groźnie:
— Tu już przestał żyć?... Przestał żyć?!...
Bezradnym ruchem ręce rozłożył, niby zdumiony bezmiernie, obejrzał się z uśmiechem nieprzytomnym, z wysiłkiem otworzył usta, złapał niemi powietrze i zawołał zdławionym, cienkim głosem:
— Poco? Dlaczego? Kto śmiał?!...
W pobliżu szybkim krokiem przecinała pole kompanja piechoty.
It’s a long, long way to Tipperary... — dobiegła zwrotka piosnki żołnierskiej.
Z poza rzeki odezwał się i potoczył ciężkiem echem głuchy huk działa. Potwornie potężny młot uderzył w niewidzialne kowadło. Wykuwał śmierć. Wykuwał też myśli. Niby iskry z pod młota miotały się one; jedne zapalały się, inne gasły, pozostawiając po sobie mrok i boleśnie odczuwaną niewiedzę. Tylu już ludzi, z którymi Nesser dzielił się myślami, których widział, słyszał i rozumiał, tylu ich już zmiażdżył młot wojny! Langlois i Mollin... Potomek tych, którzy stali przy stopniach tronu i za to złożyli dumne głowy pod nóż gilotyny... Arystokrata z krwi i kości, a tymczasem prowadził za sobą potomków katów swoich przodków — sankiulotów, o zmienionem przezwisku — syndykalistów. Doszukiwał się w nich tradycyj wojowników z pod Magenty, Arcolu, Austerlitzu i piramid? Widocznie odgadł je, bo oto doszli z nim razem do miejsca, gdzie nagle urwało się ich życie, a skąd rozpoczynała się krwawa, ciernista droga zwycięstwa... Mollin, kapral Mollin! Marzył o socjalnej rewolucji? Wiedział, że zasiąg jej będzie szerszy niż za panowania Ludwika? Widział starą, pracowitą maszynę, która jak olbrzymi sierp, musiałaby ścinać teraz głowy nietylko „wściekłej czeladzi królewskiej“, lecz jeszcze innych zawlec pod nóż trójkątny — przemysłowców, obszarników, inteligentów — „wrogów ludu“? Mollin — rewolucyjny marzyciel, ideowy przeciwnik swego kapitana, pędził za nim, Mollin — syndykalista, nie uznający ojczyzny, wynosił z bitwy rannego dowódcę, dla którego ojczyzna była celem ofiarności... Hipnoza wojny? Sugestja odwagi? Jakież to łatwe, zdawkowe rozwiązanie zagadki! Jakiś wewnętrzny, natrętny głos coś mu podpowiadał, podszeptywał. Nesserowi zdawało się, że był to głos Jimmy Brice’a, — przerywany śmiechem rudego Wellsa. „Staliśmy się kółkiem mechanizmu. Wypadniemy z tego systemu dopiero wtedy, kiedy nikogo z nas nie pozostanie!“ Nie! Nie! Istnieje coś większego, niezrównanie potężniejszego, coś — co warte jest pchnięcia bagnetu, uderzenia stalowego czerepu granatu! Gdyby tak poznać tę przeolbrzymią potęgę, pojąć ją, o, jakiż spokój i jasność ogarnęłyby wtedy duszę, odczuwającą boleśnie nieznośne brzemię niewiedzy!
Nesser uprzytomnił sobie nagle myśli swoje i niepokój, ogarniający go. Podniósł ramiona i szybko, z siłą opuścił, jakgdyby strząsając z siebie nie wiedzieć skąd spadający ciężar. Obejrzał się z ciekawością dokoła i zacisnął zęby. Przez twarz przebiegł mu skurcz ni to śmiechu, ni to nienawiści.
— Umarli... nie żyją... no, i dlaczegóż mam rozpaczać? — spytał na głos. — Chcieli wojny — zebrali jej żniwo... Psia krew! Myślę o Langlois, Wellsie, Mollinie, a przecież tysiące innych poległo tegoż dnia! Czy mam i po nich rozpaczać?!
Syknął pogardliwie i, podnosząc głowę, rzekł:
— Ich już niema, a ja jeszcze żyję!... Cały świat stoi przede mną otworem! Żyję!
Zaśmiał się głośno, triumfująco.
Z zawodzeniem wściekłem nadleciał zdaleka ciężki pocisk, upadł poza wzgórzem, rzygnął ogniem, piaskiem i dymem, targnął ziemią i powietrzem, ogłuszył rozpasanym, jazgotliwym hukiem.
Skądś, już zdaleka odpowiadały mu beztroskie głosy żołnierzy:
It’s a long, long way...
Ciężkie młoty biły o ziemię, wykuwały śmierć i myśli...
Nessera porwała nagle wściekłość. Zaklął ohydnie, lecz po chwili, nie zdając sobie sprawy, podchwycił słowa śpiewki żołnierskiej o dalekiej drodze do nieznanej, nieistniejącej zapewne Tipperary.



ROZDZIAŁ V.

W małej wiosce pod Compiègne, gdzie ukrył swoją pracownię uczony René Gramaud, dość długo nie odczuwano wojny. Wraz z młodym Karolem Gilletem kilku jeszcze wieśniaków powołano do wojska; czytano tu i ówdzie złowróżbne wiadomości z teatru wojny, lecz rolnicy nie zagłębiali się w studjowanie mapy, więc nie pojmowali całej grozy położenia. Bitwy rozgrywały się w Belgji, w Alzacji i innych miejscowościach, gdzie ci prości ludzie nigdy nie bywali. W ich pojęciu wszystkie wypadki działy się gdzieś bardzo daleko i nie budziły obawy.
Trzech tylko bardziej myślących mieszkańców wioski z troską w oczach uważnie odczytywało sprawozdania wojenne i coraz większy niepokój dręczył ich. Ci ludzie rozumieli już plan niemiecki. Niebezpieczny, groźny wróg postanowił skończyć jednym zamachem wojnę na froncie zachodnim, zdobyć Paryż i stamtąd już podyktować warunki pokoju. Operacja wojenna była oparta na prawidłowym w zasadzie efekcie psychologicznym. Utrata Paryża przez Francuzów mogła łatwo nabrać cech porażki moralnej. Zabicie wiary w genjusz wojenny dowództwa i ciężki cios, zadany dumie narodowej, mogły spowodować nastrój zupełnego zgnębienia lub nawet wybuch rewolucji. Szczególniej jeden z trzech inteligentnych mieszkańców małej, spokojnej wioski — lekarz i były oficer — lepiej od innych oceniał sytuację Francji.
— Co oni sobie myślą ci panowie z głównej kwatery? — wołał podrażnionym głosem do księdza Chambruna. — Nie trzeba być nawet strategiem, aby zrozumieć, że Kluck zamierza całym ciężarem swojej armji zwalić się na Paryż, angażując nasze skrzydła i zmuszając nas do odsłonięcia centrum... Tymczasem z naszej strony wyczuwam równocześnie operację oskrzydlenia Niemców. Genjalny czy szalony to plan?
Ksiądz Chambrun kiwał głową i nic nie odpowiadał. Nie znał się na tych rzeczach i głosu nie zabierał. Wysłuchawszy wszystkich zarzutów, wyjaśnień i kombinacyj wojowniczego lekarza, odpowiadał zwykle:
— Duch francuski jest giętki, zdolny do tworzenia nawet w chwilach niebezpieczeństwa... Cała historja nasza dowodzi tego, doktorze.
— Ależ, mój proboszczu! — oburzał się lekarz. — Czyżby ksiądz myślał, że najgenjalniejszy Francuz byłby zdolny myśleć nad wynalazkiem przyrządu, gaszącego pożar w chwili, gdy płomień już się wyrywa z pod strzechy jego domu?!
— Kto wie? kto wie? — szeptał ksiądz. — Historja zna takie przykłady...
Gramaud słuchał i milczał. Ten człowiek, zatopiony zwykle w półśnie, obcujący, zda się, wyłącznie z echami dawno przebrzmiałych dziejów, z cieniami zgasłych epok, porywów ich ducha i myśli, zmienił się do niepoznania. Zaczął od tego, że spakował wszystkie swoje rękopisy i książki do dużej skrzyni i szczelnie zabił ją deskami. Od tego czasu na biurku uczonego sanskrytologa nagromadzały się i rosły stosy dzienników. Czytał od rana do wieczora, i w oczach zapalały mu się chwilami nowe, nieznane ognie. Coraz częściej boleść niezmierna kurczyła mu twarz, a trwoga miotała się w jego źrenicach. Chodził po izbie, wybiegał w pole i szedł przed siebie szybkim krokiem, bez celu, przyciskając dłonie do piersi. Czuł się bardzo nieszczęśliwym.
Nie rozumował nad tem, bo już wiedział, że do życia jego, tak zazwyczaj spokojnego i bez wzruszeń, wdziera się jakaś brutalna siła i z pogardą burzy jego dawne myśli, uczucia i wrażenia. Pogodziłby się z tem jednak. Mógłby był przecież wyjechać na południe, do ciepłego morza, lub ukryć się w górach, zapominając o dziennikach, o wojnie, o całym świecie. Przyszło jednak coś nowego, stokroć silniejszego od przeczucia nieszczęścia, niepokoju i możliwości ucieczki przed niemi. Była to trwoga. Trwoga bezustanna nie o siebie, lecz o to, co wciąż jeszcze pozostawało poza jego świadomością. Jakaś gorycz, dręczący lęk, niezadowolenie z siebie i obawa, że dotychczas nie została dokonana jakaś rzecz nieznana, lecz niezbędna, najistotniejsza. Nastrój, ogarniający uczonego, stawał się coraz bardziej zachłannym, potężnym i władnym. Gramaud przestał sypiać po nocach, i, leżąc z otwartemi, wpatrzonemi w mrok oczami, myślał, analizując siebie i swoje życie, lecz ani odpowiedzi na dręczące go pytania, ani objaśnienia swego nastroju znaleźć nie umiał. Myśl jego i pojęcia, przez tak długi czas obracały się w innym świecie, że nie mógł teraz zdobyć się na rozważanie proste, z życiem, wrzącem dokoła, związane. Jeszcze bardziej zbił z tropu miotającego się w niepewności sanskrytologa ksiądz Chambrun.
Pewnego wieczora, posłyszawszy wynurzenia Gramauda, położył mu na kolanie rękę i rzekł łagodnie:
— Możebyś, kochany przyjacielu, poszedł do kościoła i poprosił Najwyższego o radę i wyprowadzenie ciebie z bezdroża zwątpień?
Gramaud spojrzał na proboszcza zdumionym wzrokiem:
— Co za pomysł?! — zawołał. — Wszak ksiądz wie, że nie jestem wierzącym człowiekiem i że nigdy nie potrzebowałem pomocy Nieba!
— Zwykle tak bywa do czasu... — szepnął ksiądz.
— Hm... do czasu? — mruknął Gramaud. — Do jakiegoż to czasu?
Proboszcz zamyślił się, szukając odpowiedzi.
Wreszcie powiedział:
— To różnie bywa... Jedni potrzebują od Boga rady w sprawach zawiłych i utajonych, drudzy — w chwili poczucia swej winy lub popełnienia ciężkiego grzechu...
— Nie poczuwam się do żadnej winy! — zaprotestował Gramaud z niezwykłem dla niego rozdrażnieniem. — Do żadnej... Jak siebie pamiętam, nikogo nie skrzywdziłem i nikt nigdy nie był na mnie obrażony... Mnie zato kilkakrotnie zadawano ciężkie ciosy, lecz ja nie odpowiadałem na nie ani słowem, ani czynem... Ziemia jest tak mała, życie tak krótkie, że nie warto tracić czasu ani na miłość, ani na nienawiść... Elisé Reclus za tę myśl zasłynął jako wielki mędrzec! Jest to tymczasem stara hinduska myśl, zrodzona na jakie cztery tysiące lat przed naszą erą.
— Może wpadłeś, drogi mój Gramaud, w sidła grzechu i trwasz w nim nieświadomie?... — cichym głosem pytał proboszcz, uważnie patrząc na przyjaciela.
— Grzech?... — powtórzył uczony. — Pamiętam przykazania, które przed Mojżeszem, znane były innym prawodawcom, zapewne, nawet ludziom przedhistorycznym; nie przekroczyłem ich nigdy. Ja nie poczuwam się do grzechu!
— Uważasz się za świętego, Gramaud! — oburzył się ksiądz. — Nie lubię takiego lekkomyślnego sądu o rzeczach.
— Święty — to człowiek bezgrzeszny, usiłujący dowieść tego publicznie; jest to albo agitator, albo reklamista, — odparł Gramaud. — Co do mnie — jestem wprost bezgrzeszny. Nie dbam, aby podziwiano mnie za to, uwielbiano lub naśladowano. Nie widzę w tem żadnej zasługi osobistej. Mam taką naturę i odpowiedni ustrój mózgowy, kochany mój proboszczu!
Widząc, że ksiądz siedzi zgorszony, z opuszczonemi oczami i gniewnie szarpie guzik sutanny, uczony dodał pojednawczo:
— Nie jest to wcale lekkomyślne oświadczenie! Sam nieraz zastanawiałem się nad tem...
Pleban długo milczał, przeżuwając oburzenie. Uspokoiwszy się nieco, spojrzał w pełne troski i trwogi piwne oczy Gramauda, i nagle surową twarz księdza opromieniła jakaś wewnętrzna, wielka radość, jakieś gorące błyski zamigotały w źrenicach jego niebieskich oczu.
Pochylił się, ujął przyjaciela za rękę i rzekł cicho, a bardzo łagodnie:
— Bracie drogi, umiłowany! Po Mojżeszu, Buddzie i innych mędrcach dawno minionych wieków, przebywał na naszej małej planecie ktoś większy i mądrzejszy. Wyciągał on ręce do ludzkości całej i wskazywał jej drogę boskiego postępu. Był to „Galilejczyk“, jak Go nazywał Henryk Nesser... Mistrz Boskiej Miłości.
— Chrystus, o którym tak mało pisze historja Rzymu... — zauważył Gramaud.
— Tak! Bardzo mało... — potrząsnął głową pleban. — Bardzo mało! A jednak z naszego ludzkiego punktu widzenia, „Galilejczyk“ zwyciężył, bo połowa, a może, więcej całej ludzkości, wyznaje naukę Jego, szczyci się „chrześcijańską“ kulturą, „chrześcijańską“ cywilizacją i szczerze, lub w celach egoistycznych szerzy ją...
— Cóż z tego? — zapytał uczony, patrząc na księdza.
— Jego nauka i filozofja układa się w najkrótszej formule: „kochaj bliźniego swego, jak siebie samego“. Największa część grzechów, przechodzących niespostrzeżenie, polega na mniejszych lub większych, zwykłych, codziennych lub straszliwych, wołających o pomstę do ludzi i Boga wykroczeniach przeciwko tej formule miłości... — Wiem o tem, jako spowiednik...
Ksiądz umilkł i nie patrzył na Gramauda. Uczony czekał i z jakimś bolesnym wysiłkiem marszczył czoło.
— Przebiegnij wstecz drogę swego życia, bracie, — szepnął ksiądz, — a niezawodnie ujrzysz grzechy swoje, nie jeden, lecz setki, tysiące grzechów i zbrodni przeciwko Miłości... One zgnębiły i na kamienistą ścieżkę zwątpień i miotania się wyprowadziły cię, porzuciwszy na bezdrożu i pustkowiu... Muszę iść... Na nieszpory już dzwoni poczciwy Jan... Biedak — jest dziś zupełnie chory!
Ksiądz Chambrun wziął z biurka beret, brewjarz i wyszedł. Gramaud opuścił plebanję i skierował się w pole. Lubił iść wijącą się wśród pól wąską ścieżką, słuchać szelestu i szmeru suchego ścierniska; uśmiechał się zwykle do stadka niebiesko-rdzawych kuropatw, które, zabawnie przygarbione, kryły się w małych krzaczkach i chwastach, rosnących po miedzach. Zmrok zapadł... Uczony doszedł do lasku dębowego i zatrzymał się. Drzewa roniły suche, żółte liście, padające z lekkim brzękiem — niby cienkie odłamki szkła. Mętna od niedawnych ulew rzeka z gniewnym pluskiem biegła wartkim potokiem. Gramaud stał w zamyśleniu. Oparł się plecami o gruby, zielonym mchem okryty pień dębu. Szeroko otwartemi oczami patrzył na przeciwległy brzeg rzeki i na szybujące nad nią jękliwe, żarłoczne rybitwy. Pod wpływem rozmowy z księdzem zaczął sobie rozpamiętywać całe życie ubiegłe.
Szeptał bezdźwięcznie:
— Do nikogo nie miałem nienawiści. Do nikogo!... Pogardzałem Duverièrem za jego płytkie rozumowania... Walczyłem namiętnie z Hertvigiem, bo jego komentarze do tekstów sanskryckich były bezpodstawne... „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego“... Chrystus myślał zapewne o innej miłości — wielkiej, mającej znaczenie życia lub śmierci, a nie o tych drobnych przejawach oburzenia, zawiści, lub fachowego zwalczania przeciwnika?!
Gramaud podniósł głowę. Ściemniło się zupełnie. Niebo, niby szara płachta, zwisało nisko, tuż nad lasem, rzeką i polami. Gwiazdy nie mogły się przebić przez chmury. Uczony wpatrywał się w mrok. W wiosce świeciły się już okna domków, przed chwilą tonących w ciemności. Długo jeszcze stał Gramaud pod drzewem, słuchał, jak z lekkim szelestem — spadały liście dębowe, jak nadbiegał, pogwizdywał, syczał wśród suchych badyli i drobnych krzaczków zalatujący od rzeki powiew wiatru. Gdzieś za laskiem, wysoko pod obłokami z głuchem warczeniem motoru przeleciał jakiś statek powietrzny.
— Zeppelin? Fokker? A może to nasz samolot wywiadowczy? — pytał siebie uczony, obojętnie wsłuchując się w zacichający woddali gniewny warkot motoru.
Gramaud zmarszczył się boleśnie. Natrętna, nagle rodząca się myśl sprawiła mu ból.
— Zdobywcy powietrza!... Ikary! — szepnął. — Wykonawcy marzeń setek pokoleń... I cóż ludzkości po tem? Zrzucają jej na głowy torpedy, bomby wybuchające... „Kochaj bliźniego swego“. Myśl ludzka brnie przez gąszcze sprzeczności, przechodzących w zbrodnię... Nesser ma zapewne słuszność, twierdząc, że pomimo nauki Chrystusa, istniejącej obecnie jedynie dla zamaskowania brutalnej prawdy, — ze stanu zwierzęcości nigdy nie wyjdziemy... Wszystko potrafimy objaśnić na podstawie „chrześcijańskiej“ moralności, stopionej w jedną całość z współczesnym racjonalizmem. Hipokryzja!... Zbrodnia!... Podłość nad podłościami! Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego! Co to? Szatańska ironja... Klęska nauki Jezusa?
Rozumowania Gramauda przerwały dalekie, basowe odgłosy, toczące się nad ziemią niby ogromne głazy, niby pomruk zbliżającej się burzy.
— Armaty... — pomyślał uczony. — Gdzieś niedaleko...
Mimowoli skierował wzrok w stronę Paryża. Na niebie ślizgały się i krzyżowały przyćmione odległością jasne smugi. Tu i ówdzie wynurzały się nagle oświetlone, pogmatwane kontury stłoczonych, skłębionych obłoków. Jasne pasma rozbiegały się na różne strony, wbijały się w zwały chmur, obmacywały każdy skrawek nieba, zatrzymywały się na chwilę i sunęły dalej, jak szerokie ostrza olbrzymich brzytew. Gramaud czytał o powietrznych atakach niemieckich lotników, o bitwach samolotów nad Paryżem. Domyślił się, że widzi przed sobą promienie projektorów, szukających zbliżającego się wroga, którego odpierano ogniem dział zenitowych.
— Zeppelin czy samolot niemiecki zrzuci bombę, poszarpie odłamkami żelaza ciała bezbronnych ludzi, zabije kobiety, rozmiota po jezdni mózg i krew dzieci. W imię czego? Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego?
Zakrył twarz rękami i uszy zatkał, aby nie widzieć i nie słyszeć tych odgłosów dzieła wyznawców wielkiej prawdy — Miłości i Sprawiedliwości, głoszonej przez skromnego proroka z Galilei. W tej chwili nienawidził Go prawie. Zacisnął zęby i szeptał:
— Rzuciłeś, Mistrzu, słowa zwodnicze, budzące nadzieję szczęścia; słowa, którym kłam zadali Twoi rodacy, oddając Ciebie w ręce siepaczy rzymskich na pohańbienie i śmierć! Wyrzekłeś prawdę, która widać, obca była ludziom, skoro zamieniła się w mord i w fałsz, trwające bez przerwy, tyle wieków... tyle wieków! Cóżeś uczynił!?
Ze szmerem spadały liście, szeleściły krzaki i coraz gniewniej pluskał wzburzony prąd rzeki. Sunęły po czarnem niebie ostre żądła świateł, — nieme, czujne. Coraz częściej przewalały się w mroku głuche huki dalekich wybuchów. Odpowiadało mu echo w lasku i od pasma pagórków za Oazą...
Nagła rozpacz, przechodząca w gniew, ogarnęła Gramaud. Pocóż wyrwano go z błogiego, niczem niezmąconego spokoju starych napisów sanskryckich, zmurszałych papyrusów, wizerunków świątyń nieznanych bóstw, pałaców legendowych władców?! Poco pokazano mu prawdziwe oblicze cywilizacji? Miał przed nią instynktowny strach, chwilami nawet wstręt nieprzezwyciężony. Bał się tego potwora, który zgromadził miljony ludzi w jednem miejscu i zmusił ich siłą prawa do ciągłego, uciążliwego obcowania, a okrucieństwem — do walki bezwzględnej o każdy krok, o każdy dzień swój.
Coraz bardziej stawał się Gramaud obcym, zgnębionym i przerażonym, w każdej chwili przeczuwając zbliżenie się czegoś bezmiernie ciężkiego, ogromnego i wściekłego, niby bieg nieogarniętego okiem olbrzymiego koła rozpędowego, porywającego ludzi i ludy całe, miażdżącego i odrzucającego poszarpane i potrzaskane resztki ruchem obojętnym, a coraz zawrotniejszym, coraz bardziej szaleńczym. Niczego nie szukał w tym chaotycznym zgiełku, nic nie miał do ofiarowania mu, nie posiadał głosu dość doniosłego, aby przyłączyć się do rozpaczliwego chóru wyjących, zziajanych, upadających ze znużenia ludzi. To, co robił, co stanowiło treść jego życia i myślenia, było poza skotłowanym, walczącym zębami i pięściami tłumem, nie rozumiejącym, że najkrwawsza nawet zbrodnia nie jest tak okrutna, jak to codzienne zmaganie się, walka o śmierć i życie, podstępna, zawzięta, pełna zimnego okrucieństwa, a ujęta w formę prawa i uświęcona przez paragrafy tego lub innego kodeksu. Nie wiedział, nie myślał zresztą o tem, dla kogo pracuje sam — uporczywie i sumiennie, odczytując, komentując i wprowadzając w łańcuch dziejowy człowieczeństwa wszystkie te teksty, pojedyńcze napisy, wizerunki bogów, bohaterów, mędrców i królów.
— Arystokracja wiedzy! — przypomniał sobie Gramaud niespodziewane określenie księdza Chambruna. — Prawda! Arystokracja wiedzy... Czy ludziom potrzebne są wersety Wedy, teksty ksiąg bramińskich, odczytanie asyryjskiego prawa Hamurabiego, studja nad kulturą Maya, odnalezienie i odcyfrowanie papyrusów z grobowców faraonów? Na półtora miljarda ludzkości pięciuset wybranych zaledwie będzie o tem wiedziało, a pozostałe setki miljonów nigdy nie posłyszą o tem i nic na tem nie stracą... — Bezużyteczne, niepotrzebne nikomu, pasorzytnicze życie moje!... — myślał z goryczą i niemal wstydem Gramaud. — Jestem słabym tchórzem, kryjącym głowę przed prawdziwem życiem! Nie krzywdzę nikogo, bo nie mam sposobności czy odwagi, bo stoję na uboczu, nie potrzebuję występować na pole walki o byt. Ci znużeni, znękani ludzie oddają część swego potu i krwi, aby rząd mógł opłacać moje prace nad niepotrzebnemi zagadnieniami...
Zwątpienie i wyrzuty sumienia człowieka, wyrwanego nagle z długiego półsnu, żmudnych dociekań i skrupulatnej, drobiazgowej pracy, dręczyły i gnębiły Gramauda. Potrzebował pomocy i rady. Próba rozmowy z księdzem jeszcze bardziej zaostrzyła wątpliwości uczonego. Co miał na myśli pleban, mówiąc o widomych i ukrytych wykroczeniach przeciwko nauce o miłości?
— Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego! — powtórzył Gramaud na głos i wzdrygnął się cały. — Tam w Paryżu i na froncie gwiżdżą kule i pękają pociski, siejąc śmierć. Tam niema miłości... A ja — uznany autorytet w sanskrycie, czemże przejawiłem swoją miłość dla bliźnich? Tem, że nie zabijam, nie podpalam, nie rabuję ich? O, to — nie miłość! Miłość wymaga ofiar... codziennych, bez liku, bez namysłu długiego...
Stał, trawiony rozterką duchową, i z przerażeniem spoglądał na niebo, po którem ślizgały się olbrzymie ostrza potwornych brzytew świetlnych; wpatrywał się w obłoki skłębione, lizane białemi żądłami reflektorów paryskich. Niepokój ogarniał go coraz wyraźniejszy, coraz bardziej męczący. Z opuszczoną głową powracał do domu. Kropił drobny deszcz jesienny, którego nie spostrzegł, stojąc pod drzewami. Przechodząc koło plebanji, zajrzał w okno. Ksiądz Chambrun, siedząc przy biurku, podnosił rękę i potrząsał głową. Zapewne rozmawiał ze znajdującymi się w saloniku ludźmi. Gramaud wszedł na ganek i zapukał.
— Proszę! — zawołał ksiądz. — A — a! Pan Gramaud! Dobrze, żeś pan mnie odwiedził! Mam gości...
W saloniku paliła się mała lampka naftowa, pozostawiając część pokoju w mroku. Gramaud przyjrzał się uważnie i spostrzegł starego wieśniaka i dwie kobiety. Siedzieli na sztywnych krzesłach, wyprostowani i trochę zmieszani.
— Pan Gillet z żoną i sąsiadka Caille przyszli, aby poinformować się o wojnie... Opowiadałem im właśnie, że przeczytałem dziś bardzo zajmujący i poważny feljeton przyjaciela pańskiego — Henryka Nessera. Nie należy wpadać w rozpacz! Przekonał mnie Nesser, że nasze dowództwo jest dobrej myśli i nie ma wątpliwości co do powodzenia swego planu.
Zwracając się do gości, dodał:
— W każdym razie musicie pamiętać, państwo, że Francja, Anglja i Rosja zaprzysięgły sobie wierność do końca wojny i aż do zwycięstwa!
Wieśniacy milczeli sztywni i czujni. Nie zdradzali swoich myśli. Ksiądz Chambrun nie wyczuwał ani w ich postawach, ani w wyrazie twarzy wiary w słowa jego, nie dodające im otuchy. Nagle sędziwa Caille powstała z krzesła i, zbliżywszy się do proboszcza, pochyliła ku niemu żółtą, pomarszczoną twarz. Surowo patrząc niemrugającemi, mętnemi od starości oczami, mruczała:
— Cała rodzina wymarła mi... Starszego syna zabito w Tonkinie, młodszemu Arabowie w Maroku przerżnęli gardło... Pozostał mi tylko wnuczek — Robert... Wczoraj śnił mi się... Stanął przedemną wysoki, blady, usta miał wykrzywione, jakgdyby krzyczał, i ręką skinął w moją stronę... Obudziłam się, a on znowu przyszedł... i tak cztery razy... cztery... a był coraz bledszy... siny prawie... i wciąż krzyczał... Nie słyszałam słów... musiały być żałosne, przerażające... Ksiądz proboszcz taki zwykle dobry... może napisze do pułku Roberta, dowie się o chłopaka, o wnuczka mojego... Już dwa tygodnie nie mam listu od niego... przedtem pisał... pisał... często... A teraz... dwa tygodnie... ani słówka... ani słówka... i we śnie zjawia mi się taki blady, siny... woła... Może już...
Staruszka zaczęła nagle mrugać powiekami szybko — szybko, kurcząc malutką, pooraną czarnemi zmarszczkami twarz. Długo nie znajdowała łez w starczych oczach, które, być może, oddawna już wypłakały je wszystkie. Mały nosek poczerwieniał jej, usta drgały, węzłowate, pożółkłe palce zaciskały na piersi końce czarnej chustki. Powieki, okryte sinemi żyłkami, szybko mrugały, jak drgające skrzydła zgniecionego motyla. Nagle po zmarszczkach policzków pobiegły drobne kropelki łez, padały coraz częściej i ściekały po czarnej tkaninie chustki. Drżące usta wyrzucały urywane słowa:
— Blady... i siny... krzyczy... woła... Robert — wnuczek!... Księże proboszczu, napiszcie... ukójcie moje serce... stare, umęczone serce... Przecież, ja tak dłużej żyć... nie mogę! Nie mogę!
Zasłabła nagle i opuściła się na podłogę. Odrzuciła chustę, dotykała bezradnemi rękami głowy, twarzy pomarszczonej, zaciskała usta, jakgdyby chciała zagłuszyć rwący się już krzyk, kiwała się wprzód i wtył i ciężko oddychała, powtarzając cicho — cicho, jak westchnienie:
— Ach... ach... ach....
Ksiądz przybladł jeszcze bardziej i usta zwarł mocno, aż guzy mięśni poruszyły mu się koło uszu.
— Ach... ach... ach!... — rozlegały się westchnienia staruszki i rozpaczliwie, jak ćmy, tłukły się pod sufitem i po szybach okien.
Były to westchnienia zaraźliwe, siejące trwogę bez miary i bez granic; brzmiały jak pobudka cicha, a władna, porywająca.
— A Karol!... A Karol!... — zawołała z rozpaczliwym szlochem żona Gilleta, rzucając się do księdza z podniesionemi rękami i potrząsając niemi nad głową plebana. — Karol też nic, nic, nie pisze! Nic! Ksiądz proboszcz rozumie, co to znaczy? Rozumie?... Nie życie to już i nie śmierć, ale gorsze od śmierci i straszniejsze... W chwili każdej... w nocy i w dzień... widzę chłopaka... Leży skrwawiony na ściernisku i daremnie usiłuje się podźwignąć... Ma wylękłe, obłąkane z bólu oczy... Pada do głębokiego dołu, dokąd wrzucają zabitych żołnierzy... To znów biegnie przez pole, a dokoła huk... taki jak teraz... Słyszycie, plebanie? Gdzieś już niedaleko się rozlega... Umieram wraz z synem... wrzucają mnie do grobu... biegnę obok Karola i boję się, boję tego huku!...
Szloch przerwał jej mowę, zmusił ręce opuścić, płakać żałośnie, wstrząsać ramionami i twarz rękami zasłaniać.
— Ach... ach... ach... — szemrały w saloniku i zamierały w ciemnych kątach westchnienia starej Caille.
Wieśniaczka gwałtownym ruchem podniosła głowę i ostrym głosem zaczęła wyrzucać słowo po słowie, zdanie po zdaniu.
— Dlaczego zabrano nam Karolka?... Jedynaka, pomocnika, nadzieję naszą? Dlaczego?
Patrzyła na księdza złemi, żądającemi odpowiedzi oczami.
— Dlaczego? — powtórzyła i nagle krzyknęła. — Mów!
Proboszcz pochylił głowę, jakgdyby chroniąc się przed smagnięciem bata.
— Dla wojny... dla zwycięstwa... — szepnął po chwili.
— Dla wojny? Dla zwycięstwa? — powtórzyła groźnie. — My o wojnie nie myśleliśmy, chodząc koło zagonu naszego, obory, domu... Nam zwycięstwo nic nie da... Nie nam potrzebne są te rzeczy!
— Wojna jest poto, aby już nigdy się nie powtórzyła, — szepnął znowu proboszcz. — Poto, aby inne matki nie traciły swoich synów, aby nie płakały, nie troskały się o nich...
— Inne matki? — zapytała wieśniaczka. — Inne? A my oddałyśmy synów, aby wrzucono ich do błotnistych dołów, niby ścierwo jakie, bez trumien, bez krzyży... hej! hej! przeklęci bądźcie na wieki wieków wy, podżegacze, doradcy, popychający na śmierć!
Traciła przytomność, porwana rozpaczą palącą, trzęsła czarnemi, spracowanemi rękami nad głową księdza, groziła mu. Ksiądz milczał. Siedział skulony, blednąc coraz bardziej. Gramaud pochylił się, aby lepiej widzieć twarz proboszcza. Spostrzegł, że wargi księdza drgają hamowanem wzruszeniem, a oczy pałają, do płomyków podobne.
Namiętne, śmiałe słowa żony podnieciły i dodały odwagi Gilletowi. Uderzył pięścią w stół i odezwał się, ponuro patrząc z podełba.
— Dlaczegóż to my mamy płacić, cierpieć i w trosce spędzać dnie i noce za innych? Dlaczego? Gdzież takie prawo wypisane? Wam — ministrom, generałom, urzędnikom, księżom łatwo o naszych obowiązkach rozprawiać! Wy siedzicie sobie w ciepłych kątach, jecie i pijecie... spokojni jesteście, bo nie wasza tam leje się krew...
Stawał się coraz bardziej zuchwałym. Wstał targając na sobie ubranie, przez zaciśnięte zęby mówił:
— My syna oddaliśmy, a, jak tak dalej źle pójdzie, to i wszystko stracimy! Powiadacie, że jest to naszym obowiązkiem względem naszej kochanej ojczyzny, a obowiązek proboszcza — nabożeństwo odprawić przed obrazem świętej Tereski i — kwita? Dalej już mała święta będzie odpowiadała za Karola, za wnuka sąsiadki Caille, a ksiądz ręce umyje, jak Piłat? Cha! Cha! Niewielka to praca! Daj przynajmniej gwarancję, że twoje modły na coś się przydadzą! Nie! Ty spróbuj sam pójść pod kule, posłuchaj grania armat, gdy w ciebie walić będą ogniem i żelazem! Boży sługo! Świętoszku! Doradco prostych ludzi, ogłupianych przez ciebie!
— Bóg, jeśli On słyszy skargi nasze, pokarze was! — krzyknęła, odchodząc od zmysłów, żona Gilleta.
Gramaud przygotował się do obrony księdza, bo nie wątpił, że zrozpaczeni ludzie rzucą się na niego. Ksiądz Chambrun nie poruszył się nawet. Tylko głowa mu opadła na złożone na stole ręce i wąskie ramiona poruszały się gwałtownie. Zdawało się, że płakał ciężko, gorzko. Gillet usiadł i rzucał na plebana ponure spojrzenia; wieśniaczka opuściła wzniesione ręce; tylko sędziwa Caille kiwała się bez przerwy i powtarzała:
— Ach!... Ach!... Ach!...
Zapanowała cisza.
Taksamo przyczaja się i zapada w milczenie złowrogie cała natura przed burzą.
— Ach!... Ach!... Ach!... — umierało w ciemnych zakątkach saloniku.
Ksiądz Chambrun powolnie, jakgdyby w obawie przed nowym ciosem, uniósł głowę. Uczynił to jednak ruchem człowieka, czującego, że ci, którzy rzucali nań obelgi i policzkowali go, nasycili się już zemstą i gotowi są odejść. Opuścił i podniósł ramiona. Ni to zrzucał z nich nieznośne brzemię, ni to drżał od wstrząsającego nim dreszczu. Wyprostował się i zesztywniał. Straszliwa bladość okrywała chudą twarz jego, niebieskie oczy płonęły namiętną rozpaczą, myślami palącemi, a żądnemi czynu. Cienkie palce wpijały się w aksamit serwety, leżącej na stole. Szeptał coś ale tak cicho, że ani wieśniacy ani Gramaud nie mogli pochwycić żadnego wyrazu. Jednak wargi, obezwładnione skurczem, poruszały się coraz żywiej i z zaciśniętego gardła wydobywać się zaczął głos — cichy, tajemniczy, pełen porywających, budzących lęk drgań.
— Chrystus, Boski Nauczyciel, Zbawiciel doznał hańby i męki, umarł na krzyżu obok złoczyńców... Syn Boży umarł za szczęście setek pokoleń, aby zatwierdzić pokój ludziom dobrej woli... A wy — małowierni, wy — duchem słabi!...
Urwał nagle i drżał na calem ciele.
— Nie! nie! — szeptał w niemocy. — Nie to! Nie tak!...
Znowu upadł głową na złożone na stole ręce i, zaciskając zęby, przymykając oczy, słuchał rozlegających się w pokoju coraz żałośniejszych, coraz rozpaczliwszych westchnień staruchy:
— Ach... ach...
Wstał wreszcie, oparł się ciężko na rękach i już na głos rzekł:
— Nie! źle powiedziałem... Chrystus w ogrodzie oliwnym zawahał się... Lękiem przeszyła serce Boskie nagła myśl o śmierci... Błagał Zbawiciel, krwawo płacząc: „Ojcze, Ojcze, uczyń, aby ominął mnie ten kielich męki!“ Zbawiciel... Syn Boży!... Cóż czynić, jak czuć mają ci maluczcy, słabi, zbłąkani, duchem ubodzy? Jak? Bluźnią i serca mają nienawiścią rozpalone... Odpuść im, Panie, albowiem nie wiedzą co czynią! W niewiedzy swej wielką prawdę znaleźli i rzucili ją słudze Twemu, jako obelgę, jako policzek, jako wieniec cierniowy wtłoczyli ją na niegodne skronie jego. I oto teraz odpuść, Panie mój i Boże, sługę swego!
Wszyscy w milczeniu i niepokoju, coraz bardziej ich ogarniającym, słuchali słów kapłana. Rozumieli, że mówił nie do nich, a nawet nie do siebie samego, tylko do Tego, w którego wierzył niezłomnie, czując obecność Jego w tej małej izdebce, pachnącej miętą i woskiem. Usiadł i pochylił się nad biurkiem. Rozległo się głośne skrzypienie pióra i szelest papieru. Ksiądz Chambrun pisał. Skończywszy, podał kopertę Gilletowi i rzekł:
— Sąsiedzie! Oddajcie to wójtowi, niech natychmiast wyśle do biskupa.
— Do biskupa? — mruknął chłop.
— Tak! — odparł ksiądz. — Jutro porzucam plebanję, więc kurja będzie zmuszona przysłać na moje miejsce innego kapłana.
— Ksiądz proboszcz wyjeżdża? — zapytała zdumiona wieśniaczka. — Ja nie chciałam przecież...
— Nie! Nie! moja droga, poczciwa pani! — przerwał jej pleban. — Nie trzeba o tem mówić! Ja zrozumiałem wszystko... Sama prawda była w waszych słowach...
— Taka jestem zrozpaczona, w głowie mi się mąci — usprawiedliwiała się zupełnie już zmieszana kobiecina.
— Nie trzeba już o tem wspominać, dobra pani Gillet! — w pośpiechu obciągając sutannę i pelerynę, wtrącił pleban. — Zrozumiałem, że nie dość jest miłować ojczyznę i bliźnich swoich, nie dość budzić w nich porywy do wielkich czynów, — ofiary, ofiary potrzebne, widome, proste, namacalne! Tak, tak — ofiary, albowiem bez nich miłość nie jest miłością!...
Gramaud wydał cichy okrzyk. Ksiądz Chambrun powtórzył prawdę, do której doprowadziły i jego również trwożne, męczące rozmyślania.
Pleban mówił tymczasem:
— Sąsiadko Caille, przynieście mi później ostatni list Roberta, a wy, dobry panie Gillet, powiedzcie mi nazwę pułku Karola... 101-szy?... ósma kompanja?... dobrze!
Zapisał w notatniku i ciągnął dalej głosem wzruszonym, przejęty cały i rozpromieniony nagle:
— Przyrzekam wam, że wkrótce dostaniecie wieści o waszych chłopakach. Szczegółowe wieści, bo ujrzę ich, lub dowiem się prawdy... Tak! tak!... Jadę jutro na front... Oddajcie, sąsiedzie, list wójtowi... bądźcie zdrowi, drodzy moi! Niech Najwyższy pocieszy was i ukoi troski wasze!
Wieśniacy — zmieszani, zgnębieni, wychodzili, oglądając się co chwila i wzdychając. Gramaud w milczeniu przyglądał się księdzu. Proboszcz chodził po saloniku z nisko opuszczoną głową.
— Czy ksiądz istotnie ma zamiar porzucić parafję i wyjechać na front? — zapytał uczony.
— Odjadę! — szepnął pleban. — Jestem pasterzem dusz tych ludzi. Mam dla nich miłość... Jakżeż inaczej dowiodę jej, jakżeż będę mógł żądać od nich wiary w Boga i zaufania do siebie, jeżeli nie podzielę z nimi doli i niedoli w dobie troski najcięższej, lęku nieznośnego o los ich synów. Niedola — tam, na froncie i tam, tylko tam jest miejsce moje, kapłana nieudolnego, słabego, ale miłującego braci i siostry, pieczy mojej oddanych! Jutro odjadę...
Gramaud nic nie odpowiedział. Zbliżył się do księdza, długo wpatrywał się w jego płonące gorącym ogniem źrenice; coraz bardziej się pochylając, dotknął ustami dłoni kapłana i powtarzał urywanym szeptem:
— Zrozumiałem!... Zrozumiałem!...
Wybiegł z pokoju. Ksiądz Chambrun słyszał odgłosy kroków uczonego na stopniach ganku, a, gdy zacichło wszystko, podniósł ręką i w milczeniu, z jasnością na natchnionej twarzy, zakreślił krzyż... szeroki, jak świat — ukrzyżowany, umęczony, krwawiący.



ROZDZIAŁ VI.

11 września 1914 roku Marszałek Joffre powiadomił rząd francuski krótkim telegramem:
— Bitwa nad Marną została zakończona bezsprzecznem zwycięstwem naszem.
„Zwycięstwo uwieńczyło planowe cofanie się francuskiej, angielskiej i belgijskiej armji. Osiągnięto je, zawdzięczając niezrównanym zaletom żołnierzy, niezwykłemu porywowi oficerów, a w szczególności zadziwiającemu darowi przewidywania naczelnego dowództwa, które w ciągu długotrwającej bitwy w niczem nie zmieniło całokształtu zasadniczego szematu operacji. Najważniejszym warunkiem powodzenia była zdolność dowódzców poszczególnych armij do inicjatywy, natchniona improwizacja na polu walki, a także niezmienna chęć niesienia wzajemnej przyjacielskiej pomocy, — w czem najjaskrawiej zajaśniał francuski charakter narodowy.“
Temi słowy zakończył Henryk Nesser swój feljeton, napisany 12-go września. Wysłał go przez znajomego oficera, odjeżdżającego samochodem do Paryża. Sam zmuszony był jeszcze pozostać na froncie, aby w zupełności zorjentować się w dalszych swoich planach.
Artykuły korespondenta „Hałasu Ulicy“ doczekały się szczerego uznania. Autor ich był wszędzie przyjmowany przychylnie i traktowany poważnie. Liczono się z nim i ceniono go, mimo, że w rozmowach poufnych puszczał nieraz wodze sceptycyzmowi i zrażał cynizmem. Jeden z generałów, słuchając złośliwych uwag i rozumowań Nessera, zauważył:
— Uczę się wprost od pana!
— Ja — w roli nauczyciela? — zdziwił się korespondent. — Zakrawa to na żart!
— Bynajmniej! Pan wyraża zwątpienia i myśli tych ludzi, których nie ogarnęło jeszcze podniecenie, coraz bardziej rosnące w armji — odparł generał. — Jest to psychologiczny czynnik niezmiernie ważny w okresie wojny. Współczesna strategja powinna polegać o tyle na duchu, panującym w żołnierskich masach, o ile też na nastroju cywilnej ludności. Na wysiłek wojenny składają się siły armji, rolników, robotników, inteligentnych zawodowców i biernego tłumu, mój panie! Dlatego powtarzam, że nauczyłem się od pana nie jednej bardzo potrzebnej a narazie nie branej pod uwagę rzeczy!
To mówiąc, uścisnął rękę reportera i dorzucił:
— Patrjotyzm — to nie tylko krzykliwy szowinizm, który w pewnych chwilach może być dobrym środkiem dla rozbudzenia instynktów mas i nadania im pożądanego rozpędu. Patrjotyzmem nazywam także informowanie kierowników o prądach przeciwnych, szkodliwych dla osiągnięcia wytkniętego celu. Panu, panie Nesser, należy się za to prawdziwa wdzięczność i szacunek całego społeczeństwa.
Reporter wybuchnął głośnym śmiechem. Generał spokojnie przyglądał się korespondentowi.
— Przepraszam, generale — zawołał Nesser, — ale w tej chwili odtworzyłem w pamięci ze stenograficzną dokładnością całkiem inną opinję o sobie, wypowiedzianą przed miesiącem, właśnie z powodu tych samych cech mego umysłu!
Istotnie, słuchając wywodów generała, reporter przypomniał sobie rozmowę dwóch nieznajomych panów w dniu, gdy szczęśliwy przypadek odsłonił przed nim tajemnicę wybuchu wojny.
— Całkiem inna opinja! Ani słowa nie było tam o zasługach moich i wdzięczności społeczeństwa, ani też o szacunku dla mnie. Cha! cha! cha! — śmiał się Nesser, drwiącym wzrokiem patrząc na generała.
— Niestety, w społeczeństwie spotykają się często ludzie krótkowidzący, a raczej daltoniści — zauważył.
— Chyba! — zawołał Nesser, nie mogąc powstrzymać wybuchu złośliwej wesołości. — Chyba!
Bitwa nad Marną była zakończona. Nikt już nie wątpił, że wojna wejdzie w nową fazę. Miała to być wojna okopowa, obliczona na wyczerpanie i znużenie. Wtedy to właśnie lord Kitchener na zapytanie pewnego dziennikarza amerykańskiego o przewidywanym terminie zakończenia wojny, odparł spokojnie:
— O! Ona się dopiero zaczyna. Zwycięży ten, kto posiada nerwy z lepszej stali.
Przeciwnicy tymczasem szukali najdogodniejszych pozycyj i staczali o nie zacięte walki. Wojna narazie straciła jednak swoją podniecającą ostrość. Henryk Nesser postanowił powrócić do Paryża. Czuł się zmęczonym i miał pewne plany na najbliższą przyszłość. Chciał omówić z Rumeurem różne projekty. Wsiadł więc do pociągu, odchodzącego do Paryża, wesoły, jak student, który wybrał się na wakacje do domu. We wskazanym mu przedziale znalazł tylko jedno wolne miejsce. Wagon, jak zresztą i cały pociąg, zatłoczony był oficerami i żołnierzami, jadącymi na krótkie urlopy.
Umieściwszy swoją walizkę na siatce, Nesser z radosnym uśmiechem przyglądał się sąsiadom. W przedziale jechało trzech cywilów i dwie panie. Mężczyźni oddawna, widać, byli znajomi ze sobą, bo rozmowa pomiędzy nimi toczyła się gładko i nie urywała się ani na chwilę. Panie natomiast milczały i nawet starały się nie patrzeć na siebie. Wyczuwało się jakieś wrogie prądy, idące od nich. Nesser przyjrzał się uważnie sąsiadkom.
Siedząca obok młoda, starannie ufryzowana i upudrowana pani, należała niezawodnie do dobrego towarzystwa, co można było określić z pierwszego rzutu oka. Prosty, elegancki kostjum podróżny i spokojne dystyngowane ruchy dowodziły tego. Druga... Zbyt pospolicie i niegustownie ubrana podług mody ulicy, tak, jak to się ubiera każda trzecia niezamożna paryżanka; wyraźnie umalowane usta; fałszywe klejnoty w uszach i na palcach. Nesser nie odrazu znalazł dla niej miejsce w hierarchji społecznej. W pewnej chwili bystre oczy reportera spoczęły na jej rękach. Szerokie dłonie z krótkiemi palcami i paznokciami, obciętemi tuż przy skórze, nosiły ślady ukłuć i sieć ciemnych blizn, zadanych nićmi.
— Szwaczka? Kapeluszniczka? Hafciarka? — pomyślał.
Skończywszy obserwację, rzekł, do nikogo się nie zwracając:
— No, nareszcie! Wygraliśmy bitwę!
Sąsiadki spojrzały na niego przelotnie i nic nie odrzekły. Jednak wystarczyło krótkiego błysku oczu, zwróconych na niego, aby reporter zadecydował, że siedząca obok niego elegancka pani jest spokojna i czuje się może nawet szczęśliwą, w przeciwieństwie do kobiety z pokłutemi palcami, którą widocznie trapi troska, a być może, chwilami — rozpacz. Posłyszawszy odezwanie się Nessera, siedzący naprzeciwko mężczyźni jakgdyby zaniepokoili się nagle. Wymachując rękami, zaczęli zasypywać reportera pytaniami, wzajemnie sobie przerywając:
— Tak! tak! bitwa wygrana... Ale czyżby pan myślał, że na tem się to wszystko skończy?
— Daj Boże, aby tak było! — cichym głosem rzekla młoda dama.
Jej sąsiadka westchnęła głęboko i w nagłej niemocy zwiesiła głowę.
— Ma pani rację! — zawołał ze szczerością w głosie reporter. — Była to straszna rzeź, widziałem ją zbliska, zupełnie zbliska!
Dama spojrzała na niego z ciekawością.
— Pan jest oficerem? Może lotnikiem? — spytała, podnosząc na sąsiada piękne, rozmarzone oczy.
— Nie, pani! — odparł. — Jestem dziennikarzem, korespondentem wojennym. A pani zna lotników?...
— Ta-ak! — przeciągnęła. — Mój narzeczony skończył szkołę pilotów! Na szczęście jednak przez stosunki mego ojca urządził się przy sztabie... Drżę ciągle na myśl, że mogą mu kazać latać!... Jest to niebezpieczne nawet w zwyczajnych warunkach, a cóż dopiero, gdy do lotnika strzelają z armat?!
W oczach Nessera zamigotały natychmiast złe ognie. Poufale pochylił się ku sąsiadce i rzekł, krzywiąc usta:
— O, droga pani! Proszę mi wierzyć, że pilotom, kręcącym się niewiadomo poco przy sztabach, gdy miejsce ich jest na aparatach, nie grozi żadne, ale to żadne niebezpieczeństwo! Piękna pani napróżno robi takie przerażone minki! Nic temu młodzieńcowi ze sztabu nie grozi. Będzie zdrów, chociaż nigdy nikt o nim nie posłyszy.
Zaśmiał się, brutalnie patrząc na trochę zmieszaną damę, i ciągnął dalej:
— Opowiem pani coś o prawdziwych pilotach... tych „świętych szaleńcach“... tych „djabłach powietrza“! Niech pani powtórzy to swemu pilotowi! Cha! cha! Cztery dni temu widziałem na jasno szafirowem niebie krążącego białego ptaka, drapieżnego ptaka! Był to samolot francuski, droga pani, prowadzony przez pilota, rozumie pani, — przez pi-lo-ta, porucznika René Roeckela. Gdy się zbliżył do La Vaux-Marie, zniknął odrazu... a wie, piękna pani, dla czego? Dlatego, że dokoła pękały pociski nieprzyjacielskie, w każdej chwili zagrażając życiu pilota. Nigdy nie widziałem nic bardziej szalonego! Szrapnele coraz częściej szarpały powietrze; aparat miotał się, jak jastrząb; śmiała ręka zataczała nim koła nad nieprzyjacielskiemi baterjami i nic odstraszyć go nie mogło! Długo szybował, wszystko wypatrzył, ściśle wymierzył i ocenił. W godzinę później nasze działa zniszczyły połowę artylerji „boszów“! Czy rozumie pani teraz, co to jest pilot i jakie są jego czynności? Roznosić zapisaną bibułę i być na posyłkach przy sztabie — na to nie potrzeba orłów!
Zauważył, że sąsiadka miała łzy w oczach i nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie czuł jednak dla niej żadnego współczucia i dorzucił obojętnie:
— Niech się pani uspokoi! Dość jest tymczasem tchórzy w krajach wojujących. Nie wybiła jeszcze godzina, w której kobiety będą się wstydziły przyznawać do pilotów, piastujących godność... woźnych sztabowych.
Śmiał się w duchu z tak nieoczekiwanego zajścia. Przed chwilą powtarzał pyszne frazesy z pierwszych feljetonów swoich, które tak bardzo cieszyły krwistego szefa „Hałasu Ulicy“ i jego niewybrednych czytelników.
— A tom dojechał babie! — myślał. — Uprzyjemniłem jej podróż do Paryża — niema co!
Ogarnęła go wesołość. Czuł ją zawsze, gdy nasuwała mu się sposobność obrazić „damę z towarzystwa“. Nie opuszczał żadnej okazji, aby dokonać zemsty nad kobietami, które mogły być przyjaciółkami pani Reginy Sauvier.
Siedząca przy drzwiach młoda dziewczyna-szwaczka, jak ją ostatecznie określił reporter, patrzyła na niego wielkiemi, niebieskiemi oczami, w których Nesser wyczytał wdzięczność i zachwyt.
— A ta do kogo jeździła? — pomyślał i chciał już zwrócić się do niej z zapytaniem, gdy nagle jeden z pasażerów, opasły o rumianej twarzy nastroszył szczecinę czarnych wąsów i dotknął szeroką dłonią jego kolana.
— Panie, — rzekł, — więc pan jest przekonany, że wojna potrwa jeszcze?
Nesser zaczął uważnie przyglądać się siedzącym naprzeciw niego pasażerom.
— Nie wiem i żadnego przekonania co do tego nie mam! — odparł szorstko, zapalając fajkę.
Przymknął oczy i pogrążył się w myślach, puszczając kółka wonnego dymu. Zastanawiał się nad tem, że zjawiły się pewne kwestje, na które był teraz bardzo czuły. Drażniły go i wyprowadzały z równowagi, co jednocześnie gniewało go. Nazywał siebie głupcem i szydził z tej nieznanej mu dotąd wrażliwości. Nagle doszły go słowa rozmawiających panów. Zaczął nadsłuchiwać.
— Bardzo jestem niespokojny! — mówił grubas o nastroszonych wąsach. — Mam spory zapas starych konserw amerykańskich. Nabyłem je za psie pieniądze, a teraz... wiecie, że cena na to podskoczyła o 400%? O 400! Świetny interes! Aż tu człowiekowi wchodzi w drogę zwycięstwo, które może nagle przerwać wojnę... Co ja wtedy z temi konserwami zrobię? Co?
Drugi natychmiast zaseplenił, przy każdem słowie wyrzucając bryzgi śliny:
— A ja? A ja? Zakupiłem okręt saletry... Trzy tysiące tonn! I raptem — nic, już po wojnie! Okropne!
— Tak! — przerwał mu trzeci. — Ruina! Drżę na myśl o tem, bo mi zwycięstwo nasze również wszystkie plany pokrzyżować może! Ale, kto wie, może Bóg da, że wojna przeciągnie się... chociażby rok jeszcze, tylko rok...
— Skoro już wybuchnęła, to, daj Boże, żeby się przeciągnęła jaknajdłużej! — zawołał z uczuciem pierwszy z pasażerów i aż mu oczy na wierzch wylazły.
Nesser uśmiechnął się nieznacznie. Widział przed sobą ludzi mądrych, trzeźwo patrzących na rzeczy. Skoro już rozgorzała wojna, — głupcy muszą cierpieć, mądrzy zaś w pełnej mierze wyzyskać rzadkie zjawisko. Ba! Przecież, kto jak kto, ale on sam to chyba niezgorzej eksploatuje wojnę! 15 000 franków miesięcznie i opłacane rzetelnie przez Rumeura wszelkie wydatki korespondenta wojennego! Ładnieby wyglądał, gdyby stary Joffre nie tylko pobił porywczego Klucka, lecz za jednym zamachem osaczył armję młodego Hohenzollerna i wziął go do niewoli! Ha! Niezawodnie, w duchu sam pragnie, aby cała ta zgiełkliwa heca potrwała jeszcze. Znakomicie podniesie to rachunek jego w banku i utrwali jeszcze bardziej reputację wybitnego korespondenta. Teraz inaczej będzie rozmawiać z tymi bandytami — redaktorami. Wśród swoich kolegów będzie się czuł arystokratą, jak Langlois, Brice...
Przed oczami Nessera przemknęły nagle widziane na froncie, zasnute żółtym dymem i kurzawą ponure krajobrazy; spalone stogi, rozwalone domy, rozdęte brzuchy końskie, kupy strzępów ludzkich; posłyszał huk dział, szczekanie kulomiotów, suche, podniecające salwy karabinów; ujrzał, biegnące do ataku niebieskie szeregi Francuzów, spokojne twarze angielskich strzelców, opasanych ładownicami... Przesunął mu się jakgdyby przez mgłę kapitan de Langlois z czarnym pasemkiem włosów na czole, mroczny sierżant Bluot, z obandażowaną głową; skrwawiona kurta na piersi „Black Jimmy“; podobny do świeżo odwalonej skiby, olbrzymi John Wells... wszystko to naraz zamajaczyło mu przed oczami; wszyscy ci, których już nigdy nie spotka, stanęli przed nim teraz i żądali od niego czynu, wpatrzeni weń nieruchomemi, szklącemi się źrenicami.
Powoli podniósł ciężkie powieki i przyjrzał się sąsiadom. Rozłożyli na kolanach jakieś rachunki i, zaglądając co chwila do notatników, omawiali sprawy handlowe. Reporter wyprostował się i odchrząknął.
— Panowie są kupcami? — spytał obojętnie.
— Tak — natychmiast odparło dwóch, a trzeci dodał:
— Jestem fabrykantem...
— Panom chodzi o możliwie długi okres wojny?
— Naturalnie! — zawołał krewki grubas. — Jedyna sposobność do zrobienia dużych interesów!
— Zbyt spokojnie i normalnie płynęło ekonomiczne życie kraju — objaśnił fabrykant. — Wzmagająca się konkurencja wykluczała wielkie zyski... Przemysł i handel wegetowały, wprost wegetowały...
— Co pan mówi, panie Tourier?! — zawołał opasły kupiec. — Jakaż to wegetacja? Dążyliśmy do zupełnego paraliżu!
— Może być, może być! — chętnie zgodził się przemysłowiec. — Sytuacja stawała się rozpaczliwą!
— Z pewnością, koledzy i konkurenci panów z innych krajów także z niecierpliwością wyglądali wojny i teraz nie pragną prędkiego jej zakończenia? — łagodnie zapytał reporter.
— Przemysł i handel obawiają się wojny, bo któż potrafi przewidzieć konjunkturę?... — odparł przemysłowiec. — Jednak skoro się to już zaczęło, — wojna powinna potrwać w interesach państwa. Rozwinie się przemysł, powstaną nowe fabryki, ożywi się handel, bierny kapitał państwowy, złożony w kasach banków, zostanie zmobilizowany. To doleje świeżej krwi do arteryj republiki! W ostatnich latach, doprawdy, trzeba było posiadać genjusz, aby sprostać zadaniu i znaleźć konsumentów dla nadmiaru produkcji. Ja, naprzykład, wyrabiam perfumy. Konkurencja w tej branży jest tak wielka, ze zmuszony byłem szukać nowych rynków. Znalazłem je, ale ileż to nocy bezsennych spędziłem na kombinacjach wszelkiego rodzaju. Wreszcie zacząłem posyłać do Sudanu i Wolty mydło i wodę kolońską z aromatem mięty, olejku pomarańczowego i anyżu. Dobry pomysł! Murzyni jedli mydło i pili moją wodę kolońską. Ale są to rzeczy nienormalne. Przemysł i handel potrzebują okresów ożywienia zewnętrznego... Wojna, jeżeli nie jest zjawiskiem przelotnem, może być czynnikiem, podnoszącym produkcję, uzdrawiającym przemysł.
Grubas uśmiechnął się i dorzucił:
— Przelewanie krwi z armji do arterji handlu jest operacją dobroczynną dla niego!...
— I od czasu do czasu pożądaną! — dodał z jeszcze łagodniejszym uśmiechem Nesser.
— Jak to pan świetnie sformułował! — z zachwytem w głosie wykrzyknął opasły kupiec.
— Bardzo trafnie, bardzo... — zaseplenił bezbarwny młodzieniec i obrzucił kolana Nessera fontanną śliny.
— Hm... — mruknął reporter i zacisnął wargi.
Ze zdumieniem uświadamiał sobie, że zrywa się w nim bunt. Przez pewien czas hamował go całą siłą woli, lecz gdy ujrzał gdzieś woddali zwiniętą w pięść, piegowatą, potężną dłoń Johna Wellsa, przyciskającego się skrwawioną głową do bruzdy zoranego pola, zmrużył oczy, jak zły pies.
— Czy pan jest wierzącym człowiekiem? — spytał reporter, wpijając się wzrokiem w szczecinę czarnych wąsów opasłego kupca.
— Niewątpliwie! Mamy nawet prałata wśród najbliższej rodziny! — odparł trochę zdziwiony.
— No, i ojczyznę pan kocha oczywiście?
O, ma belle patrie! — zawołał kupiec i wybałuszone oczy wzniósł do góry.
— Ma pan synów? — dopytywał reporter.
— Mam...
— Są na pozycjach?
— Chwała Najwyższemu — nie! Zwolniono ich, bo potrzebni są w moim interesie, pracującym dla armji... — odpowiedział kupiec, już niespokojnie patrząc na dziwnego towarzysza podróży.
— Czy ci młodzieńcy tak samo, jak pan, myślą, że są niezastąpieni... w interesie?
— Jakżeż inaczej! — zawołał grubas i najeżył szczeciniaste wąsy. — Przecież pracujemy dla wojny! Zmobilizowany przemysł, dostawy dla wojska... Cóż pan chce? To też jest obywatelska praca, bo jeżeli...
— Jaka szkoda! — przerwał Nesser. — Myślałem, że ci młodzi ludzie nie są może takie kanalje, jak ich ojczulek i jak ci handlarze!
— Co takiego? Co pan powiedział!? Jak pan śmie?! — krzyknęli, zrywając się z miejsc i otaczając siedzącego spokojnie Nessera.
— Powiedziałem, że jesteście kanalje! — wypluł soczyście. — Ka-nal-je!
Szybko sięgnął do kieszeni i zacisnął w ręku rewolwer, mówiąc szyderczym, a coraz bardziej podnieconym głosem:
— Siadajcie, szubrawcy, i wysłuchajcie spokojnie! Myślicie, że to za wasze konserwy i saletrę zginął piękny, bohaterski arystokrata de Langlois i socjalista-proletarjusz Mollin? Nie! nie! Ani oni, ani rudy Wells, ani ten lord angielski, którego kule się nie imały, póki nie obalił go odłamek granatu, ani setki piechurów generała Focha, poległych w bagnach Saint-Gond! Nie! Nie! Oni zginęli, wszyscy, wszyscy za pewną myśl, za porywającą ich ideę... Eh! poco ja to wszystko wam mówię, wam — chamom handlującym?! Pociąg się właśnie zatrzymuje, wychodźcie natychmiast, bo...
Stanął w groźnej postawie i, patrząc z pogardą na przerażonych i wściekłych kupców, mruknął ponuro:
— N-no!
— Jak śmiesz... — zaczął seplenić blady młodzieniec, zaciskając piegowate pięści.
— N-no! — powtórzył Nesser. — Nie zechcecie chyba, żebym zawołał żołnierzy i opowiedział im o waszem pobożnem życzeniu, aby ich jaknajdłużej szarpały granaty i szrapnele, pokotem kładły kulomioty? Szmaty by się z was pozostały! Właściwie powinienbym był to zrobić... N-no, precz stąd!
Jeden po drugim wynosili się, jak pobite psy, oglądając się z trwogą i bezsilną wściekłością. Nesser, nie mogąc pozbyć się nieopuszczającego go nigdy szyderstwa względem siebie samego i przykrego uczucia nieświadomości tego, co się w nim budziło teraz coraz częściej, zaczął śmiać się złośliwie. Jednak śmiech jego stawał się z każdą chwilą spokojniejszym, a nawet zabrzmiał wkrótce szczerą wesołością.
— Niech te szelmy posiedzą tu do jutra, bo innego pociągu dziś do Paryża nie będzie! Cha! cha! cha!
Młoda dama, przerażona narazie nieoczekiwanem zajściem, po wyjściu kupców uśmiechnęła się.
— E-h? — spytał reporter. — Pani się śmieje? O, nie! Proszę być poważną i dobrze zapamiętać to, co zaszło, a niech pani nie zapomni opowiedzieć o całym wypadku swemu narzeczonemu — pilotowi w sztabie. Pi-lo-to-wi w sztabie! Cha, cha! cha!
Spojrzał na siedzącą przy drzwiach szwaczkę. Ta, zdawało się, tylko na to czekała. Szybkim ruchem porwała Nessera za rękę, przycisnęła do niej policzek i urywanym, łkającym głosem przemówiła:
— Pan jest dobry, bardzo dobry i szlachetny!... Pan żałuje tych biedaków, męczenników na froncie... Pan jest śmiały i litościwy! Ja mała, biedna, głupia dziewczyna, wyrazić tego dobrze nie potrafię... niczem odwdzięczyć się nie mogę... ale — dziękuję... O, jakżeż dziękuję!
Przyciskała się do ręki reportera, aż poczuł dotknięcie jej warg i kapiące łzy, spływające mu na palce.
Z trudem wyswobodził dłoń i mruknął, czując, że jest zmieszany, a nawet wzruszony:
— Co panience do głowy strzeliło?! Ja, przecież nie jestem księdzem! To w rodzinie tego grubego kupca zawieruszył się jakiś prałat — nieboga... Z pewnością idjota albo szelma, jak jego krewniak! Posiedzą ci panowie do jutra w tej dziurze, ha! a tom ich ubrał!
Długo się śmiał, porwany jakąś dziwną, nigdy przedtem nieodczuwaną radością. Po chwili spoważniał i, przyglądając się dziewczynie, spytał:
— Szwaczka?
— Hafciarka, — odparła. — Pracuję w fabryce bielizny „Astra“.
— To na jedno wychodzi, — zauważył, — a gdzież to panna jeździła?
— Do 16-go szpitala polowego... — szepnęła i nagle szlochać zaczęła.
Nesser o nic więcej nie pytał. Cierpliwie czekał, bo wiedział, że skoro płacze, to niezawodnie opowie, dlaczego to czyni. Była przecież kobietą. Istotnie, uspokoiwszy się trochę, szepnęła żałośnie:
— W bitwie pod Vitry ktoś bardzo mi bliski został ranny... ciężko ranny...
— Mąż? Narzeczony? — spytał jakimś niezwykle surowym głosem reporter.
— Nie... Oboje jesteśmy biedni... nie możemy marzyć o małżeństwie tak... jak to zwykle bywa... aby nie żyć w samotności... aby nie wyjść na ulicę, co też nieraz się zdarza w ucieczce przed samotnością... słowem — przyjaciel... Biedak! Strasznie ciężko ranny... Niech pan powie, pan taki mądry...
Znowu zamierzała porwać Nessera za rękę, lecz on szybko się przesiadł na zwolnioną przez kupców ławkę i spytał:
— Jaka rana?
— W pierś na wylot, płuco przestrzelone... biedaczysko krwią pluje i blady... blady... jak chusta!... — jęknęła i znowu zapłakała.
— Ile mat lat?
— Dwadzieścia sześć... taki był zdrów, rumiany, zawsze wesoły... w wielkich magazynach pracował, — opowiadała, już uśmiechając się na to wspomnienie.
— Niech panienka nie płacze! — uspokoił ją Nesser, patrząc na mokrą od łez twarz i powichrzone na skroniach włosy dziewczyny. — Będzie zdrów ten rumiany chłopak! Bohaterem powróci i będzie go pani jeszcze więcej kochała...
— Więcej nie mogę, jak kocham! — wybuchnęła. — On jest taki dobry dla mnie...
— Myślę, że i panienka dla niego też jest dobra? — spytał, mrużąc oczy.
— Tak! — odparła. — Ja dla każdego byłabym dobra przez wdzięczność, że nie jestem sama... Co ja? Mała, głupia... takie nic... a on?! — Rozumny, wesoły i kocha mnie... Gdy odszukałam go w szpitalu... zapłakał... pytał, czy nie chcę wziąć ślubu na wypadek jego śmierci.... zaraz...
— Dlaczego pani tego nie uczyniła? — spytał Nesser.
— Jakżeż śmiałabym?... — zawołała, składając ręce. — Powróciwszy do zdrowia, mógłby potem żałować tego... Czułabym się wtedy nieszczęśliwą... nienawidziłby mnie... związałabym go na całe życie... Nie! Poco to? Niech będzie tak, jak jest...
Nesser słuchał uważnie, przymknął nawet oczy, żeby nie opuścić żadnego słowa. Gdy umilkła, popatrzył na nią poważnie i spytał:
— Przepraszam panią! Proszę mi powiedzieć nazwisko swoje... Będę bardzo pani wdzięczny za to!
— Marja Louge, — rzekła natychmiast.
— Marja Louge... — powtórzył. — Dziękuję... Marja Louge...
Znowu opuścił powieki i zamyślił się.
— Aby nie wyjść na ulicę, co też nieraz się zdarza w ucieczce przed samotnością, — brzmiały mu w uszach straszliwe w swej prawdzie słowa dziewczyny. — Samotność... Marja Louge...
Czuł, że ma zimne ręce, że usta mu drżą.
— Do djabła! — pomyślał z gniewem. — Miesiąc wojny, a już jestem tak rozklekotany — i to — nie w szeregach, a tak, jak ów pilot... ze sztabu. Coś w tym rodzaju...
Wyjrzał przez okno. Ciągnęły się już przedmieścia Paryża. Wkrótce pociąg stanął na Gare du Nord. Tłumy oczekiwały na przybycie obrońców, powracających na urlop. Pożegnawszy swoje sąsiadki, Nesser przeciskał się przez stłoczoną ciżbę ludzką. Zewsząd rozlegały się okrzyki, pocałunki, nawoływania, szlochy radości, szczęścia, rozczulenia. Tylko jego nikt nie oczekiwał i nikt nie spotykał.
— Samotny jestem... — pomyślał, krzywiąc usta.
Zaklął, jak czynił to teraz często, uświadamiając sobie nieznane mu przedtem, zupełnie nowe, obce, a wytrącające go z równowagi odruchy. Jednak wyczuwane w całej pełni rozgoryczenie nie opuszczało go. Szedł ponury i na nikogo nie patrzył. Głuche niezadowolenie i smutek nie przemijały. Myślał o tem, że pójdzie do swego hotelu, ogarnie go cisza półciemnego pokoju, z meblami, stojącemi od kilku lat na tem samem miejscu; służba przyniesie tacę ze śniadaniem, przyrządzi łóżko i odejdzie, być może, nie spojrzawszy nawet na niego.
— Wyjadę lub umrę — judziła dalej myśl, — wszyscy o mnie zapomną, a szafa, biurko, łóżko, które przez tyle lat widziały mnie, pozostaną na dawnych miejscach, gdzie na posadzce przez warstwę lichego dywanu odcisnęły swoje ślady... Bądź co bądź nawet szafa pozostawia po sobie ślady... A ja? Głupie porównanie!...
Zatruta goryczą myśl snuła dalej sieć obrazów. Służba, ujrzawszy sztywne ciało dawnego lokatora, powiadomi policję i lekarza. Obojętnemi głosami opowiedzą im, że jeszcze wczoraj wieczorem pan Nesser zażądał jak zwykle filiżankę kwiatu lipowego i mruknął: „dobranoc“... Na tem samem szerokiem łóżku nazajutrz będzie spał inny człowiek, którego on, spewnością, nigdy w życiu nie widział. Przyjezdny kupiec z prowincji, może... Ani szafa, ani biurko, ani nawet zwierciadło, ta głupia tafla szkła, która musiałaby, do stu djabłów, przechować odbicie twarzy dawnego mieszkańca! nigdy nie opowiedzą nowemu lokatorowi, co robił, o czem myślał i co czuł jego poprzednik... Samotność! Z temi myślami reporter wsiadł do taksówki. Ledwie wymówił jednak nazwę ulicy i hotelu, wzdrygnął się i z przerażeniem zawołał:
— Nie! Proszę jechać do redakcji „Hałasu Ulicy“!
W drodze uspokoił się nieco, bo wywołał w pamięci ruchliwą postać kulistego szefa, jego czerwoną twarz i łysą głowę, perlącą się drobnemi kropelkami potu. Uśmiechnął się nawet, bo przypomniał sobie w tej chwili dowcipną dykteryjkę, puszczoną o Rumeurze przez sekretarza redakcji.
Rumeur, jak wszystkim było wiadomo, przez dłuższy czas przebywał w Algierze, o czem sam redaktor nie lubił zresztą wspominać. Nikt dokładnie nie był poinformowany, czem się trudnił czcigodny kierownik brukowca paryskiego w kolonjach. Ktoś wprawdzie twierdził, że Rumeur założył tam szynk w porcie i spajał marynarzy; inny przysięgał na wszystkie świętości, że obecny redaktor był listonoszem w ciągu dnia, a w nocy — przewodnikiem turystów po tajemniczych zakamarkach i zakazanych dzielnicach miasta; złe języki niedwuznacznie przebąkiwały, że w głębi Algieru rząd zbudował przed laty jakieś wyjątkowo surowe więzienie. Nikt jednak nie mógł wyświetlić prawdziwych powodów zagadkowego pobytu swego szefa w północno-afrykańskich dominjach.
Oddany Rumeurowi Chalupe, podpiwszy trochę, lubił opowiadać, że kierownik „Hałasu Ulicy“, przebywając na czarnym kontynencie, znakomicie zarabiał, polując na strusie, i porzucił ten kraj dopiero wtedy, gdy wytępił co do nogi wszystkie drogocenne ptaki.
— Jakże to było? — wołali ze śmiechem słuchacze. — Trudno wyobrazić sobie naszego szefa w roli Nemroda!
— Bo też do Nemroda nie był wcale podobny! — odpowiadał Chalupe. — Chwytał strusie gołemi rękami, bez żadnej broni...
— Opowiedz, Chalupe, bo to ciekawe! — prosili współpracownicy „Hałasu Ulicy“.
— Był to wynalazek pana Rumeura, i, jak każdy wielki wynalazek, — zdumiewająco prosty! — mówił zupełnie poważnie sekretarz. — Szef nasz szedł z Arabem na Sacharę, kazał zagrzebywać siebie w piasku, aby tylko ręce i łysa czaszka występowały nazewnątrz... Arab ukrywał się za kamieniami i czekał. Przebiegające strusie spostrzegały leżące na piasku... wielkie jajko. Natychmiast jeden z ptaków usadawiał się na niem. Wtedy Rumeur chwytał strusia za nogi i wołał Araba na pomoc. Rozumiecie?
Wszyscy się śmiali, pytając, czy nic się nie wylęgło z tak ogromnego jajka?
— Owszem! — odpowiadał sekretarz. — Z jajka wyfrunęło żółte pisklątko... „Hałas Ulicy“, moi przyjaciele!
Przypominając sobie nieprzerwane anegdotki, tworzone na poczekaniu przez zawsze pozornie poważnego, a dowcipnego Chalupe’a, Nesser uśmiechał się i spokój powoli powracał do niego.
— Eh, co tam! — mruczał. — Będzie, jak było i nic się nie zmieni, bo i dlaczegożby miało się zmienić? Nie jestem jedynym samotnikiem w Paryżu... Marja Louge jest również teraz samotna, bo ten jej wesoły przyjaciel pluje krwią i ledwie zipie w szpitalu przyfrontowym... Z takich jak ja, to, spewnością, możnaby całą dywizję zwerbować!... Zresztą jeszcze dziś wieczorem odwiedzę moją Lucy. Morowa dziewucha! Ona mi wybije z głowy te moje babskie, histeryczne smutki!
Zapalił fajkę i przyglądał się domom i tłumowi, płynącemu chodnikiem.
— Tyle kobiet jest w żałobie!... — błysnęła mu nagle myśl. — Miesiąc wojny, a już tyle tego w samym Paryżu...
Nie miał już czasu robić dalszych spostrzeżeń, bo szofer zatrzymał się przed wejściem do redakcji. Oddawszy walizkę odźwiernemu, reporter wszedł do sali, gdzie wywieszano ostatnie telegramy, biuletyny głównego dowództwa, fotografje z wojny i rozlepiano w witrynach najnowsze dodatki „Hałasu Ulicy“. Było tu wszystko tak, jak w każdej innej redakcji, Nesser jednak odrazu spostrzegł coś nowego. Naprzeciw drzwi wchodowych, wisiał w szerokich, złoconych ramach olbrzymi portret „pana Benjamina Rumeura, naczelnego redaktora i wydawcy „Hałasu Ulicy“, Kawalera Legji Honorowej“, jak głosił grubemi czcionkami wydrukowany napis, umieszczony na ścianie.
Portrecista uwiecznił pana Benjamina Rumeur we fraku; spod klapy zwieszał mu się krzyż na czerwonej wstążce, przyczem order odznaczał się niezwykłemi rozmiarami — większemi, niż przewidywał to statut.
— Portret krzyża Legji Honorowej! — uśmiechnął się Nesser, drwiąco patrząc na uszlachetnioną i uduchowioną twarz swego szefa.
— Rumeur powiesiłby się z radości, gdyby w naturze posiadał tak przyzwoite i dostojne oblicze... — mruknął, i niezmierna wesołość ogarnęła go.
Widział przed sobą szczęśliwego człowieka. To sprawiało Nesserowi przyjemność.
— Przecież widzę kogoś zadowolonego bez żadnych „ale!“ — pomyślał. — Ten człowiek pławi się wprost w promieniach szczęśliwości...
Kazał się zawieźć windą na trzecie piętro, gdzie mieściła się redakcja. Na korytarzu opadła go gromada współpracowników; przykulał, przecierając ciemne okulary, Chalupe, zbiegli się zecerzy, a nawet panny z kantoru, mieszczącego się na parterze. Wszyscy hałaśliwie witali wojennego korespondenta i wypytywali go o najświeższe nowiny. Po chwili wytoczył się ze swego gabinetu okrągły, jak czerwona kula, spocony, wymachujący krótkiemi rączkami pan Rumeur. Ze łzami w oczach, prawdziwie wzruszony, rzucił się ku Nesserowi i zawisł mu na szyi. Reporter poczuł dla swego szefa wdzięczność za niespodziewanie gorące przyjęcie. Nikt go tak nigdy nie witał. Porzucił więc swoją zwykłą wyniosłość i, wszedłszy do gabinetu redaktora, otoczył ramieniem okrągłą figurkę Rumeura.
— Widzę, że dobrze się powodzi drogiemu panu! — rzekł. — Bardzo się cieszę sukcesami redaktora i „Hałasu Ulicy!“
— Zawdzięczając panu, tylko zawdzięczając panu... — bełkotał wciąż jeszcze wzruszony Rumeur, przyciskając swoją łysą głowę do piersi reportera.
W takiej pozie zastał ich sekretarz Chalupe. Uśmiechnął się figlarnie i spytał:
— Szefie, może przynieść szklankę zimnej wody?
Rumeur spojrzał na niego surowo i odpowiedział:
— Chalupe! Jesteś wstrętny z tym swoim ohydnym cynizmem...
— Mocne powiedzenie! — zaśmiał się sekretarz. — Czyż to cynizm, że nie jestem w stanie uwierzyć w szczerość łez szefa?
— Idź sobie i nie zatruwaj mi radości spotkania z panem Nesserem! — rzekł z westchnieniem redaktor.
— Pójdę, ale wpadłem tu w ważnym interesie. Ministerstwo zapytuje, czy nie chcielibyśmy posłać korespondenta do Rosji... Co mam odpowiedzieć?
Rumeur wyprostował się i zamyślił.
Szeptał głośno:
— Od specjalnego korespondenta „Hałasu Ulicy“ z Piotrogrodu, albo: „nasz korespondent wojenny donosi z frontu rosyjskiego“, albo... Tak! To brzmi bardzo zachęcająco! „Hałas Ulicy“ stoi teraz na widowni publicznej i nietylko może, ale nawet musi pozwolić sobie na taki zbytek, jak korespondent specjalny na frontach państw sprzymierzonych... Muszę to skalkulować, Chalupe... Zrobić kosztorys... Odpowiemy ministerstwu jutro...
Nesser uważnie słuchał. Chalupe wyszedł z gabinetu, układając nową dykteryjkę o swoim szefie. Nie bardzo się obawiał gniewu Rumeura. Miał na niego swoje sposoby. Pracował w redakcji od pierwszego dnia założenia dziennika i znał wszystkie tajemnice szanownej redakcji i jej nieraz zbytnio przedsiębiorczego kierownika. Wiedział, że kawaler Legji Honorowej nie życzyłby sobie, aby wywlekano na światło dzienne dawne dzieje, zapomniane, a wcale nie dodające mu splendoru.
Szedł więc i układał nową anegdotkę o kamizelce wojennego korespondenta, wypalonej krokodylemi łzami Rumeura.
— Zjemy dziś razem obiad o siódmej, drogi panie Nesser! — zawołał redaktor. — Opowiesz mi pan o wszystkiem, o czem nie mogłeś pisać. Pójdziemy sobie do Foyota!
— Oho! — zdziwił się reporter. — Wysoko lata szef! Dziękuję! Z prawdziwą przyjemnością zjem dobry obiad, bo żywiłem się podle. Zato na deser opowiem panu setki ciekawych szczegółów, które można będzie przy okazji wykorzystać tak, lub inaczej.
— Doskonale! — przyklasnął krótkiemi rączkami Rumeur. — A zatem spotkamy się o siódmej u Foyota, na parterze. Proszę zapytać o stolik redaktora „Hałasu Ulicy!“
— Ho, ho, ho! — pokręcił głową Nesser. — Co za pompa i powaga?
— Trudno! — odparł trochę zażenowany Rumeur. — Skoro pismo wybiło się na takie stanowisko, to jego kierownik obowiązany jest prowadzić odpowiedni tryb życia! Prestige pisma!... Poziom...
— Zupełnie słusznie! — zgodził się reporter.
— A wszystko to zawdzięczam panu! — zaczął znów Rumeur i wnet wypełnił łzami wybałuszone, przebiegłe oczka, zatrzepotał krótkiemi rączkami, niby pisklę niedorozwiniętemi skrzydełkami.
Nesser pojechał do domu. Z przykrością i niemal lękiem wszedł do swego pokoju. Wszystko było tak, jakgdyby wczoraj opuścił go. Jednocześnie czuł, że gdyby już tu nigdy nie powrócił, to ktoś inny, taksamo obojętny dla szafy, łóżka, biurka i fotelu, zamieszkałby w tym pokoju, nie zadając sobie trudu przyjrzeć się tapetom, barwie i rysunkowi kobierca oraz dwum kolorowym angielskim sztychom, zawieszonym na ścianie. Mógłby był nawet nie spostrzec, że jeden z nich miał stłuczone szkło. Nesser przekonał się o tem dopiero po roku i zupełnie przypadkowo. Wtedy to właśnie po raz drugi przyszła mu myśl, że przedmioty martwe są trwalsze od ludzi.
— Dawno będę leżał w grobie, być może, i już nic z mego ciała nie pozostanie, — myślał, — a ten sztych i nawet ta szczelina na szkle pozostaną bez zmiany. Nikt nie będzie wiedział, że oto patrzę teraz na nie i mam takie smutne dla pychy ludzkiej refleksje!
Usiadł przy biurku i oparł głowę na rękach. Czuł się zupełnie źle. Jakaś nigdy przedtem niedoświadczana tęsknota dręczyła go. Wszystko wydało mu się przerażająco obcem dokoła. Myśl mimowoli powracała na front, gdzie całe otoczenie zmieniało się ciągle, jak w kalejdoskopie — okolice, ludzie, wypadki, życie... śmierć. Jeszcze i coś innego przywiązywało go tam do idących na śmierć ludzi. Długo nie rozumiał tego, nie mogąc uświadomić sobie należycie i sformułować ściśle. Cóż go tam spotkało tak bardzo drogiego, zrozumiałego i jasnego, a podobnego do oczu dziecięcych?
Zapomniał o niewypakowanej walizce, nie zrzucił nawet palta i kapelusza. Nie podnosząc głowy, myślał uporczywie. Wreszcie roztargniony uśmiech przewinął mu się po twarzy.
— Tak... — szepnął — tak! Na froncie niema obłudy! Ludzie odrzucają ją poza siebie. Tam nie jest ona potrzebna... Na froncie, w obliczu bitwy i śmierci, słowo jest słowem, pełnem prostego znaczenia, nie jest tylko maską zwodniczą... Tam ludzie stają się tem, czem są... Pewnie dlatego, gdy padają od kuli, odrazu zaczynają wsiąkać w ziemię, zwracając jej ludzką maskę i wszystko, co ziemskiego pozostało im po zgonie.
Usiłując o niczem nie myśleć, przebrał się i wyszedł na miasto. Chodził parę godzin, ociężale, bez celu. Zmęczony długą przechadzką, wstąpił do kawiarni „La Rotonde“, zatłoczonej, wypchanej po same brzegi. Z trudem znalazł wolne miejsce przy stoliku. Obok siedziało dwuch panów i prowadziło, widać, poufną rozmowę, gdyż po większej części odbywała się szeptem. Z przyzwyczajenia dziennikarskiego reporter zaczął nadsłuchiwać, udając, że wygląda kelnera, uwijającego się w tłumie gości. Wkrótce doszły go urywki rozmowy. Jeden z sąsiadów Nessera był niezawodnie Francuzem, biegle, lecz niepoprawnie mówiącym po angielsku; drugi, sądząc z akcentu, musiał przybyć niedawno z Ameryki. Panowie ci ubijali interes handlowy. Chodziło o dostawę niklu i miedzi. Francuz, gestykulując żywo, dowodził, że sprawa jest pewna, a okręt z ładunkiem, zaasekurowany nawet według najwyższej taryfy, dojdzie na czas i opłaci się sowicie, gdyż wojna potrwa długo, co już jest wszystkim wiadome.
Francuz mówił to głosem, brzmiącym zapałem, zachwytem niemal, a palce drżały mu ze wzruszenia i chciwości, jakgdyby widział już był przed sobą kupę banknotów. Amerykanin słuchał uważnie, zrzadka tylko zadając krótkie pytania; oczy świeciły mu się drapieżnie, a rozrosła, wystająca szczęka, żuła coś ustawicznie, poruszając się ciężko i miarowo.
Nesser skrzywił się nieznacznie. Przypomniał sobie zajście w pociągu. Uśmiechnął się pogardliwie. Szydził w duchu z siebie, że tak normalna, handlowa rozmowa sprawiła mu chwilową przykrość. Powinien był przecież rozumieć, że bydlę ludzkie zabija, daje się zabijać, albo też spekuluje na zbrodni mordercy i na klęsce, która spotyka ofiarę? A jednak, gdy raz jeszcze rzucił przelotne spojrzenie na kurczące się palce Francuza i żującą szczękę Amerykanina, w wyobraźni jego stanęła ogromna maszyna, porywająca stalowemi trybami ludzi w niebieskich, brunatnych i szarych mundurach i rzucająca ich do potwornej paszczy, która miażdżyła przeżuwała zgniecione, poszarpane ciała, z ohydnym charkotem i mlaskaniem wypluwając krew.
Ujrzawszy o kilka kroków dalej wolny stolik, przesiadł się tam, aby nie mieć pokusy pchnięcia knockout’em w szczękę sąsiadom, chociaż uświadamiał sobie całą niestosowność i bezcelowość podobnego czynu. Życie przecież miało swój zwykły przebieg, a żadne prawo nie nakazywało mu obierać kierunku sentymentu. Jedni walczą i giną, drudzy dostarczają im broni, naboi, pocisków, obuwia i ubrania. Ci wypadają z systemu maszyny społecznej, rujnują państwo, tamci znowu stają na ich miejsca i wzbogacają kraj. Jedne rodziny ze śmiercią swoich synów, ojców i braci marnieją i ubożeją, inne, zawdzięczając tej również wojnie i przelewowi krwi, podnoszą swój dobrobyt, a zarazem podnoszą dobrobyt ogólny. Równowaga państwa, sprawność pracy społecznego mechanizmu zostają zachowane.
Rozumowanie to, aczkolwiek zimne, odznaczało się logiką niezbitą. Nesser mógłby przejść nad tem do porządku i odpędzić od siebie myśli, drażniące go. Nie szło mu to z łatwością, więc kazał podać sobie mocnej mokki i dzienniki. Zagłębił się w czytanie. Gdy podnosił głowę i rozglądał się po sali, z różnych stron kiwano mu. Byli to znajomi dziennikarze. Witali go hałaśliwie i zapraszali do swego towarzystwa. Nesser z obojętnym wyrazem twarzy wyniośle dziękował i znowu zasłaniał się płachtą gazety. Nie miał chęci wszczynać rozmowy z kolegami po piórze. Znał dobrze wszystkich tych nicponiów zblazowanych, pozbawionych oryginalności i własnego sądu.
Napił się kawy, wypalił fajkę i wyszedł z hałaśliwej, rojnej kawiarni. Na bulwarze Montparnasse nabył duży bukiet żółtej, słodko pachnącej mimozy i pudło cukierków. Skinąwszy na dorożkę, wskazał adres panny Lucy. Oficjalnie w spisie ludności figurowała jako „artystka“. Istotnie płaciła reżyserowi małego kabareciku na Montmartrze parę tysięcy franków rocznie, aby umieszczał jej nazwisko na liście artystów trupy. W rzeczywistości trudniła się wolną miłością, mając stałą klientelę wśród cudzoziemskich dziennikarzy, mieszkających w nadsekwańskiej stolicy. Słynęła jako mistrzyni w zakresie „specialités de la vie parisienne“, co się rentowało bardzo pokaźnie wobec wysokiego kursu angielskich funtów, amerykańskich dolarów, holenderskich guldenów i innej zagranicznej waluty, chętnie widzianej na giełdzie Francji. Mademoiselle Lucy Canard nazwisko swoje piękna „artystka“ wymawiała, jako Cagnard, ażeby niczem nie przypominało pospolitego „basse-cour“) uciułała sobie wcale niezły kapitalik, posiadała w Antibes uroczą willę, którą puściła w dzierżawę właścicielce pensjonatu dla słabowitych panienek z towarzystwa; w przystępie szczerości napomykała przyjaciołom, że ktoś „bardzo uczciwy i szlachetny“ ma zamiar połączyć się z nią złotemi więzami Hymenu, lecz... chwilowo jeszcze zmuszona jest do powiększenia i zaokrąglenia swego wiana. Pozatem była to wysoka, wiotka, zgrabna blondynka o tak doskonałych kształtach i różowej gładkiej skórze, że pewnego razu nie zawahała się wystąpić na balu „Quatr’ z’Arts“ w głębokim dekolcie pramatki Ewy. Panna Lucy Canard została obdarzona od natury iście paryskim wdziękiem kobiecym i talentem zmuszania przyjaciół swoich do hojności samorzutnej. Ujmująca szczerość, wytworna prostota i obowiązkowość, zgoła niepospolita w jej zawodzie, — sprawiały, iż niejeden z przyjaciół nie miał sumienia pogodzić się z myślą, aby Lucy mogła się obejść bez etoli szenszylowej lub modnej bransoletki z drobnych obręczy, wysadzanych brylancikami, o czem właśnie z lekkiem westchnieniem i czarującą rezygnacją opowiadała po powrocie z wyścigów w Chantilly.
Lucy Canard cieszyła się od paru lat względami Henryka Nessera. Reporter w sposób stanowczy i niepodlegający rewizji ustalił swój stosunek do pięknej kokoty. Stosunek nader prosty i szczery, zaakceptowany przez „złotowłosą tygrysicę“ bez grymasu niezadowolenia na jej uśmiechniętej, filuternej twarzyczce. Złotowłosa tygrysica! Tak ją nazwał w poetyckim patosie, a nawet opisał w felietonie paryski korespondent angielskiego pisma, wydawanego w Indjach, gdzie, jak wiadomo, ludzie znają się na tygrysach. Druga strona, a więc sam Nesser, z stosunku z Lucy wynosił samo tylko zadowolenie; nie nadwyrężał on ani jego budżetu, ani sił fizycznych i moralnych, nie wymagając żadnych nadzwyczajnych zabiegów o względy mademoiselle Canard.
Zadzwoniwszy do jej wytwornego „gniazdka“, przy ulicy Blanche, długo czekał, zanim mu otworzono. Dopiero po trzecim dzwonku młoda, fertyczna subretka uchyliła podwoje gościnnego lokalu i na widok „monsieur Henry“ zrobiła smutną minkę, zawoławszy:
— Jaka szkoda, że pan nie zastał madame! Będzie bardzo zasmucona, o, bardzo!
— To nic, kociaku! — uspokoił ją reporter. — Poczekam na nią, bo mam wolny czas. A gdzież to wyfrunęła Lucy?
— O, panie! — odparła, robiąc smutną minkę, pokojówka. — Madame pojechała do kościoła...
— Co! Bardziej nieodpowiedniego dla siebie miejsca nie mogła chyba wybrać piękna Lucy! — ze śmiechem zawołał Nesser, zrzucając płaszcz na ręce służebnej i wchodząc do saloniku.
Ustawiony miękkiemi mebelkami, ozdobiony drobnemi i kosztownemi „bibelots“, posiadał na ścianach zbiór portretów uroczej gospodyni w różnych pozach i strojach aż do tego, w którym stawała przed sędziowską trybuną na balu „ Quatr’z’Arts“. Arcydzieł w tym rodzaju było najwięcej, każde bowiem dobrze zorganizowane przedsiębiorstwo wymaga należytej estetyki i działającej na wyobraźnię klientów reklamy. Salonik — zaciszny i półciemny — tonął w kwiatach, a aromat ich łączył się z zapachem drogich perfum i dymu, płynącego wonną strugą ze srebrnej indyjskiej kadzielnicy.
— Jak widzę, wszystko u was pozostało po — dawnemu? — zapytał. — Te same meble, portrety nagiej Lucy i ty, kociaku! — zauważył Nesser i, objąwszy subretkę, posadził ją sobie na kolanach. O, ty — szelmutko przytulna!
Pokojówka na chwilę przycisnęła się poufałe do przyjaciela swojej pani, lecz po chwili zręcznie wyślizgnęła mu się z rąk i rzekła ze śmiechem:
— Nie wolno mi robić konkurencji pani! Taka jest umowa naszego towarzystwa akcyjnego!...
— Ha, szkoda! — uśmiechnął się reporter. — Coś mi się jednak wydaje, że wkrótce największy portfel tych akcyj przejdzie do twoich łapek, łasico przebiegła!
Pokojówka wyfrunęła z pokoju, szczebiocąc wesoło:
— Podczas wizyt dobrych znajomych pani pija czarną kawę z wanilją. Biegnę przyrządzić mokkę! Zaraz też podam zielony Bardinet i lód. To znakomicie odświeża!
Nesser wyciągnął się na sofie i zapalił cygaro, przerzucając niedbale zeszyt „La Vie Parisienne“. Długo czekał, zanim w przedpokoju rozległ się dzwonek. Do saloniku weszła Lucy. Przed paroma miesiącami jeszcze Nesser nie porzuciłby wygodnej pozycji na sofie dla powitania przyjaciółki, lecz teraz, spojrzawszy na pannę Canard, zerwał się i patrzał na nią zdumionym wzrokiem. Lucy miała na sobie czarny „tailleur“ i czarny kapelusz, ozdobiony białą sztuczną magnolją. Twarz nieubielona i nietknięta różem, zdradzała lekki żółtawy odcień. Zaczerwienione i zapłakane oczy przygasły. Usta, pomalowane na kolor „vermillon de Chine“, drżały i dziwnie, niemal upiornie odcinały się od bladego tła twarzy.
— Co ci jest, Lucy? — zapytał Nesser, podchodząc do niej.
Zapłakała, oparłszy głowę na ramieniu przyjaciela. Płakała niezawodnie prawdziwemi i serdecznemi łzami. Wyciskał je smutek i ból. Otarła wreszcie oczy i rzekła bezdźwięcznym głosem:
— Drogi Henri! Mam wielkie, ciężkie zmartwienie! Pamiętasz, spewnością, że miałam kogoś, kto zamierzał mnie poślubić?
— A jakże! — odparł Nesser z lekką ironją. — Wciąż gromadziłaś bogactwa, aby otoczyć to wasze domowe ognisko ramą ze szczerego złota!
Lucy nie spostrzegła szyderczego tonu przyjaciela i znowu zapłakała, mówiąc przez łzy:
— Armand był rezerwistą i poszedł na wojnę. W pierwszych bitwach pod Belfort zginął...
Zaczęła szlochać głośno.
Lucy płacząca?! Było to zjawisko tak niezwykłe, że Nesser narazie nie mógł uprzytomnić sobie możliwości cierpienia, którego doznawała „złotowłosa tygrysica“, reklamująca się nagiemi aktami, zawieszonemi na ścianach saloniku. W tej chwili jednak stało się coś nieoczekiwanego. Lucy przypomniała sobie, że jej zawód ma swoją etykietę i obyczaje, a klient przyszedł do niej nie poto, aby patrzeć na jej łzy i słuchać smutnych wynurzeń. Skurcz przebiegł po bladej twarzy kobiety, osuszył raptownie oczy i wycisnął uśmiech nieśmiały narazie, lecz szybko przechodzący w zwykłą zalotną wesołość.
— Pozostawmy to na uboczu! — zawołała. — Na świecie tyle nagromadziło się teraz smutku i nieszczęść, że uniesienie i wesołość są bardziej potrzebne niż kiedykolwiek! Nieprawdaż, drogi? Poczekaj — przebiorę się...
Poszła do sypialnego pokoju, gdzie, jak dobrze pamiętał Nesser, królowało szerokie łoże, a nad niem obraz — doskonała kopja Zichy’ego, przedstawiający szaleńczy splot miłosny w przestworzu wszechświata.
Drzwi pozostały niedomknięte. Reporter widział sylwetkę Lucy, która szybko zrzucała płaszczyk, kapelusz i czarną suknię, a potem usiadła przy tualecie. Już zaczęła nakładać róż na blade policzki, gdy po chwili wzięła do ręki stojącą na stoliku fotografję, przycisnęła ją do ust i gwałtownym ruchem opadła na oparcie fotelu, szlochając bezdźwięcznie. Trwało to krótką chwilę. Wstała i odeszła od tualety. Teraz uszu Nessera doszedł cichy szelest jedwabiu i lekki łoskot zrzucanych pantofelków. Wkrótce Lucy powróciła do saloniku. Różowy szlafroczek szczelnie otulał jej wiotką figurkę, zgrabne, wąskie stopy tonęły w pantofelkach, obramowanych puchem.
Z cichym okrzykiem rzuciła się do Nessera, szepcąc:
— Mały Henri stęsknił się do Lucy?...
Reporter zajrzał w jej niebieskie oczy. Tam szamotała się z obłudą namiętności prawdziwa namiętność rozpaczy, gotowa wybuchnąć w każdej chwili. Lucy przytuliła się do Nessera i wpiła się wargami w usta jego.
Reporter pomyślał:
— Nie potrzebuję przecież być bardziej od niej wrażliwym... Skoro ona może w takiej chwili uprawiać swój zawód, to i ja mogę chyba wykorzystać go...
Zaśmiał się w duchu i ścisnął ją w ramionach, przechylając wtył i zrywając zapinkę na piersi. Ledwie jednak dłonie Nessera dotknęły jej, Lucy szarpnęła się raptownie i, wybiegając z pokoju, poczęła tupać i krzyczeć przeraźliwym głosem:
— Dzikie, brutalne zwierzę, bydlę!... Jak ja pogardzam wami wszystkimi, jak nienawidzę!... Pluję w wasze plugawe, rozpustne oczy... samcy niesyte... brudne!
Zatrzasnęła drzwi za sobą i przekręciła klucz w zamku. Nesser, zdumiony i dotknięty wybuchem Lucy, wyszedł do przedpokoju, gdzie już zastał pokojówkę. Nałożył palto i kapelusz, wziął laskę i, dając dziewczynie monetę, mruknął:
— Mademoiselle Canard jest dziś nieusposobiona...
— Ach! Madame już od dwuch dni wciąż płacze i rozpacza — szepnęła subretka. — Niech pan nie zważa na to i nie gniewa się na panią!
Nesser wzruszył ramionami i opuścił „gniazdko“ panny Lucy.
— Do djabła! — myślał. — Wojna zakradła się nawet do lupanarów...
Splunął, mocno uderzył laską w płyty chodnika i poszedł przed siebie w ciężkiem zamyśleniu. Spotkała go niezasłużona obraza, lecz ku wielkiemu swemu zdumieniu, nie czuł gniewu i żalu do Lucy. Zelżyła go i obraziła, a jednak czuł, że zaszło coś, obok czego nie można przejść ze zdawkową obojętnością. Zapomniał na chwilę o urazie do Lucy i o wypadkach, zaszłych w mieszkaniu kokoty, lecz wnet potem odżyły one w pamięci jego ze wszystkiemi szczegółami, a tak wyraźnie, że widział takie detale, jak wypadający z włosów Lucy szyldkretowy grzebień, wykrzywioną twarz jej i zmarszczki na podsinionych powiekach.
— W chwili, gdy rzucała mi obrzydliwe, brutalne słowa, nie władała sobą. Niezawodnie straciła przytomność, bo inaczej przelękłaby się sama swego brzydkiego wyglądu... Była wprost straszna! Megera o rozwichrzonych włosach i wstrętnie asymetrycznej twarzy... — mruczał reporter, a wspomnienia o całem zajściu nie odstępowały go. Nie mógł zrozumieć tylko, co spowodowało tak gwałtowny wybuch. Nie poczuwał się do winy. Nie uczynił ku niej pierwszego kroku i niczego nie żądał, odpowiedziawszy tylko na jej pieszczotę. Z tą mysią spożył bez apetytu śniadanie w pewnej restauracji koło „Odeonu“ i piechotą podążył do domu, łamiąc sobie głowę nad postępkiem przyjaciółki. W domu szybko się rozebrał i położył do łóżka. Usnął natychmiast, czując rozkosz z powodu wygodnego materacu, czystej bielizny i możliwości dobrze zasłużonego wypoczynku po długiem poniewieraniu się na froncie. Spał tak długo, że, gdy się obudził, musiał ubierać się w wielkim pośpiechu, aby na czas zdążyć do Foyota. W restauracji zastał już Rumeura. Redaktor siedział przy stole i komenderował kilku kelnerami, znoszącymi różne przekąski, z których słynął stary Foyot, uczęszczany przez wytrawnych smakoszów.
Wkrótce, dowcipkując, raczyli się wykwintnemi potrawami i popijali starego burgunda. Rumeur, zlekka podpity, wpadł wkrótce w sentymentalny nastrój. Przypominał sobie młode lata — nędzne i ciężkie — i utyskiwał nad tem, że nie miał czasu i sposobności, aby się stać człowiekiem porządnym. Nesser wiedział, że reminiscencje i smutki tego rodzaju pod wpływem wina napadają nieraz ludzi o nieukojonej duszy. Pocieszał więc, jak mógł, roztkliwionego szefa „Hałasu Ulicy“.
— Tylko ciężkie przeżycia, walka zewnętrzna i wewnętrzna wyrabiają charaktery, mój redaktorze! — mówił, szyderczo patrząc na Benjamina Rumeura. — Charakter — to, jak stal; potrzebuje on ognia i młota, aby być zahartowanym.
— No, tak, niezawodnie tak! — bełkotał Rumeur. — Smutek ogarnia mnie jednak, gdy przypomnę sobie, że najlepsze, najczystsze lata musiałem strawić na brudnej nieraz robocie...
Zaczynały się już wyznania. Zrozumiał to sam redaktor i urwał je natychmiast, chociaż rozanielona, przepełniona skruchą dusza starego wygi zażądała nagle ujścia dla ogarniających ją uczuć. Redaktor wypił kieliszek wina, odsapnął trochę i, przymrużywszy okrągłe oczka, szepnął tajemniczo:
— Mam coś dla was, przyjacielu...
Nesser nadstawił uszu.
— Dość już tego! — szeptał Rumeur. — Z waszą pomocą zaszedłem na takie szczyty, o których, wyznaję to szczerze, marzyć nawet nie śmiałem! Mogę już wypocząć... Należy mi się to... Och, ciężkie miałem życie... Gdybyście tylko wiedzieli wszystko, czego ja doświadczyłem!
Reporter przypomniał sobie wesołe dykteryjki Chalupe’a o szefie, a więc o polowaniu na strusie i o więzieniu algierskiem, lecz ani słowem nie napomknął o tem redaktorowi. Nie obchodziła go przeszłość pana Benjamina Rumeura. Mógł on być szulerem, szpiegiem, bandytą, najwstrętniejszym stręczycielem żywego towaru — było to zupełnie obojętne dla Nessera. W szefie swoim widział człowieka, pożytecznego dla siebie, dziennikarza, który trzeźwo patrzył na swój zawód i nie wysilał się, aby z czarnego zrobić białe; można było z nim przeto ubić każdy interes, nie owijając prawdy w bawełnę.
Rumeur tymczasem ciągnął dalej:
— Mój drogi, postanowiłem nieodwołalnie ustąpić ze stanowiska kierownika pisma... Młodsze, mądrzejsze, bardziej intelektualne siły muszą prowadzić „Hałas Ulicy“ drogą rozwoju i postępu. Wybór swój zatrzymałem na was, drogi Nesser... na was!
To rzekłszy, Rumeur spocił się nagle, zamrugał oczkami i wyciągnął ramiona do swego korespondenta.
Nesser uścisnął dłoń redaktora i odpowiedział poważnie:
— Teraz to ja znów muszę się przyznać, że szef otwiera przedemną horyzonty wprost bajeczne! Marzenia moje tak daleko nie sięgały nigdy. Jednak musimy odroczyć tę rozmowę do końca wojny. Lepiej i korzystniej przysłużę się panu i pismu w roli wojennego korespondenta... Zresztą czuję się na tem stanowisku wybornie i... jakaś nieprzeparta siła zmusza mnie do tego... W każdym razie — dziękuję panu!
— Było to marzeniem mojem! — zawołał Rumeur. — No, chwała Bogu, wykrztusiłem to z siebie nareszcie. Dawno leżała mi ta propozycja na sercu, bałem się jednak, że odrazu zechcecie pełnić swe obowiązki redaktorskie, a wtedy, — któżby zastąpił was na froncie? Musiałbym chyba zamanić do siebie Steed’a lub Morrand’a. Teraz jestem spokojny i niewymownie szczęśliwy! „Hałas Ulicy“, wydawany przez Benjamina Rumeura i pod kierownictwem słynnego korespondenta wojennego, Henryka Nessera, rozwinie wszystkie żagle! Tę naszą umowę musimy dobrze skropić, drogi kolego! Zapraszam was do „Folies Bergères“! Mam tam dwie aktoreczki, serdecznie ze mną zaprzyjaźnione, więc po przedstawieniu pojedziemy sobie razem na hulankę, co się zowie! Taki jestem dziś szczęśliwy!
Na rewji w „Folies Bergères“ zabawili się doskonale. Dowcipy, kuplety, piosenki, przystosowane do bieżących wypadków, odznaczały się błyskotliwym i prawdziwym dowcipem; krótkie scenki, powiedzonka „conferenciera“ oraz inne numery programu były świetne. Sto nagich lub prawie nagich dziewczyn, mimo, że z ich zjawieniem się na scenie, teatr przybrał wygląd jatki, wypchanej kadłubami białego mięsa, nie popsuło ogólnego wrażenia.
Publiczność entuzjastycznie witała artystów. Nesser zwrócił uwagę szefa na skład widzów. Francuzów, którzy wogóle rzadko odwiedzają teatry rewjowe, nie było na widowni. Zapełniały ją tłumy cudzoziemców, przebywających w Paryżu, gdzie ubiegano się o dostawy dla wojska lub dostarczano materjałów wojennych. Holendrzy, Szwedzi, Duńczycy i — w przeważającej liczbie — Amerykanie, Argentyńczycy i Brazylijczycy szczelnie wypełnili salę.
— Rekiny żerujące na wojnie! Dostawcy śmierci! — powiedział Nesser. — Ale cóż to za drapieżne, aroganckie pyski! Śmiałbym się, gdyby tak nagle załamała się wojna i nastąpił pokój. Ładnieby wyglądało to bractwo?!
— Cóż pan chce? — odparł Rumeur. — Wojna jest interesem, jak każdy inny. Nowa konjunktura ekonomiczna wytwarza niezwykle korzystne warunki dla przemysłu, handlu i... prasy! My też zarabiamy na wojnie, mój drogi! Ale, ale! Patrz pan! Wychodzi Maurice Lusac! Nie zna go pan? Znakomity piosenkarz... Kokosy zrobił w ubiegłym roku na występach w Nowym Jorku!
Wysoki, barczysty śpiewak o śmiałej, beztroskiej twarzy rozpoczynał swój numer. Publiczność oklaskiwała go gorąco i domagała się coraz to nowych bis’ów tak natarczywie, że na pomoc Lusac’owi pospieszył reżyser, który oznajmił, iż ulubieniec publiczności wystąpi raz jeszcze w ostatniej części programu.
Istotnie Lusac ukazał się na estradzie w drugiej połowie przedstawienia.
Miał na sobie uniform artylerzysty i naszywki sierżanta. Umundurowanie było prawdziwe, żołnierskie, nie zaś z teatralnej garderoby. Publiczność biła artyście brawa i spodziewała się nowej piosenki, związanej z wojną. Śpiewak oczekiwał spokojnie, salutując poważnie, po wojskowemu.
Gdy na sali uciszyło się nieco, Lusac zawołał donośnym głosem:
— Panie i Panowie! Stanąłem tu przed wami przed rozstaniem się na czas... nieokreślony. Zostałem powołany do armji, za godzinę jadę na front! Chcę pożegnać moich przyjaciół, których widuję ze sceny, i zapewnić ich, że potrafię być dobrym sierżantem w takiej mierze, w jakiej uważają mnie za dobrego śpiewaka kabaretowego! Czy powrócę po zwycięstwie Francji, czy też zginę w bitwie, uczynię to ze słowami ulubionej przez was piosenki Marka Brimont:

„Sachons vivre très lentement.
„Ne couvrons pas nos jours à vivre
„Du drap de notre enterrement.
„Ceux qui saturent un coeur ivre
„Et consomment leur coeur friand
„Savent mourir en souriant.“

Publiczność owacyjnie żegnała swego ulubieńca a nikt, oprócz Nessera, nie spostrzegł na twarzy jego wyrazu dziwnej czujności i niezwykłej powagi. Była to twarz żołnierza — skupiona i baczna, bo oczy jego dostrzegły już błąkającą się woddali śmierć a myśl podszepnęła mu jakieś postanowienie mocne i pragnienie dokonania czynu.
— W podłych żyjemy czasach, szefie! — zawołał Nesser. — W takiej niezwykle poważnej chwili Maurice Lusac śpiewa piękną i mądrą piosenkę przed gawiedzią cudzoziemską, obojętną dla jego myśli, przyszłych trudów i cierpień. Wszyscy powoli wpadamy w prostytucję... Świat staje się ogromnym domem publicznym, w którym nie wolno nawet zamyślić się i zapłakać w samotności!...
Rumeur, który, zdaje się, nie zupełnie zrozumiał myśli swego korespondenta, westchnął i ze sztucznym smutkiem pokiwał głową. Po chwili odpowiedział jednak:
— Jakby tam nie było, musicie przyznać, że pod względem spokoju wewnętrznego — życie stało się łatwiejsze i znośniejsze...
Teraz Nesser zkolei nie zrozumiał powiedzenia Rumeura, więc spytał:
— To niby dlatego, że tak zwane sumienie nie odzywa się wcale, bo zaniemówiło raptem?
— Coś w tym rodzaju! — mruknął redaktor i, obejrzawszy się, zrobił oko do wyzywająco dekoltowanej i uszminkowanej damy, siedzącej za nim.
Po przedstawieniu, przyjaciele spotkali przy wyjściu ze sceny znajome aktoreczki, wsadzili je do auta i pojechali do ulubionego przez Rumeura kabaretu na Place Clichy. Redaktora „Hałasu Ulicy“ spotkano tu ostentacyjnie, orkiestra zagrała nawet tusz na jego cześć, a kelnerzy z maitre d’hôtel’em na czele otoczyli gości. Artystki nie spodobały się Nesserowi. Głupie i brutalnie rozwięzłe rozpoczęły atak już w samochodzie. Z niesytych, chciwych ich oczu, otoczonych niebieskiemi obwódkami, wyzierało niedwuznaczne pytanie, dotyczące honorarjum za spędzoną ze starszymi panami noc. Korzystając z tego, że „kobietki“ wykłócały się z Rumeurem o „menu“, Nesser wyszedł na salę.
Wszystkie stoliki były już zajęte. Wszędzie tkwiły te same żarłoczne, drapieżne i bezczelne pyski i paszcze dostawców wojennych. Bezceremonjalnie chwytano dziewczyny, obejmowano, ściskano i całowano. Chrapliwy śmiech, ohydne mlaskanie warg, pomruk zwierzęcy, pisk i krzyki kobiet wybuchały w różnych końcach lokalu, zadymionego, zwichrzonego dźwiękami wściekającego się jazz-bandu, zgiełkliwego, jak jarmark koński lub jak sala licytacyjna.
Nesser poczuł niesmak, lecz po namyśle przyszedł do wniosku, że kabaret tego rodzaju powinien być właśnie takim, jakim jest cel jego istnienia. Nie przychodzą tu przecież bracia zakonni, ani też dziewice niewinne po zbawienie duszy? Jest to uprawnione targowisko rozpusty, płacące rzetelnie podatek państwu, które ściga i surowo karze rozpustę, nie wzbogacającą skarbu republiki. Sprzedaż i kupno, podaż i popyt podług praw ekonomicznych i przepisów normalnie funkcjonującej giełdy.
— I ja również przyszedłem w zamiarze nabycia młodego, możliwie pięknego i zdrowego ciała za dostępną dla mnie cenę! — zadecydował Nesser i zaczął się rozglądać. Wybór był istotnie wielki, na wszelkie gusty, upodobania i zamożność. Obok niego przechodziła właśnie bardzo młoda dziewczyna o głębokich, szafirowych oczach. Na jej foremny, biały kark spadały lśniące, czarne loczki.
— Jak się masz, śliczny ptaszku? — zaczepił dziewczynę, przyglądając się jej z przyjemnością.
— Nudzę się w tej budzie! — odparła, podchodząc do Nessera.
Reporter szepnął coś do ucha dziewczyny. Parsknęła śmiechem i kiwnęła główką potakująco.
Weszli razem do loży Rumeura.
— Moja przyjaciółka — panna Claude — przedstawił towarzystwu nową znajomą.
Wkrótce podpita kompanja zaczęła się bawić na dobre. Szczególnie „artystki“ czuły się w swoim żywiole. Na sali działy się rzeczy tak niezwykłe, świadczące o zupełnem braku wstydu, że nawet posterunkowy policjant w kepi i pelerynie, zajrzawszy do sali, mimowoli sięgał po notatnik i pióro, lecz, na szczęście przypomniał sobie, że w tej spelunce nie wolno spisywać protokółów i czemprędzej się ulotnił.
Pijane, spocone dziewczyska, rozebrane aż do przezroczystych „dessous“, co chwila wybiegały na oszkloną i oświetloną od dołu posadzkę sali i wykonywały jakieś hotentockie tany. W półmroku migały nogi w różowych i czarnych pończochach, majaczyły nagie biodra i kołyszące się piersi; rechotały jakieś małpie gardziele, inne wtórowały im skrzeczeniem bezmyślnem, piskiem i śmiechem przeraźliwym. Ktoś gwizdał po-apaszowsku, ktoś inny wygrywał nożem na pustych butelkach i dzwonił w tacę, bijąc w nią łyżką zawzięcie, bez taktu.
Podchmielony Nesser zgarnął nagle małą Claude i położył ją na kanapie. Dziewczyna wyrwała mu się jednak i, poprawiając fryzurę, powiedziała obojętnym, sennym głosem:
— Już dochodzi trzecia. Jedzmy do mnie!
Nesser, nie żegnając rozbawionego towarzystwa, wyszedł, uprowadzając przygodną przyjaciółkę.



ROZDZIAŁ VII.

Nazajutrz, czując ciężar w głowie, Nesser obudził się późno. Nie pamiętał, w jaki sposób dostał się do domu po burzliwej nocy. Przy kawie, przerzucając dzienniki, w jednym z nich znalazł przedruk swego feljetonu; uśmiechał się pogardliwie i przewracał karty bezwiednie, nie czytając nawet. Nagle zatrzymał wzrok na dużem ogłoszeniu, zajmującem pięć kolumn.
— Wielka fabryka wytwornej bielizny „Astra“ — przeczytał.
— Marja Louge, drżąca przed samotnością hafciarka... — szepnął i ujrzał jak przez mgłę patrzące na niego z zachwytem duże, niebieskie oczy dziewczyny, zbyt jaskrawo ukarminowane usta i w nieładzie wymykające się z pod kapelusza kosmyki jej bezbarwnych włosów. Rzucił okiem na adres i, nie zdając sobie sprawy, natychmiast wyszedł z domu. Zawołał dorożkę i kazał wieźć się do fabryki „Astra“.
— Dwunasta dochodzi... — mruczał, patrząc na zegarek. — Może spotkam dziewczynę w przerwie obiadowej?
Stał przed gmachem i czekał. Z bramy wybiegały młode i stare kobiety, dziewczyny, nawet dzieci. Wszystko pędziło co tchu, aby po posiłku zdążyć na czas do warsztatów. Młode dziewczyny, wychodząc poza bramę, oglądały się, szukając kogoś. Do niektórych podbiegali młodzieńcy i, obejmując je, szli razem do pobliskiej „buvette“, gdzie przy ladzie wypijali filiżankę kawy lub szklankę piwa, zagryzając przyniesionym z domu kawałkiem chleba lub ciastkiem. Powracali, trzymając się za ręce, szepcąc sobie do ucha słowa miłosne i długo całując się na pożegnanie przy bramie fabrycznej.
Nesser napróżno wyglądał Marji Louge. Nie spostrzegł jej w tłumie wychodzących robotnic. Zbliżył się wreszcie do dwuch roześmianych dziewcząt i zapytał o swoją znajomą.
— Marja Louge? — zawołała jedna. — Hafciarka? Miała dziś przerwę w pierwszej zmianie, od jedenastej. Teraz jest już w pracowni.
— Może panie będą tak uprzejme i powiedzą swojej koleżance, że jej znajomy z pociągu będzie oczekiwał na nią wieczorem przy bramie. Robota się kończy o siódmej, nieprawdaż? — spytał.
— Tak, o siódmej! — odparła, przekornie spoglądając na niego, jedna z robotnic. — Powiemy pannie Louge... Ho! Ho! Jakiego wytrzasnęła sobie „wujka“... Taka mokra kura, patrzcie — no!
Nesser chciał zaprotestować, lecz dziewczęta z głośnym śmiechem już biegły, śpiesząc do pracy.
— Głupie gęsi, tylko chłopa mają na myśli! — mruknął reporter i zamierzał zakląć, lecz powstrzymał się i pomyślał:
— Marzą o protektorach i przyjaciołach, bo też napewno wolą to, niż samotność lub ulicę...
Poszedł do redakcji i zapukał do gabinetu redakcyjnego. Rumeur siedział przy biurku zatopiony w rachunkach.
— Szefie! — rzekł Nesser. — Chcę prosić, aby redakcja posłała mnie do Rosji. Będzie to pana mniej kosztowało...
— Jakto?! — zawołał przerażony redaktor. — A któż ma obsługiwać nasz front? Nie, to jest niemożliwe!
— Na naszym froncie prawdopodobnie przez czas dłuższy będzie się ciągnęła wojna pozycyjna. Można tam posłać którego z szeregowych współpracowników — powiedział Nesser. — Tymczasem z Rosji potrafiłbym wypompować rzeczy ciekawe! Tym krajem społeczeństwo nasze przecież żywo się interesuje.
Długo jeszcze trwała narada w gabinecie Rumeura. Wychodząc, reporter zatrzymał się przy progu i pożegnał swego szefa słowami:
— Do jutra! Dziękuję za zgodę pana na moją propozycję i przepraszam, że dziś już nie wpadnę do redakcji, panie Rumeur. Mam wieczorem spotkanie z...
— Ależ najzupełniej rozumiem! — zatrzepotał rączkami redaktor. — Po długim pobycie na froncie należy się panu...odciążenie, drogi przyjacielu!
Podniósł się na końcach palców i szepnął mu coś do ucha. Nesser zmierzył go pogardliwem spojrzeniem od stóp do spoconej łysiny i syknął przez zęby:
— Ciężki ma pan dowcip, redaktorze!
Zatrzasnął drzwi za sobą i zbiegł ze schodów. Zjadł naprędce śniadanie w dobrze mu znanej od lat restauracyjce i błąkał się potem bez celu po mieście. Stawał przed wystawami sklepów, wchodził do otwartych księgarń, przeglądał książki i broszury. Chciał skrócić czas oczekiwania i co chwila spoglądał na zegarek. Czas wlókł mu się nielitościwie wolno. Do siódmej pozostawało jeszcze całe cztery godziny!
Nie wiedział co ma z sobą robić. Czuł się zmęczony bezcelowym krążeniem po ulicach. Nie chciał jednak powracać do domu. W normalnym czasie bez określonego celu nigdy nie przechadzał się ulicami, co go drażniło, dając ciągle powody do złośliwych, budzących nienawiść i pogardę spostrzeżeń. Przypomniał sobie jednak park Luxemburski. Było to jedyne miejsce jego spacerów. Lubił bywać tam, gdzie się zbierały tłumy dzieci. Umiał nawiązywać z niemi rozmowę, bawił się, biegał i czuł się zawsze wyśmienicie i spokojnie. Dawniej przychodził do parku prawie codziennie. Stawało się to jego nałogiem, potrzebą życiową. Wypoczywał, otoczony roześmianą, przedsiębiorczą, ruchliwą gromadką dzieci. Kojąco działały na niego proste, szczere, niczem nie skrępowane myśli dzieciaków. Umiał przemawiać do nich i wzbudzał zaufanie do siebie. Dzieci znały go i z niecierpliwością oczekiwały przyjścia przyjaciela. Otaczały go natychmiast hałaśliwą, wesołą czeredą i wołały, skacząc i wykrzykując nazwy gier. Nesser, uczęszczający niegdyś do szkół angielskich w Kanadzie, gdzie zwracano uwagę na wychowanie fizyczne, uczył francuską dziatwę nowych zabaw i ćwiczeń na świeżem powietrzu.
Przypomniawszy sobie to wszystko, obejrzał się. Przechodził właśnie wielkie bulwary, wpobliżu redakcji „Matina“. Przebiegł jezdnię i wskoczył do dorożki.
— Park Luxemburski! — krzyknął furmanowi.
W alejach pięknego parku spostrzegł tłumy dzieci. Chłopaki, a nawet dziewczynki bawiły się w wojnę. Drewniane karabiny, szable, łuki, mosiężne hełmy gwardji republikańskiej, rewolwery, strzelające papierowemi kapiszonami, sztandary, opaski Czerwonego Krzyża widniały wszędzie.
— Ha! — uśmiechnął się Nesser. — Militaryzm i tu wkroczył zwycięsko!
Usiadł na ławce przy schodach, zbiegających ku basenowi z fontanną, i zapalił fajkę. Dzieci, nie poznając go, przebiegały, goniąc się z podniesionemi karabinami i pałaszami. Reporter przysłuchiwał się głośnym okrzykom.
— Jestem generał Foch! Ho, ho! On — najlepszy dowódca i powinien być mianowany marszałkiem, tak mi powiedział tatuś, a przecież tatuś wie, bo jest pułkownikiem!
— Nie! Marszałek Joffre tęższy od Focha! On pobił „boszów“ nad Marną! — rozległ się głos innego chłopca. — A generał Gallieni to zły? — zapytał trzeci. — O, Gallieni!
Chłopcy zaczęli sobie skakać do oczu, czego nigdy nie czynili prawdziwi Foch, Joffre i Gallieni i dlatego zapewne wygrali sławną bitwę na olbrzymim froncie.
— Zbierajcie się do kupy! — wołała mała, czupurna dziewczynka. — Idziemy na odsiecz Reimsowi...
Nesser zaśmiał się głośno na widok drobnej postaci malutkiej Joanny d’Arc.
— Nie! Na Berlin! Pokażemy „boszom“ naszą siłę! — krzyknął jakiś wątły chłopak o śniadej, oliwkowej twarzyczce.
— Racjonalnie patrzy na sprawę ten czarny bęben! — pomyślał reporter. — Ma poglądy takiegoż samego śniadego Jimmy Brice’a!
Skrzywił się nerwowo na to wspomnienie.
— Hurra! — rozległy się nagle krzyki dzieciaków, które pobiegły ku bramie parkowej, wymachując chorągiewkami i szablami. — Hurra!
Reporter spojrzał i znowu śmiać się zaczął. Główną aleją maszerowało pięciu chłopców, ubranych w szaro-zielone mundury i czapki angielskie. Długie, proste pałasze wlokły się z brzękiem po ziemi.
— Hurra! Przybywają angielskie posiłki! Niech żyje French! Hurra, Haig!
Zabawa rozpoczęła się z nowem ożywieniem. Jeden z przebiegających chłopców poznał Nessera i stanął przed nim.
— Monsieur! — rzekł, rumieniąc się. — Monsieur długo nie przychodził do parku...
— Byłem na wojnie, mój mały przyjacielu, — odpowiedział reporter.
— Pan się też bił?! — zawołał chłopak radosnym głosem. — Może pan otrzymał ranę i został udekorowany medalem?
— Nie, mój mały, byłem tam, aby opisać wojnę w dzienniku...
— O — o! — krzywiąc usta i pogardliwie wzruszając ramionami, szepnął chłopak, — to inna rzecz! A mój tatuś był na wojnie i został zabity!...
Wymówił to ze smutkiem, lecz i z dumą zarazem. Wysoko podniósł głowę i jakimś majestatycznym ruchem dotknął żałobnej opaski na rękawie kurteczki.
— Tatuś poległ na polu chwały podczas ataku na bagnety! — dodał z jarzącemi się oczami. — Jakie to piękne!
Nesser milczał. Przed oczami zamajaczyło mu pole, biegnące szeregi niebieskich strzelców... Kapitan Langlois. On też padł podczas ataku na bagnety. Nesser poczuł się bardzo małym i zmieszanym wobec tego dziecka z czarną opaską na ramieniu. Wreszcie wyrzekł niepewnym głosem:
— Byłem w niebezpiecznych miejscach — mogłem być zabity...
Chłopak odrazu wyczuł, że ten dorosły pan usprawiedliwia się przed nim; zrozumiał nawet, że jest zmieszany. Ponownie wzruszył ramionami i, obojętnie już patrząc na starego przyjaciela, odparł cicho:
— Bez karabina w ręku?... To się nie liczy...
Kiwnął głową i pobiegł krzycząc:
— René, Jerzy, Franciszku! Zróbmy atak na Berlin! Śmierć „boszom“! Niech żyje Francja!
— Poczekaj na Anglików — odpowiedział mu inny malec, uzbrojony w drewniany karabin. — Razem musimy zdobyć Berlin, bo taka umowa!
— Nie mamy chwili do stracenia! — zaprotestował pierwszy. — Musimy zemścić się na wrogach za śmierć naszych ojców i braci! Marszałek Joffre pozwolił mi poprowadzić wojska do szturmu. On tu jest wodzem!
Zmieszali się w tłumie. Siedząca obok Nessera staruszka złożyła ręce jak do modlitwy i rzekła:
— Takie maleństwo, a ile patrjotyzmu w tem drobnem serduszku! Nie! Francja nie zginie!
Reporter spojrzał na nią. Za grubemi szkłami okularów połyskiwały łzy wzruszenia.
— Tak... — mruknął zdawkowo, lecz w tej chwili przypomniał sobie swoje zmieszanie przed chłopakiem, usłyszał własny niepewny, usprawiedliwiający się głos i gniew go porwał.
— Nie, pani!... — zawołał. — Właśnie ten rozbudzony patrjotyzm może łatwo zgubić Francję. Tak! Tak! Zgubić, moja pani! Wybujałe instynkty wojownicze nie dadzą się bowiem wprowadzić w łożysko pokojowej pracy po wojnie. Czy pani pomyślała o tem, że trzy pokolenia zostały wciągnięte w wir wojny, pogardy dla śmierci — swojej i cudzej. Błahego powodu wystarczy, aby wybuchła nowa WOJNA, albo jeszcze straszliwsza od niej rewolucja! Cóż wtedy będzie z cywilizacją?
Staruszka uważnie przyglądała się mówiącemu. Zacisnęła wargi i niechętnym tonem odpowiedziała:
— Gdy się gasi pożar w domu, któż myśli o tem, jak będą wyglądały poparzone ręce na najbliższym balu? Przeżyliśmy już jedną wojnę z Niemcami, a czyż zagroziła ona naszej cywilizacji, mój panie? Czytałam, że nastąpił po niej niezwykły wybuch umysłowego życia... Zresztą...
Umilkła i opuściła oczy, jakby w obawie przed tym nieznajomym człowiekiem. Nesser podniósł głowę i pytająco spojrzał na nią.
— Zresztą... — powtórzyła, — może pan ma rację, że to straszne: trzy pokolenia, myślące jedynie O WOjnie! A przecież jest to konieczne, jeżeli nie chcemy zginąć i stracić miejsca na świecie... Wiem dobrze, że wojna dopiero teraz — po Marnie staje się popularną... Przedtem nie chcieliśmy wojny... nie wierzyliśmy w możliwość poważnego zwycięstwa nad „boszami“, którzy tak starannie przygotowali się do zbrojnego sporu... Te małe dzieci, udające Focha, Frencha, Joffra, oni są fermentem, działającym na starsze pokolenia. Ich żądza zwycięstwa, duma z odważnych czynów ojców i braci, ich oczy, pełne zachwytu lub wyrzutu. O, panie!... któż się ostoi przed tem?!
Reporter nic już nie odpowiedział. Czuł się nieswojo przy tej staruszce, tak mądrze patrzącej na toczące się przed nią zjawiska. Nie odchodził, aby nie wydać się śmiesznym, nie przyznać się do porażki. Staruszka, czując, że słowa jej wywarły wrażenie, rozgadała się:
— Wojna, to jak oględziny rekrutów. Mój nieboszczyk mąż był wojskowym lekarzem...
Zaśmiała się nagle chytrze, cichutko.
— Opowiadał mi nieboszczyk, że czasem stawali eleganccy panowie, zdobywcy serc niewieścich, a gdy się rozebrali, ukazywali wszystkie swoje wady, niczem już nie sfałszowane i nieprzykryte... chi! chi! I odwrotnie! Staje niezgrabny, pokraczny prostak w szerokich, zawalanych wapnem i gliną portkach, w bluzie robotniczej, lub spadającej z ramion kurcie, uszytej przez matkę na wsi, i o, dziwo! Wyłania się z tych nieforemnych szmat postać jakiegoś bożka greckiego... Bywa tak, bywa! Tak też i na wojnie... Wszystkie fałsze giną... A ileż tych fałszów dokoła nas!
Nesser uważnie słuchał, laską rysując zawiłe znaki na piasku. Odezwał się wreszcie:
— Podług mnie, wojna jest właśnie najstraszniejszym, najbezczelniejszym fałszem! Tchórz w życiu codziennym w obłędzie przerażenia staje się w bitwie bohaterem; prawo zakazuje rozlewu krwi i nieraz za zadanie drobnej rany wrzuca na kilka lat do więzienia; podczas wojny to samo prawo zmusza ludzi do mordu; krzyż przyświeca „cichym w duchu“, a niech się tylko rozlegną pierwsze strzały, i — już ten krzyż świeci nad głowami tych, którzy strzelają do innych, wbijają w brzuchy bagnety; rząd rozżala się nad ciężkim losem bezrobotnych, robotników i nędzarzy, których bez wahania posyła w kilka dni później w objęcia niechybnej śmierci; społeczeństwo troszczy się o podniesienie moralności, o złagodzenie obyczajów i zwalczanie instynktów pierwotnych i to samo społeczeństwo nazywa zdrajcami i zbrodniarzami tych, którzy nie mają chęci wypuszczać wnętrzności sąsiadom ani też sami poddać się tej operacji; wynosimy na szczyty sławy i uwielbienia naszych genjalnych ludzi, lecz oto wybiła godzina wojny, i z całą obojętnością spoglądamy, jak zwłoki tego genjusza wrzucają do jednego dołu z zabitemi wyrzutkami społeczeństwa!
Umilkł i nerwowym ruchem ściągnął rękawiczki. Był zły teraz, że wdał się w rozmowę z jakąś starowiną i to na tak poważny temat. Staruszka, niezmieszana zbyt porywczą mową sąsiada, cichutko się śmiała i szeptała:
— Właśnie! właśnie! Wojna odmiata wszelkie fałsze, wszystko, co nie jest prawdziwem życiem... Odmiata, odrzuca twardą i pewną ręką wszystkie obłudy i wszystkich kłamców... Zmusza społeczeństwo do ukazania swej duszy, nagiej i nie zawsze pociągającej; zniewala chociażby na krótki tylko okres czasu mówić szczerze, myśleć nietylko o sobie, lecz o kompanji swojej, pułku, armji, o całym narodzie! Naród! Jego to pragnienia i jego życie ustalają moralność i prawo... Ludzie są twórcami praw, a nie odwrotnie... Tchórz może być rozpaczliwym szaleńcem, lecz nie bohaterem...
— Niechże pand nie mówi o tem, czego nigdy nie widziała! Znałem kaprala Mollin, anarchistę, wroga Wojny, który umarł bohaterską śmiercią... widziałem innych, setki innych, którzy nigdy o wojnie nie myśleli, a jednak umierali, jak prawdziwi bohaterowie: taki kapitan de Langlois, pułkownik Jimmy Brice, rudy Wells! Co pani może o tem wiedzieć?!
Staruszka jednak nie dała za wygraną, westchnęła i odparła cicho:
— Mój ojciec brał udział w bitwie pod Sedanem... Tak, mój panie! Opowiadał mi nieraz o różnych wypadkach z wojny. Twierdził, że bohaterem jest ten, którego czyny zmieniają nastrój i poglądy towarzyszy, tchórzostwo przekształcają na odwagę, zwątpienie bezsilne — na stanowczość niezłomną...
Poprawiwszy kapelusz, pożegnała sąsiada i odeszła zgarbiona, spokojna. Nesser został sam, pogrążony w myślach. Powtarzał sobie w duchu słowa staruszki i zadawał pytanie:
— Langlois, Brice, rudy John Wells, generał Foch, pod huraganowym ogniem Niemców donoszący spokojnie, że wszystko idzie jaknajlepiej, czy oni są bohaterami? Czy ich czyny zmieniły nastrój i poglądy jego — Nessera, korespondenta „Hałasu Ulicy“?
— Nie! — szepnął. — Myślę tak, jak myślałem przed miesiącem, przed rokiem i jak będę myślał!
W tej samej chwili ujrzał przed sobą wynurzającą się z nieznanej mgławicy głęboką wyrwę od granatu i leżącego nad jej krawędzią olbrzyma o rudej głowie, nurzającej się w kałuży krwi... Któż to, blady i drżący, stąpa śladami motocyklu, i wzrokiem obłąkanym, wbitym w ziemię, szuka miejsca i chwili nagłego zgaszenia czyjegoś życia? Któż to nie może oczu oderwać od zakrwawionej kurty angielskiego pułkownika o śniadej, pięknej twarzy?...
Wpatrywał się uważnie w zjawy, majaczące w pamięci, i nagle szepnął:
— To ja... to ja!...
Przypomniał sobie swój pełen ognistego porywu artykuł, zatytułowany „Pamięci bohaterskiego kapitana de Langlois“, i drugi — „It’s a long, long way to Tipperary“. Pamiętał dobrze, że w oczach czytających go oficerów sztabowych widział łzy.
— Czyżbym łgał tak podle, nikczemnie? — spytał siebie na głos.
— Nie! — odpowiedział natychmiast z siłą i przekonaniem, a nagła radość zalała mu serce.
Z rozrzewnieniem obejrzał się za staruszką, która już dochodziła do bramy. Wstał i poszedł w stronę straszliwie hałasujących dzieci, zdobywających dużą kupę piasku. Był to — „Berlin“. Smagły chłopak z żałobną krepą na rękawie kurtki wbiegł właśnie na szczyt pagórka i zatknął na nim flagę francuską.
— Hurra! — rozległy się krzyki dzieci. — Hurra! Zwycięstwo! Zwycięstwo!
Dzieci zaczęły się rozpraszać. Zabawa była skończona. Nesser podszedł do chłopaka i rzekł poważnie:
— A nie zapomnijcie dla obrony zdobytego Berlina pozostawić bohaterskiego i mądrego generała, bo nieprzyjaciel niezawodnie będzie usiłował odebrać wam swoją stolicę.
Chłopak zwrócił na niego płonące odwagą i podnieceniem oczy i spytał:
— Może Focha? On — najlepszy!
— A może Gallieni? Sarraila? Mannoury? Weyganda? Mangina? Petaina! Franchet d’Espérey? — rozległy się inne głosy.
— Wszyscy oni są bohaterami, bo nie dla siebie walczą i zmieniają nastroje i poglądy innych. Bohaterowie! — szepnął Nesser.
— Tedy musimy wylosować! — zawyrokowała wiotka dziewczynka z opaską Czerwonego Krzyża na czapeczce.
— Doskonale! — rzekł Nesser i poszedł ku bramie.
Bezprzyczynna radość nie opuszczała go. Szedł z uśmiechem na twarzy i błyskami w oczach. Postukiwał laską i pogwizdywał nawet.
— Taki piękny dzień! — rzekł do siebie i spojrzał na niebo.
Zdziwił się. Chmury — szare, postrzępione i ciężkie — nisko zwisały nad ziemią. On jednak widział potężny blask słońca, skrzący się na nagich kasztanach i na starych posągach w alejach parku.



ROZDZIAŁ VIII.

Z niezwykłą serdecznością i prostotą spotkał Nesser Marję Louge przed bramą fabryki. Zdawało mu się, że widzi jakąś dawną, drogą znajomą, którą otaczał trwałą przyjaźnią. Marja jednak patrzyła na niego ponuremi oczami. Korespondent spostrzegł w nich nieufność a nawet źle ukrytą niechęć. Przyszła w towarzystwie przyjaciółki. Wysoka, rozrosła, ruda dziewczyna o zmysłowych, purpurowych wargach badała Nessera szyderczym i wyzywającym Wzrokiem. Nesser wmig zrozumiał wszystko. Marja Louge przekonana zapewne była, że reporter ma zamiar wykorzystać przypadkową znajomość. Poczuła się nieszczęśliwą i rozżaloną na niego. Dowiedziawszy się od koleżanek, że nieznajomy pan będzie na nią czekał przed fabryką, opowiedziała przyjaciółce o zajściu w wagonie i ze łzami w oczach spytała:
— Czyż niema już wcale na świecie ludzi uczciwych, Juljo? Nawet teraz, gdy na froncie codziennie tysiące męczenników ginie lub jęczy po szpitalach? Przecież ten pan wie, że jeździłam odwiedzić rannego biedaka — żołnierza? A tymczasem już szuka mnie...
Ruda dziewczyna, mrużąc ciemne oczy, odparła natychmiast:
— Wszyscy ci panowie są przyzwoici i porządni z paniami i panienkami swojej klasy, ale z nami nie zadają sobie zbyt dużo kłopotów! Cóż dla nich znaczy wojna i śmierć innych? Psy brudne! Znam ja tych...
Złośliwie wydymając wargi, rzuciła kilka brutalnych słów, od których Marja zarumieniła się po uszy. Postanowiła jednak spotkać się z nieznajomym. Dlaczego to robiła — nie wiedziała. Może dlatego, żeby jeszcze bardziej uświadomić sobie, jak dobry był dla niej Jan Berget, młody żołnierz, którego pozostawiła w szpitalu przyfrontowym, a może z wdzięczności, że wtedy w wagonie nieznajomy pan dał dobrą odprawę nikczemnym kupcom. Podała rękę Nesserowi, patrząc na niego wylękłym, nieufnym wzrokiem.
— Dzień dobry, panno Louge! — zawołał reporter swobodnie. — Stęskniłem się i postanowiłem zobaczyć się z panią!
— Widzimy... widzimy!... — ze złośliwym uśmiechem odpowiedziała za przyjaciółkę ruda dziewczyna.
Wyciągnęła do niego dużą o pięknym kształcie rękę i filuternie przechyliła głowę nabok.
— Julja Martin, do usług... — rzekła.
— Bardzo przyjemnie... — zaczął, z zadowoleniem przyglądając się okiem znawcy purpurowym wargom dziewczyny.
— Czy przyjemnie, czy nieprzyjemnie — gwiżdżę na to, ale, jak jestem Julją Martin, tak od małej Marji nie odstąpię, ojczulku! — przerwała mu, potrząsając grzywą rudych włosów.
— Nie uwierzy pani, jak jestem rad panią poznać! Podoba mi się pani nadzwyczajnie! Już panią lubię, panno Juljo! — odpowiedział nieprzymuszonym głosem, śmiejąc się serdecznie.
— Nic nowego! — mruknęła. — Często to słyszę od młodych i starych chłopów. Zawsze mi mówią to samo.
— O, przepraszam! — zaprotestował Nesser. — Ja lubię panią nietylko za te wspaniałe, puszyste włosy ceglaste, te ciemne oczy, świeże usta i wesoły, dźwięczny głos...
— A za cóż jeszcze? — zapytała, wybuchając śmiechem. — Tymczasem nic innego pan u mnie nie widział.
— Owszem! — rzekł wesoło. — Widzę cudownie białą skórę, piękne ręce i drobne stopy pani, zbyt małe może dla tak postawnej osoby. Wiem, już że pani jest śmiała, szczera i dobra przyjaciółka. Jednak to wszystko — furda! Gdyby nawet pani była brzydką i głupią — to i tak polubiłbym panią!
— Za cóż to? — już poważnie zapytała zdziwiona Julja.
— Przypomina mi pani mego przyjaciela, — odparł cichym głosem. — Był to Anglik, olbrzym, rudy, jak płomień, o czerwonych jak u pani wargach, bokser. Miał tylko oczy inne jasno-niebieskie... Biedak!
— Dlaczego — biedak? — spytały obie dziewczyny razem.
— Zabił go szrapnel niemiecki w chwili, gdy wiózł rozkaz na pozycję — rzekł smutnym głosem.
Dziewczyny milczały, Nesser podniósł głowę i powiedział:
— Bądźmy szczerzy ze sobą, drogie moje panie! Proszę was bardzo, nie myślcie, że chcę nawiązać intrygę z panną Louge, o nie! Powiedziała mi ona coś takiego, co zastanowiło mnie...
— Cóż takiego? — spytały.
— Że w ucieczce przed samotnością można wyjść na ulicę... To — dla kobiety, a dla mężczyzny w takim wypadku pozostaje chyba samobójstwo lub popełnienie zbrodni! Otóż, gdy usłyszałem to z ust panny Louge, — po raz pierwszy poczułem się samotny...
— I zamierza pan pocieszać taką samą samotną Marję? — spytała z ironją Julja. — Chrześcijańskie uczucia! Bardzo się to chwali, ojczulku! Ale nic z tego nie będzie, bo ja tu jestem!
— I tak, i nie! — odpowiedział reporter, nie zwracając uwagi na szydercze słowa dziewczyny. — Chciałbym raczej dopomóc pannie Louge odzyskać jaknajprędzej swego przyjaciela, a potem przy nich dwojgu nie czuć się samotnym... Może to jest głupi i fantastyczny pomysł, lecz takie byłyby moje prawdziwe zamiary... Widocznie, starzeję się...
Jakgdyby zawstydzony patrzał na swoje znajome. Milczały zbite z tropu, spoglądając na siebie zdumionym wzrokiem.
Reporter ciągnął dalej:
— Jestem wojennym korespondentem poczytnego dziennika, mam pieniądze, stosunki, siwe włosy, 45 lat i reumatyzm, nazywam się Henryk Nesser, wyznania...
Dziewczyny parsknęły śmiechem.
— Nie uwierzymy, zanim nie pokaże nam pan paszportu! — zawołała Julja i uderzyła Nessera po ramieniu. — Łobuz z pana, ale ja się znam na ludziach, — dobry chłop!
— Dziękuję! — ucieszył się reporter. — Pozostaje mi tylko przedstawić paniom swój plan!
— Sypać! — zaśmiała się ruda dziewczyna.
— Czy pani jest mężatką? — zapytał, patrząc na nią.
Dziewczyna wybuchnęła głośnym śmiechem:
— Wołają na mnie: panno Martin!
— Czy pani jest wolna, panno Juljo?
— Tak jest! Może pan kandydować na zaszczytne stanowisko mego protektora, lub nawet, jeżeli pan będzie grzeczny, hojny i wesoły — na kochanka. Jak pan widzi, nawet na wojnie trudno awansować z bardziej błyskawiczną szybkością!
— Prawda! — zgodził się, wyciągając do niej rękę. — Przysięgam pani, że będę grzeczny, hojny i wesoły, mimo, że nigdy nie będę się ubiegał ani o tytuł protektora, ani też kochanka. Chciałbym być przyjacielem panny Louge, a teraz — i pani, bez konieczności wystawiania swej kandydatury i jej obrony.
— To mi się podoba! — klasnęła w dłonie Julja. — Zupełnie niezwykły i przyjemny z pana facet!
— Jeżeli podobnie myśli też i panna Louge, — rzekł reporter, — w takim razie możemy sobie pójść teraz do restauracji na dobry obiad i pogawędzić. Jak się panie na to zapatrują?
— Głodna jestem, — zawołała Julja, — a że taki elegancki „hrabia“ nakarmi nas pewno porządnie, więc — zgoda! Idę!
Marja spojrzała na nią z wyrzutem.
— Panno Louge! — łagodnym głosem poprosił Nesser, spostrzegłszy wahanie dziewczyny. — Niech pani mi nie odmawia! Nazwała mnie pani w pociągu szlachetnym i dobrym; nie wiedziała pani, czem może mi się pani odwdzięczyć. Daję pani teraz tę sposobność! Bardzo mi na tem zależy... Pani spełni wprost dobry, chrześcijański uczynek!
Słuchając swoich słów i brzmienia własnego głosu, Nesser nie mógł wyjść z podziwu. Nigdy nie rozmawiał w ten sposób z kobietami, nigdy nie słyszał tak szczerych i prostych myśli, wypowiadanych przez siebie. Uświadomiwszy to sobie, chciał tuż na poczekaniu wyszydzić sam siebie, lecz jakoś tym razem nie mógł.
— Dobrze... — zgodziła się Marja nieśmiało.
— Dziękuję paniom z całego serca! — zawołał. — W drogę zatem, bo i ja jestem tak głodny, jak nawet na froncie nie bywałem!
Zaprowadził swoje znajome do skromnej, lecz dobrej restauracyjki. Zajęli stolik w kącie sali.
Śmiejąc się, Nesser pokazał dziewczynom swoją legitymację i papier z pieczęcią głównego dowództwa, polecającego go opiece różnych sztabów.
— Ho, ho! — zawołała Julja. — To z pana górnolotny ptak!
Nic nie odpowiedział i w milczeniu wydobył grubą paczkę banknotów. Przyjaciółki nagle się zarumieniły. Rudej Julji aż łzy wystąpiły na oczy.
— Chce pan dowieść, że będzie hojny?... — szepnęła. — Gdy wiemy zamiary pana, nie ma to już znaczenia... Teraz to może pan być najbiedniejszym „petit diable“!
Marja milczała.
— Że będę grzeczny, o tem panie same się przekonacie, bo drukowanych dowodów na to nie posiadam! — rzekł, mrużąc oczy.
— Wesoły z pana chłop! — zauważyła panna Martin. — To także już widzimy.
Gawędzili swobodnie aż do dziesiątej. Nesser odprowadził dziewczyny do domu, bo nie chciały jechać taksówką. W drodze opowiedział im o swoim nagłym lęku przed samotnością, o ciężkich myślach, nawiedzających go, o zabawach z dziećmi i o pogardzie dla ludzi i dla siebie.
— Pan powinien się ożenić — szepnęła Marja. — Będzie pan dobrym mężem i ojcem, bo kocha pan dzieci.
— Ożenimy pana! — zdecydowała Julja. — Właściwie sam się pan ożeni, a my będziemy druchnami! Dobrze?
— Dobrze! — śmiał się Nesser. — Narazie jednak chciałbym wydać zamąż pannę Louge, a później — panią, panno Martin. Kłopot tylko będzie nielada z wyszukaniem męża dla tak rezolutnej i wymownej osoby! Będę chyba zmuszony szukać oblubieńca w Izbie deputowanych, bo ci też mówić umieją!
— Olbrzymie plany na przyszłość! — wykrzyknęła Julja. — I to tak z kopyta?
— Nie! Pocóż z kopyta? Mamy czas na pomówienie o tem! Zaczniemy od jutra! — odparł.
— Jutro? — spytały przyjaciółki. — Znowu o siódmej?
— Czyżby panie nie były zadowolone z obiadu?
— Owszem, lecz... — szepnęła Marja.
— Owszem, lecz... — przedrzeźniła ją natychmiast ruda Martin.
— Owszem, lecz... po obiedzie wypuścimy się razem do kina — zakończył Nesser i pożegnał je.
Upłynęło kilka dni. Wszystkie wieczory spędzał Nesser z nieśmiałą Marją Louge i z rudą, roześmianą Julją.
Rozmawiali, jak najlepsi przyjaciele, pełni zaufania i zupełnej szczerości. W święta prowadził dziewczyny do Louvru, pokazywał im najpiękniejsze obrazy, objaśniał, woził do Versailles, opowiadał o tem, o czem nigdy przedtem nie słyszały. Powracali do Paryża, ze smutkiem myśląc o rozstaniu do następnego wieczora. Nesser spostrzegł, że Marja stała się ufniejszą i śmielszą; natomiast ruda dziewczyna jakgdyby spoważniała i była teraz wstrzemięźliwsza w słowach. Ciężkie życie zmusiło ją do poznania wszystkich jego tajemnic i labiryntów, zawiłych i mrocznych, lecz w obecności nowego przyjaciela zapominała o wszystkiem. Myślała o tem, aby czemkolwiek nie urazić tego „bardzo mądrego pana“, jak nazywała Nessera. Bawiło go zachowanie rudej hafciarki; chwilami zły był na nią i na siebie. Zbytnio się może pospieszył, obiecując jej wyłącznie przyjacielski stosunek. Szkoda mu było trochę takiej tryskającej życiem, pełnej niepohamowanych, żądnych sił dziewczyny w roli przyjaciółki jedynie. O ileż bardziej nadawałaby się na kochankę?! Lubił te proste, niewymagające kobiety z fabryk, biur, poczty! Nie jedną niezapomnianą noc spędził z nieznanemi nikomu, ukrytemi kapłankami miłości, oddającemi się nieraz przygodnemu mężczyźnie, jakgdyby spełniając wyższy nakaz, — — bezwiednie niemal — a niepodzielnie ofiarując mu ciało i duszę, chociażby na jedną godzinę lub na noc jedną, jeśli potrafił przemówić do ich uczuć, instynktów i marzeń. W rudej Julji wyczuwał — wspaniałe ciało kobiece, burzę zmysłów i żar krwi. Tymczasem tyle już naględził jej o swoich niemal ojcowskich sentymentach, że czułby się teraz głupio, zmieniając sposób i cel postępowania swego względem niej. Ona zaś ze swej strony, usiłując dorównać mu i wzbudzić poszanowanie dla siebie, jeszcze bardziej uniemożliwiła mu atak.
Pewnego razu, gdy Nesser był w domu, przybiegł chłopak hotelowy i zawezwał go do telefonu.
Posłyszał głos Marji Louge.
— Otrzymałam list od Janka... — zaczęła.
— Od kogo? — spytał reporter, nie rozumiejąc.
— Od Jana Bergeta, mego przyjaciela, ze szpitala — objaśniała podnieconym głosem.
— Cóż nowego?
— Pisze, że jest jeszcze słaby. Lekarze obawiają się, że może zapaść na gruźlicę, jeżeli nie pojedzie na południe, nad ciepłe morze! Chciałam prosić pana, dobry panie Nesser... — mówiła, a w jej głosie reporter wyczuł drgające łzy.
— Ależ panno Louge! — zawołał. — Dziś jeszcze pojadę i wszystko, co się da, urządzę.
Po skończonej rozmowie powrócił do swego pokoju i zaczął obmyślać plan działania. Czuł wielką radość, że może dopomóc tej bladej, nieśmiałej kobiecie.
Zeszedł do holu i długo telefonował do różnych urzędów, potem pojechał do jakiegoś dobroczynnego komitetu, a w godzinę później już siedział w swoim pokoju, z dumą odczytując papier, upoważniający rannego żołnierza, Jana Bergeta, do przebywania w ciągu sześciu miesięcy w sanatorjum w okolicach Nicei.
Nesser z uśmiechem patrzył przez okno. Widział dachy, kominy, wysoką wieżę kościoła St. Sulpice i chmurę dymów, rozścielającą się nad miastem. Wzrok jego padł nagle na zawieszony nad biurkiem angielski sztych, przedstawiający scenę myśliwską. Panowie w czerwonych surdutach i panie w czarnych, długich amazonkach pędzili na pięknych koniach ze zgrają psów, goniących jelenia. Sztych oprawiony w ciemną ramę, miał stłuczone szkło. Szczelina przechodziła wpoprzek.
Nesser zaśmiał się nagle i, przymrużywszy oko, mruknął:
— Aha! Basta! Teraz i o mnie nie zapomną, gdy zniknę z powierzchni ziemi. Pamiętać o mnie będą Marja Louge, Jan Berget i, być może, ich dzieci, a także ta ruda dziewucha, coraz lepiej naśladująca damę z towarzystwa... Ech, szkoda, żem ją tak nieopatrznie wypuścił z rąk!...
Palcem pogroził stłuczonemu szkłu i powtórzył:
— Basta! Teraz niewiadomo — kto trwalszy — ja, czy twój angielski sztych z czerwonymi panami i czarnemi paniami?!
Czuł się w wyśmienitym humorze. Pogwizdując wyszedł z domu i kazał się wieźć na dworzec kolejowy. W godzinę potem wchodził do kancelarji szpitala ewakuacyjnego. Po rozmowie z lekarzem Nesser odwiedził Jana Bergeta.
Chłopak, wychudły i blady, już chodził po sali. Nesser oddał mu list Marji i powiadomił o przyjęciu go do sanatorjum. Chory z wdzięcznością uścisnął dłoń reportera i bąkał coś o nagrodzie w niebiosach, o dobroci, o nieoczekiwanej opiece nad biedakami. Żołnierz był bardzo wzruszony. Nazajutrz pojechali razem do Paryża. Wieczorem w tej samej restauracji, gdzie zwykle, siedzieli już sobie w czwórkę, układając plany na najbliższą przyszłość. Postanowili, że po kuracji Bergeta, Nesser wystara się dla niego o lepszą posadę, i młodzi ludzie pobiorą się.
— Będę chrzestnym ojcem wszystkich waszych dzieci! — oświadczył reporter. — Będziemy je trzymali do chrztu razem z panną Martin.
— O, nie! — zaprzeczyła ze śmiechem. — Nie chcę być kumą pana, bo, gdyby się pan kiedykolwiek zakochał we mnie, — na nic cały interes! Z kumą, podobno, nie wolno się żenić...
— Ale na ślubie kumy być wolno! — odpowiedział Nesser. — Wydam więc panią zamąż i będę pokolei do was przychodził niańczyć wasze potomstwo!
Tejże nocy Jan Berget odjechał do Nicei. Powróciwszy z dworca do hotelu, Nesser długo chodził po pokoju, rozmyślając nad dziwnemi zmianami, zachodzącemi w jego duszy. Próbował drwić z siebie, lecz zaniechał tego po chwili. Musiał przyznać, że opieka nad Janem Bergetem i małą Marją sprawia mu niezwykłą przyjemność, a chwilami nawet radość. Pewnego razu, przyglądając się sobie w lustrze, mruknął z powagą starego nauczyciela:
— Niema na to rady, mój drogi! Kto chce mieć przyjaciół, musi też kochać ich. Jeżeli kocha — musi pomagać. Przyjaźń i miłość wymagają ofiar. Jest to jedyny dowód. Reszta — to zwykłe gadanie, niewiele warte! Tak, tak, mój przyjacielu, Henryku! No, a Julja? Mogłaby była coprawda pozostać wierną przyjaciółką, będąc kochanką zarazem...
Pogroził sobie palcem i poszedł do redakcji „Hałasu Ulicy“.
— W poczekalni już od godziny siedzi jakiś strasznie podejrzany typ. Powiada, że zna pana, panie Nesser! — oznajmił woźny, gdy reporter wchodził do windy.
W półciemnym pokoju do przyjęć ujrzał wysokiego draba w kraciastem ubraniu i czapce, nasuniętej na oczy.
— Panie Nesser!... — mruknął nieznajomy. — Pan mnie nie poznaje? Jestem Paweł Mouche... „Jednooki Paweł“...
— Ach! — zawołał reporter. — Z jakiegoż to więzienia wyfrunąłeś, luby ptaszku? Opowiadaj!
Istotnie znał tego człowieka. Był to typ, spotykany wyłącznie po wielkich miastach, gdzie i tacy ludzie bywają czasem potrzebni. Z czego żył i co dla podtrzymania swojej olbrzymiej osoby robił Mouche tego nikt oprócz policji i prokuratora, nie wiedział. Nesser poznał go podczas swoich profesjonalnych wypraw reporterskich, gdy szedł śladami zbrodni, na swoją rękę prowadząc niekiedy śledztwo lub pościg za zbrodniarzami. Posługiwał się Pawłem Mouche kilkakrotnie, jako szpiegiem, lub psem, tropiącym zdobycz. Tymczasem Mouche ostrożnie odchrząknął i mruknął:
— Przed rokiem nadarzyła mi się sposobność zarobienia znaczniejszej sumki... Powiodło się, ale „granatowe mundury“ coś tam zwęszyły i zbyt uprzejmie opiekowały się mną, oka ze mnie nie spuszczając. Zrozumiałem, że zanadto im się podobam. Wykombinowałem więc paszport obywatela szwajcarskiego i przez ten piękny kraj machnąłem do Niemiec... Aż tu wojna... Ja — myk do Szwajcarji... a tu znowu ogłoszenie mobilizacji dla Francuzów... Przyjechałem, aby nie być dezerterem... zamierzam wstąpić do wojska, ale obawiam się, że „granatowe mundury“ wolą, abym przedtem powędrował do ula. Nie wiem, co mam robić ze swoim paszportem szwajcarskim i jak uniknąć kratek, bo, przecież, pan wie, panie Nesser, że „Jednooki Paweł“ nie jest ptaszkiem i nie może siedzieć w klatce, w takim czasie zwłaszcza...
— Przyszliście do mnie, Mouche, abym wam pomógł zaciągnąć się do armji? — przerwał mu reporter.
— Niby tak, jeżeli pan będzie taki uprzejmy... — zamruczał znowu drab.
— Zrobione, ale pod jednym warunkiem! Musicie mi, przyjacielu, podarować wasz paszport. Resztę biorę na siebie — rzekł Nesser, którego bystry umysł jął snuć zuchwały plan.
— Ależ, panie, jest to najlżejszy z warunków! — zawołał Mouche. — Chodzę z tym przeklętym paszportem i drżę, jak owczy ogon, że mnie z nim przyłapią, no i...
— Posiedźcie tu, za chwilę powrócę i pojedziemy razem — rzekł Nesser i wyszedł z poczekalni.
— Panie Rumeur, — zawołał, wchodząc do gabinetu redaktora, — nasz plan uległ zasadniczej zmianie! Nie jadę już do Rosji!
— Oj! — jęknął redaktor, a łysa głowa jego w okamgnieniu okryła się potem. — Oj! Cóż się stało? Pan mnie ciągle przeraża... Zapowiadał się taki świetny interes z tą Rosją i nagle — klapa! Cóż to wpłynęło w tak gwałtowny sposób na decyzję pana, drogi przyjacielu? Taki cios! Taki cios! Jest to niepowetowana strata dla „Hałasu Ulicy“.
— Niech szef nie przesadza i nie rozpacza!... — uspokoił go reporter i usiadł obok Rumeura. — Mam inny jeszcze bardziej wspaniały, „sensacyjny“ plan. Muszę jednak zmienić nieco warunki mojej umowy z „Hałasem Ulicy“ lub przenieść się do innego dziennika. Nie wątpię, że wszędzie zostanę przyjęty gościnnie wraz z mojemi warunkami. Jak pan sądzi, panie Rumeur?
— Kanalja! — pomyślał czerwony i okrągły, jak piłka, redaktor, lecz głośno tego nie powiedział.
Pokręcił się na fotelu, jakgdyby podłożono mu gorących węgli, potarł mokrą łysinę, wciągnął więcej powietrza w płuca i szepnął żałośnie:
— Krzywdzi mnie pan, nie ma pan serca dla starego, schorowanego człowieka! Myślałem, że mam w panu przyjaciela, a tymczasem...
— Tymczasem — przerwał Nesser — obiecuję panu za tydzień pierwszy mój feljeton, podpisany pełnem mojem imieniem i nazwiskiem... z Berlina!
Pan Rumeur podskoczył, usiadł, znowu podskoczył i rzucił się do reportera.
— Co pan powiedział? Z Berlina?! Z Berlina?! I pan odważyłby się na to? — pytał, trzęsąc go za ramię.
Reporter wzruszył ramionami i rzekł niechętnym głosem:
— Pan wciąż powątpiewa o mojej śmiałości, drogi szefie?
— Nie! Nie! Ależ to szaleństwo, to przecież grozi... grozi...
— Szubienicą lub kulą, chciał pan rzec? Uświadamiam to sobie, a jednak obowiązuję się za tydzień dostarczyć panu pierwszą korespondencję z Berlina, — odpowiedział Nesser, spokojnie zapalając papierosa.
Pan Rumeur rzucił się na fotel, czerwony, jak burak, i spocony, jak szczur. Rzęził i obracał oczami, jakgdyby miał atak apoplektyczny. Nareszcie wykrztusił:
— Warunki?...
— Pozostają niezmienione, dodaję tylko asekurację swoją na wypadek śmierci lub zupełnej niezdolności do pracy na sumę trzystu tysięcy franków, co stanowi niepełne dwa lata wypłacanej mi obecnie pensji...
— Tylko? — spytał Rumeur.
— Tylko! — kiwnął głową reporter.
— Ależ zaasekuruję pana na tę sumę nietylko na czas pobytu w Niemczech, lecz nawet na całe życie, bo, bo...
— Bo pan odrobi tę sumę w ciągu tygodnia — dokończył za niego reporter. — Rozumiem to i tak też to sobie wyobrażałem, mówiąc o asekuracji, drogi szefie! A więc zgoda?
— Czegobym ja dla pana nie uczynił?! — z wybuchem zawołał redaktor.
— A ja dla „Hałasu Ulicy!“ — tym samem tonem wtórował mu reporter. — Jutro przedpołudniem musi być gotowa polisa, bo wieczorem już mnie tu nie będzie... Ale, ale! Ledwiem nie zapomniał. Panie Rumeur, mam do pana serdeczną prośbę. Pan mi nie odmówi i użyje swoich wpływowych stosunków dla wyrobienia dobrej posady dla pewnego uczciwego młodzieńca — inwalidy, mego przyjaciela, — Jana Bergeta. Przed wojną chłopak ten pracował jako subjekt w wielkich magazynach...
— To — głupstwo! — zawołał ucieszony redaktor, spodziewał się bowiem czegoś trudniejszego. — Już zrobione! Rozszerzam właśnie składy papieru i farb drukarskich. Wezmę go na magazyniera do siebie, jeżeli jest uczciwy.
— Pod tym względem ręczę za niego, jak za samego pana, mój szefie! — z poważną miną odpowiedział Nesser.
Pan Rumeur targnął głową, podejrzliwie łypnął okiem na korespondenta i mruknął:
— No tak... tak... oczywiście...
— Jan Berget jest najuczciwszym człowiekiem na świecie! — dodał reporter.
— W takim razie ma u mnie posadę, — potwierdził redaktor.
— Będzie jej potrzebował dopiero za pół roku, szefie; tymczasem leczy się w Nicei.
— Bardzo dobrze się składa, bo właśnie na wiosnę zacznę robić zapasy materjałów... Kupuję nawet fabrykę papieru dla „Hałasu Ulicy“. Płyniemy całą parą, mój drogi! Całą parą!
— Cóż to dopiero będzie po feljetonach z Berlina, a i później, jeżeli mnie gdzieś nie powieszą, — z Rosji?! — zapytał korespondent.
— Mój Boże! — szepnął Rumeur. — Co za szczęśliwy traf, że pan wtedy zatelefonował do mnie! Zawdzięczam panu rozwój i niebywały rozkwit mego pisma. Niech pan mi wierzy, kochany Nesser, że stary Rumeur umie być wdzięcznym, o umie!
— Dziękuję panu — odpowiedział reporter, ściskając dłoń szefa, — a proszę pamiętać, że ja też umiem pracować dla przyjaciół!
Pożegnawszy redaktora, Nesser wsadził Pawła Mouche do taksówki i pojechał z nim do ministerstwa wojny. Sprawa draba w kraciastym garniturze była szybko i pomyślnie załatwiona. Reporter, zaopatrzony w niezbędne papiery, odwiózł go do swego hotelu.
— No, a teraz znikniesz, bracie, z oczu swoich przyjaciół w granatowych mundurach, jak kamień na dnie morza! Pojedziesz ze mną do Szwajcarji, a musisz wiernie mi służyć, bo inaczej zamienisz się w kanarka, siedzącego w żelaznej klatce, Jednooki Pawle! Pamiętaj o tem i w dzień i w nocy! Ze mną niema żartów, wiesz przecie?
To mówiąc, Nesser starannie wkładał do pugilaresu paszport, wydany „szwajcarskiemu obywatelowi“ — Fryderykowi Bunge.
— Pomyślny dzień! — myślał reporter, jadąc do fabryki „Astra“, aby powiadomić przyjaciółki o swoim powrocie na front (obawiał się wyznać im prawdę) i o załatwieniu sprawy Bergeta.
Wieczorem wyprawił pożegnalną ucztę. Dziewczyny popłakały się, a gdy odprowadził je do domu, Marja, patrząc na przyjaciela załzawionemi oczami, szepnęła:
— Całego życia mi nie starczy, aby odwdzięczyć się panu za wszystko... za wszystko... Będę się modliła za pana, o jego szczęście, i o to, aby Bóg torował przed nim drogę... Będę bardzo tęsknić... bardzo się bać za pana!
Ruda Julja długo nie mogła nic powiedzieć. Z trudem ruszając purpurowemi wargami, które jeszcze bardziej płonęły, przez hamowane łzy rzekła nareszcie:
— Ja nie wiem... nie wiem... Czy pan jest człowiekiem czy jakąś istotą, której nie umiem nazwać!... Umrę chyba z tęsknoty teraz...
I nagle wybuchnęła spazmatycznym płaczem, powtarzając:
— Panie Henryku... Panie Henryku... jakżeż ja teraz żyć będę bez... pana?!
Było to wyraźne wyznanie miłosne.
— Wziąć ją teraz pod ramię, odprowadzić na stronę i szepnąć kilka słów do ucha... Mamy przed sobą jeszcze całą noc, całą noc! — pomyślał, mrużąc oczy.
Zamiar ten jednak rozwiał się w tej samej chwili.
— O! Julja miałaby wtedy większe prawo od Lucy Canard do rzucenia mi w oczy gorszych jeszcze wyzwisk niż znalazła dla mnie tamta! — pomyślał Nesser. — Do djabła! Musiałbym się chyba uznać za najbrutalniejsze bydlę, gdybym wystąpił z podobnemi zakusami na tę rudą dziewuchę!
Reporter aż syknął z oburzenia na samego siebie i zacisnął zęby.
Z trudem uspokoił zrozpaczone dziewczyny, obiecał pisać przy okazji i prosił, by cierpliwie czekały na jego powrót.
Chciał im zostawić pieniądze, niby na potrzeby Bergeta.
Błagały go jednak, żeby tego nie czynił.
— Pieniądz dany przy pożegnaniu, przynosi nieszczęście! — rzekła, porozumiewawczo patrząc na koleżankę, blada, mała Marja.
Rozstali się smutni i wzruszeni, wszyscy troje.
Paryż wtórował ich smutkowi drobnym, zimnym deszczem i szmerem liści jesiennych, spadających z kasztanów.



ROZDZIAŁ IX.

W Berlinie, w biurze hotelu „Korona“, wychodzącym na ogród zoologiczny, toczyła się ożywiona rozmowa. Komisarz policji, dwu wywiadowców i dwu przybyłych z zagranicy cudzoziemców przyglądali się sobie bacznie i nieufnie.
— Panowie twierdzicie, że przyjeżdżacie z Szwajcarji? — pytał komisarz surowym głosem, badając swoje ofiary i jednocześnie konstatując dłonią, że lewy policzek jego nie został dostatecznie gładko wygolony.
— Nakiwam jutro fryzjerowi! — myślal komisarz i jeszcze surowiej spoglądał na przybyłych cudzoziemców.
Jeden z nich — wysoki, barczysty, o śmiałem, niemal bezczelnem spojrzeniu, odparł, podnosząc ramiona:
— Pan komisarz oglądał nasze paszporty oraz wizę konsulatu niemieckiego w Zurychu, a ci panowie jadą za nami od samej granicy. Mam nadzieję, że nic podejrzanego nie spostrzegli, bo też nic podejrzanego nie było i być nie mogło?
Wywiadowcy, na których wzrokiem wskazał mówiący, — osobniki w jednakowych garniturach i paltach, o jednakowych niespokojnych, biegających oczach, co stanowiło niemal oznaki zawodowe tych panów, kiwnęli potakująco głowami.
— Jestem korespondentem nowo założonego tygodnika „Echo Jezior“ i obywatelem szwajcarskim, mam listy polecające od niemieckich fabrykantów i dziennikarzy, którzy są poinformowani o germanofilskich nastrojach redakcji naszego pisma, — spokojnie zapalając cygaro, ciągnął cudzoziemiec o szyderczym wyrazie lekko zmrużonych oczu. — Nazywam się Fryderyk Bunge, rodem z Bouverais nad Lemanem. Mój przygodny towarzysz podróży, z którym poznaliśmy się na dworcu w Zurichu... Czyż nie tak, panowie?
Z lekkim ukłonem pochylił się w stronę wywiadowców:
— Stwierdzam, że ci panowie zupełnie przypadkowo nawiązali znajomość w bufecie, siedząc przy jednym stoliku. Znajdowałem się obok, dlatego słyszałem ich pierwszą rozmowę — meldował jeden z agentów.
— ...więc poznaliśmy się na dworcu z Mr. Georgem Rabbitem, współpracownikiem pism amerykańskich. Przed wojną przebywałem już czas dłuższy w Berlinie, Frankfurcie i Lubece.
— Czem się pan zajmował w Niemczech przed wybuchem wojny? — spytał komisarz, krzywiąc usta w chytrym uśmiechu, jakgdyby w przekonaniu, że zadaje nader ważne i niebezpieczne dla podejrzanego cudzoziemca pytanie.
Dziennikarz roześmiał się głośno i nieprzymuszenie.
— O! — zawołał. — Wdawałem się w kompetencję panów od policji, ale my — dziennikarze, idziemy z nią nieraz jednym tropem! Było to tak: pan komisarz przypomina sobie, być może, napad bandytów na szwajcarski kantor wymiany w Besançon?
— A jakże! — odpowiedział komisarz. — Rozpruta kasa w kantorze Ludwika Pfeifera z Berna? O ile śledziłem przebieg tej sprawy, — nieudolna policja francuska nie wykryła złoczyńców?
— Tak jest! Lecz ja ich wykryłem! Co prawda nie całą bandę, tylko jej herszta, — spokojnie ssąc cygaro, mówił Bunge, — herszta, imieniem Mouche, znanego pod przezwiskiem „Jednooki Paweł“. Podróżowałem za nim z Neufchatel do Zurychu, z Zurychu — do Frankfurtu nad Menem, do Berlina i nakoniec do Lubeki. Tu mi się wymknął, ale mnie nie łatwo nabić w butelkę, panie komisarzu! Zdybałem go!
Umilkł.
— Jakżeż to było? — już z zaciekawieniem spytał policjant.
Bunge wypuścił kilka kółek dymu; patrząc na sufit rozmarzonym wzrokiem, dokończył opowiadania:
— Przejrzałem jego zamiary — oto i wszystko! Nie szukałem go na odpływających okrętach, lecz powróciłem nad granicę szwajcarską i tu czekałem. Przyłapałem go i oddałem w ręce władz. Gdzieś tu mam, z pewnością, wycinek jakiejś gazety francuskiej ze wzmianką o tem.
Wyjął pugilares, przeglądał różne papiery, aż nareszcie znalazł, czego szukał. Przejrzał uważnie wyciętą kolumnę dziennika i podał komisarzowi, mrucząc:
— To z jakiegoś „Hałasu Ulicy“. Piękna, niema co, nazwa dla dziennika! Tylko Francuzi są zdolni do czegoś podobnego!
Pogardliwie wzruszył ramionami i wywołał na twarzy uśmiech szyderczy.
Komisarz z ciekawością czytał dość długą wzmiankę o pościgu szwajcarskiego dziennikarza, Fryderyka Bunge, za bandytą — kasiarzem Pawłem Mouche.
— Brawo! — zawołał komisarz, doczytawszy do końca. — Czysta i zupełnie fachowa robota! Dostanie pan premję, o której wspomina artykuł?
— Już dostałem i za te pieniądze nabyłem właśnie udział w „Echu Jezior“ — odparł niedbale. — Teraz chcę postawić ten tygodnik na wysokości zadania, propagując w Szwajcarji sympatje dla Niemiec, jedynego w Europie państwa o zdolnościach współpracy organizacyjnej w sensie współczesnym, postępowym! Cóż pan chce?... Mój ojciec był Szwajcarem z niemieckiego kantonu, a matka — czystej krwi Niemką z Hannoweru, nazwiskiem Bodungen.
— Jak długo pan zabawi w Berlinie? — zadał pytanie jeden z wywiadowców.
Dziennikarz zamyślił się. Po chwili z zakłopotaniem na twarzy odpowiedział:
— Trudno mi jest określić ścisły termin... Muszę się panom zwierzyć z całą szczerością. Mam zamiar prosić Sztab Generalny, aby dopuszczono mnie na front. Szczególnie chodzi mi o odcinek Verduna. Jak panowie wiecie, Francuzi stawiają tam wściekły opór. Z paryskich pism, zjawiają się w Szwajcarji przedruki o biernym nastroju niemieckich wojsk na tym froncie. Zamierzam zwalczyć to oszczerstwo! Mój kolega po fachu, Mr. George Rabbit, bardzo poważnie akredytowany przy waszem naczelnem dowództwie, obiecał mi swoje poparcie. Nie mogę więc nic ścisłego o swoim pobycie w Berlinie powiedzieć... Ażeby ułatwić panu komisarzowi zadanie, to jest: ażeby pan mógł mnie mieć na oku, składam uroczyste przyrzeczenie meldowania się w jego biurze codziennie...
— Zupełnie niepotrzebnie będzie się szanowny pan fatygował! — zawołał komisarz. — Wystarczy, jeżeli pan powiadomi mię listownie o każdym swoim odjeździe z Berlina.
Ukłonił się i skwapliwie wziął podane mu przez Bungego grube cygaro hawańskie.
— Teraz zadam kilka pytań Mr. Rabbitowi — rzekł z uśmiechem. — A więc pan...
Amerykanin pyknął mu w nos dymem fajki i przerwał indagację krótkiem oznajmieniem:
— Oto mój paszport, well!
Ogromny arkusz amerykańskiej legitymacji, czerwone pieczęcie generalnego Sztabu niemieckiego, stemple dowództwa VIII-ej armji, z podpisami generałów Ludendorffa i Hindenburga, wiza austrjackiej Armee-Oberkommando, dołączone do paszportu listy Głównej Kwatery do generałów von Klucka, Bülowa i króla bawarskiego, wywarły wstrząsające wrażenie na komisarzu. Omal, że nie wypadł mu z rąk olbrzymi arkusz grubego papieru paszportowego, jakgdyby sparzył mu palce.
Well? — powtórzył Amerykanin. — Jestem dyrektorem głównego biura prasy amerykańskiej. Well, co dalej?
— Przepraszam pana, ale to mój obowiązek... — tłumaczył się policjant.
Yes, indeed! — kiwnął głową Mr. Rabbit i otoczył się gęstym obłokiem dymu.
Badanie było skończone. Komisarz z wywiadowcami odeszli. Bunge rzekł do kolegi amerykańskiego:
— Jednak nie bardzo gościnnie spotykają Niemcy neutralnych cudzoziemców, na których, jak, naprzykład, na Amerykanach i Szwajcarach, powinno im bardzo zależeć!
Yes! — odparł Amerykanin. — Cóż pan chce? Obawiają się szpiegów francuskich.
— Któżby z nich odważył się zajrzeć do legowiska lwa? — zaśmiał się Bunge.
Indeed! — kiwnął głową Mr. Rabbit. — Byłaby to gra ryzykowna!
— I ja tak myślę! — zgodził się dziennikarz. — A więc pan wpłynie na pomyślną decyzję sztabu w mojej sprawie?
Yes! — syknął przez zęby Rabbit. — Będziemy razem na froncie. Pan mi zato dopomoże w rozmowach z Niemcami, bo ja mam znaczne trudności z ich djablo niestrawnym językiem.
Za chwilę rozstali się. Urządziwszy się w swoim pokoju, Nesser, zamaskowany i opancerzony paszportem Bungego, wyszedł na miasto. Przeszedł kilka ulic i stanął na obszernym placu. Tłumy przechodniów zalegały chodniki, a nawet jezdnię. Bataljon piechoty przechodził szybkim krokiem, odprowadzany okrzykami chłopaków, otaczających szeregi żołnierzy. Sprzedawcy gazet darli się na całe gardło:
— Szczegóły klęski rosyjskiego generała Rennenkampfa! — Armja generała Hindenburga sformowana! — Dwa pruskie korpusy, przeznaczone dla obrony Krakowa, są w pogotowiu. — Opór Rosjan pod Warszawą zostanie niebawem złamany! — Przygotowania do szturmu na Antwerpję! Dostarczenie austrjackich haubic 42-centymetrowych!
Publiczność rozchwytywała dzienniki i tuż na ulicy czytała, zapominając o wszystkiem. Wyczuwało się niepokój i głęboki wstrząs całego życia, niegdyś tak bardzo uregulowanego. Nesser przyglądał się uważnie tłumowi. Zdziwił się, bo, gdyby nie wiedział, że jest w Berlinie, i nie słyszał rozlegającej się dokoła mowy niemieckiej, byłby przekonany, że stoi na placu jednego z miast francuskich. W tłumie ciągle majaczyły czarne postacie kobiet w żałobnych strojach. Patrzyły przed siebie nieruchomym wzrokiem, zgnębione, blade i zrozpaczone. Nie wzruszały ich, a nawet zupełnie nie obchodziły wrzaski sprzedawców dzienników, krzykliwe nagłówki artykułów i telegramów wojennych. Oddały na wojnę wszystko, co miały najdroższego, i wiedziały, że tych, którzy odeszli, już nigdy nie ujrzą ich ponure, wyżarte łzami oczy. Mężczyźni z nachmurzonemi czołami przeglądali pisma. Entuzjazmu nigdzie nie spostrzegł Nesser. Uderzał go trwożny, ciężki nastrój, wytrącający ludzi ze spokojnych, sztywnych ramek codziennego życia.
O ile w pierwszym okresie wojny wybuchnął entuzjazm, gdy spokojnemu, pracowitemu i wyszkolonemu narodowi rząd berliński hałaśliwie przyrzekł rychłe, niemal natychmiastowe zdobycie Paryża i zwycięskie zakończenie wojny, — o tyle teraz, po klęsce nad Marną, po porażkach, zadanych mu przez Rosjan w Prusach Wschodnich, po rozbiciu armji generała Prittwitza, Auffenberga i Brudermana, po wycofaniu się generała Hindenburga z pod Warszawy — poryw rozbudzonych drapieżnych instynktów i niezachwiana wiara w zwycięstwo oręża niemieckiego ustępowały coraz bardziej biernemu, z przyzwyczajenia wypływającemu wykonaniu obowiązków i niememu posłuchowi bez protestu, bez zagłębiania się nawet w istotny stan rzeczy. Inni — dygnitarze, stojący przy cesarzu, zostali powołani do myślenia, ludność zaś ograniczała się jedynie do tego, że bez słowa protestu wypełniała ich rozkazy.
Była to karność bezgraniczna. Obywatele spełniali ściśle czynności drobnej części maszyny, sprawnej, lecz bezmyślnej, kierowanej przez wyższą, niemal Boską wolę, panującą nad tym zbiornikiem kół, kółek, trybów i tłoków.
Nesser, który już w Szwajcarji i w pociągu przyglądał się Niemcom, wyczuwał dobrze ich duszę. Widział olbrzymią przepaść, dzielącą narody Germanji i Francji. W Niemczech nad wszystkiem górował oddawna zorganizowany rygor i bezwzględna karność wobec rozkazu władz. Wszelki myślowy, niezależny proces, jeżeli się odbywał w pewnych warstwach intelektualnych, przechodził w prawie abstrakcyjnej płaszczyźnie, niczem nie hamując ślepej, niemej i głuchej uległości przed żądaniem i nakazem autorytetu. Nesser zupełnie szczerze podziwiał genjusz klasy rządzącej, posiadającej zdolność do narzucania swej woli miljonom Niemców różnych szczepów i kultów; oceniał potęgę tak silnie spojonego i zorganizowanego społeczeństwa, lecz rozumiał zarazem, że potęga ta trwać może tylko wtedy, gdy sam rząd wierzy we własne zarządzenia i nie zmienia ich gwałtownie.
W razie załamania się myśli i woli uznanego autorytetu, cała potęga państwa niemieckiego musiałaby się nagle rozprzęgnąć i zburzyć tak, jak rozpryskuje się w połamane i pogięte kawałki maszyna, z nagle wypadającem z niej kołem zębatem, poruszającem wszystkie części zbiorowego mechanizmu.
Inaczej było we Francji. Rząd Republiki, jak każdy rząd, dążył do narzucenia ogółowi swej woli. Dochodził do tego jednak nie wyszkoleniem ludności w bezwzględnym posłuchu, lecz wychowaniem w warunkach wrażliwości na pewne, bliskie duchowi rasy hasła. Naród francuski mógł krytykować swój rząd, mógł wydrwiwać go i złorzeczyć mu, lecz nie śmiał dotknąć fetysza haseł, bo one tkwiły w jego mózgu i duszy. Nie ten, to inny rząd, aby tylko posiadał umiejętność odnowienia w odpowiedniej chwili tych znanych, drogich słów i rzucenia ich ulicy, wsi, masom robotniczym, inteligentnym warstwom, — dochodził do celu i wolę swoją narzucał Francuzom.
Odbywał się w praktyce politycznej odrębny proces psychiczny. W Niemczech wola cesarza przeistaczała się w ścisły, lecz bierny czyn, wykonywany przez społeczeństwo i kończący się z zanikiem kierującej woli; we Francji myśl rządu wybuchała w płomienny poryw narodu, który sam wytwarzał zbiorową, długotrwałą wolę. Co było pewniejsze i korzystniejsze dla toczącej się wojny, o tem Nesser nie miał wyrobionego zdania, bo wszystko zależało od napięcia i ciągłości woli, nadającej kierunek wypadkom. Korespondent postanowił sprawdzić swoje spostrzeżenia, korzystając z kilku dni wolnych, niezbędnych dla otrzymania przepustek na front zachodni. Należało jednak znaleźć sprzymierzeńców, myślących inaczej, niż ogół niemiecki. W Austrji przyszłoby mu to z łatwością, Czesi, Węgrzy niezawodnie dostarczyliby mu potrzebnych informacyj... Polacy też.
— Polacy? — pomyślał Nesser. — Ależ część Polski wchodzi w skład Niemiec?
Nie zwlekając, wstąpił do najbliższej kawiarni, kazał sobie podać kufel piwa i adresową książkę Berlina. Przejrzał ją uważnie. — Polska jadłodajnia! — przeczytał. — Doskonale!
Spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza. Wyszedł z kawiarni i wsiadł do tramwaju. W wąskiej, bocznej uliczce odnalazł restaurację z szyldem w niezrozumiałym języku. Niezawodnie, sądząc już z samego wyglądu domu i lokalu, ukrytego w ciemnem podwórzu brudnej, rozległej kamienicy, była to instytucja, przeznaczona dla niezamożnej klienteli.
Nesser uśmiechnął się złośliwie.
— Bardzo odpowiednia placówka dla obserwacyj i zbierania prawdziwych wieści o nastroju ludności! — pomyślał. — Uboga publiczność, która powinna się tu gromadzić, ideowo nic wspólnego mieć nie może ani z wojną, ani z entuzjazmem, sztucznie podniecanym dla celów niewielkiej garstki rządzących imperjalistów, zależnych od magnatów przemysłu. Biedacy idą na wojnę, biją się, stają się bohaterami, kalekami lub trupami, bo wiedzą, że w kraju zbudowano sporo bardzo ponurych i groźnych gmachów o oknach, zabezpieczonych w żelazne kraty i osłoniętych żaluzjami!
Już skierował się ku bramie żółtej, dość brudnej kamienicy, gdy nagle spostrzegł przechadzającego się mężczyznę. Niespokojne, biegające oczy i zbyt badawczy, czepiający się ludzi i przedmiotów wzrok, niby powleczony lepkim klejem, przypomniały reporterowi wywiadowców, towarzyszących mu od Zurychu; przyszło mu na myśl, że odwiedzając miejsce zebrań ludzi obcego pochodzenia, na wstępie mógł był wzbudzić podejrzenia policji.
— Muszę to odłożyć do bardziej odpowiedniej chwili, a najlepiej będzie, jeżeli wpadnę tu kiedyś z tym opancerzonym we wszelkie możliwe przepustki Amerykaninem! — zdecydował.
Wolnym krokiem wyminął szpiega i poszedł wzdłuż ulicy. Zatrzymał się przed barwnym afiszem małego kinematografu. Przeczytał tytuł wyświetlanego filmu:
„Swoim bohaterom wdzięczna ojczyzna“.
Skrzywił usta pogardliwie i szyderczo.
— Wdzięczna ojczyzna! — szepnął. — O, ona bywa bardzo wdzięczna, dla tych, którzy należą do kliki rządzącej! Lecz prawdziwi bohaterowie, właśnie ci, którzy giną lub tracą zdrowie w niezliczonych szeregach, jedną tylko wdzięczność otrzymują — zbiorowy pomnik z szumnym napisem; w razie zaś gdyby powrócili bez nóg i rąk, ślepi lub obłąkani, — mogą umierać z głodu, lub w najlepszym wypadku oczekiwać w nędznym przytułku na przyjście zbawczej śmierci. Wdzięczna ojczyzna! Teraz tym filmem, jak głupie ryby na przynętę z piórka i czerwonego gałganka, usiłują schwytać myśli tego oto urzędnika z banku, kuchcika restauracyjnego, usługującego w piwiarni, lub głodnego roznosiciela gazet, ochrypniętego od bezustannego wykrzykiwania bezczelnych nagłówków artykułów i telegramów.
Wściekłość ogarnęła reportera. Miał nawet chętkę zerwać agitacyjny afisz, nacechowany brutalnym podstępem, źle ukrytym fałszem, pogardą dla myśli i dążeń ludzkości. Długo stał z mocno zwartemi szczękami; oprzytomniał dopiero, ujrzawszy, wybiegającą z kinematografu, wysoką, rozrosłą kobietę. Miała na sobie popielatą pelerynę i czarny kapelusz. Z pod ronda wymykały się puszyste, rude włosy. Natychmiast we wspomnieniach Nessera stanęła zgnębiona postać Julji Martin, jej oczy pełne łez, gdy żegnała go ostatniego wieczora. Ciepła struga rzewnego uczucia wlała mu się do serca, uczuł świeży powiew, zalatujący zdaleka, niby od pola, pełnego kwiatów, ziół wonnych i powietrza, — powietrza nieskazitelnie czystego. Uśmiechnął się łagodnie i cicho — cicho wyszeptał:
— Julja Martin... śmieszna dziewucha, coraz staranniej naśladująca „porządne damy“... Jak się im tam powodzi jej i tej małej, biednej Marji?...
Poszedł dalej, pogrążony w układaniu swego pierwszego, z pobieżnych wrażeń złożonego artykułu do „Hałasu Ulicy“.
Skierował się do hotelu, gdzie miał się spotkać z Amerykaninem. Znalazł go w czytelni. Mr. Rabbit tonął w powodzi dzienników, które przeglądał, robiąc notatki.
All right! — zawołał, spostrzegłszy wchodzącego kolegę. — Myślałem, że pan już nie przyjdzie. Czas na obiad. Głodny jestem!
— Możemy iść — odpowiedział Nesser.
— Zawiozę pana do restauracji, gdzie się schodzą wszyscy niemal neutralni dziennikarze — oznajmił Amerykanin. — Wcale dobrze karmią, a jeszcze lepiej dają pić...
— Bardzo szlachetnie to ze strony pańskiego restauratora! — zaśmiał się reporter.
Po chwili wsiadali do samochodu Rabbita. Zatrzymali się przed dużą restauracją na „Unter den Linden“ i weszli na salę. Wszystkie prawie stoliki były zajęte. Nesser zdziwił się, że usługiwały tu kobiety w czarnych sukniach z białemi fartuszkami i w sztywnych czepkach na głowie. Tem spostrzeżeniem podzielił się zaraz z Amerykaninem.
— Służyli tu dawniej bardzo zręczni i wytresowani kelnerzy, lecz zostali zmobilizowani i poszli do wojska — odparł dziennikarz. — W Niemczech wkrótce wcale nie pozostanie mężczyzn! Cesarz i rząd wszystko stawiają na jedną kartę. Bardzo energiczny i stanowczy naród!
— Naród? — zapytał korespondent. — Naród to — króliki...
Amerykanin spojrzał na kolegę ze zdumieniem, po chwili jednak, — widocznie zrozumiał myśl reportera, bo powiedział półgłosem:
— Rząd i partja wojenna... chciałem powiedzieć. Ale dlaczego pan, panie Bunge, wspomniał o królikach.
— Chciałem tylko wnieść poprawkę do powiedzenia kolegi — odparł. — Narody rzadko z własnej nieprzymuszonej woli biorą udział w energicznych posunięciach rządu. Lud pozostaje zawsze w roli królika, którego tuczą, pobudzają do rozpłodu, a później rżną na smaczną potrawkę i pasztet, oddają na pożarcie wężom w ogrodzie zoologicznym lub do laboratorjów doświadczalnych!
Amerykanin uważnie spojrzał na Nessera.
— Hm, hm... — mruknął. — Ma pan rację... lecz nie radzę o tem mówić z Niemcami! Nie radzę!
— Podejrzewam, że z Francuzami i Anglikami również niebardzo bezpiecznie dzielić się podobnemi myślami! — zaśmiał się korespondent. — Ani z Amerykanami, gdyby wypowiedzieli komuś wojnę?
Yes! yes! — zgodził się dziennikarz. — Nie byłoby to bezpieczne!
Mr. Rabbit skierował się do stolika, przy którym siedziało dwuch panów.
— Zaznajomcie się, dżentlemeni! — rzucił Amerykanin. — Jest to pan Fryderyk Bunge, towarzysz mojej ostatniej podróży do Szwajcarji, nad granicę francuską.
Panowie powstali, witając przybyłych.
— Jestem Magnus Eriksson, korespondent szwedzkich dzienników — rzekł wysmukły, jak maszt, Szwed o złocistych włosach. Miał śmiałą, bronzową twarz marynarza, badawcze, niebieskie oczy i ruchy, zdradzające żołnierza. Jego towarzysz, — mały krępy, w obszernem jasno-szarem ubraniu, w żółtych sztylpach i grubych, podkutych gwoździami trzewikach, mocno uścisnął dłoń nowego znajomego i potrząsnął tak, jakgdyby zamierzał ją urwać. Lewą ręką wyjął fajkę z ust i wybuchnął głośnym śmiechem:
— No, o mnie to chyba Rabbit już pana poinformował? On zawsze anegdoty o mnie rozpowiada na lewo i na prawo! Urodziłem się w szałasie kowboja, ochrzczono mnie, jak się należy, i nazwano Willy Brown, chociaż w wyborze imienia i nazwiska nie brałem żadnego udziału. Zresztą, jest mi to obojętne, gdyż słyszałem, że prezydent Wilson, a nawet Abraham Linkoln w podobnej byli sytuacji!
Śmiejąc się, zasiedli do stołu.
Zamówiwszy śniadanie, Rabbit spojrzał na swego amerykańskiego kolegę wesołemi oczami i, pykając fajką, odezwał się:
— A widzisz, Willy, pomyliłeś się! Nic jeszcze panu Bunge o tobie nie mówiłem. Ale teraz opowiem za karę, bo jesteś szalenie zarozumiały, my boy! Jesteś przekonany, że w każdej okoliczności życia tylko o tobie myślę i mówię?... Panie Bunge, przedstawiam panu Willy Browna; jest on najprawdziwszym typem z powieści Jacka Londona. Dzieciństwo spędził wśród kowbojów, młode lata w kopalniach na Alasce, ale uświadomiwszy sobie, iż nie ma szans na tytuł „króla złota“, plunął na „goldfields“ i zapisał się, jako marynarz, na kuter przemysłowy...
— No... no... już się zbliżasz do mety, my dear! — mruczał, uśmiechając się oczami, Brown.
— Opowiada wszystkim, że trudnił się polowaniem na wieloryby, ja zaś mam ścisłe informacje, że był potrosze piratem, potrosze przemytnikiem. Na wyspach Komandorskich z pod nosa władz rosyjskich porywał drogocenne foki a przy okazji bił się z marynarzami i dozorcami celnymi! Twierdzę tak, bo wiem, że Willy ma w skórze trzy dziury od kul. A może nie masz, stary wilku?
Brown wymachiwał rękami i śmiał się. Nesser dostrzegł granatowo-czerwone znaki wytatuowane na przegubach rąk dziennikarza i długą bliznę za prawem uchem.
No... no... no!... — mruczał Brown. — Nie wiele wiadomości o mnie posiadasz! Mógłbym podać o sobie więcej ciekawych szczegółów, George, bo te historje to — drobnostki, epizody, przygody, nie warte pióra Watermanna i skrawka dobrej bibuły. Doprawdy!
Wszyscy się śmiali, patrząc na Barczystego Amerykanina o zawadjackiej twarzy, gładko ogolonej, co jeszcze bardziej podkreślało ślady burzliwej przeszłości jej posiadacza.
— Kiedy powróciłeś, Willy, z frontu? — zapytał Rabbit.
— Dziś w nocy. Byliśmy tam razem z Erikssonem, — odpowiedział Brown. — Widzieliśmy, jak korpus bawarskiej armji generała von Strantza zmusił Francuzów do kapitulacji w forcie Camp des Romains i zajął Saint-Mihiel. Francuzi rzucili całą swoją pierwszą armję i wstrzymali Strantza, który, nie oddając Saint-Mihiel i Chauvoncourt, cofa się teraz na północ od lasu d’Apremont. Zdolny Strantz utworzył „kieszeń“, która będzie drogo kosztowała Francuzów przez długi czas!
— Niezawodnie! — zawołał Szwed. — Jako oficer sztabu generalnego, twierdzę, że pozycje, zajęte przez bawarskie korpusy, są nie do zdobycia, szczególnie dla Francuzów!
— Dlaczego pan tak myśli? — spokojnie podnosząc kufel piwa do ust, zapytał Nesser.
— Dlatego, że Niemcy posiadają plan i zdolność skupienia sił w jedną organizację, powiedziałbym — w jedną pięść, Francuzi zaś wciąż improwizują! — odparł z przekonaniem w głosie.
— Jednak ta improwizacja pokrzyżowała wszystkie plany von Klucka i Bülowa — zauważył reporter. — My — szwajcarscy dziennikarze byliśmy zdumieni taką sprężystością Francuzów, wcale do wojowników nie podobnych.
Szwed nic nie odpowiedział.
Nesser natychmiast dodał:
— Improwizacja na wojnie może popsuć wszystkie, najlepiej obmyślone plany przeciwnika. Tak twierdził Napoleon...
— Tak, to — prawda! — zgodził się Rabbit. — Chociaż co do „kieszeni“ Saint-Mihiel, to mówiono mi w sztabie niemieckim, że tam już sam Bóg nie pomoże i że z tych pozycyj nikt i nic nie wyprze Bawarczyków!
— Jestem zupełnie tego samego zdania! — potwierdził Eriksson.
— Dajcie pokój wojnie, bo to psuje apetyt! — zawołał Brown. — Patrzcie, nasza panna niesie ogromne sznycle i przysmażone na słoninie ziemniaki! Bardzo to lubię...
— Dobrze! — rzekł Rabbit. — Powiedz tylko, co masz zamiar robić dalej?
— Za dwa dni jadę na front! — odpowiedział Amerykanin, łakomie patrząc na duże kawały smażonego mięsa, leżące na półmisku.
All right! — mruknął Rabbit, zabierając się do jedzenia.
— Panie Brown! — poprosił Nesser. — Chciałbym pojechać z panem!
— Zrobione! — odparł za kolegę Rabbit. — Właśnie mówiłem dziś o panu ministrowi. Jutro otrzyma pan przepustkę i potrzebne listy polecające. Ale przysługa za przysługę! Czy obiecuje mi pan korespondencję z frontu?
— A cóż ja będę robił? — spytał zdumiony Brown.
— Ty jesteś warjat, włazisz pod najgorętszy ogień, wścibiasz swój nos wszędzie. Czy ja wiem, co tobie do głowy strzeli, Willy? Być może, udasz się na „interview“ do francuskich okopów, gdzie cię poczęstują kulą? Proszę więc, aby pan Bunge na wypadek twojej śmierci dał korespondencję dla naszego biura.
— O! — zawołał ze śmiechem Brown. — To nie tak źle! Sam wszak twierdzisz, że widziałem w swojem życiu kule? Ostrożny jestem!
— Nie powiedziałbym tego! — zaprzeczył Szwed. — Podczas ataku na Saint-Mihiel biegł pan obok lewego skrzydła trzeciego korpusu Bawarczyków. Widziałem, przecież, jak tam pracowały francuskie kulomioty. Dziwiłem się ryzykownej eskapadzie pana, drogi Brown!
— Jakież to ryzyko?! — wzruszył ramionami Amerykanin. — Francuzi prażyli do Niemców, a ja cywilny „yankee“ szedłem sobie osobno, na uboczu. Nie byliby przecież specjalnie ostrzeliwali mnie z dział i kulomiotów?
— Wiecie panowie, co ten szaleniec robił? — zawołał Eriksson. — Biegł obok idących w tyraljerkę Bawarczyków i wcale się nawet nie krył. Chwilami przystawał, i zapisywał coś do notatnika...
— Wcale nie pisałem! — oburzył się nagle Brown. — Robiłem sylwetki... oto patrzcie!
Wydobył z kieszeni szerokiej marynarki gruby szkicownik i pokazał kilka rysunków, pełnych ruchu i wyrazu.
— Prawdziwy z pana artysta! — zawołał zachwycony Nesser.
— Gdzież tam! — potrząsnął głową Amerykanin. — Dyletant najgorszego gatunku, bo zuchwały i bezczelny! Ośmielam się konkurować z malarzami! Ha! uczyłem się rysunku od pewnego sztormana na żaglowcu koło Labradoru. Ten to pięknie rysował! Robię szkice i dobrze je sprzedaję, bo fachowi malarze nie chcą narażać swego życia i rysują z wyobraźni, a wojna to już nic wspólnego z najbujniejszą nawet fantazją nie ma! Bitwę trzeba widzieć, wczuć się w nią, zrozumieć wszystko!...
Nesser długo oglądał szkice Browna i, zwracając mu album, zauważył:
— Bardzo piękne rzeczy i prawdziwe! Te ciała poległych, które same wciskają się w ziemię, płaszczą na jej powierzchni, jak galareta; te szmaty, pozostające z ludzi zdrowych, wesołych, pełnych porywu, nawet, być może, genjalności, są wyśmienite! Tego na żadnym obrazie największych mistrzów nie widziałem! Nigdy!
Szwed podniósł głowę i uważnie słuchał.
— Człowiek — chytra bestja! — zaśmiał się Brown, chowając swój szkicownik. — Gdy przestał być żywą istotą, zamienia się w kupę szmat (dobrze pan to podpatrzył!), jakgdyby chciał rzec: „No, już zrobiliście swoje i dajcie mi teraz święty spokój!“
— Zrobiliście swoje? — powtórzył Nesser i, blednąc, zapytał: — A więc w XX-ym wieku zadaniem ludzi cywilizowanych jest mord? Mord, z którym trzeba się pogodzić?!
Amerykanie spoważnieli i siedzieli w zamyśleniu.
— To, co się teraz dzieje, jest wstrętne i straszne! — mówił coraz bardziej zapalając się Nesser, czując, że ponosi go oburzenie. — Ludzie szukają w głębi dusz i mózgów jakichś odruchów dawno przeżytych wieków, jakichś skrawków myśli, budzących odwagę, potrzebę bohaterstwa — są to męczennicy, szmaty ludzkie, które mówią: „zrobiliście swoje i dajcie mi teraz spokój!“ Lecz ci, którzy rozmiotali po całej Europie stosy tych świętych w swojej niewiedzy i porywie szmat, co czynią to w imię dochodów, płynących z ich kopalni węgla, nafty, żelaza, z ich fabryk, z ich roli, rozrzuconych po całym świecie, o, to są zbrodniarze, wstrętni i straszni, potworne płazy, karmione przez brutalnych dozorców żywemi królikami!
Eriksson oczu nie spuszczał z mówiącego. Jakieś błyski zapalały się w jego niebieskich, rozmarzonych oczach. Odgarnął z czoła złociste włosy i cicho rzekł:
— Prawda! My możemy mówić i myśleć tak, jak pan, panie Bunge! Lecz w Niemczech, Francji, Rosji i Anglji taka myśl równałaby się wyrokowi śmierci. Tam wszyscy wykonać muszą do końca, do ostatniego skrawka szmaty ludzkiej wolę cesarzy i ich popleczników, plany tajnej rady lub gabinetu ministrów, zamaskowanego w swej samowoli chytrze zawikłanym systemem „demokratycznym“! Tak! Jednak takie myśli przychodzić mogą tylko do głowy Amerykanom, Szwedom, szwajcarskim obywatelom, bo oni nie potrafią znaleźć żadnego powodu, usprawiedliwiającego tworzenie chociażby najmniejszej kupy, ze szmat ludzkich złożonej. Niema dostatecznie potężnej przyczyny dla takiego zjawiska, istotnie wstrętnego, strasznego i zbrodniczego do ostatnich granic!
Amerykanie milczeli uparcie z mocno zaciśniętemi szczękami.
— Cóż myślą o tem amerykańscy dżentlemeni? — z szyderstwem w głosie zapytał Nesser.
Pierwszy odezwał się Rabbit.
— Pytanie drażliwe i potrącające najboleśniejsze struny umysłowości Nowego Świata — mruknął, arszcząc brwi. — Ameryka z głębokiem zdumieniem dowiedziała się o wybuchu wojny. Europa oszalała! Zadała ona niezwykle silny wstrząs całej ludzkości. Konsekwencje tego nie dadzą się w obecnej chwili określić.
Umilknął.
Brown uderzył pięścią w stół.
Damn! — zawołał — Wojna — zabawna heca, porywająca i zajmująca!... Ale znam inne rzeczy. Naprzykład, spędzenie najbogatszych mieszkańców z całego Nowego Jorku na Down-Street za opłatą po sto dolarów od głowy i demonstrowanie wysadzania w powietrze 54-piętrowego Woolworth Buildingu wraz z biurami, bankami, urzędnikami. Porywające, zajmujące widowisko! Albo przerwanie tam na Mississippi i zalanie kilku stanów wodą? Pyszne! Pytam się tylko, poco było budować Woolworth-Building i tamy na Mississippi!? Poco! Budować, żeby burzyć?! Europa od wieków wciąż tworzy, a my uczyliśmy się tej sztuki od niej. A teraz? Burzy ona katedrę Reimsu, wznoszoną, zdaje się, w ciągu siedmiu stuleci, a może i dłużej; wysadza w powietrze i pali miasta, fabryki, mosty. Zabija tysiące ludzi, z których każdy może coś tworzyć pożytecznego, pięknego albo nawet wielkiego... Szaleńcy! Nie! Ameryka interesuje się wojną, ten i ów oblicza już swoje dochody z tej imprezy, lecz w duchu mówi: „Głupia, zbrodnicza, stara Europa! Wpadła w starczy marazm, w obłęd i musi zginąć! Ameryka tworząca będzie teraz zapisywała karty historji!“...
Nesser spostrzegł, że siedzące obok towarzystwo przysłuchuje się rozmowie cudzoziemskich dziennikarzy. Dał swoim towarzyszom ostrzegawczy znak oczami. Zaczęli rozmawiać o rzeczach obojętnych i wkrótce opuścili restaurację. W hotelu Nesser napisał pierwszą korespondencję dla „Echa Jezior“ — tygodnika, który miał wydawać „Jednooki Paweł“ w porozumieniu ze sztabem francuskim. Do artykułu zuchwały korespondent wojenny dodał list prywatny. Chociaż opisywał w nim tylko swoje życie w stolicy Niemiec, donosił o istniejących cenach na papier, farbę drukarską, maszyny, produkty żywności i inne szczegóły, niezbędne dla nowopowstałej redakcji tygodnika genewskiego. Napracował się bardzo, zanim skończył ten list. Nie było w tem nic dziwnego, ponieważ każde słowo miało podwójne znaczenie, był to tajny szyfr, ustalony podczas ostatniej narady z Rumeurem. Osobiście wyprawiwszy dużą kopertę do Genewy, powrócił do domu. Uśmiechnął się do siebie, widząc już swoją kopertę w ręku „Jednookiego Pawła“, który część jej miał przesłać do Paryża; wyobrażał sobie rozpromienioną twarz i spoconą łysinę szefa, czytającego pierwsze wiadomości z Berlina. Uśmiechał się na myśl o tem, jak wprawny i zręczny dziennikarz z tej wiązanki autentycznych wiadomości i spostrzeżeń będzie przez cały tydzień fabrykował korespondencje i telegramy od „specjalnego korespondenta z frontu niemieckiego“.
Dwa następne dni upłynęły mu na wizytach do różnych biur wojskowych, na gromadzeniu listów polecających, przepustek, biletów kolejowych, na wysłuchiwaniu wskazówek i objaśnień. Zawdzięczając wpływowemu Rabbitowi, Nesser uzyskał wreszcie wszystko i miał już odjeżdżać na front z Willy Brownem, który zamierzał obejrzeć przygotowania do bitwy w Szampanji, gdy do pokoju wszedł Rabbit i rzekł tajemniczym głosem:
— Dowiedziałem się w tej chwili o bardzo ważnej rzeczy. Cesarz rozkazał rozpocząć „marsz na Calais“. Wie pan co to znaczy?
— Zdaje się, że tak! — odpowiedział reporter. — Napoleon również z Calais zamierzał zagrozić izolowanej na wyspach Anglji. Skończyło się to jednak źle, o ile uprzytamniam sobie w tej chwili historję Francji...
— Tak! — zawołał Amerykanin. — Wilhelm postanowił wykonać szalony czy genjalny plan napadu na Anglję! Dowództwo rzuci 600 000 ludzi do Flandrji. W tym celu potajemnie wyszkolono cztery nowe korpusy, rozkwaterowane po małych miasteczkach. Zacznie się bitwa, mająca na celu przerwanie frontu franko-anglo-belgijskiej armji. Będzie to ważny moment w tej wojnie! Jadę sam i chętnie zabiorę pana ze sobą! Brown niech jedzie do Szampanji, jeżeli chce!
W godzinę później siedzieli już w pociągu, zdążającym ku granicy belgijskiej. Stanęli w Ostendzie, która pozostawała nadal w rękach Niemców. Rozpoczął się atak na Dixmude. Przywiezione po upadku Antwerpji ciężkie haubice austrjackie już bombardowały miasto. Ruprecht Bawarski rzucił do ataku swoje wojska. Sprawne szeregi niemieckich żołnierzy, zbite w jedną masę, uderzyły jak olbrzymi bałwan, lecz cofnęły się, zdziesiątkowane, poszarpane, ociekające krwią. Na pewną śmierć rzucono nowe pułki, dywizje, korpusy całe. Zdawało się, że nic nie może wstrzymać tej powodzi zbrojnych ludzi. Wtedy od morza potoczyły się głuche odgłosy armat, ukrytych w mgle. To przemówiły ciężkie działa floty angielskiej; posyłały pociski, szarpiące straszliwie szeregi atakujących. Nesser z Rabbitem stali na dobrze osłoniętym punkcie obserwacyjnym i mogli widzieć dokładnie znaczny odcinek bitwy, rozpoczynającej się nad Izerą.
Znajdujący się wpobliżu pułkownik niemiecki mruczał:
— W tej norze siedzą Belgowie, broniący ostatniego kawałka swojej ziemi, i „panny z czerwonemi pomponami“.
— Co to znaczy? — zapytał zdziwiony Amerykanin.
— Piechota morska francuskiego admirała Ronarcha — odpowiedział pułkownik, przyglądając się bitwie.
Niedaleko od punktu obserwacyjnego zdążał biegiem ku atakującym nowy bataljon piechoty. Nesser spostrzegł, że składał się z niemłodych już ludzi, zapewne rezerwistów starszych roczników.
— Aha! — zawołał pułkownik do oficera telefonisty. — Wprowadzają do bitwy 22-gi korpus rezerwowy! Zobaczymy, jak się będzie zachowywał? Miał zaledwie dwa miesiące na wyszkolenie.
Bataljon w zwartych szeregach biegł naprzód. Nikt się nie wysuwał, nikt nie łamał linji. Jedna wola, paraliżująca wszelkie uczucia jednostek, parła ludzi naprzód. Tylko coraz bliżej przyciskały się do siebie sylwetki żołnierskie i coraz wolniej posuwał się bataljon, zbity w jedno ogromne ciało o tysiącu bijących serc. Od strony Dixmude niby setkami kłów, szczęknęła na lewem skrzydle ukryta baterja kulomiotów i odrazu namacała idący do ataku bataljon. Jakgdyby wielkie ostrze automatycznej kosiarki, niewidzialne w błyskawicznym ruchu, machnęło raz i dwa, podcięło pierwsze szeregi, dosięgło dalszych i jęło wyrywać dziesiątki ludzi odrazu, za jednym zamachem. Niby drzewa, ścięte pod pion, padali żołnierze, tu — pozostawali bez ruchu, tam — czołgali się jeszcze, usiłowali wstać i znowu padali, rażeni gradem kul, tworzących wirującą zasłonę z mknącego metalu.
— Cofać się! Cofać!! — nawoływali oficerowie.
Bataljon zatrzymał się, jak osadzony w biegu byk, na chwilę jedną zawahał się, cofnął, ustawiając się w nowym szyku.
Nesser zauważył dwóch najbliższych żołnierzy. W życiu zwykłem, byli oni z pewnością niepodobni do siebie, lecz w chwili bitwy i szalejącej śmierci, wydali się reporterowi sobowtórami. Te same blade, okryte straszliwą bielą przerażenia twarze, te same sine, zapiekłe, bezmyślnie otwarte usta, te same oczy, wychodzące z orbit, nieruchome, wylękłe do obłędu.
— Naprzód! Naprzód! Biegiem! — komenderowali oficerowie.
Bataljon popędził znowu ku strasznej ścianie z gwiżdżących przeciągle kul, ku niewidzialnemu ostrzu potwornej kosiarki. Siekła ona i waliła ludzi, jak wicher obala i rozrzuca po polu snopy zboża. Umilkły głosy oficerów; już inne gardziele wykrzykiwały przeraźliwe, szalone słowa komendy. Kosiarka robiła swoje, szerząc klęskę i nagromadzając stosy, zwały drgających, skrwawionych ciał.
Nesser bez lornetki dojrzał wyraźnie, jak zatoczyli się i wypuścili karabiny z rąk żołnierze, których widział w ostatnich szeregach. Jakaś zgroza, ostry wstyd, że z bezpiecznego miejsca przygląda się wstrętnej rzezi, jakiś nakaz wszechwładny porwały go nagle. Wybiegł ze skrytki obserwacyjnej i o niczem nie myśląc, popędził przez pole tam, gdzie wyrastały stosy poległych rezerwistów i gdzie zmagały się z nieubłaganem przeznaczeniem poruszane bezmyślną sprężyną posłuchu resztki bataljonu.
Nesser słyszał, jak gwizdały dokoła i uderzały o wilgotną ziemię kule, lecz nie czuł strachu i biegł naprzód. Dopadł i schylił się nad leżącymi żołnierzami. Rozwalone kilku naraz kulami czaszki, krwawiące otwory zamiast oczu, przebite piersi — były to tyle razy już widziane przedtem straszne szmaty ludzkie, lecz ci, do których pchnęło go nieobjaśnione a wszechwładne współczucie, żałość bezmierna, jeszcze się ruszali, jak rozgniecione robaki. Zobaczył ich blade twarze, sine wargi szybko, niby u wyrzuconych na brzeg ryb, chwytające powietrze, usta, wydające jeszcze te same, bezmyślne, dzikie, ochrypłe okrzyki, zajrzał przytomnie, z jakąś sprawiającą mu ból bacznością w ich oczy, z zastygłym w nich obłędem przerażenia. Obok niego, potrącając go, padali cofający się żołnierze; dowodzący niedobitkami podoficer zwrócił na niego nieprzytomny wzrok, jakgdyby zobaczył przed sobą widmo nieznane, zatoczył się raptownie, bluzgnął mu w twarz strugą krwi, wytryskującej z wykrzywionych ust, i padł obok, głucho uderzając głową o kamień.
Nesser podniósł jednego z rannych. Żołnierz jęczał, zaciskając ranę na piersi, i nie słyszał, że nieznajomy człowiek powtarza raz po raz:
— Uratuję!... Uratuję... Uratuję!...
Usadowił go, oparłszy plecami o ciało zabitego podoficera, i zaczął dźwigać drugiego, który miał strzaskaną rękę i przebitą szyję.
Poczuł znużenie. Wyprostował się i całą siłą płuc wciągnął powietrze. Schylił się znowu, podźwignął jednego i, objąwszy wpół, podniósł i przerzucił sobie przez ramię. Drugiemu dopomógł wstać i, podtrzymując, prowadził go, a raczej wlókł za sobą. O niczem nie myślał i niczego się nie bał. Czuł tylko, że musi ratować tych dwuch. Dlaczego ich, a nie innych? Dlaczego tu wśród niemieckich żołnierzy, wśród wrogów, przebudziła się w nim nieprzezwyciężona żądza ofiarności, cichego bohaterstwa? Tego nie uświadamiał sobie i o tem nie myślał.
Z punktu obserwacyjnego biegł mu na pomoc dziennikarz amerykański, porwany przykładem kolegi. Razem doprowadzili rannych do pobliskiego okopu dali im wody i zatelefonowali do czołowego oddziału opatrunkowego.
„Panienki z czerwonemi pomponami“ i resztki belgijskiego wojska z załogi Antwerpji obroniły Dixmude. Niemcy cofnęli się na dawne pozycje. Artylerja ich rozpoczęła zasypywać pociskami Dixmude i wszczęła huraganowy ogień przeciwko Pervyse, gdzie najłatwiej, zdawało się, można było przebić obronny front nieprzyjacielski.
Wieczorem tegoż dnia Nessera i Rabbita przedstawiono dowódzcy korpusu. Podziwiano ich odwagę i dobre serce, dziękowano i obiecywano zaszczytne nagrody za ich czyn bohaterski. Po powrocie do swojej kwatery, Rabbit mocno potrząsnął rękę reportera i rzekł wzruszonym głosem:
— Dziękuję panu, Mr. Bunge, że dał mi pan okazję do spełnienia chrześcijańskiego obowiązku miłosierdzia i zarazem bohaterskiego czynu!
Nesser wzruszył ramionami obojętnie. Amerykanin zapytał:
— Co pana zmusiło do takiego szaleństwa, Mr. Bunge?
Reporter zawahał się chwilę, a potem rzekł, patrząc w oczy kolegi surowym wzrokiem:
— Bez miłości życie nie jest życiem... a miłość żąda ofiar bez liku, bez miary...
Dziennikarz nic nie odpowiedział. Nesser usiadł i zaczął pisać, nie odrywając się od papieru. Gdy skończył, Rabbit spytał go:
— Korespondencja?
Reporter skinął głową.
— Czy nie mógłby mi pan przeczytać jej, ułatwi mi to moją pracę, jestem jeszcze zbyt wzburzony — poprosił dziennikarz.
Nesser zaczął czytać. Była to historja bataljonu rezerwistów, którzy mieli tylko dwa miesiące wyszkolenia, szli na śmierć bez oporu i zostali wybici niemal do nogi. Gorący, namiętny ton artykułu czynił z niego straszliwy, ciężki akt oskarżenia przeciwko zbrodni wojny.
— Wspaniałe! — zawołał Amerykanin. — To już nietylko korespondencja reporterska, to — epopea, krótka a potężna, napisana przez genjalnego pisarza! Panie Bunge, może pan sobie pisać do swego „Echa Jezior“, ale ja nie mogę opuścić okazji, aby nie zaangażować takiego utalentowanego pisarza do swego biura.
— Dobrze! — zgodził się reporter.
Uścisnęli sobie ręce w milczeniu.
— Hm! — mruknął Rabbit. — Nazywałem Willy Browna warjatem, a dziś sam narażałem swoje życie jeszcze bardziej po warjacku! Zadziwiające!
Nesser spojrzał na niego uważnie i rzekł:
— Zadziwiające!? Zadziwiające jest to dla mnie — Europejczyka, żyjącego wśród nieprzerwanej sieci zbrodni i ohydy politycznej i społecznej, lecz dla pana, obywatela młodej i, na szczęście, nie cuchnącej jeszcze padliną republiki uważam to za odruch normalny!
Rabbit z uczuciem potrząsał i ściskał ręce kolegi i mruczał zmieszany:
— Gdyby tak było... O, gdybyż tak było!...
Od tego wypadku karjera czcigodnego Benjamina Rumeura i rozwój „Hałasu Ulicy“ weszły na najszersze tory. We wszystkich sferach i warstwach społecznych podziwiano zręcznego, niemal genjalnego kierownika niedawno pogardzanego brukowca. Korespondencje, nadchodzące z Berlina, podawały najściślejsze informacje co do wojsk niemieckich, walczących we Flandrji i Szampanji, przebiegu walki składu dowództwa i nastroju ludności. Wiadomości, „Hałasu Ulicy“ wyprzedzały nieraz komunikaty urzędowe, a zawsze były przez nie potwierdzane. Imię Henryka Nessera stawało się najpopularniejszem w prasie. Wszystko to zawdzięczał teraz reporter nieobjaśnionej żądzy ofiarności, wybuchającej w nim tak potężnie w bitwie przy Dixmude. Dopomagało mu też stanowisko współpracownika wpływowej agencji amerykańskiej. Koperty z godłem Stanów Zjednoczonych nie były poddawane cenzurze i szły swobodnie do Genewy, gdzie Paweł Mouche sumiennie odbierał je i przesyłał panu Rumeurowi.
Tymczasem bitwa we Flandrji, tocząca się w październiku 1914 roku dla ułatwienia „marszu na Calais“ i napadu na Anglję w jej własnem „legowisku“, przechodziła w wielką zgiełkliwą „bijatykę“. Francuzi nazwali ją „melée des Flandres“. Była to bardzo trafna nazwa, zabawna, lecz budząca niepokój. Nesser, objeżdżając front niemiecki nad Izerą i przyglądając się zbliska wzajemnemu tępieniu się miljona ludzi różnych ras i barw, zrozumiał teraz to zmaganie się wściekłe, trwające cały miesiąc. Przed oczami jego odgrywała się olbrzymia, fantastyczna tragedja, przesuwał się film o straszliwem napięciu akcji, wstrząsających epizodach i przerażających dekoracjach.
Na tle mglistego, jesiennego nieba, osłoniętego powłoką nigdy nie opadających chmur dymów armatnich, rzygały ogniem wybuchające olbrzymie pociski, miotały się żagwie pożarów; padały wysmukłe, strzeliste wieże kościołów i gmachy gotyckie, które przetrwały stulecia, a w tej chwili ponurego szału rozpryskiwały się w gruzy; kładły się pokotem lasy, ścięte szrapnelami; znikały wioski i miasteczka; każda piędź ziemi ociekała krwią, na każdym metrze powierzchni tego skrawka spokojnej od wieków, pracowitej Flamandji wyrastał grób po grobie. Nesser, przyglądając się bitwie, chwytał się nieraz za głowę i pytał bezdźwięcznym głosem:
— Skąd ten obłęd okrucieństwa i pęd do zniszczenia?!
Burzono wszystko dokoła, nie oszczędzano niczego. Historję, sztukę, kulturę — wszystko to rzucono na łup szalejącej wojny. Zresztą, czyż mogli walczący przeciwnicy oszczędzać dawne zabytki jakiegoś tam flamandzkiego budownictwa, gdy codziennie dziesiątki tysięcy trupów rzucano do rozmiękłej, błotnistej ziemi, przeciętej kanałami, zbiegającemi do Izery? Czyż mieli oni czas na omijanie pociskami koronkowych, wysmukłych, pełnych polotu ku niebu wieżyczek i dzwonnic gotyckich, gdy o kilka kilometrów dalej ciągnęły się baraki szpitalne, skąd w dzień i w nocy płynęła monotonna fala jęków, skarg i łkań przedśmiertnej męki? Tam zmagały się ze śmiercią, wiły się w tęsknicy i bólu niezliczone tysiące rannych — kwiat młodzieży cywilizowanej Germanji, jej nadzieje, jej synowie, którzy niedawno jeszcze zamierzali ująć w swoje dłonie losy ojczyzny i poprowadzić ją szlakami dalszego postępu.
Wielkie zabytki przeszłości ginęły w płomieniach i zapadały się wśród wybuchów pękających granatów, bo już straciły dla ludzi swoją wartość; inne rzeczy nabierały pierwszorzędnego znaczenia. Inne rzeczy? Naprzykład — ubogi „domek przewoźnika“ nad Izerą? Wpobliżu tej kupy odłamków cegły i zwęglonego stropu przez długie tygodnie toczyła się zawzięta bitwa. O tajemniczym domku czytali ludzie w Paryżu i Kwebeku, w Londynie i w Batawji, w Berlinie i na Tasmanji...
Zdawaćby się mogło, że przeciwnicy widzą w tym zburzonym domku jedyną dla siebie deskę ocalenia. Być może, oczekiwali, że z jego gruzów wyjdzie nagle nieznany przewoźnik i wskaże drogę do promienistego szczęścia. Ta jasna meta jakgdyby przyświecała walczącym z obydwu brzegów rzeki. Tymczasem ze zwalisk cegły wychylało się blade widmo śmierci, upiorna mara, siejąca zniszczenie i przekleństwo. Nie spostrzegały tych zjaw ponurych wojska przeciwników i walczyły z nowym wybuchem sił i zaciętości.
„Domek przewoźnika“, od pierwszego dnia wojny leżący w gruzach! Ileż tysięcy młodych istnień zgasło przed potrzaskanemi, okopconemi murami tej nory śmierci? Ileż krwi wsiąkło w ścieżkę, wydeptaną niegdyś stopami nieznanego przewoźnika i w stratowane klomby małego ogródka, w którym nawet zdziebełka trawy nie pozostało? Ileż wysiłków nadludzkich, polotu myśli, porywów bohaterstwa rozbiło się o te kawałki rozmiotanego dokoła tynku? Z takim uporem nie walczono chyba nawet o Kartaginę, ani o pałac królewski w Babylonie, ani nawet o stolicę Francji — Paryż. Inne bowiem rzeczy nabierały nagle zagadkowego a tragicznego znaczenia...
Belgowie, broniąc się zażarcie pod dowództwem generała Urbala, nie cofnęli się przed zniszczeniem szluzów koło Nieuportu, zatopiwszy olbrzymią przestrzeń. Niemcy przewidywali plan belgijski i zasypywali pociskami dostęp do rzeki, lecz belgijscy saperzy dokonali największego dzieła zniszczenia, wysadzając tamy. Przez wieki całe walczył pracowity naród flamandzki z morzem, odbierając mu ziemię urodzajną — metr po metrze. Przed 500 laty zakończył tę pracę potężną i zawładnął dawnem dnem morza, zwiększając obszar swego państwa. W te dni październikowe jednym zamachem zburzono wielkie dzieło minionych pokoleń, broniąc nie ziemi ojców, lecz idei prawa, rzeczy oderwanej, nieuchwytnej, ale droższej od bogactwa, szczęścia, droższej od życia nawet. Ostry, skrwawiony lemiesz pługu wojny wyrzucał na powierzchnię ziemi nieznane dotąd wartości. Były to: zburzony „domek przewoźnika“, oszukańcze hasła sztucznej ideologji niemieckiej misji dziejowej i wygórowane poczucie prawa, wypływające z samego dna sumienia romańskiego. Miljon zbrojnych ludzi, spośród których dwuch starczyłoby do odbudowy rozbitej chałupy nad Izerą lub napisania nowego prawa, w dobie tej szaleńczej oddawał za to swoje życie.



ROZDZIAŁ X.

Sam Kajzer przybył na front, my dear — oznajmił pewnego razu Rabbit, wchodząc do pokoju Nessera. — Słyszałem dziś w sztabie, że wirtemberskie, bawarskie, heskie wojska mają być posłane na zdobycie Kemmela. Jednocześnie zostanie pchnięta pruska gwardja. Cesarz trwa w zamiarze przerwania frontu za wszelką cenę i dotarcia do Calais!
Reporter słuchał spokojnie. Przez ten miesiąc nieprzerwanych bojów nad Izerą wpadł w jakąś dziwną obojętność. Nic go już nie wyprowadzało z nastroju gnębiącego spokoju. Był wprawdzie zdrów, lecz codzienne, nigdy nieustające widowiska mordu, cierpień i śmierci, przytępiły mu nerwy i zatruły duszę. Nie wzruszał się już i nie wpadał w rozpacz ani wściekłość. Zrozumiał, że jakaś groźna lawina toczy się, nabierając rozpędu, i zmiata na swej drodze miasta, lasy, łany żyzne i życie ludzkie. Chwilami myślał, że stał się świadkiem nieuniknionego w dziejach ludzkich okresu, żądającego krwi i zburzenia. Myśl tę porzucił jednak. Do rozsądku przemówił mu drobny napozór fakt, który utonął bez śladu w setkach innych zjawisk, przykuwających do siebie powszechną uwagę.
Podczas jednego z kolejnych ataków na Dixmude zaszedł wypadek, nieznany prawie w wyszkolonej, karnej armji niemieckiej. Kilka pułków, zdziesiątkowanych kulomiotami francuskiemi, cofało się powoli, zaścielając ciałami poległych przestrzeń pomiędzy okopami przeciwników. Było to tak potworne widowisko, że nawet oficerowie ze sztabu wzruszali ramionami i przez zaciśnięte zęby mruczeć zaczynali:
— To są jatki! Wszelkie wysiłki zdobycia atakiem tych pozycyj muszą się skończyć nowemi ofiarami! Jedynie artylerja może zburzyć miasto i zmusić przeciwnika do opuszczenia okopów lub poddania się!
Kajzer jednak rzucał na Dixmude wciąż nowe a nowe pułki. Jedna z kompanij, straciwszy oficerów i połowę swoich ludzi, powracała w nieładzie. Natychmiast nadbiegli wysłani do objęcia komendy nowi oficerowie.
— Naprzód! Biegiem! — krzyczeli.
Kompanja w ponurem milczeniu cofała się jednak coraz szybciej, szereg za szeregiem znikał, kryjąc się w głębokich rowach strzeleckich.
— A więc — wojna nie jest wszechwładnem zjawiskiem? Ludzie mogą podtrzymać ją, lecz mogą też ubezwładnić! — rozumował Nesser. Ta myśl nie zdołała jednak rozproszyć męczącej obojętności, ogarniającej go coraz bardziej.
Wysłuchawszy nowiny, przyniesionej przez kolegę amerykańskiego, wzruszył ramionami i rzekł:
— Kajzer, widocznie, zamierza pozostawić w tych bagnach całą armję?...
— Podobno, jak mi mówiono, jest pewien zwycięstwa, — odpowiedział Amerykanin. — Ale pójdźmy do sztabu korpusu, stojącego przed Messines, bo stamtąd ma rozpocząć atak dywizja gwardji pruskiej. Ci to będą się bili!
— Dobrze! — rzekł reporter i zaczął się ubierać.
Szli zygzakowatemi załamaniami rowów, do których ściągano rezerwy wirtemberczyków, bo gwardja zajęła już okopy pierwszej linji. Dziennikarze odrazu zrozumieli, że przygotowuje się wielki atak. Ciężkie haubice, ryczące zdaleka, torowały drogę piechocie, rozsadzając potężnemi granatami okopy Francuzów i Anglików. Można było wyraźnie widzieć wyrzucane wysoko słupy ziemi, obłoki żółtych dymów, odłamki belek i betonu, poszarpane worki z piaskiem i jeszcze jakieś ciemne strzępy, które mogły równie dobrze okazać się kawałkami drzewa, kamieniami lub też ludźmi.
Nad rowami, któremi posuwali się dziennikarze, z przeciągłym świstem przelatywały kule i wyły pociski francuskich bateryj, przecinających drogi dla wysyłanych z rezerwy pułków. Wkrótce znaleźli się w obszernym blindażu o grubem sklepieniu betonowem, okrytem warstwą ziemi, potężnem belkowaniem i stosem worów, wypchanych piaskiem. Nad tem wszystkiem wystawały podobne do kominów peryskopy obserwatorów. W tem bezpiecznem schronisku ukrył się sztab korpusu, przeznaczonego do ataku. Generała otaczał tłum dowódców pułków i bateryj. Słuchano ostatnich rozkazów.
— Pamiętajcie, panowie oficerowie, że sam kajzer patrzy na was! — zakończył swoją mowę generał.
Spostrzegłszy amerykańskiego dziennikarza, zbliżył się do niego i rzekł jakimś dziwnie smutnym głosem:
— Musimy zdobyć Messines. Taka jest wola cesarza.
Nesser zrozumiał, że generał nie wierzy w powodzenie rozpoczynającego się ataku. Zajrzał w szkła peryskopu. Dwieście kroków zaledwie oddzielało schronisko od pierwszych zburzonych domków miasteczka, które wydawało się opuszczonem i martwem. Niby długi kopiec grobowy, ciągnął się przed niem grzbiet okopów, nad którym co chwila rwały się, wstrząsając powietrzem, szrapnele, a granaty padały, zarywały się w ziemię, jak wściekłe, potworne krety, i natychmiast wybuchały, wyrzucając ziemię i kamienie. Jednak z niewidzialnych zdaleka otworów w okopach sączyły się i tryskały wąskie, czerwone strugi ognia. Były to kulomioty, wylewające potoki kul.
Blindaż betonowy leżał ukryty na uboczu i nie wiedziały o nim ani artylerja francuska, ani też pułki strzelców, zaczajonych w okopach. Pociski armatnie i kule mknęły na prawo, tam, gdzie z okopów niemieckich szczękały karabiny maszynowe gwardzistów pruskich. Generał chodził, nerwowym ruchem, zacierając ręce i czekając sygnału. Oficer sztabowy stał przy telefonie. Kilku oficerów pułków wirtemberskich otaczało hrabiego Stakelberga, młodego porucznika gwardji. Wysoki, o pięknej twarzy, natchnionej i śmiałej, spokojnym, lekko drwiącym głosem opowiadał o ostatniej bitwie.
— Nasi gwardziści — to wspaniały materjał bojowy! Pójdą w ogień i wodę. W swojej kompanji mam samą młodzież inteligentną: studentów, inżynierów, adwokatów, artystów! Marzą tylko o zwycięstwie!
— To hrabia dowodzi kompanją? — pytano go.
— Tak! Od tygodnia.... od czasu, gdy poległ kapitan von Scheer — odpowiedział z dumą. — Poprowadzę dziś za sobą ludzi ostrzelanych, bitnych!
W tej chwili rozległ się dzwonek telefonu.
— Atak! Atak! — krzyknął oficer, stojący przy aparacie.
— Do ataku! — zawołał generał i podbiegł do peryskopu. — Hrabia Stakelberg, panowie oficerowie, do swoich ludzi!
Młody oficer wybiegł z kazamatu. Przy peryskopach nie było wolnego miejsca. Nesser obejrzał się dokoła, a później wysunął do rowu wolny stół, umieścił na nim krzesło i, wlazłszy na to rusztowanie, wytknął głowę nad okopem. Mógł teraz obserwować przebieg całej bitwy.
— Co pan robi? — krzyknął oficer sztabowy. — Zginie pan!
Reporter nic nie odpowiedział. Nie słyszał nawet tego ostrzeżenia, bo już widział wybiegającego hrabiego Stakelberga, za którym wyrywał się potok rosłych żołnierzy gwardji pruskiej.
— Naprzód! Naprzód! — przeciął zgiełk i huk bitwy dźwięczny, ostry głos porucznika.
Drażniąco targała powietrzem grająca niedaleko od schroniska trąbka. W okamgnieniu uformowały się szeregi i ruszyły do ataku. Parły w ślepym porywie, mknęły, jak stłoczona kupa liści, pędzonych wichrem. Czerwone strugi ognia, sączące się z okopów pod Messines, nagle zniżyły się; pociski armatnie nie leciały już na tyły, lecz padać zaczęły tuż przed biegnącemi szeregami. W ciżbie ludzkiej co chwila tworzyły się wyrwy, niby ktoś szedł po łanie pszenicy, olbrzymią stopą depcąc odrazu całe połacie. Ogień kładł dziesiątki żołnierzy z przerażającą łatwością, jakgdyby to były słabe kłosy. Kulomioty ścinały, kosiły pędzące szeregi, tworząc zwały drgających jeszcze ciał.
Jednak nic nie mogło wstrzymać porywu i odwagi tych ludzi. Śmierć nie miała nad nimi władzy, mogła zgnieść ich, lecz nie była w stanie przerazić ich i wstrzymać. Bataljony gwardji pruskiej wyprzedziły wirtemberczyków i już dobiegały okopów. Długa, ciągle załamująca się i wmig równana fala za chwil kilka miała wpaść na ukrytego przeciwnika. Wtedy z przeciwnej strony wylała się inna fala ludzka. Wytrysnęła z przerw okopowych, przewaliła się przez parapet, bryznęła z niedostrzegalnych szczelin, wyłomów i pęknięć zoranego, poszarpanego pociskami wału. Anglicy w zielonkawych mundurach; wiotcy, olbrzymi Hindusi w zawojach; Arabowie i Berberowie w czerwonych fezach; czarni, jak heban, senegalscy strzelcy z nożami w połyskujących zębach; niebieskie, ruchliwe szeregi Francuzów; granatowe kurty belgijskich żołnierzy — dziwna mieszanina narodów i ras bez przerwy wyrywała się z nagle milknących okopów odcinka i pędziła naoślep, naprzeciw zbliżającym się Niemcom.
Powietrzem targnęły wściekłe okrzyki, bo żołnierze dopadli już siebie, pomieszali się, rozpoczynając ostatnią, być może, w dziejach wojny bitwę okrutną, lecz rycerską bitwę, gdzie pierś zderzała się z piersią, uzbrojona dłoń zadawała cios lub odbijała ostrze bagnetu, oczy zatapiały się w oczach, porywowi odpowiadał poryw.
Olbrzymi, zwinni, jak węże, Hindusi z namiętnemi błyskami płomiennych źrenic ryczeli i zgrzytali zębami, wbijając bagnety w ciało wrogów, podnosząc w zamachu uzbrojone w krzywe noże smagłe dłonie lub padając bez dźwięku, jak palmy ich skwarnej ojczyzny, obalone piorunem; pijani od słodkich wyziewów krwi, rozradowani wymarzoną bitwą murzyni z nad Nigru i Czadu, z dziewiczej dżungli wybrzeża Kości Słoniowej, gdzie w świętych gajach odbywają się ponure misterja ludożerców, szaleli w zmysłowej rozkoszy mordu i walki, rozbijali głowy ciosami kolb, dusili potężnym uściskiem długich, chwytnych ramion i umierali z dziką furją na czarnych, zlanych potem twarzach. Wykrzykując imiona Allaha — Mściciela, mrucząc zaklęcia magiczne, Berberowie z Atlasu, gór Kabylji i z oaz Sahary ciskali się w największym zgiełku, porwani niepohamowaną, namiętną żądzą krwi. Za nimi, jak ruchomy mur, z pochyloną szczeciną bagnetów sunęły zwarte szeregi białych ludzi — Francuzów, Anglików, Belgów...
Padający, ranni żołnierze, barwni, dzicy wojownicy, już czując zimny powiew śmierci, jeszcze z ziemi dźgali wrogów nożami, walcząc do ostatniej chwili, aż dopóki biała, nieprzenikniona mgła nie zaścielała na zawsze ich płonących oczu.
Takiego kontrataku, w dziejach świata niewidzianego nigdy, wirtemberskie pułki wytrzymać nie mogły i poczęły się cofać. Napróżno coraz trwożniej nawoływały trąbki i przeraźliwiej rozlegały się rozpaczliwe okrzyki oficerów.
Jedynie pruska gwardja nie wstrzymywała swego pędu. Rosły lud, poruszany nietylko karnością, lecz uduchowiony myślą o swej przewadze, przebijał sobie krwawą drogę w ciżbie zgiełkliwej i wściekłej. Prusacy ścierali się z czarnymi strzelcami afrykańskimi, z wiotkimi i zwinnymi Hindusami i krok po kroku parli ich ku okopom, ku zburzonym domom Messines.
Hrabia Stakelberg prowadził najbliższą od schroniska sztabu kompanję. Przy nim szedł, jak cień, trębacz i rzucał w zgiełk i chaos jękliwe, drapieżne sygnały. Zboku, odwalając bagnetem pruskiego żołnierza, przypadł do niego Hindus. Zawój spadł mu z głowy i powiewał na ramionach. Czarne, faliste włosy zjeżały się, oczy pałały. Podbiegł, zakręcił karabin młyńcem i z zamachem uderzył w trąbkę, krusząc zęby i wbijając metal w usta żołnierza. Porucznik, trzymający rewolwer przy udzie, strzelił. Hindus, ugodzony w brzuch zachwiał się, lecz po chwili wyciągnął długie ręce i objął niemi oficera. Nie miał jednak sił i zawisł na nim, czepiając się jego munduru i pasa. Porucznik usiłował zrzucić z siebie słabnące, lecz kurczowo wczepione, niby szpony drapieżnego ptaka, palce. Podniósł rewolwer i strzelił w głowę Hindusowi. W tej chwili strzelec senegalski porwał styłu oficera, potężnemi ramionami uniósł nad głową i cisnął o ziemię. Skokiem zwierzęcym padł na niego, przycisnął mu pierś kolanem i nożem wodził po gardle, rycząc i śmiejąc się głucho. Uderzony w gruby kark bagnetem, obsunął się na zabitego porucznika i swoją krew murzyńską zmieszał z bluzgającą z przeciętego gardła oficera krwią arystokraty niemieckiego.
Gwardja wyparła przeciwnika za okopy, za miasteczko. Nadbiegli ponownie wirtemberczycy; trzy bataljony rezerwy szły już w ogień. Z nową siłą ryknęły działa francuskie, szczekać jęły kulomioty z okopów angielskich, odcinając atakującym odwrót i wstrzymując nadążające ku Messines posiłki. Znowu rozgorzała, rozszalała się bitwa. Cofali się Niemcy, wypierani z miasteczka przez płomiennych, fanatycznych, obłąkanych z radości boju dzikich wojowników, za którymi z okrzykami, krótkiemi salwami i graniem trąbek szły niebieskie, granatowe, szaro-zielone szeregi białych ludzi. Messines przechodziło z rąk do rąk, a pośród rozwalonych murów jego domków topniało coraz bardziej mrowie walczących żołnierzy.
— Nigdy nie zdobędziemy tych pozycyj. To — szaleństwo! — usłyszał Nesser ponury okrzyk generała.
Odpowiedział mu inny głos, w którym rwała się rozpacz:
— My uderzamy masą, a Foch kombinuje i przyłapuje nas na każdym błędzie. Płacimy za to najlepszemi pułkami!
Ktoś trzeci z jękiem bezsilnej skargi wyrzęził przez zaciśnięte zęby:
— Francuzi i Anglicy pogwałcili prawo międzynarodowe, używając kolorowych wojsk! To się zemści na nich!
Ten frazes utkwił w pamięci reportera. Po skończonej bitwie pojechał na punkty opatrunkowe i do szpitali przyfrontowych. Do namiotów, naprędce z tektury skleconych baraków, a nawet do okopów schronisk cementowych znoszono żołnierzy — rannych i umierających. Niektórzy sami czołgali się na kolanach, lub szli, podpierając się karabinami.
Jęki, szloch, ciężkie westchnienia, rozpaczliwe, bezradne wołanie o pomoc, urwane słowa modlitwy mknęły, sączyły się zewsząd, skrzeczały, szemrały, szeleściły, jak suche liście, jak zginane wichrem nagie gałęzie złamanego drzewa, jak obsuwające się z gór potoki piargowe. Wyziewy potu, kału, krwi, zaduch, płynący ciężką strugą z porwanych, poszarpanych wnętrzności, zapach karbolu, jodoformu; nawoływania lekarzy, tupot nóg nadbiegających sanitarjuszów, ciche głosy sióstr miłosierdzia, modły duchownych, ich przerażony szept pocieszenia, i znowu — szloch, jęki, ciężkie westchnienia, obłędne krzyki bólu lub tęsknoty śmiertelnej; czkawka, rzężenie konających, głośna modlitwa, przekleństwa ohydne, bluźnierstwo i psie skamlanie o ratunek, o pomoc ludzi i Boga.
Dwuch sanitarjuszów niosło nosze z oficerem gwardji. Leżał nieprzytomny, blady, jak trup, nieczuły na to, że z noszy zwisały i wlokły się po ziemi wypadające mu wnętrzności. Tuż za nimi szli żołnierze, dźwigający na skrzyżowanych karabinach jakąś nasiąkniętą krwią gąbkę, roniącą gęste sople czarnej krwi, — zmiażdżony kadłub ludzki z urwanemi nogami i prawem ramieniem. Znoszono jęczących i rzężących żołnierzy o piersiach, otwartych uderzeniem krzywych noży arabskich lub hinduskich, o wypływających z brzuchów zsiniałych, cuchnących kałem jelitach. Dalej wyzierały upiorne maski bez oczu, o zwisających, strzaskanych szczękach i oderwanych nosach; krwawe, czarne jamy zamiast ust, rozdartych bagnetem, wydawały bulgot syczący. Jeszcze, i jeszcze, bez końca, coraz więcej i więcej! Cała armja młodych ciał, poszarpanych, zniekształconych, żywych trupów, widm straszliwych, nędzy bezmiernej, a nad nią, jak kurzawa nad dążącem na ubój stadem, wir i orkan piekielnych jęków, rzężenia, błagań i skarg...
Nesser szedł dalej, czując, że obstępują go zjawy przerażające, mściwe, złe, że zakrada mu się pod czaszkę zgiełkliwy chaos dźwięków, nigdy niesłyszanych, żadną wyobraźnią nieogarniętych, niezrodzonych nawet we śnie niezdrowym. Nogi się pod nim uginały. Szumiało i wirowało mu w głowie. Mdlił i tamował dech w piersi zaduch nieznośny, jadowity aromat śmierci, rozchodzący się coraz dalej i napełniający wszystkie przejścia i kąty, świat cały.
Reporter szedł jednak dalej, wiedziony jakąś myślą władną. Rozglądał się z bezwiedną bacznością, ni to szukając kogoś.
W końcu okopu, gdzie uwijali się sanitarjusze, zamajaczył niebiesko-szary mundur żołnierza francuskiego, przyniesionego z pola bitwy. Dalej jeszcze jeden, tam — drugi... trzeci...dziesiąty... Angielskie zielonkawe kurty, poplamione krwią, ciężkie ładownice, przerzucone przez osłabłe ramiona. Blade twarze i zimne, uparte oczy. Kędzierzawa głowa — olbrzymia, okrągła, niby czarny kamień, wydobyty z łożyska górskiego potoku; świecące się białka oczu i szczękające zęby, błyskające co chwila spoza sinych warg, kurczonych dreszczem.
Nesser zatrzymał się przed murzynem i spytał go po francusku:
— Strzelec senegalski?
— Tak! Kapral, moussou! — odpowiedział łamaną francuzczyzną, uśmiechając się z przyzwyczajenia.
— Ranny?
— W brzuchu, moussou, mam dwie kule, może trzy!
Nowy uśmiech na sczerniałych wargach, głośne szczękanie i chrzęst potężnych zębów, nowy wstrząs, podrzucający olbrzymie ciało, i nagle — zuchwały, beztroski, dziki śmiech do ryku podobny:
— To nic! O, moussou, byłem na polu chwały! Rżnąłem białych ludzi... Uczono nas, że są potężni... — potężniejsi od bogów naszych... Cha! cha! Bambula rżnął białych, jak barany... cha-cha-cha! Ostrze noża z łatwością wbija się w ich ciało! Biali ludzie są słabi i padają, jak pręty bambusów, podciętych maczetą! Bambula rżnął, dusił swemi rękami białych, teraz Bambula może umrzeć! Cha-cha-cha!
Nesser wybiegł z okopu, lecz długo jeszcze gonił go dziki, ryczący śmiech czarnego kaprala.



ROZDZIAŁ XI.

Na ponurym szlaku „marszu do Calais“ w połowie listopada r. 1914 pozostały ruiny miast, zgliszcza osad, zburzony, w proch obrócony dobytek setek pracowitych pokoleń flamandzkich, a w rozmiękłej, wodą i krwią nasiąkniętej ziemi — półmiljona ciał żołnierskich, poległych w bitwie nad Izerą. Niby pomniki szału i zbrodni pozostały tam kopce mogił, a nad nimi, dosięgając znaczenia nowego godła, — okopcone i na strzępy porwane mury nieznanego przedtem „domku przewoźnika“.
Kajzer odjechał, rozgoryczony niepowodzeniem swego planu. Armja niemiecka ukryła się w okopach, przygotowanych do długiej, uporczywej wojny pozycyjnej. Dziennikarze opuścili teren Flandrji i powrócili do Berlina. Wypoczywali, nie mogąc zrzucić z siebie odczuwanego ciągle przerażenia przed koszmarem mordu.
— Jeżeli istnieje Bóg, to cóż odpowiedzą Mu polegli niemieccy żołnierze, gdy zapyta ich, zaco zabijali innych i w imię czego umierali? — spytał pewnego razu Nesser, dotykając ramienia Rabbita, gdy siedzieli już w hotelu „Korona“.
Amerykanin nachmurzył czoło i odparł po namyśle:
— Czynili to, aby zabezpieczyć swojej ojczyźnie panowanie nad innemi ludami.
Nesser potrząsnął głową:
— Ojczyzna — to milcząca, niczego nie żądająca ziemia, po której przed wiekami przewalały się hordy, wędrujące od wschodu i północy! Ojczyzna — to lud, batem pędzony do pracy, znużony pośpiechem uciążliwym, potrzykroć przez niego przeklętym, to lud, co w rozpaczy przebiega swoją drogę życiową! Ziemia milczy i lud pracuje w milczeniu.
— Rządy popychają lud ku wojnie... — odezwał się Rabbit.
— Rządy wychodzą z tegoż ludu! — zaprzeczył reporter. — Cesarzom i prezydentom bezpieczniej jest panować w czasach pokoju, niż w zgiełkliwym, niepewnym okresie wojny. Nie! To nie rządy posyłają lud na śmierć. Jest ktoś inny — zimny, nieznający miłosierdzia! To — demon pożądliwości! Marzy on o zagarnięciu wszystkiego, o wypchaniu swoich kas złotem, na które przerabia i przetapia wszystko, nawet ludzką krew! Czy pan to rozumie? Dopiero, gdy zginie ten płaz nienasycony, trujący wszystkich połyskiem żółtego metalu, ogłuszający ludy brzękiem złota, — dopiero wtedy zwycięży Galilejczyk, Syn Człowieczy i Boży! Zrozumiały i bliski był On skromnym, bezdomnym, ubogim rybakom, pohańbionej, ściganej przez faryzeuszów, chorej Marji z Magdali, lecz nie tym kupczącym drapieżnikom! Nie, nie! Dla nich nauka proroka z Galilei wrogą pozostanie i niepotrzebną!
Amerykanin milczał, patrząc w ziemię nieruchomym wzrokiem.
Głos Nessera przeszedł w szept, jakgdyby zdradzał wielką tajemnicę:
— Rozmawiałem z rannym kapralem — murzynem... Śmiał się w szalonej radości, że wojna obaliła posąg fałszywego boga, budzącego w nim lęk i cześć. Wbijał wszak w ciała białych ludzi ostrze bagnetu, co wchodziło z łatwością, miękko, z ledwie dosłyszalnym chrzęstem pękającej białej skóry boga. Chwilami chce mi się śmiać, radować, że i my po wojnie zrzucimy z siebie uroczne czary bóstwa, za jakie ogłosiła siebie pożądliwość! Pragnę tego, bo ujrzałem istotne oblicze kapłana fałszywego boga — kapitalizmu! Być może, tajemnicza Karma spowodowała wojnę, aby obalić jego posągi! Chciałbym się śmiać z niego, jak strzelec senegalski, lecz nie mogę... nie mogę!...
Umilkł i zaczął szybko chodzić po pokoju.
— Dlaczego? — także szeptem zapytał Amerykanin.
— Dlatego, że w nas tkwi więcej niewolniczej uległości i głupoty niż w tych dzikich wojownikach z Himalajów, Atlasu i Sudanu. Oni wbijali ostrza nożów w białą skórę i czar jej pryskał, jak zbite szkło. A my?... O, ja przyglądałem się setkom tych zgniecionych, podziurawionych kulami żołnierzy cywilizowanych ras! Rozpacz mieli w oczach, nienawiść, lęk, bluźnierstwo, lecz zaledwie lekarz zasypał im rany jodoformem, wstrzyknął morfiny, nałożył opatrunek, zaledwie jakiś generał nazwał ich bohaterami i rozdał wszystkim medale i krzyże, — jak natychmiast w tych samych źrenicach tliła się psia wierność, uniżona wdzięczność, niewolnicza radość! Słabi jesteśmy, nie mamy sił do nienawiści! Pozostaniemy nadal w niewoli, jako nawóz dla kapitalizmu i mięso dla armat, chyba, że przyjdą nam kiedyś z pomocą ludzie z Sahary i z Azji, aby zwolnić nas, którzy handlowaliśmy i handlujemy ich barwnemi ciałami, jak wołami lub końmi...
— Jakież to straszne! — wyrwało się Rabbitowi. — Szczęśliwy jestem, że pochodzę z innego kontynentu, odciętego od starego świata dwoma oceanami.
Umilkli. Każdy z nich w ciężkiej zadumie zmagał się z myślami. Mknęły one w nieładzie, co chwila napotykając na przeciwności i wirując w sprzecznościach. Około drugiej poszli na obiad. Zgnębienie i trwoga, panująca wśród tłumu ulicznego, nie uszły ich uwagi. Tuż obok wejścia do restauracji, na „Unter den Linden“ spostrzegli skuloną postać starego człowieka o bladej, znękanej twarzy i wylękłym wzroku. Gdy przechodzili koło niego, nieśmiało wyciągnął rękę i szepnął:
— Proszę o pomoc... Były oficjalista fabryczny... buchalter...
Nesser zatrzymał się i uważnie mu się przyglądał.
— Buchalter? — zapytał.
— Tak jest! Wojna wyrzuciła mnie na ulicę... — odparł. — Nie mogę podołać pracy, która rosła z każdym dniem... zwolniono mnie. Mam chorą żonę... córkę... głód i choroba w domu... rozpacz!...
— Czyż nie może pan znaleźć zarobku? — spytał reporter.
— Wszędzie żądają sprężystości, energji, gorączkowej pracy... Stary jestem, schorowany... — brzmiała smutna odpowiedź, niby wyrok, wydawany na siebie, niby przyznanie się do ciężkiej winy. Reporter wcisnął datek do wyciągniętej dłoni żebraka, i, nie patrząc na niego, wszedł do restauracji. W sali spotkali się ze znajomymi. Wojna wchodziła obecnie w przewlekłą fazę, więc korespondenci zjechali się do stolicy na wypoczynek i opracowanie zebranych materjałów.
— Hallo, hallo, drogi Rabbit! O, Mr. Bunge! — spostrzegając wchodzących kolegów, wołał ucieszony Willy Brown. — Co słyszę?! Czyniłeś mi, my boy, gorzkie wyrzuty, że jestem warjatem i dobrowolnie włażę pod kule, a tymczasem... Poor devil! Gdy czytałem opis waszej eskapady, to myślałem, że Mr. Bunge jest stuprocentowym szaleńcem, a ty my dear, co najmniej 80-procentowym.
— Nie można było inaczej! — odparł Rabbit. — Nie mogłem pozwolić na to, aby nasz szwajcarski kolega nie doniósł rannych Bawarczyków do schroniska!
— Konsekwentny człowiek z pana, panie Bunge! — rzekł cicho Szwed. — Pamiętam naszą pierwszą rozmowę.
Silnie potrząsnął rękę Nessera, który tym razem nie odpowiedział wedle swego zwyczaju — szyderczym uśmiechem, mrożącym wszelką szczerość i uczucie, tylko spojrzał na niego poważnie i porozumiewawczo. Brown tymczasem obszernie opowiadał o wypadkach w Szampanji.
Szwedzki korespondent, powracający z frontu wschodniego, referował stan rzeczy na terenie Polski, gdzie Hindenburg po klęsce generała Dankla i arcyksięcia Józefa-Ferdynanda został mianowany naczelnym wodzem całego „Ober-Ostu“. Korespondent duńskich dzienników zachwycał się głośno niezwykłą wyprawą morską, przedsięwziętą przez niemieckie krążowniki „Goeben“ i „Breslau“.
— „Goeben“ stał się panem mórz! — wołał Duńczyk. — Francuskie i włoskie okręty nie ośmielają się wydać mu bitwy! O, aljanci wiedzą dobrze, że ich zuchwały przeciwnik posiada dziesięć armat 28-centymetrowych, rzucających pociski na odległość 15 kilometrów! Oprócz tego może rozwinąć szybkość do 28 węzłów. Od niego więc zależy przyjąć i wygrać bitwę, lub w potrzebnej chwili wycofać się na bezpieczny dystans. Nikt nie wie, co z tym fantem robić! Stracili tam, widocznie, głowę, a tymczasem Morze Śródziemne zostało opanowane przez dwa okręty! Admirałowie de Lapeyrère i Milne będą mieli kłopoty z tymi zuchwałymi piratami! Są pewne wskazówki, że krążowniki niemieckie zamierzają przerwać się do Dardanelów i wzmocnić flotę turecką.
Przy sąsiednim stoliku siedziało duże towarzystwo. Kilku panów, o czerwonych, zadowolonych, energicznych twarzach i drapieżnych oczach głośno o czemś rozprawiało; trzy ciemno ubrane panie zato milczące były, stroskane, a obrzękłe ich powieki świadczyły o częstych łzach.
Jeden z panów głosem pewnym i donośnym, obliczonym na efekt, mówił:
— Powodzenie, czy niepowodzenie na początku wojny — to tylko epizod! Germanja musi wyjść zwycięsko z walki! Składa się na to wszystko, co jest najlepszego w rasowej duszy narodu. Umiemy wykorzystać dane nam od Boga bogactwa materjalne i duchowe. Wykorzystać, jak nikt inny! Któż lepiej, prędzej i taniej od nas produkuje węgiel, żelazo, miedź, maszyny? Czyje towary cieszą się niezwykłym popytem w Brazylji, Australji, Mongolji, Chinach? Czyż nie genjusz Goethego, Schillera, Schopenhauera, Kanta, Hegla i innych naszych wielkich wieszczów i uczonych przyświeca ludzkości? Czyż nie my doszliśmy do idealnej organizacji spółpracy społecznej we wszystkich dziedzinach życia państwowego? Naród germański stał się prawdziwym, zbiorowym „nadczłowiekiem“, którego przyjście przeczuł Nietsche! Mamy przeto prawo narzucić innym ludom swoją wolę, prowadzić je drogą postępu, sprawiedliwości i dobrobytu! Taką jest bowiem dziejowa misja Germanji!
— Przepraszam, — przerwał mu nagle Nesser, blednąc straszliwie. — Przepraszam... Niech pan stąd wyjdzie...
— Co takiego? — zapytał, podnosząc się, Niemiec. — Co pan powiedział?
— Powiedziałem, niech pan wyjdzie z tej drogiej restauracji i spojrzy naprawo. Stoi tam na chodniku i żebrze stary buchalter. Jest głodny, chory i pozbawiony zarobku. Niech pan go łaskawie odda pod opiekę owego wspaniałego „nadczłowieka“!
— Nic nie rozumiem... — mruknął opasły jegomość.
— I ja też nie zrozumiałem, o czem pan tak górnolotnie prawił! — odpowiedział Nesser i odwrócił się do niego plecami.
— Nadczłowiek! — syknął pogardliwie.
Amerykanie uśmiechali się dyskretnie. Szwed oczu nie spuszczał z bladej twarzy kolegi. Nessera jednak porwało niepohamowane oburzenie i gniew. Skinął na kelnerkę i głośno zapytał:
— Pani jest mężatką? Ma pani męża i dzieci?
— Tak! — odparła zdziwiona. — Mąż na wojnie, w domu troje dzieci.
— Ma pani teraz trzy razy więcej roboty, niż przed wojną? Zarabia też pani zapewne o wiele więcej niż przedtem?
— Gdzież tam! — zawołała, wznosząc wyblakłe oczy. — Ledwie, że opędzam się biedzie. Ubranie dla dzieci, obuwie, szkoła... sama też muszę mieć przyzwoitą sukienkę, codzień czysty fartuszek, czepek. To drogo kosztuje...
— Niech więc pani zapyta tego pana, siedzącego przy sąsiednim stoliku, o adres „nadczłowieka“! Ten już pani dopomoże dojść do sprawiedliwości i dobrobytu! — wybuchnął złym śmiechem reporter.
Ufny w potęgę i posłannictwo Germanji jegomość, uspokoiwszy się po zajściu z nieznajomym, z wyzywającą miną coraz głośniej perorował. Mowę swoją skierowywał niby wyłącznie do młodego człowieka, którego nazywał poufale po imieniu, lecz zarazem oglądał się na całą salę, oczekując efektu, jakie spowodują jego energiczne słowa.
— Oto ten młodzieniec — doskonały oficer marynarki... Hans von Essen, najlepiej nam powie, czy możemy niezłomnie wierzyć w zwycięstwo naszej armji i floty? Dopiero powrócił z frontu. Jako myślący człowiek, musiał wyrobić sobie zdanie zupełnie skrystalizowane. Co na to powiesz, Hansie?
Oficer wzruszył ramionami, spojrzał dokoła nieco roztargnionym wzrokiem i odezwał się cichym głosem:
— Wojna nie jest zjawiskiem, nadającem się do ścisłych obliczeń i do stawiania horoskopów, panie Schumacher...
— No, tak, no, tak! — przerwał mu gruby jegomość. — Jednak nie będziesz przeczył, że Germanja robi wszystko dla zwycięstwa?
— Nasi przeciwnicy czynią to samo, — zauważył Hans von Essen.
— Naturalnie! — zawołał ze śmiechem Schumacher. — Ale nikt nie waży się na to, na co porwała się już Germanja! Cha! Cha! Piękny to będzie cukierek dla naszych wrogów! Nie jest już tajemnicą, że admirał von Holtzendorf przeforsował wreszcie ideę admirała Tirpitza. Nasze podwodne łodzie rozpoczną bezwzględną walkę na wszystkich morzach! Steroryzujemy cały świat, który zmuszony będzie nam się poddać! Wszak i ty, drogi Hansie, będziesz dowodził łodzią? Słyszałem już o tem w sztabie. Czyż nie utwierdza to w tobie pewności zwycięstwa?
Hans von Essen spojrzał na mówiącego zimnym wzrokiem i odpowiedział poważnie:
— Ci, którzy, jak pan, nie dopuszczają żadnego niepowodzenia i krzyczą tylko o zwycięstwie, — doprawdy złą okazują przysługę naszej sprawie! Jeżeli bowiem wszyscy będą tak bezkrytycznie oczekiwać samych tylko powodzeń i niebywałego zwycięstwa, to pierwsza większa porażka może wywołać prawdziwą, niczem już nie powstrzymaną panikę i upadek ducha. Na wojnie trzeba być przygotowanym do najgorszego. Mądry jest ten strateg, który, atakując, przygotowuje sobie drogę do odwrotu...
— Mówisz, Hansie, zbyt fachowo! — oburzył się Schumacher. — Ale łodzie, podwodne łodzie, to dopiero miażdżąca, straszna broń! My pierwsi bierzemy ją do rąk!
— Istotnie, łodzie nasze mogą się stać postrachem mórz — odparł cichym głosem młody oficer. — Słyszeliście jednak, państwo, zapewne, jak długo trwała walka o zastosowanie tej nowej broni? Krytycy wojny podwodnej twierdzą, że wywoła ona niezawodnie wybuch oburzenia przeciwko nam. Kto wie, przysporzy nam to może nowych wrogów, naprzykład, — Amerykę? Broń, miażdżąca nawet wroga, obraca się nieraz przeciwko posiadającemu ją, wywołuje nienawiść, żądzę zemsty, rozpaczliwą obronę... Psychologiczne czynniki w wojnie współczesnej mają czasem również decydujące znaczenie...
Towarzystwo milczało, jakgdyby zakłopotane. Wyraźne zmieszanie odbiło się nawet na czerwonej, aroganckiej twarzy Schumachera. Do sali wbiegł w tej samej chwili chłopak z paczką dzienników, wykrzykując:
— Nowe szczegóły bitwy we Flandrji! Nowe szczegóły...
Publiczność rozchwytała dodatki nadzwyczajne, wyrywając je sobie. Przy sąsiednim stoliku zapanowało milczenie. Wszyscy byli zajęci czytaniem dzienników.
— Patrzcie, państwo, dowództwo podaje listę poległych — zauważył jeden z panów.
— Jakaż to długa lista! — szepnął inny i wzdrygnął się.
— Tymczasem umieszczono tu tylko nazwiska oficerów gwardji... — dodał pierwszy.
Jedna z pań, przeglądająca gazetę, odrzuciła się nagle wtył. Uderzyła głową o oparcie kanapy, że aż kapelusz zesunął się jej na czoło.
— Co pani jest? — zawołali zaniepokojeni znajomi.
Nic nie odpowiedziała, trzęsącemi się rękami schwyciła arkusz, zadrukowany nazwiskami poległych, pochyliła się nad nim, mocno zaciskając powieki, blada, drżąca na całem ciele. Bała się, nie śmiała spojrzeć prawdzie w oczy. Wparła wreszcie nieprzytomne oczy w długie kolumny nazwisk i szukała czegoś, prowadząc palcem po papierze. Doszła do strasznego miejsca, gdzie jeden czarny szereg drobnych literek stawał na jej drodze, jak krawędź przepaści, jak tłum złych widm, szarpiących mózg jej i serce.
— Syn!... syn!... — rozległ się natychmiast przeraźliwy, ostry, jak zgrzyt stali po szkle, krzyk.
Powtarzała bez końca, niby upajając się tem słowem:
— Syn!... syn!... syn!
Zerwali się ze swoich miejsc panowie i wystraszone, żywem współczuciem ogarnięte panie, uspokajali, mówili nic nieznaczące, nie dochodzące nawet do świadomości słowa pociechy, wyrażali nadzieję, że do dziennika wkradł się błąd, pomyłka zecerska lub nieprawidłowo podane przez pisarza sztabowego imię, radzili wypić szklankę wody, zwilżali skronie, głaskali po rękach, bezsilnie leżących na ciemnej tkaninie sukni.
Nic nie czując i nie rozumiejąc, powtarzała:
— Syn!... syn!... syn!...
Publiczność, obecna na sali, umilkła. Niektórzy obstąpili stolik. Zbiegły się kelnerki i, dowiedziawszy się o tem, że ta blada pani straciła na wojnie syna, zaczęły popłakiwać, ocierać fartuszkami łzy, myślą biegnąc ku swoim mężom, braciom i kochankom, poniewierającym się w okopach, chociaż o ich śmierci żaden dziennik nigdy nie napisze ani jednego słówka, bo byli to szeregowcy, bezimienni niemal, zawczasu skazani na śmierć podług ścisłych obliczeń tego lub innego sztabu. Ciężki nastrój przeciągał się zbyt długo. Czuł to gruby, o czerwonej twarzy jegomość, wygłaszający teorję o zbiorowym „nadczłowieku“, więc pochylił się nad upadającą, słaniającą się w boleści i bezsilnem przerażeniu postacią skulonej kobiety i rzekł:
— Droga pani von Dreyer! Droga pani! Niech panią pocieszy myśl, że oddałaś syna swego dla potęgi i sławy naszej wielkiej ojczyzny — Germanji! Żadna ofiara nie jest zbyt droga dla niej, niech mi pani wierzy, pani von Dreyer!
Posłyszała widocznie te słowa, bo uniosła zbolałą głowę, nieprzytomny wzrok wparła w czerwoną twarz mówiącego i poruszyła drżącemi ustami.
— Syn... syn mój już nigdy nie powróci... nigdy... syn... syn... syn!...
Umilkła, zalewając się łzami i ciężko oddychając.
— Nigdy nie ujrzę jego oczu niebieskich... jego włosków złotych... rumieńca młodego... nigdy... — szeptała po chwili. — Nie odnajdę tego skrawka ziemi, który przyjął krew jego... Syn!... syn!... syn!...
Szlochała coraz głośniej. Głowa jej drżała, ciężkie łkanie wstrząsały nagle zgrzybiałem, osłabłem ciałem i rozpierały pierś, nie mogąc wyrwać się ze ściśniętego kurczowo gardła.
— Pani von Dreyer! — upominał ją gruby jegomość, wierzący w „nadczłowieka“. — Germanja zażądała od pani tej ofiary. Dla dobra kraju i narodu zażądała...
Plączącą kobieta znowu uniosła głowę, potoczyła dokoła przytomniejszym, niby obudzonym wzrokiem. Ustał szloch i umilkły westchnienia. Zatamowała oddech, jakgdyby przygotowywała się do skoku, i nagle, uderzając zaciśniętemi pięściami w stół, ciężko oparła się na nich, powstała i, patrząc nieruchomemi, ponuremi oczami, rzucać zaczęła słowo po słowie głosem surowym, syczącym:
— Niech będzie przeklęty kraj, jego rząd, jego lud, jeżeli żąda krwi synów, pod sercem matek wynoszonych dla życia, nie dla śmierci, nikomu niepotrzebnej, bezsławnej, poto jedynie, ażeby cesarz i generałowie mogli chełpić się zwycięstwem! Przeklinam... przeklinam!...
Te ostatnie słowa rzuciła jak wyzwanie, jak obelgę.
Podniosła dłoń, trzęsła nią i groziła, powtarzając:
— Syn... syn... syn...! Rumieńce na twarzyczce... złote włoski... oczki niebieskie... Synku! Synku!...
Zmieszane i zaniepokojone towarzystwo otoczyło zrozpaczoną kobietę i wyprowadziło ją z restauracji. Dziennikarze przyglądali się tej scenie w milczeniu. Gdy drzwi sali zamknęły się za wychodzącymi, George Rabbit podniósł oczy na Nessera i szepnął cicho:
Well?
— Zbiorowy „nadczłowiek“ rozpadł się, jak bałwan, ulepiony z gliny... — szeptem również odpowiedział reporter.
— I ja tak myślę! — mruknął Szwed.
— Nikt oprócz tych, którzy zbiorą jej plon, nie pragnie wojny! — szepnął znowu Nesser.
Damn! — wybuchnął Brown. — Ma pan rację, Mr. Bunge! Cesarz zdobędzie laury sławy i tytuł „Wielkiego“, jeżeli zwyciężą te chłopaki o niebieskich oczach, przemysłowcy — złoto, generałowie — ordery i awanse służbowe. Do stu dziurawych żagli! A coby wynikło, — gdyby tak cesarz i generałowie zmuszeni byli razem z żołnierzami stać w okopach po kolana w zgniłej wodzie, słuchać, jak nad ich głowami pękają 42-centymetrowe granaty i czekać, kiedy i jakiej wielkości czerep buchnie w nich? Ja wiem, coby wtedy zaszło! Nie byłoby wojny!... Raz na zawsze odpadłaby im chętka do posyłania na śmierć syna tej nieszczęśliwej lady i innych chłopaków o oczach niebieskich i czarnych! God! Wściekłość mnie ogarnia! Nie wiem, cobym dał, aby przyjrzeć się zbliska kajzerowi, von Bülowowi, Joffrowi, wielkiemu księciu Mikołajowi, osobiście pędzącym na okopy, ziejące kulami i pociskami! Uśmiałbym się na całe życie, do tysiąca martwych kotwic!
Mówił z takim ogniem, że dziennikarze z podziwem i sympatją spoglądali na tego barczystego, zwykle beztroskiego człowieka o oczach i tatuowaniu starego marynarza.
— Takie jak ja, prywatne gryzipiórko, ciekawski cywil, wytknie głowę z transzy, lub pójdzie sobie na uboczu, śledząc ruch atakującej kolumny, a tu generał zaraz upominać zaczyna: „pan jest zbyt odważny! czyż można tak ryzykować?!“ Chce mi się wtedy walnąć go knock-out’em w wygoloną szczękę i krzyknąć: „Jeżeli to dla ciebie jest zbyt wielka odwaga, to siedź sobie, stare pudło, w domu, wdziej pantofle i szlafmycę, a nie waż się posyłać ludzi na śmierć!“
Brown zaperzył się i grzmocił pięścią w stół. Wszyscy mimo woli śmiać się zaczęli, a Eriksson klepnął krewkiego Amerykanina po ramieniu i rzekł:
— Dobry sposób na pacyfizm wynaleźliście, kolego Brown, wspaniały!
— A widzicie! — zawołał dziennikarz już wesołym głosem. — Jutro opatentuję go w jakimś miejscowym „Anstalcie“.
Przyjaciele wyszli z restauracji.
— Co pan będzie robił teraz? — zapytał nagle Szwed, zatrzymując w swojej ręce dłoń Nessera. — Chciałbym pomówić z panem.
Nesser popatrzył na niego i odparł: —
— Zamierzałem pojechać do przedmieścia Moabit, aby poszukać tam śladów „nadczłowieka“. Może zrobimy tę wycieczkę razem?
— Chętnie! — zawołał Eriksson. — Dawno już wybierałem się do dzielnicy robotniczej.
Skinęli na taksówkę i, pożegnawszy przyjaciół, pojechali. Była to niedziela. W ubogiej, brudnej dzielnicy wspaniałego Berlina snuły się tłumy robotników z żonami i dziećmi. Otwarte piwiarnie, szynki i jadłodajnie wyrzucały ze swych wnętrzy gestykulujących i głośno rozprawiających ludzi. Świeciły się żółtym, bladym blaskiem szyldy kinematografów. Prawie wszędzie wyświetlano agitujące filmy o krzykliwych tytułach. Gromadki przechodniów zatrzymywały się przed jaskrawemi reklamami.
Zapłaciwszy szoferowi, dziennikarze szli główną ulicą przedmieścia. Zdaleka już usłyszeli odgłosy bębnów i zwrotkę rozlegającej się coraz wyraźniej pieśni „Deutschland über allles“. Wkrótce z bocznej ulicy wyłonił się oddział. Na czele szło ośmiu doboszów, dziarsko wybijających takt na bębnach. Około dwudziestu żołnierzy z karabinami na ramieniu otaczało duży oddział, złożony z mężczyzn w cywilnych ubraniach. Szli po wojskowemu i z bezmyślnym wyrazem twarzy darli się na całe gardło. Niektórzy zamiast karabinów nieśli na ramieniu kije, z uwiązanemi do nich zawiniątkami. Oficer, dowodzący oddziałem, szedł chodnikiem i palił papierosa, rozglądając się dokoła obojętnie. Nesser zapytał przechodzącą kobietę o ludzi, prowadzonych pod eskortą żołnierzy.
— Robotnicy fabryczni, których zmobilizowano — odparła niechętnym głosem i nagle ze złością syknęła: — Socjaliści... niech ich zaraza morowa wygubi!
Reporter chciał jej zadać nowe pytanie, gdy z bramy długiej kamienicy wypadł tłum robotników. Byli to starzy, brodaci mężczyźni, młodzież, wyrostki i kobiety. Prawie wszyscy uzbrojeni w kije, niektórzy zaciskali w ręku kamienie. Blade, wzburzone twarze, nachmurzone czoła i zaciśnięte usta świadczyły o rozpaczliwych zamiarach tych ludzi, coraz liczniej wynurzających się z ciemnych czeluści bram. Stłoczyli się na jezdni i przegrodzili drogę maszerującemu oddziałowi.
— Hańba, towarzysze! — wrzasnął stary, brodaty robotnik, podnosząc nad głową kij i wymachując dziurawym kapeluszem.
— Hańba! — rozległy się krzyki z tłumu i gwizdki wyrostków, uwijających się dokoła.
— Towarzysze! — krzyczał robotnik. — Stajecie w szeregach burżuazji, kapitalistów! Idziecie zabijać naszych towarzyszy francuskich, angielskich, rosyjskich, oszukanych, zbitych z tropu, jak i wy! Bogaczom potrzebna jest wojna, nie nam! Utopi ona we krwi waszej wszystkie zdobycze socjalizmu! Towarzysze, opamiętajcie się, odmówcie rządowi udziału w morderstwie!
Oficer, idący chodnikiem, zatrzymał się i krzyknął coś do żołnierzy. Ci natychmiast wybiegli naprzód i usiłowali rozproszyć tłum, aby utorować drogę.
— Towarzysze! — wrzeszczał robotnik. — Śmierć kapitalistom! Niech żyje międzynarodówka!
Oficer podbiegł do niego i, uderzywszy w twarz, obalił go na bruk.
— Biją! Biją! — zawył tłum, skłębił się i w swych ruchomych falach zacisnął żołnierzy. Oficer wystrzelił w powietrze. Z bocznej ulicy całym pędem wypadła policja konna. Jeźdźcy płazowali tłum. Rozległ się ryk i wycie przerażonych i rozwścieczonych ludzi. Mignęły w powietrzu kije, zawarczały i głucho uderzały ciskane kamienie. Tupot biegnących nóg, świst szabel, chrapanie koni, szczęk kopyt, ciężkie ciosy kolb, krzyki, jęki i przekleństwa przelewały się wzdłuż ulicy. Tłum, podzielony na części i odparty przez policję, rozpraszał się w ponurym popłochu.
Oficer natychmiast skorzystał z tego i wydał rozkaz. Zahuczały bębny, rozległy się słowa przerwanej pieśni i miarowy krok maszerujących ludzi. Już oddział wychodził z Moabitu, gdy na jezdnię wybiegła niemłoda kobieta o powichrzonych włosach i bladej twarzy, zniszczonej chorobami i łzami. Trzymając się kurczowo spódnicy, tuliło się do niej dwoje dzieci, wylękłych, drżących, o ostrych oczach dzikich, drapieżnych zwierzątek. Kobieta stanęła z rozkrzyżowanemi rękami przed maszerującym oddziałem i patrzyła na zbliżających się ludzi twardym, groźnym wzrokiem.
— Towarzysze! — krzyknęła przeraźliwym głosem. — Towarzysze! Burżuje i ich rząd posłali mego męża na śmierć, a mnie wraz z sierotami skazali na głód i mękę! Czyż chcecie, żeby to spotkało i wasze matki, żony i dzieci? Towarzysze! Precz z wojną! Precz z rządem pijących naszą krew kapitalistów!
Konny policjant najechał ją koniem, wyparł na chodnik i porwał za ramię obojętny na wrzask i płacz dzieci. Oddział przeszedł dalej. Huczały bębny, stopy miarowo uderzały w asfalt.
Nikt już teraz nie zaintonował dumnej pieśni. Ludzie szli z opuszczonemi głowami i oczami, wbitemi w ziemię. Żołnierze trzymali karabiny w pogotowiu. Galopujący z obu stron policjanci nie wkładali szabel do pochew. Dziennikarze spojrzeli na siebie w milczeniu. Wszystko, co zaszło, było takie zrozumiałe i jasne. Poszli dalej. Minęli olbrzymie gmachy fabryk i składów towarowych, nieskończony szereg kamienic nudnych, jednostajnych, mieszczących w swoich brudnych i nędznych wnętrzach tysiące biedoty miejskiej, mrowie ponurych „towarzyszy“, którzy oddawna zapomnieli o uśmiechu radości, żywiąc się nienawiścią i lękiem o każdą godzinę swego życia. Dziennikarze szli w milczeniu. Jednakowe wrażenia i myśli gnębiły ich. Stanęli przed olbrzymim blokiem z cegły i cementu. Wznosił się ponad wysokim murem, wyrastając ponad nim monotonną, pozbawioną ozdób ścianą o małych okienkach, tonących w głębokich szczelinach framug i zaciągniętych pajęczyną grubych krat. Zdawało się, że były to oczy jakiegoś złośliwego owada, źrenice patrzące z nieznanej głębiny, z mroku, ponurą tajemnicą okrywającego ich wyraz i straszne znaczenie.
— Więzienie? — zapytał Nesser, spojrzawszy na Erikssona.
— Nie wiem! — odparł Szwed. — Zdaje mi się jednak, że to istotnie więzienie.
W tej chwili z poza rogu ulicy wyjechał patrol, otaczający gromadę ludzi. Nesser poznał w tłumie starego, brodatego robotnika w dziurawym kapeluszu i kobietę o powichrzonych włosach. Za zamykającymi pochód jeźdźcami biegły blade, przerażone dzieci i wołały rozpaczliwie:
— Mamo!... Mamo!...
Jadący na końcu policjant odwracał się co chwila i groził im pięścią, mrucząc przekleństwa. Otwarła się brama w murze, otaczającym wysoki, potężny gmach o ślepych oknach, i zatrzasnęła się z głośnym zgrzytem, gdy aresztowani robotnicy, popychani ztyłu przez policję, weszli do wnętrza. Nieznany owad o setkach tajemniczych, głęboko ukrytych oczach przełknął „towarzyszy“. Nesser zacisnął pięści i syknął przez zęby:
— Zbiorowy „nadczłowiek“, którym się chwalił ten gruby, pewny siebie wieprz, jest albo zuchwały do szaleństwa, albo też głupi bez granic! Żywiąc się nienawidzącymi go biedakami, dąży do buntu wśród nich.
Po chwili szli przez dzielnicę robotniczą. Świeciły się reklamy kinematografów i teatrzyków; donosił się hałas z otwartych drzwi piwiarń i szynków; darły się wniebogłosy chłopaki, wykrzykując nazwy dzienników; szczękały kopyta koni; na rogach ulic tkwiły posterunki policyjne, a tam i sam skupiały się gromadki ludzi o twarzach zawziętych i wzburzonych, naradzali się cichemi głosami, oglądając się podejrzliwie i tajemniczo. Zaczajona trwoga zawisła nad Moabitem, wypełniła wąskie korytarze uliczek i czołgała się coraz dalej, pełznąc ku zgiełkliwemu ośrodkowi wspaniałego legowiska dumnego „Nadczłowieka“. Niepokojący, ponury nastrój udzielił się i dziennikarzom. Szli zgnębieni i smutni. Nesser rozumiał, że to, co się działo w stolicy Niemiec, tliło się również i w innych krajach wojujących.
Zbliżali się już do ostatnich domów przedmieścia, gdy z hałasem i brzękiem rozbijanych szyb rozwarły się naoścież drzwi małego szynku i na chodnik wytoczyło się trzech pijanych drabów. Podtrzymując się wzajemnie, niepewnym krokiem sunęli powoli i zachrypniętemi pijackiemi głosami śpiewali na całe gardło skoczny marsz:

„Galijski kogut górnie pieje,
Bryt dumny gniewem zieje,
Prowadzi wojsko kajzer — hen!
Po zwycięstwo — poza Ren.
Głupi Frank i głupi Bryt, i Niemiec — głupi!
Nikt nie pomoże wam i nic nie uratuje —
Ktoś trzeci nam — nędzarzom drogę utoruje,
Bogaczy wmig powali i do skóry złupi...“

Do pijaków zwrócił wnet konia policjant i gwizdnął przeciągle. Nadbiegło dwuch innych i otoczyło drabów. Poprowadzono ich w stronę więzienia Moabit. Zabawny pochód dążył leniwie, gdyż trzech podchmielonych przyjaciół co chwila zataczało się i przewalało na uginających się, słabnących nogach.
Długo jeszcze biegła wzdłuż ulicy wrzaskliwemi głosami śpiewana zwrotka marszu:

„Ktoś trzeci nam nędzarzom drogę utoruje,
Bogaczy wmig powali i do skóry złupi“.

Eriksson parsknął śmiechem i zawołał:
— Ten trzeci — policjant na koniu — istotnie toruje już drogę tym wesołym biboszom!
Nesser w zamyśleniu powtórzył słowa, które utkwiły mu w pamięci:
„Nikt nie pomoże wam i nic nie uratuje!“...



ROZDZIAŁ XII.

Rumiany, spocony, a coraz dumniejszy i szczęśliwszy szef „Hałasu Ulicy“ ukazywał się wszędzie, wspaniały, jak indor, podług określenia cynicznego Chalupe’a. Wszystkie pisma zazdrościły teraz Rumeurowi, co tydzień drukującemu obszerny feljeton z Berlina; on sam zaś uśmiechał się na widok całej armji chłopaków, wybiegających z bramy redakcji z paczkami jego dziennika. Złe języki przebąkiwały, że feljetony berlińskie pisane są w gabinecie redaktora, lecz te plotki ustały wkrótce, jak każda plotka, nie mająca dla siebie żeru i potwierdzenia. „Hałas Ulicy“ stawał się pismem niezbędnem w każdym domu, o czem najlepiej świadczyły buchalteryjne książki, przerzucane z lubością przez Rumeura, rozczytującego się w nich, jak w najbardziej porywających powieściach.
Mała, czerwona kulka, jaką był szef brukowca, całym pędem mknęła w górę, na sam szczyt powodzenia, honorów i bogactwa. Ostatniemi czasy Rumeur zaczął się jednak niepokoić. Już mijał drugi tydzień po otrzymaniu ostatniej paczki z dwoma feljetonami Nessera, a kolejna nie nadchodziła. Rozumiał, coprawda, że przesłanie korespondencji z Berlina nie przedstawia sprawy tak łatwej, jak wyprawienie listu z Bordeaux, lecz mimo to odczuwał trwogę. Na bieżący tydzień nie miał feljetonu od swego korespondenta wojennego. Pewnego razu podano mu bilet wizytowy, na którym stało: Juljusz Verne, dziennikarz.
— Prosić! Prosić! — zawołał Rumeur do woźnego i uśmiechnął się z zadowoleniem. Nie wątpił, że redakcja któregoś z pism przysłała współpracownika z prośbą o upoważnienie na przedruk feljetonów Nessera. Wszedł wysoki, przygarbiony, ponury osobnik o mocno powichrzonych włosach i o oku, pociągniętem bielmem.
— Czem mogę służyć, kolego? — uprzejmie zapytał go Rumeur.
— Źle, panie redaktorze, bardzo źle! — mruknął gość. — Henryk Nesser przepadł w Niemczęch bez wieści...
— Szpieg!... — pomyślał szef „Hałasu Ulicy“ i postanowił być bardzo przebiegłym, aby nie zaplątać się w sidłach.
— O kim pan mówi — nie rozumiem? — spytał z udanym spokojem.
Juljusz Verne wstał i poufale klepnął Rumeura po ramieniu.
— Nie udawaj, mój stary! Wiesz o kim mówię, a ja też wszystko wiem, bo to ja z Genewy posyłałem do „Hałasu“ korespondencje Nessera. Jestem... Paweł Mouche, sekretarz „Echa Jezior“, — „Jednooki Paweł“. To ja drukowałem w tym świstku niewinne korespondencje szwajcarskiego dziennikarza Bunge. Cha — cha — cha!
— Cyt!... — syknął Rumeur i odczuwany od kilku dni niepokój przeszedł nagle w strach. — Jakie masz pan wieści o Nesserze?
— Ściśle mówiąc — żadnych! Te jednak, które doszły mnie uboczną drogą przez Amerykanów, są niepokojące! Wiem, że Nesser pojechał na front wschodni i tam zaprzepaścił się zupełnie! — szepnął „Julusz Verne“. — Obawiam się, że Niemcy zwęszyli coś, no i pięknie po-swojemu go urządzili... Taki był poczciwy i uczynny człowiek z tego Nessera, a teraz... co mam robić, szefie?... W Genewie nie jestem już potrzebny, bo nie mam roboty i nudzę się, tu... hm... lubię Paryż, ale mnie nie lubi policja paryska, — jak, zapewne, mówił już szefowi pan Nesser?
Rumeur nic nie odpowiedział. Trząsł się cały z ogarniającej go rozpaczy i niepokoju o Nessera, na którym opierało się powodzenie dziennika, tajemnica krzyża Legji Honorowej, obiadów u Foyota i błyskotliwej karjery jeszcze tak niedawno pogardzanego redaktora „Hałasu Ulicy“. Długo walczył ze wzruszeniem i namyślał się, zanim odpowiedział na pytanie „Jednookiego Pawła“.
— Musi pan powrócić do Genewy i czekać tam na ostateczne wyjaśnienie sprawy... — szepnął wreszcie zdławionym głosem. — Tu nie masz pan nic do roboty, panie Juljuszu Verne! Czy nie uważa pan jednak, że pański imiennik, z pewnością, przewraca się w grobie?...
— Mój imiennik? Cóż to za jeden? — spytał z rozbrajającą naiwnością i niepokojem sekretarz „Echa Jezior“.
Rumeur nic nie odpowiedział. Machnął tylko ręką i spytał:
— Potrzebuje pan pieniędzy? —
— Któż ich nie potrzebuje?! — zdziwił się szczerze Mouche.
Redaktor wyjął z biurka paczkę banknotów i podał gościowi.
— Dziś jeszcze musi pan wyjechać do Genewy! — upomniał go, wstając.
Okropny był to dzień dla biednego Rumeura. Stracił humor, apetyt i chęć do obcowania z ludźmi. Szoferowi kazał się wozić po całym Paryżu. Siedział w błyszczącej limuzynie nieruchomy, sztywny, przytłoczony brzemieniem nieszczęścia. Nesser zniknął! Z nim razem rozwiać się musiało, jak dym, powodzenie „Hałasu Ulicy“. Rozumiał, że na niego — szefa dziennika — padały promienie sławy i talentu wojennego korespondenta pisma. Krążył więc, jak księżyc w słonecznym systemie reportera. Z zagaśnięciem słońca znikał w mroku Rumeur, a jego „Hałas“ zapadał się w otchłań beznadziejnie żółtej nicości. Przez całą noc chodził mały, okrągły redaktor po gabinecie, ciężko wzdychał i nawet łykał jakieś pigułki, znalezione przypadkiem w biurku. Nazajutrz zapadł na zdrowiu i telefonicznie prosił Chalupe’a, aby się zajął bieżącym numerem dziennika.
— Urżnął się gdzieś stary drań — mruczał sekretarz, przecierając okulary. — Jutro będzie blagował, że z samym Steedem i Giraudoux pił „na ty“.
Chalupe nie zgadł. Rumeur istotnie był bardzo zgnębiony i chory. Bez przerwy krótkiemi rączkami polerował sobie łysą czaszkę i ocierał łzy, ciurkiem płynące mu z oczu. Przez dwa dni nie wychodził z domu, a gdy na nowo zaczął pracować w redakcji, nie miał już dawnej pewności siebie i niczem niepohamowanego tupetu.
— Dla poprawy zdrowia wyślemy szefa do Algieru, — mówił do współpracowników złośliwy Chalupe.
— Chce pan, żeby znowu łapał strusie, siadające mu na łysinie? — pytali kronikarze i reporterzy.
— Lepsze już to, niż ględzenie i lament, jak to czyni teraz nasz wielce szanowny szef — odezwał się ze śmiechem sekretarz, popijając herbatę.
Jednak zgnębiony nastrój Rumeura trwał jeszcze przez trzy tygodnie i powoli zaczął się udzielać całej redakcji „Hałasu Ulicy“. Nesser nie odzywał się wcale. Czytelnicy zasypywali redakcję zapytaniami o następne feljetony z Niemiec, niektórzy żądali nawet zwrotu pieniędzy za prenumeratę! Stan rzeczy stawał się groźnym i niepokojącym. Nawet posiadający niewyczerpany zapas zimnej krwi Chalupe zaczynał się już zamyślać i węszyć pokryjomu, rozglądając się za posadą w innem piśmie.
— Rumeur ma pieniądze, ale „Hałas Ulicy“ może zrobić klapę! — kombinował sekretarz.
I nagle, jak w bajce, wszystko się odmieniło. Pewnego popołudnia do pokoju sekretarza, gdzie się zgromadzili żądni nowin współpracownicy, wpadł, jak bomba pan Benjamin Rumeur — czerwony, spocony, z wybałuszonemi, łzawiącemi się oczkami.
— Jest!... Jest!... Henryk Nesser żyje i będzie nadal pisał! — krzyczał cienkim głosem, wymachując blankietem telegraficznym.
— Co? Jak? Skąd? Kiedy? — padały pytania ze wszystkich ust.
— Nesser przerzucił się do Rosji!... Przysłał właśnie telegram z Piotrogrodu... Kolejny feljeton jest już w drodze! — wołał coraz cieńszym głosem czcigodny redaktor „Hałasu Ulicy“. — Chalupe! Podać tę wiadomość w jutrzejszym numerze grubemi, nie! — lepiej czerwonemi czcionkami!
Redaktor wytoczył się z pokoju i wszyscy słyszeli, jak krzyknął do woźnego:
— Samochód! Natychmiast! Jadę do ministra...
Takie wrażenie spowodował w redakcji telegram wojennego korespondenta „Hałasu Ulicy“! Gdyby jednak kierownicy tego pisma posłyszeli o niezwykłych przygodach swego kolegi, to nawet oni, mijający się co chwila z prawdą, nie byliby w stanie uwierzyć. Zuchwałość i niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności dopomogły Nesserowi wykonać manewr, nad którym łamało sobie głowę kilku najwybitniejszych korespondentów wojennych.
Reporter, po krótkim wypoczynku w Berlinie, wyjechał na wschodni front, gdzie rozwijały się olbrzymie boje. Ponieważ jechał z wojskową komisją, musiał zastosować się do jej marszruty i wkrótce znalazł się w granicach zagarniętej niegdyś przez Austrję Galicji. Stanął wraz z oficerami w korpusie czwartej armji austrjackiej, dowodzonej przez arcyksięcia Józefa-Ferdynanda. Niemieccy oficerowie, a z nimi Nesser nie popasali tu jednak długo, gdyż musieli niemal natychmiast uchodzić. Rosyjski 21-szy korpus zmusił bowiem Habsburga do cofania się na Kraków, a jednocześnie VIII armja generała Brusiłowa po raz drugi sforsowała karpackie przełęcze i wdarła się na Węgry.
Nesser z patrolem pruskiej dywizji generała Bessera wyszedł tegoż dnia na czołowe pozycje, aby przyjrzeć się zbliska utarczkom z Rosjanami, wśród których były pułki, złożone z mieszkańców Azji. Reporter miał ukryty zamiar porównania tych ludzi z murzynami i Hindusami, walczącymi we Flandrji. Zdziwiło go to, że nikt tu nie oskarżał Rosjan o to, że rzucają na przeciwnika Tatarów, Kałmuków, Burjatów, Turkmenów.
— Jakaż jest w tem różnica? — myślał reporter. — Hindusi i murzyni wchodzą w skład Wielkiej Brytanji i Francji zupełnie tak, jak ci Mongołowie — w skład rosyjskiego imperjum. Na zachodnim froncie udział tych wojsk oburza, na wschodnim — nikt się tem nie przejmuje!
Nie mógł tego zrozumieć, lecz wrażenie, jakiego doznał po rozmowie z kapralem senegalskim, w znacznym stopniu osłabło. Pod Krakowem, w jakiejś małej wiosce nad Wisłą, podziwiał reporter zuchwałą szarżę kozaków, mknących z dzikiem wyciem na idący drogą bataljon austrjacki, który w popłochu rozproszył się po polu. Kozacy puścili się w pościg, doganiając piechurów, bodąc ich ostremi lancami, siekąc szablami i uprowadzając do niewoli. Dopiero, gdy silny oddział pruski rozpoczął prawidłowe natarcie, kozacy cofnęli się i zjechali z pola.
Oficer pruski objaśniał:
— Austrjacka armja nic nie jest warta! Dlatego też wszędzie w zagrożonych miejscach tkwią teraz patrole pruskie, aby ratować sytuację, lub przynajmniej powstrzymać naszego nieudolnego sojusznika od paniki.
Słońce tymczasem zaczęło już zapadać. W ostatnich, krwawych promieniach jego płonęły krzyże, okna i dachy na Wawelu, gdzie Polska, w ciągu długich stuleci składała prochy swoich królów, otaczając czcią tę prastarą stolicę, w której jaśniała zawsze gorąca wiara i kwitła wiedza i sztuka. Gasnąć wkrótce zaczęły gmachy i mury, oświetlone pożegnalnemi błyskami zimowego słońca, sczerniały drzewa parków i bulwarów. Mgła pochłonęła wartką rzekę. Cisza zapadła nagle, jakgdyby na komendę.
— Noc zapowiada się spokojnie! — zauważył oficer. — Słyszałem w sztabie, że Rosjanie nie zdążyli jeszcze ściągnąć wszystkich swoich sił.
Pruscy żołnierze przygotowywali się do noclegu. Stanęli w małej chatce, opuszczonej przez mieszkańców. Noc była mglista i zimna, zaczął padać deszcz i mokry śnieg.
— Dam panu dobrą radę! — rzekł oficer ze śmiechem. — Miejscowi wieśniacy lubią spać na piecu. Ciepło tam, a pan, jak widzę, nie ma kożucha...
Po kolacji też Nesser, czując dreszcze, wlazł na zapiecek, rozwiesił na przeciągniętym sznurze wilgotne ubranie i wyciągnął się na ciepłym leżaku. Słyszał, jak podoficer meldował porucznikowi, że austrjackie posterunki stoją na swoich miejscach. Wkrótce usnął twardym snem, znużony po całodziennym marszu po błocie i śniegu. Przez sen dochodziły go dalekie odgłosy strzałów, jakieś szamotanie się i głuche krzyki. Nie miał jednak sił, aby się obudzić i zbadać przyczynę hałasu. Dopiero światło dzienne i ruch w izbie zmusiły go otworzyć oczy. Przeciągnął się rozkosznie i zeskoczył z pieca, trzymając pod pachą wyschłe przez noc ubranie. Przy stole siedział nieznajomy człowiek w baraniej czapie, opierając się na srebrnej główni krzywej szabli. Dwóch innych z krótkiemi karabinami za plecami stało przy drzwiach.
Nesser mimowoli uśmiechnął się. Poznał kozaków i odrazu ułożył sobie plan działania. Siedzący przy stole kozak z oficerskiemi szlifami na ramionach ze zdumieniem patrzał na cywila, który najspokojniej w świecie zaczął się ubierać, cicho pogwizdując marsyljankę.
— Hej, tam! Coś za jeden? — spytał oficer po niemiecku.
Reporter spojrzał na niego i, potrząsnąwszy głową, odpowiedział po francusku:
— Nie rozumiem, monsieur!...
— To pan jest Francuz? — zadał kozak nowe pytanie.
Ponieważ pytał po niemiecku, Nesser powtórzył:
— Nie rozumiem, monsieur!
Oficer kozacki namyślał się, a potem zaczął gwizdać marsyljankę i palcem wskazywać na Nessera.
— Français? Français? — pytał.
Reporter udał wielką radość i zawołał:
Oui! oui! Monsieur! Oh, monsieur!
Rozpoczął długą mowę w najpiękniejszej francuzczyźnie, opowiadając o swoich przygodach i wyrażając zadowolenie, iż się znajduje wśród przyjaciół Francji.
Vive la Russie! — zakończył grzmiącym okrzykiem przemówienie, z którego tylko te ostatnie słowa były znane kozakowi.
Uśmiechnął się jednak przyjaźnie, wzruszył ramionami, poczęstował Nessera papierosem i powiedział coś do stojących przy drzwiach żołnierzy. Ci natychmiast przykryli szerokiemi dłońmi płaskie, mongolskie twarze i parsknęli głośnym śmiechem.
Jak się okazało, kozacy podkradli się w nocy do pozycyj austrjackich, porąbali warty i, natrafiwszy na patrol pruski, wzięli go do niewoli. Otoczony kozakami Nesser długo maszerował po błotnistej, grząskiej drodze. Dwa razy ostrzeliwano ich z daleko wysuniętych naprzód rowów austrjackich. Wkońcu doszli do sztabu korpusu, gdzie Nesser mógł się wylegitymować, prosząc, aby poinformowano się o nim we francuskiem ministerstwie wojny, oraz u ambasadora Francji, który niezawodnie czytał jego artykuły w pismach paryskich. Nazajutrz został odesłany pod eskortą żandarma do Piotrogrodu. Po przybyciu do stolicy Rosji tegoż jeszcze dnia był już na wolności. Zamieszkał w rodzinie francuskiej państwa Decombes, wskazanej mu przez ambasadę. Spotkał tam dziennikarza, urodzonego i wychowanego w Rosji, Ludwika Fougères, który pisał korespondencje do poważnego dziennika paryskiego i nieraz czytywał feljetony Nessera. Z podziwem i zachwytem patrzył Fougères na przedsiębiorczego i odważnego kolegę. Reporter opowiedział mu o swoich przygodach i o zamiarze poznania Rosji.
— Bardzo się cieszę! — zawołał Fougères. — Pan swojem piórem może ostrzec francuską publiczność przed urojonemi nadziejami na Rosję.
— Co pan chce przez to powiedzieć? — zapytał zdumiony Nesser.
— Rosja uczciwie spełniła swoje zobowiązania i przystąpiła do wojny. Ofenzywa Rennenkampfa w Prusach wschodnich, Ruzskiego i Brusiłowa — w Galicji, bitwy na północnym froncie ulżyły nam w okresie bitwy nad Marną i Izerą, ale na tem — koniec! Najlepsze wojska rosyjskie, a w ich liczbie gwardja poległy lub dostały się do niewoli. Teraz na linję bojową wysłano rezerwy; składają się one z ludzi niepewnych.
— Nie rozumiem... — zauważył Nesser.
— Tak, panie! — odparł młody dziennikarz. — Nie wątpię, że Rosja stacza się ku rewolucji. Obecny stan przetrwa jeszcze rok, — najdłużej dwa, lecz Rosja odpadnie wkońcu i stanie się areną wielkich wstrząsów wewnętrznych!
— To — groźne! — zawołał reporter i sam się zdziwił swemu przerażeniu. Co je spowodowało? Przecież, zdawało się, że wszystko szło tak, jak coraz częściej budował to w swej wyobraźni. Myślał teraz, że znalazł się naród, który nie chce wojny z jej koszmarem i nie waha się przed rewolucją, jako protestem przeciwko niemożliwemu stanowi rzeczy. Powinienby więc raczej się cieszyć, a tymczasem zatrwożyła go przepowiednia rodaka. Nie znalazł odpowiedzi na swoje zdumienie, lecz we wspomnieniach jego odżyły postacie Gramauda, księdza Chambruna, kapitana de Langlois, ponurego Bluota i małej, wylękłej Marji Louge, płaczącej nad rannym przyjacielem, niegdyś wesołym, rumianym — Janem Berget. Później nadciągnęły inne wspomnienia — przygarbiona staruszka z parku Luxemburskiego i chłopak z żałobną opaską na rękawie, z pogardą patrzący na niego — dorosłego mężczyznę i korespondenta wojennego.
— To groźne! — powtórzył w zamyśleniu. — Bardzo będę rad skontrolować wrażenia kolegi.
— Pokażę panu Rosję bez maski, bez romantycznej mgiełki, owijającej ją zawsze w opowiadaniach cudzoziemców! O, Rosjanie są od wieków genjalnymi komedjantami! Umieją oni maskować wszelkie uczucia, uśmiechać się, gdy zamierzają dźgnąć nożem, płakać serdecznemi łzami nad ofiarą własnej zbrodni, ubierać w szaty boskości i mistycznego posłannictwa najohydniejsze przejawy swej natury! Pan posiada tak mocne pióro, że nawet obowiązkiem jego jest otworzyć oczy świata na Rosję, zrzucić z niej maskę i urok obłudnego męczeństwa, fatalizmu i pozornie ofiarnego, jakgdyby dobrowolnego się poniżenia! — zawołał Fougères. — Musimy uprzedzić Francję o nieuniknionej katastrofie, bo nic już jej wstrzymać nie zdoła!
Rozstali się wkrótce. Nesser wysłał telegram do pana Rumeura i zaczął pisać korespondencję dla „Hałasu Ulicy“. Tego jeszcze wieczora wyprawił ją wraz z pierwszym od swego wyjazdu z Paryża listem do Marji Louge i rudej Julji Martin. Przypomniał sobie z uśmiechem obietnicę tych prawie obcych dla niego dziewczyn, że będą prosiły Boga, aby torował przed nim drogę.



ROZDZIAŁ XIII.

Nesser w towarzystwie Fougères’a zwiedzał Piotrogród.
Zastygła w granicie, przyodziana siwym szronem stolica rosyjska imponowała mu. Olbrzymia rzeka, rozległe place, potężny, tajemniczy pałac Zimowy i niby w skale wykute świątynie działały na wyobraźnię. Cały ten przepych, ciężar i wyczuwana podświadomie groza pławiły się w zwodniczym, zagadkowym półzmroku, majaczącym drażniąco, owijały się w biały całun śniegu. Miasto wydawało się skupionem, pełnem tajemnicy i wzbierającej, jak powódź, siły, gotowej do gwałtownego szalonego wybuchu. Mało ruchliwy, milczący, obojętny tłum znakomicie harmonizował z obliczem miasta, z tchnieniem północy, z dalekiemi brzaskami zórz polarnych.
Krytyczny umysł reportera szukał porównań. Pulsujący, zawsze podniecony Paryż w niczem nie przypominał Petersburga. Londyn, sztywny i stały, żył jak wysoki urzędnik, zdający sobie sprawę ze swej pożyteczności i pewny racjonalności wszystkiego, co się działo dokoła. Berlin był, może, najwięcej podobny do Petersburga, lecz zewnętrznie tylko. Ten sam niepowstrzymany rozmach miasta, przepych gmachów, świadczących, ni to purpura na ramionach monarchów, o nieograniczonej, bezwzględnej władzy. Tłum był jednak odmienny.
W Berlinie wiał zewsząd posłuch, głęboko tkwiący w duszy mieszkańców i uzasadniony narzuconem oddawna i uznanem przeświadczeniem o konieczności i wpływie jego zbawiennym. W stolicy rosyjskiej również dawał się coprawda odczuwać posłuch, — posiadał on jednak inne cechy. Było to ugięcie się przed niczem nie osłoniętą przemocą, co zawsze groźna i wroga wzbudzała powszechną nienawiść. Nesser spostrzegał u przechodniów szydercze lub złe spojrzenia, rzucane na spotykanych oficerów, urzędników, policję, na pałace, a nawet na świątynie.
Nie wyczuwało się tu ani trochę pewności ustalonych form życia, ani karności, osnutej na zaufaniu lub uroku. Nad wszystkiem górowała podejrzliwość, wrogość i strach.
Strach? Nie powodował go jednak człowiek, nie wzbudzały wypadki chociażby najbardziej nawet przerażające. Ten strach sączył się, jak sok jadowity, jak te nacieki na starych murach, sączył się zewsząd — z granitu gmachów, z zamieci śnieżnej, z powietrza, zimną mgłą przesnutego, trzymał wszystkich w nielitościwych szponach, zaglądał w oczy ścinającemi krew w żyłach źrenicami.
Nesser wyczuł ten nastrój wkrótce po przybyciu do stolicy carów. Długo nie mógł wytłumaczyć sobie tego spostrzeżenia, a raczej podświadomego podejrzenia, aż wreszcie Fougères domyślił się, o co chodziło korespondentowi „Hałasu Ulicy“. Uśmiechnął się zagadkowo i powiedział:
— Każdy Rosjanin, czy to książę z domu Rurykowiczów, czy niepiśmienny, półdziki wieśniak, nosi w sercu przyrodzony mistycyzm! Od niepamiętnych czasów szukano w nim ukojenia i zapomnienia od nieznośnie ciężkiego życia na tej szarej, zaśnieżonej, ubogiej równinie północnej. Mistycyzm przywędrował tu bądź ze wschodu Azji, bądź z Bizancjum, z tego drugiego Rzymu, który runął. Teraz mistycyzm przeistoczył się w jasnowidzenie i wróżbiarstwo, bo zaczęto czytać z „siedmiu ksiąg apokaliptycznych, zapieczętowanych siedmiu pieczęciami“!
Nesser słuchał ze zdumieniem.
— Nie rozumiem, co to znaczy... — mruknął, wzruszając ramionami.
— Mistycy rosyjscy, czyli poprostu cały naród, zagłębia się w utajoną treść Apokalipsy... Często opowiadano mi o tem. Po domach szepcą sobie ze strachem, że jeździec na rudym koniu, któremu dane jest, ażeby zburzył pokój i kazał ludziom zabijać się wzajemnie — to Wilhelm, kajzer niemiecki...
Słowa te, wypowiedziane przez młodego Francuza, głębiej się nie zastanawiającego nad dziwną formą mistycyzmu rosyjskiego, nie zadowoliły Nessera, lecz wzmogły w nim jeszcze bardziej ostre zaciekawienie. Szukając sposobów rozwiązania wyczuwanej przez siebie zagadki w niezwykłem i obcem mu środowisku, nawiązał stosunki z pewnym rodakiem, nauczycielem francuskiego języka w gimnazjum państwowem. Nauczyciel, wysłuchawszy, o co chodzi Nesserowi, obiecał dopomóc mu w zrozumieniu duszy tego dziwnego narodu. Pewnej niedzieli zaprosił go do siebie. Reporter zastał tam kilku inteligentnych Rosjan, mówiących po francusku. Wprawny w tego rodzaju wywiadach, Nesser doprowadził jednego z nich do wypowiedzenia myśli, które odsłoniły przed nim szereg zagadkowych objawów w społeczeństwie rosyjskiem, obserwowanem zwykle powierzchownie i pod tendencyjnym zawsze kątem widzenia.
— Cóż pan chce?! — zawołał w pewnej chwili nowy znajomy. — Rosja żyje pod brzemieniem ciągłego strachu. Nikt z nas nie wierzy w możliwość zwycięstwa, zato wiemy, że wojna stanie się dla naszej ojczyzny początkiem jakiejś nieznanej katastrofy. Jakiej? Doprawdy, nie widzimy jej dotąd wyraźnie, lecz słyszymy już zbliżające się kroki klęski. Może to będzie coś z proroctwa Jana Apostoła, rzuconego w objawieniu jego na Patmosie... Pamięta pan? „A oto koń blady, a imię siedzącego na nim — Śmierć. Piekło szło za nim i dana mu była moc nad czterema częściami ziemi — zabijać mieczem, głodem i śmiercią i przez potwory ziemskie.“ Czy pan rozumie, co to znaczy takie nieprzerwane oczekiwanie zagłady? Narazie zapanowała ponura rozpacz, po niej — przyszło odrętwienie duchowe, wreszcie dojrzał bunt przeciwko nadążającej śmierci! My jesteśmy fatalistami, gdyż niedarmo wchłonęliśmy tyle ludów wschodu. Nie umiemy walczyć z tem, czego nie widzimy, lecz możemy ze stoicyzmem oczekiwać końca. Nasz stoicyzm jest dziki, rozpasany i pijany, bo my ubóstwiamy Djonizosa — boga bezmiaru, szału i wesołych, orgjastycznych kultów, bardzo przyziemnych, swojskich i pierwotnych. To też machnęliśmy ręką na wszystko i gwiżdżemy na to, co wczoraj uważaliśmy za święte i nienaruszalne! Musimy naużywać się dosyta, puścić wszystko z dymem i hukiem, bo i tak umrzemy! Pan wyobrazić sobie nie może, jak się zwiększyła zbrodniczość, rozpusta, dążenie do uciech wszelkiego rodzaju. Sodoma i Gomora przeżywały takie właśnie dni roznamiętnionego szału przed ostateczną zagładą, przepowiedzianą tym miastom!
Ta rozmowa zmusiła Nessera do nowych obserwacyj, Wkrótce spostrzegł niezwykłe napięcie życia stolicy. Wszystko, co żyło, niepomne na porażki na froncie bawiło się i używało, a niczem nieprzykryta rozpusta wyplusnęła bezwstydnie na ulicę. Nesser myślał narazie, że ulega narzuconej mu przez młodego kolegę sugestji o nieuniknionej rewolucji w Rosji. Usiłował być obojętnym obserwatorem, lecz wciąż nasuwały mu się te same niepokojące spostrzeżenia.
Wkrótce po przybyciu do Piotrogrodu zwiedził szpital, utrzymywany przez ambasadę i liczną kolonję francuską. Oprowadzała go po salach siostra miłosierdzia, panna Iwona Briard. Młoda, może 25-letnia, wysoka i zgrabna, była uosobieniem rozbudzonej kobiecości, świadomej swego powabu i żądającej pełni życia. W jej piwnych oczach obok dumnego przeświadczenia o swej piękności zjawiał się chwilami wyraz uległego oczekiwania; świeże usta rozpalało i namiętnie rozchylało pożądanie, zmuszające pierś do falowania niemal burzliwego. Głęboki głos o ciepłych tonach kontraltowych, powolne, jakgdyby leniwe ruchy i skwarny rumieniec bez powodu okrywający piękną, śniadą twarz, świadczyły wymownie o gorącej krwi, burzącej się w tem wspaniałem, silnem ciele. Gdy Nesser przypadkowo skrzyżował z nią spojrzenie, nozdrza rozdęły mu się drapieżnie. Wyprężył pierś i głębiej wciągnął powietrze, jakgdyby w oczekiwaniu walki.
— Mamy w naszym szpitalu samych oficerów z najlepszych rodzin, ludzi wykształconych, — objaśniała panna Briard. — Kocham ich wszystkich!
Nesser spojrzał na nią i zauważył z lekkim ukłonem:
— Nie wątpię, że każdy z nich wołałby, aby pani tylko jednego kochała!
Uśmiechnęła się i przyjrzała mu się uważnie.
— Na szczęście, panują tu inne nastroje. Jesteśmy związani przyjaźnią szczerą, prawdziwą, przyjaźnią dwóch narodów, przelewających krew za wspólną sprawę! — rzekła jakgdyby surowym głosem, poprawiając sobie włosy na skroniach.
Reporter w milczeniu pochylił głowę, ogarniając ostrym wzrokiem całą postać dziewczyny, — jej drobne dłonie i stopy, wąskie, kołyszące się leniwie biodra, zuchwale wybujałą pierś, zamglone, rozmarzone oczy i matową, śniadą cerę, nagle płonącą ciemnym rumieńcem.
Patrząc na nią, przypomniał sobie wiersz Goethego:

„Jedes Wort ist ein Versprechen,
Jeder Blick ist ein Genuß.“

— Chyba, że woda płynie w żyłach jej pacjentów! — pomyślał, z nieukrytą pożądliwością przyglądając się pannie Briard.
Odczuła to, widocznie, bo poraz drugi zajrzała śmiało w nieco przymrużone oczy gościa i rzekła cicho:
— Należy pan do mężczyzn, posiadających niewygórowaną opinję o kobietach! Niestety, jest to objaw dość zwykły w naszem społeczeństwie. Jakże dodatnio odróżniają się od nas pod tym względem Rosjanie!
Z temi słowy otworzyła drzwi do sali szpitalnej i zawołała wesoło:
— Przyprowadziłam wam, drodzy przyjaciele, znakomitego dziennikarza francuskiego, pana Henryka Nessera!
Zwracając się do niego rzekła:
— Może się pan z łatwością porozumieć z tymi panami, bo wszyscy biegle mówią po francusku. Ja zaś tymczasem muszę pójść do składu, gdzie czekają na mnie interesanci.
Nesser zbliżył się do rannych oficerów.
— Jak się pan dostał do nas? Przez Syberję chyba, bo podróż morska od północy nie zupełnie jest bezpieczna? — zapytał jeden z oficerów.
Reporter zaśmiał się głośno i opowiedział im swoje przygody. To odrazu wzbudziło sympatje dla dzielnego i przedsiębiorczego korespondenta. Nawiązała się rozmowa szczera, nieprzymuszona. Nesser rozpoczął ją w sposób, który całkowicie ujął nowych znajomych.
— Francuski naród i armja nigdy nie zapomną tej nieocenionej pomocy, jakiej doznały od wojsk rosyjskich, gdy w najcięższych momentach zaangażowały znaczną część niemieckich sił — powiedział Nesser.
Rotmistrz pułku gwardji, książę Baratyński, z ogniem w pięknych, głęboko zapadłych oczach i z rumieńcem, nagle wykwitającym na bladej twarzy, zawołał:
— Spełniliśmy swoje zobowiązanie względem Francji i przysięgę na wierność cesarzowi i Ojczyźnie! Byłem przy generale Samsonowie w bitwie pod Tannenbergiem. Wciągnięto nas tam do zasadzki. Trzy korpusy zostały zniesione. Połowa poległa na polu bitwy, 60 000 dostało się do niewoli. Nieszczęśliwy generał Samsonow skończył życie samobójstwem, bo nie mógł przeżyć klęski. Byłem ranny w tej bitwie i wzięty do niewoli. Uciekłem, a teraz na nieszczęście otworzyły mi się rany...
Oficerowie — jeden po drugim — opowiadać zaczęli o bitwach, w których uczestniczyli i zapalali się coraz bardziej, z nową siłą przeżywając wypadki ostatnich miesięcy.
Nesser słuchał uważnie, a zdumienie ogarniało go coraz bardziej. Wstawała bowiem przed nim potężna epopea męstwa i ofiarności dla sprawy. Słyszał jednak opowiadania wyłącznie o oficerach, którzy z brawurą, z zupełną pogardą dla niebezpieczeństwa i śmierci stali na okopach, lub w konnym szyku mknęli na ziejące kulami transze nieprzyjaciół. Co chwila rozlegały się nazwy pułków gwardji, nazwiska coraz bardziej arystokratyczne, tytułowane, lecz nikt ani słowem nie wspomniał o rdzeniu armji, o pułkach linjowych, ani też o żołnierzach — tych szeregowcach, którzy swoim wysiłkiem, wytrwałością i krwią dawali ojczyźnie zwycięstwo. „Ubóstwiany monarcha“, „święta Rosja“, „miłość i wierność dla cara“ — te słowa patetyczne co chwila słyszał Nesser w opowiadaniach oficerów.
— A gdzież byli, co robili oficerowie i żołnierze, wychodzący z ludu rolnego, z mieszczaństwa? — spytał wreszcie, ze zdziwieniem patrząc na księcia Baratyńskiego.
Na to pytanie odpowiedział stary pułkownik o siwych wąsach i marsowej twarzy:
— Robili to, co my im rozkazywaliśmy. Bili się, zwyciężali lub ginęli bez słowa! Rygor i posłuch w armji ani razu nie był naruszony!
— Do czasu... — rozległ się słaby głos spoza parawanu, stojącego w końcu sali.
Reporter pytająco spojrzał na oficerów.
— Pułkownik Misztowt, ciężko ranny... — szepnął Baratyński.
Z poza parawanu dobiegł zbolały głos:
— Obecnie tej dyscyplinowanej armji już nie mamy. Wyginęła w pierwszych trzech miesiącach wojny... Teraz używać będziemy zbrojne, nieprzychylne dla nas tłumy, nie posiadające żadnych tradycyj... Klęska!... Zwyciężyć z niemi nie możemy... Wojna skieruje lud nietylko przeciw rządowi, lecz i przeciwko Rosji samej!...
Zaczął kaszlać i jęczeć. Oficerowie usiłowali złagodzić przykre wrażenie po odezwaniu się rannego kolegi.
— Ciężki stan... — szeptali. — Kula przebiła mu czaszkę. Zdaje się, że stracił wzrok na zawsze... lekarze obawiają się nawet obłąkania...
W tej chwili do sali weszło kilku oficerów. Byli to urlopowani, odwiedzający przyjaciół i kolegów. Zaczęły się nowe opowiadania, żarty, rozległ się wesoły, beztroski śmiech. Nesser nie mógł jednak otrząsnąć się z niepokojących myśli, wzbudzonych słowami niewidomego pułkownika. Zamierzał odejść, lecz przybyli oficerowie, dowiedziawszy się o przygodach francuskiego dziennikarza, otoczyli go kołem i zapraszali na kolację, którą w najbliższych dniach miał wydać atamański pułk kozaków gwardji, spowodu wysokiego odznaczenia bojowego.
— Nie będzie pan żałował straconego czasu! — wołał atletyczny hrabia Palen. — Pozna pan całą galerję najświetniejszych oficerów, a zapewniam pana, że wszyscy mówią po francusku wcale przyzwoicie!
Brali reportera w ramiona, jak starego przyjaciela, ściskali mu ręce i nalegali, aby przyjął zaproszenie. Nie mógł odmówić.
— Ja po pana wpadnę! — rzekł Palen. — Przedstawię pana wielkiemu księciu Dymitrowi. Czarujący człowiek! Prawdziwy Romanow!
Reporter pożegnał wkrótce oficerów i opuścił salę. Przy drzwiach spotkał się znowu z panną Briard.
— Prawda, że piękna, bohaterska młodzież? — spytała z ożywieniem.
— Arystokracja! — odrzekł, krzywiąc usta. — Chciałbym zobaczyć prawdziwą armję: żołnierzy i oficerów pułków linjowych, przybywających z głębi Rosji.
— U nas i w szpitalu cesarzowej w Carskiem Siole zebrany jest wyłącznie sam kwiat armji, — rzekła, z lekkiem zdziwieniem patrząc na reportera.
— Kwiaty opadły, opadają lub opadną — mruknął — chciałbym widzieć jak wygląda sam krzew, na którym wyrastają kwiaty...
— Pan powątpiewa o walorach armji rosyjskiej? — spytała.
— Nie mam o tem wyrobionego zdania! — odpowiedział w zamyśleniu. — Jednak dziś już po raz drugi doszła mnie pesymistyczna uwaga, że armji właściwie niema i że powołani teraz do szeregów ludzie są nieprzychylnie usposobieni dla własnej ojczyzny.
— To — błąd! — zaprotestowała żywo. — Armja jest ożywiona miłością dla monarchy i ojczyzny!
Nesser zaczął się śmiać szyderczo. Spostrzegł odrazu, że złośliwość i cynizm znowu powróciły do niego.
— Panno Briard! — rzekł z wyrzutem, mrużąc oczy. — Rosja, jak widzę, wpłynęła na osłabienie logiki w umyśle francuskim?
Usiadła na bambusowej kanapce i ze zdumieniem patrzyła na reportera. On zaś zapalił papierosa i ciągnął cicho, z coraz to wzrastającą złośliwością:
— Czy pani wierzy w to, że we Francji na początku wojny był szczery poryw? Że wśród tych, którzy mieli wkrótce stać się bohaterami lub też skrwawionemi, poszarpanemi szmatami istniał jakiś ożywiający ich duch? Byłaby to niezwykła naiwność! Oprócz ludzi, ogarniających konieczność natychmiastowej obrony kraju, nikt nie chciał wojny! Nikt!
— A jednak — Marna, Antwerpja, Izera? — szepnęła z wyrzutem.
— Przeciągająca się wojna i nieuniknione zrozumienie stanu rzeczy powoli podnieciły ludność, wzbudziły zacięcie i wolę do czynu, — odpowiedział. — Nie możemy wszakże zaprzeczyć, że mord jest wrogi i ohydny dla nas. I tak było wszędzie! Tylko murzyni senegalscy, Hindusi i Berberowie z ochotą szli do bitwy. Szli dla bitwy samej, dla rozkosznego aromatu krwi, a może jeszcze dla czegoś? Kto wie, co kryją ich zagadkowe oczy i serca, umiejące przechowywać tajemnicę? Ale to dziedziczni wojownicy... Oni nie mogą być objektem dla psychologicznej analizy człowieka w dobie wojny obecnej!
— Rosyjski chłop doskonale się bije! — przerwała mu panna Briard.
— Nie wiem! — odpowiedział, oczami wskazując na salę. — Ci panowie mówili mi o oficerach i ani słowa o rosyjskich chłopach. Ja wiem, że niejaki — kapitan de Langlois padł, jak bohater i jak arystokrata, a jego kapral Mollin poszedł na wojnę, bo widział w niej środek zniszczenia arystokracji, burżuazji i inteligentnej klasy. Ja to wiem, ja to widziałem, panno Briard!
Milczała, przyglądając się teraz Nesserowi z zajęciem, malującem się w piwnych, pełnych blasku oczach.
Reporter dorzucił:
— A niejaki Gillet, wieśniak z pod Compiegne, nie chciał oddawać syna na wojnę. Dopiero pleban był zmuszonym do użycia całego arsenału znanych argumentów: ojczyzna, cywilizacja, wolność, równość i braterstwo, zagrożone przez Niemców! Zdaje mi się, że ostatecznie przekonał wieśniaka.
— W Rosji działają inne pobudki — rzekła w zadumie. — Car, wiara i...
Nagle urwała.
— I co jeszcze? — spytał Nesser.
— Chciałam powiedzieć — ojczyzna, ale nie! Ta idea ma najmniejszy wpływ na ludność! Rosja jest zbyt rozległym krajem, aby wieśniak, robotnik, a nawet mało inteligentny mieszkaniec jakiegoś dalekiego miasta potrafił ogarnąć cały ten ogrom i zjednoczyć go w jednem pojęciu.
Reporter wybuchnął śmiechem.
— Coś o tem wiem z pamiętników o mądrym człowieku, któremu na imię było — Napoleon! Wszakże to on nazwał Rosjan — „scytami o oczach skośnych i pożądliwych, barbarzyńcami, którzy nie mają ojczyzny, bo wszystkie kraje wydają im się lepszemi od ich rodzimego“. Widzi pani, że potrochu dochodzimy do pewnego skojarzenia naszych dróg myślowych! — zawołał reporter.
— Niezupełnie! — zaprzeczyła. — Monarcha i wiara pozostają potężnemi hasłami dla tego kraju.
Odpowiedział natychmiast:
— Ludwik XVI długo zostawał bożyszczem dla tłumu, a w pewnej chwili ten sam tłum pozbawił go głowy, droga pani! Są to rzeczy nie tak bardzo nietykalne, jak się wydaje... To samo z wiarą! Poganie obalali swoje bałwany z drzewa, kamienia i złota, współczesne zaś kościoły same dopomagają do obalenia chrześcijaństwa!
— Co pan mówi?! — żachnęła się przerażona.
— Kapłani, błogosławiący na wojnę i mord, podrywają autorytet kościoła i pozbawiają uroku naukę miłującego wszystkich Chrystusa! — mruknął reporter, ciskając papieros do stojącej w kącie spluwaczki. Po chwili począł się żegnać.
— Muszę już wracać do domu! — rzekł, patrząc na Iwonę.
Nic nie odpowiedziała, jakgdyby nie słysząc jego słów, i snuła dalszy ciąg przerwanej rozmowy:
— Te myśli przychodziły mi do głowy, ale odrzucałam je, bo przerażały mnie... Co wtedy będzie z Francją?!
Milczał.
— Musimy zwyciężyć wroga! — zawołała namiętnie.
— Musimy... — potwierdził cicho.
— Tak — musimy! Niemcy niosą z sobą prawo pięści i jarzmo niewoli myśli! — zawołała jeszcze goręcej.
— Nie! — zaprzeczył z zimnym śmiechem. — Nie dlatego! Niemcy cierpią tak samo, jak Francja i Belgja. Tam też gorzko płaczą matki osierocone, wzdychając do niebieskich oczu i złotych włosków poległych synów; po szpitalach jęczą i rzężą ranni i umierający. Tam też nędzarze czyhają na bogaczy, a bogacze nie dostrzegają ludzkiej duszy w nędzarzach. Tam tak samo, jak u nas, jak tu, wojny chciał okrutny demon pożądliwości, lub bydlę, siedzące w nas, które rozzuchwaliło drapieżników. Nie! Nie dlatego musimy zwalczyć Niemców!
— A dlaczegóż? — spytała, pochylając się ku niemu i zaglądając mu w oczy.
— To, co powiem, będzie nielitościwe i ponure — szepnął, wstając, — ale myślę, że tak jest! Musimy doprowadzić wojnę do końca, aby w Niemczech rozwiał się urok woli najsilniejszych w świecie zbrodniarzy. Ludzkość musiała uczynić tak, aby wszystkie ludy ucierpiały jak najwięcej! Taki jest bowiem wyrok losu! Cierpienie obudzi w nas uśpiony duch, zarażony żądzą. Wszyscy zgłębimy do dna zbrodnię, obłęd wojny i nędzę, a wtedy odrzucimy je na zawsze! Wówczas dopiero nastąpi okres długiego pokoju, a rozbudzona i oczyszczona dusza zażąda szukania nowych dróg istnienia dla całej ludzkości... Inaczej — śmierć, bo jestem przekonany, że już kroczy niewiadomy mocarz, który „nędzarzom drogę utoruje, bogaczy wmig obali i do skóry złupi!“ Pani, spewnością, zrozumie, panno Briard, że będzie to straszniejsze i krwawsze od zgilotynowania Ludwika XVI, rozstrzelania członków Komuny paryskiej, ba, nawet od wojny samej!
Zacisnąwszy ręce i nie spuszczając oczu z twarzy Nessera, słuchała. Milczała długo i nie ruszała się z miejsca, chociaż reporter nie odzywał się więcej i chodził po korytarzu z namarszczonem czołem, hamując podnoszące się w nim wzruszenie. Zapomniał zupełnie o obecności powabnej, budzącej zmysły kobiety. Był wzburzony i przejęty swemi słowami. Krew tętniła mu w skroniach. Serce biło gwałtownie. Odleciały teraz i znikły bez echa wybuchające bez powodu złośliwość i cynizm. Odczuwając to podniecenie, ucieszył się.
Porzuciwszy Niemcy, mógł już prowadzić dawne życie — spokojne, wygodne, nie wstrząsane niczem. Jakaś obezwładniająca mgła, podobna do martwego półmroku stolicy carów, opadła go. Z niewiadomych skrytek duszy coraz częściej wypełzały dawne nastroje, czyniące go samotnym i obcym wszystkim ludziom. Przed chwilą jednak ogarnęło go wzruszenie i niepokojące myśli, ścisnął serce lęk nie za siebie, lecz za te niezliczone szeregi niebieskich, zielonych, granatowych, szarych żołnierzy, za Marję Louge, łkającą panią von Dreyer i ogarniętych zimnym szałem nienawiści robotników z Moabitu. Poczuł się teraz jakimś innym człowiekiem, bliższym dla tych zdrowych, stroskanych o losy swego narodu ludzi i dla tych poległych, którzy pozostali na polu, jak rozrzucone w nieładzie snopy, jak świeżo odwalone skiby zoranego ugoru.
— Od Rosjan słyszałam już nieraz te obawy... — doszedł Nessera cichy głos sanitarjuszki.
Panna Briard podniosła się z kanapy i mówiła dalej:
— Nie bardzo mnie to niepokoiło. Znam przecież pesymizm rosyjski i ich namiętność do poniżenia siebie i swego ludu. Ale teraz, zdumiona jestem i przerażona, posłyszawszy te same myśli z ust pana! Wierzę panu i pytam: co robić?
Nesser uśmiechnął się.
— Panno Briard! — zawołał. — Cóż możemy na to poradzić my — francuska sanitarjuszka i przygodny dziennikarz?
— A przecież musimy coś robić?! — nalegała namiętnie.
— Zaczekajmy trochę! — uspokoił ją. — Postaram się uważnie zbadać panujący w Rosji nastrój i zważyć wynikające z niego możliwości. Wtedy dopiero postaramy się uprzedzić naszego ambasadora i naczelne dowództwo. To jedyne, co jest w naszej mocy.
Sanitarjuszka po krótkim namyśle wyciągnęła do reportera rękę i rzekła:
— Tak, to jedyna droga! Dziękuję panu!
— Za co? — zdziwił się.
— Za to, że i my zrobimy coś dla zwycięstwa! — szepnęła. — Ja mam krewnych i przyjaciół w armji francuskiej — dzielnych, uczciwych młodzieńców. Nie mogę myśleć spokojnie, że zginą wyłącznie dlatego, iż nie wszystko zostało dokładnie obliczone i zbadane!
— W tem obliczeniu, dotyczącem Rosji, będę służył pani! — odpowiedział Nesser z ukłonem.
Podała mu rękę i, uśmiechając się przyjaźnie, powiedziała:
— Mieszkam tu z matką od pięciu lat. Znam miasto i mówię nawet po rosyjsku. Mogłabym być dla pana dobrym cicerone! Byłybyśmy rade, gdyby pan zechciał odwiedzić, nas!
— Dziękuję pani! — ucieszył się Nesser. — Najchętniej skorzystam z tak miłego zaproszenia w najbliższej przyszłości.
Pożegnał pannę Briard i wyszedł na ulicę. Padał śnieg i okrywał białą smętną płachtą jezdnię, budy dorożek, dachy domów i ubrania przechodniów. Nagie gałęzie drzew rozkwitły puszystemi kwiatami, przypominając Nesserowi lata dzieciństwa, gdy z kolegami robił wyprawy do gór Kanadyjskich po wiosenne różaneczniki o gałązkach, oblepionych białem kwieciem. Szedł i myślał o tem, że w najbliższą niedzielę złoży wizytę pannie Iwonie Briard i jej matce; to sprawiało mu przyjemność, wywoływało podniecenie.
Przyłapał siebie na tem i zaczął w duchu szydzić:
— Czuły ze mnie kawaler! Ujrzałem istotnie piękną kobietę i już mi serce rozmiękło. Rychło patrzeć — bić zacznie mocno na widok panny! Cha! Cha! Muszę się wystrzegać tej pięknej sanitarjuszki! Burżuazyjna panna — nie dla mnie!... Marja Louge, Julja Martin — to rozumiem! Tam już żadnego fałszu być nie może... Panna Iwona Briard... Nie! Złożę wizytę, spełnię obowiązek grzeczności towarzyskiej i nigdy jej więcej szukać nie będę!
Uspokoił się i powolnym krokiem szedł do domu, ogarniając przenikliwym, wszystko spostrzegającym wzrokiem pomniki, gmachy, wystawy sklepów i tłum przechodniów. Tu i ówdzie rzucały mu się w oczy wyraźne ślady wschodu — wystające kości policzkowe, skośne oczy mongolskie, dziwne stroje i okrycia głowy, szerokie, długie płaszcze futrzane o obszernych kołnierzach. Najwięcej jednak przykuwał do siebie uwagę reportera zagadkowy, mglisty wyraz oczu przechodniów. Spostrzegł to już w szpitalu, gdzie poznał arystokrację rosyjską, teraz widział to samo, przyglądając się spotykanym kobietom i mężczyznom z tłumu. W Paryżu i w Kanadzie widywał Chińczyków i Japończyków z taką samą, nieprzeniknioną zasłoną w źrenicach. Widział ją tu w słabszym, mniej wyraźnym, coprawda, stopniu, lecz spostrzegał z łatwością niemal na każdym kroku.
Przez następne dwa dni zwiedzał miasto, muzea, biblioteki, składał wizyty w ministerstwie wojny i ambasadzie francuskiej, wyrabiając dla siebie przepustki na front. W sobotę wysłał do Rumeura kolejną paczkę z feljetonami i, siedząc w wygodnym fotelu, z radością myślał o jutrzejszej wizycie u panny Briard. Zaczął czytać jakąś książkę francuską i czuł, że wszystko to, co zajmowało umysły ludzi przed wojną, przed półrokiem zaledwie, stało się nagle niezwykle nudnem ględzeniem sędziwej staruszki, lub sztucznym sentymentalizmem, nikomu już niepotrzebnym. Ziewnął, odłożył książkę i zaczął się rozbierać. Posłyszał wkrótce dzwonek telefonu w przedpokoju, a po chwili głos służącej przy jego drzwiach.
— Proszą pana ze szpitala francuskiego...
Podszedł do aparatu.
— Czy ma pan już wszystkie dokumenty w porządku? — usłyszał głos panny Briard. — Doskonale! Za trzy godziny na front karpacki odchodzi specjalny pociąg francuski z upominkami i materjałem opatrunkowym. Wydelegowano mnie, jako urzędową przedstawicielkę. Jeżeli pan chce, zarezerwuję dla pana miejsce w naszym pociągu. Będzie pan miał sposobność być na samym froncie, bo jedzie z nami francuska misja wojskowa. Chce pan? Bardzo się cieszę, że mogłam okazać panu tę przysługę! Wyjątkowa okazja do obserwacyj nad interesującemi nas objawami! Zresztą, może pan już o tem zapomniał?
— Ależ nie, panno Briard! — zawołał. — Jeszcze bardziej zajmuje mnie to zagadnienie od chwili, gdy dowiedziałem się, że interesuje ono też panią! Bardzo dziękuję za opiekę! Kiedy i gdzie mam się stawić?
— Odjeżdżamy o północy z dworca Warszawskiego, — odpowiedziała. — Zatem do widzenia w pociągu!
Nesser szybko spakował rzeczy i w godzinę potem był już na dworcu. Wkrótce odnalazł pociąg i, powitawszy Iwonę, ulokował się w przedziale razem z francuskim kapitanem, należącym do misji. Oficer w niezwykle podniosłym tonie wychwalał bojową wartość armji rosyjskiej i w szczególności jakieś wprost bajeczne, feeryczne bohaterstwo oficerów gwardji.
— Przepraszam! — przerwał mu reporter. — Jak liczną armję będą mogli wystawić Rosjanie?
— Jest to niewyczerpany materjał ludzki! — zawołał kapitan. — Liczebność armji może być doprowadzona do 17 miljonów bagnetów i szabel! 17 miljonów! Któż się oprze takiej potędze?
Nesser skrzywił usta ironicznie i zauważył dość niecierpliwie:
— Jak widzę, cała ta armja składa się z oficerów i z gwardji.
— Jakto? — spytał, nie zrozumiawszy go, kapitan.
— Pan mi ciągle opowiada o oficerach gwardji, która może stanowić, powiedzmy, półmiljona ludzi. A jakież są bojowe i moralne wartości reszty, czyli pozostałych 16½ miljonów? — zadał pytanie Nesser.
— Tego nie wiem, bo dopiero teraz zaczynają przybywać rezerwy... — mruknął kapitan, spostrzegając, że jego cywilny towarzysz zna się na sprawach wojennych.
Reporter o nic więcej nie pytał i wkrótce usnął. Trzy dni trwała podróż. Pociąg stał całemi godzinami na stacjach. Przepuszczano przed nim transporty wojskowe, które w pośpiechu posuwano na front karpacki, gdzie sytuacja znowu się psuła pod naciskiem armji generałów Boroewica i Molnara. Nesser przyglądał się dążącym na front wojskom. Jednego rzutu oka wystarczało, aby dostrzec różnorodność typów żołnierzy.
— Jeżeli tak jest, to jakaż powinna być różnica pojęć, temperamentów, ideałów? — mówił do panny Briard. — Trudno ująć to w jednej ręce i prowadzić ku ogólnemu celowi! Sądzę nawet, że byłoby to niemożliwe.
— Nigdy nie myślałam o tem! — odparła. — Ale, niech pan patrzy — ciekawe widowisko!
Na stację wtoczył się długi szereg czerwonych wagonów, nad któremi podnosiły się słupy dymu. Natychmiast odsunięto szerokie drzwi i wozy ukazały swoje wnętrza. Z desek zbite prycze w dwa rzędy były zapchane ludźmi, tobołami i karabinami. Ludzie leżeli i siedzieli, paląc papierosy, i darli się na całe gardło, śpiewając niezrozumiałe dla Francuzów pieśni. Pośrodku wagonu stały piecyki, napełnione kawałkami drzewa. Na żelaznych pokrywach grzały się kociołki i czajniki z herbatą. Koło pieców siedzieli żołnierze najstarsi wiekiem; mieli spuszczone głowy i smutny wyraz twarzy. Oficerowie, zupełnie niepodobni do wspaniałych rotmistrzów i pułkowników gwardji, wyszli na peron. W rozpiętych, pogniecionych bluzach, nieogoleni, w brudnych butach brutalnie krzyczeli na żołnierzy, którzy odprowadzali ich ponurem spojrzeniem i coś pomrukiwali przez zęby.
Płynące z wagonów pieśni były owiane beznadziejną tęsknotą i tylko od czasu do czasu ponure zwrotki przechodziły raptownie w szalone, skoczne refreny. Wszystko razem stanowiło niezrozumiałą mieszaninę troski, beznadziei, smutku i bezmyślnej wesołości. Obce to były dla Nessera śpiewy i budziły w nim niewytłumaczony niepokój. Zwierzył się z tem przed Iwoną i dodał:
— Wydaje mi się wciąż, że słyszę rozlegający się zbliska, niepokojący poryk dzikiego zwierza. Drażni to mnie, bo nie znam ani tego głosu, ani zwierzęcia, które go wydaje.
Sanitarjuszka z zaciekawieniem popatrzyła na niego i odrzekła:
— Muzykę rosyjską trzeba dużo razy słyszeć, wtedy dopiero rozumie się ją.
— Jest to zrozumienie istotne, czy tylko domysł? — spytał.
— Nie wiem... — odpowiedziała, z coraz większem zainteresowaniem słuchając tego człowieka, umiejącego budzić w sobie i w innych niepokojące myśli.
Imponował jej głębią i giętkością rozumu, a to budziło natychmiast inne uczucia, w których kobiety jej temperamentu krystalizują wszelki odruch duszy. W takich chwilach mgiełka zasłaniała jej oczy, rozkosznie rozchylały się usta, ruchy stawały się powolne, pierś oddychała szybciej.
— Jeżeli pan chce, możemy wyjść na peron, — zaproponowała panna Briard, usiłując ukryć mimowolne zmieszanie. — Uprzedzam jednak, że jest spory mróz.
Ubrali się ciepło i wyszli.
— Dziękuję pani za opiekę nade mną i za to, że nie zostawia mnie pani w samotności — rzekł z żartobliwą wdzięcznością. — Boję się samotności i czy wie pani, kto zaraził mnie tym lękiem? Wystraszona na całe chyba życie, nikła, jak trawa przydrożna, mała hafciarka, niejaka Marja Louge... zupełnie do pani niepodobna!
Zaśmiał się i dodał:
— O tak! Zupełnie niepodobna!
— Hafciarka? — zapytała.
— Tak! Hafciarka najzwyklejsza, nierozumna i nieprzystojna. Tymczasem spędziłem w jej towarzystwie parę tygodni! Poco to robiłem — tego nie wiem... Nic mi nie dała ani dla duszy, ani dla ciała przez cały ten czas... Była jedna tylko chwila, której nie zapomnę nigdy... Chwila, zresztą, dla mnie szkodliwa. Marja Louge poglądem swoim na samotność zabrała mi spokój, wytrąciła z równowagi! To była prawdziwa rewolucja! Uczyniłem bowiem w życiu wszystko, aby dojść do równowagi i zachować ją... Taka niepozorna, mała hafciarka, a potrafiła wszakże zburzyć cały gmach mojego egoizmu, posuniętego do ostatecznych krańców!
Zaśmiał się i dorzucił:
— Od tej chwili bałem się poprostu zostać sam... Bolało mnie to i niepokoiło!
— O czemże pan, posiadający tak krytyczny i bystry umysł, rozprawiał z tą... Marją Louge?... — zapytała, zlekka marszcząc czoło. — To zabawne!
— Rozmawiałem z nią o losie jej kochanka — rannego żołnierza i o ich przyszłem życiu, gdy się pobiorą! Była tam jeszcze jedna osoba! Julja Martin — wspaniały okaz pięknej, rudej kobiety, śmiałej, namiętnej, a elokwentnej i paradoksalnej, jak żadna inna!
Na wspomnienie o Julji zmrużył oczy i zaśmiał się cicho, łagodnie. Nie uszło to uwagi panny Briard.
— Skoro był to tak wspaniały okaz kobiety, to spewnością, ciekawsze z nią można było prowadzić rozmowy? — zauważyła oschle.
— I tak, i nie! — odparł wesoło. — To, co pani nazywa „ciekawszą“ rozmową, byłoby prawdopodobnie kwestją układu pieniężnego, bardzo pospolitego i zresztą niewygórowanego co do kwoty. Ale — to doprawdy nie było dla mnie zbytnio ciekawe! Muszę jednak powiedzieć na obronę Julji, że po dwóch dniach naszej znajomości taka rozmowa stała się już wprost niemożliwą, bo wydałaby się zbyt brutalną i obrażającą pannę Martin, a jeszcze bardziej — ośmieszającą mnie. Doprawdy, samotny człowiek postępuje nieraz bardzo niedorzecznie! Pani nie uwierzy, jeżeli powiem, że marzyłem o wydaniu tych dziewcząt zamąż i o roli „wujaszka“ przy nich, coś w rodzaju piastuna ich dzieci! Cha — cha — cha! Stało się to przez Marję, która zatruła mnie lękiem przed samotnością! Nieprawdaż, że nie wydaję się napozór tak niemądrym i do tego sentymentalnym dziwakiem!?
Śmiał się wesoło.
— Bardzo sympatyczne dziwactwo... — odpowiedziała wymijająco.
Wyczuł w jej tonie niezadowolenie i pewną niechęć, a może nawet ironję.
— Poczekaj-że! — pomyślał złośliwie i rzekł: — Wie pani, co za dziwna okoliczność?! Czułem się z temi hafciarkami wyśmienicie! Niczego ode mnie nie żądały i za wszystko były mi śmiesznie wdzięczne. Ja na nie żadnych osobistych planów nie miałem... Zupełnie inaczej bywało, gdym wpadał w sidła Amora, rozstawiane przez damy z towarzystwa. Klęska! Musiałem prowadzić nieprzerwaną grę, walczyć o coś, co ciągle wymykało mi się z rąk, a co wkońcu nie warte było wysiłku i walki. Uczyniło to ze mnie cynika. Opowiem pani...
Chodzili po peronie. Nesser w oględnej formie opowiadał o swoim romansie z Reginą i o feljetonach, przedstawiających w należytem świetle rodzinę Sauvierów. Wysłuchała w milczeniu, patrząc w ziemię. Gdy skończył, rzekła stanowczo:
— Wstrętne!
— Co mianowicie? — zapytał i zacisnął zęby.
— Obyczaje tej rodziny, no i...
— ...moje rewelacje? — poddał z szyderstwem.
— To — na trzeciem miejscu! Na drugiem — wstrętne jest społeczeństwo, tolerujące w swojem gronie podobnych Sauvierów! — odpowiedziała surowym głosem.
— A jakiż wyrok na mnie zapadnie? — spytał, patrząc na nią wyzywająco, gotowy do obrony.
Milczała długo, przyglądając się żołnierzom, wyłamującym część sztachet przy ogródku peronowym i znoszącym kawałki drzewa na opał piecyków.
— Niech się pani nie krępuje w doborze słów! Wytrzymam! — rzekł z rosnącą natarczywością.
Podniosła na niego oczy i spytała:
— Poco mi pan opowiadał o tem?
— Przecież nie zgorszyłem pani? — zaśmiał się złośliwie. — We współczesnej literaturze znajdywała pani niezawodnie jeszcze drażliwsze tematy i drastyczniejsze sceny?
— Poco mi pan opowiadał o tem? — powtórzyła, nie spuszczając z niego wzroku.
Nesser zupełnie niespodziewanie zmieszał się i, pokrywając śmiechem to przykre dla siebie uczucie, przychodzące w tak niestosownej chwili, odpowiedział niemal brutalnie:
— Żeby pani wiedziała, z kim jest zmuszona obcować!
— Czy to potrzebne jest dla pana, czy dla mnie?
— I dla pani i dla mnie! — zaśmiał się. — Nie lubię niejasnych sytuacyj!
Zapanowało kłopotliwe milczenie. Nesser czuł, że panna Briard obmyśla odpowiedź. Nie zawiódł się. Podniosła głowę i powiedziała dobitnie:
— Gdyby pan napisał to wszystko o mężczyźnie, nikt nie napadłby za to na autora, oprócz poszkodowanego, któremu, zresztą, nie odmówiłby pan dania satysfakcji. Natomiast, napisawszy prawdę o kobiecie, naraził pan sobie opinję publiczną. Tak zawsze bywa, niestety! Doprawdy, jakie to potworne i wstrętne, że społeczeństwo otacza jednakową czcią i opieką kobiety uczciwe i szlachetne, a obok — takie „panie Reginy“! Dlaczego sąd ma prawo wywlec na widownię przeszłość bohaterki sensacyjnego mordu, a dziennikarzowi nie wolno dotknąć ukrytych zbrodni, popełnianych codziennie przez „damę z towarzystwa“?
— Jednak byłem bliskim człowiekiem dla pani Sauvier? — zauważył Nesser, śledząc wyrazistą, zarumienioną twarz pięknej dziewczyny.
— Tak... — odparła. — Myślałam o tem. To była przykra okoliczność. Zrobił to pan przez zemstę?
— Przez zemstę! — szepnął.
— Gdyby pan kochał tę kobietę, czy mógłby pan ją zabić?
— Zdaje mi się, że tak... — odpowiedział po pewnym namyśle. — Na początku naszej znajomości, wydawało mi się, że pokochałem Reginę, lecz później ogarnął mnie wstręt do tej „porządnej“, religijnej, otoczonej powszechnym szacunkiem damy światowej. Dodam, że był to wstręt nieprzeparty, — rasowy wstręt proletarjusza, umiejącego łączyć go z nagłym wybuchem zmysłowości.
— Z mego kobiecego punktu widzenia, w dążeniu do ścisłej klasyfikacji dobra i zła, nie odsądzam pana od czci i honoru... — zadecydowała poważnym głosem.
Nesser znowu zaśmiał się.
— Śmiała decyzja! — zawołał. — Po raz pierwszy spotykam się z taką odwagą i kategorycznością! W każdym razie dziękuję pani i zapewniam, że byłem z nią zupełnie szczery! Chciałem, żeby pani miała o mnie prawdziwe wyobrażenie. Powtarzam — nie lubię niejasnej sytuacji, szczególnie nie chciałbym jej w stosunku do pani...
Spojrzała na niego pytająco.
— Właśnie! — dodał z przyjaznym uśmiechem. — W stosunku do pani, która ma takie wszystko rozumiejące i prawdomówne oczy.
Ciemny rumieniec okrył twarz panny Briard.
Konduktor gwizdnął przeciągle. Powrócili do pociągu, który niebawem drgnął, zgrzytnął i powlókł się dalej. Nesser dopiero przed wieczorem odszukał Iwonę. Znalazł ją zajętą sortowaniem paczek i wypełnianiem faktur. Udała, że nie ma czasu na rozmowę z nim. Siedzieli obok siebie podczas kolacji.
Zawiązała się ogólna rozmowa o nowych posunięciach na froncie wschodnim.
Nagle sanitarjuszka pochyliła głowę i szepnęła do Nessera:
— Po tym wypadku z panią Sauvier istotnie można oddać pierwszeństwo hafciarkom o wyraźnej moralności przed obłudnym purytanizmem wyższych sfer towarzyskich. Myślałam dziś o tem i... o panu...
— Moje myśli też krążyły dokoła pani — odpowiedział — a były chwilami, jak drapieżne jastrzębie, chwilami, jak białe gołębice...
Zaczął się śmiać cicho, patrząc na czarne pasemko włosów, ukrywających małe, kształtne ucho sąsiadki. Po chwili zapytał:
— Co pani nazywa purytanizmem, uprawianym w wyższem towarzystwie?
— Strach przed tem, co jest naturalne i niezbędne — odparła, nie patrząc na niego.
— Czy dotyczy to tylko fizycznej strony życia? — zapytał i dodał natychmiast: — Bo jeżeli tak, to pani się myli chyba. Panie z towarzystwa nie odmawiają sobie drobnych, a niezbędnych... powiedzmy — rozrywek, niezbędnych w szarzyźnie ich błyskotliwego życia — pustego, jak ta blaszanka od sardynek.
— Tak! Wiem o tem, lecz panie te usiłują udawać w takich wypadkach nieszczęśliwe ofiary losu, ukrywają nawet przed kochankiem własne, całkiem naturalne popędy, a najczęściej starają się połączyć miłosne przygody z kombinacjami różnej wartości moralnej — od oszukiwania męża lub rodziców, od upominków w postaci czeków bankowych, do znaczniejszych sum, wypłacanych za szpiegowską robotę. Jednak fałszywy purytanizm ich nietylko na tem polega. Upatruję go w tradycyjnych zabiegach koło utrzymania się na powierzchni życia bez żadnego prawa na to, wobec braku moralnych, umysłowych, a często nawet fizycznych wartości... Jest w tem wstrętna obłuda!
To powiedziawszy, podniosła swoje piękne oczy, w których Nesser dostrzegł błyski wyzywającej śmiałości.
Wzruszył ramionami i zauważył:
— Najzupełniej zgadzam się z treścią tej przemowy, panno Briard! Zachwyca mnie pani swoim zdrowym i pełnym odwagi rozsądkiem! Jest to rzadkie zjawisko u kobiet!
Zarumieniła się ponownie i nie odezwała się więcej.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.