Koronujemy cię na króla

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rabindranath Tagore
Tytuł Koronujemy cię na króla
Pochodzenie Głodne kamienie
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Narodowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Jerzy Bandrowski
Tytuł orygin. রাজটিকা
"We Crown Thee King"
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
KORONUJEMY CIĘ NA KRÓLA



Kiedy Nabendu Szekhar żenił się z Arunlekhą, bóg małżeństwa uśmiechnął się przebiegle z poza ofiarnego ognia. Niestety, to, co dla bogów bywa wesołą zabawą, nie zawsze jest dobrym figlem dla nas, biednych śmiertelników!

Purnendu Szekhar, ojciec Nabendu, należał do ludzi, żyjących w dobrych stosunkach z angielskimi urzędnikami rządowymi. Dzięki temu, że umiał należycie posługiwać się wiosłami salaamu[1], dotarł w swej podróży życiowej do odległego brzegu godności ray bahadura[2]. Miał jeszcze w rezerwie spory zapas tych środków awansu, na nieszczęście jednak, gdy doszedł do pięćdziesiątego piątego roku życia, a spojrzenie jego spoczęło już z błogą tęsknotą na owianym mgłami szczycie godności radży, znalazł się nagle przeniesiony w sferę, w której ziemskie zaszczyty i odznaczenia nie mają żadnego znaczenia, zaś jego utrudzony od gięcia się w głębokich ukłonach kark znalazł wieczny odpoczynek na drwach stosu pogrzebowego.
Jak nas pouczają nowoczesne nauki przyrodnicze, żadna energja nie idzie na marne, lecz zmienia tylko swój kształt i kierunek. Tak też i siła salaamów Purnendy, niezawodna pomocnica zmiennej bogini szczęścia, spłynęła z bark ojca na barki jego godnego syna i młodzieńcza głowa Nabendu Szekhara zaczęła się kiwać przed drzwiami wysoko postawionych Anglików, jak wiatrem poruszana dynia.
Tradycje rodziny, do której się przyżenił, były zgoła odmienne. Najstarszy syn Pramathanath zdobył miłość całej swej rodziny i szacunek wszystkich, którzy go znali. Tak krewni jak i sąsiedzi uważali go pod każdym względem za wzór.
Pramathanath posiadał nie tylko uniwersyteckie wykształcenie, ale także zdrowy ludzki rozsądek. A mimo to nie posiadał ani wysokiego urzędu, ani znaczniejszych dochodów. Żadna wpływowa osobistość nie pomagała mu do wybicia się, bo Anglikom on schodził z drogi tak samo jak i oni jemu. Skutkiem tego cnoty jego lśniły tylko w kole jego rodziny i przyjaciół, nie wzbudzając zresztą poza tym zakresem żadnego podziwu.
A przecie tenże sam Pramathanath spędził swego czasu trzy lata w Anglji. Życzliwe przyjęcie, jakiego tam doznał, tak go chwyciło za serce, że zapomniał o cierpieniach i upokorzeniach swej ojczyzny i powrócił do kraju w kostjumie europejskim. Rodzinie jego sprawiało to z początku przykrość, po kilku dniach jednak wszyscy przyszli do przekonania, że nikomu w europejskiem ubraniu nie jest tak do twarzy jak jemu, aż wreszcie zaczęli podzielać jego przekonania i radowali się jego pełną godności dumą.
Wróciwszy z Anglji, postanowił Pramathanath pokazać światu, że z Anglo-Indusami można obcować na równej stopie. Ci rodacy nasi, którzy sądzą, że obcowanie tego rodzaju jest niemożliwe i że my musimy przemawiać do Anglików na klęczkach, zdradzają tylko zupełny brak szacunku dla samego siebie, a prócz tego są też niesprawiedliwi względem Anglików — tak myślał Pramathanath.
Z Europy przywiózł od wybitnych osobistości angielskich cały szereg listów, które ułatwiły mu dostęp do anglo-induskiego towarzystwa. On, a także i jego żona korzystali od czasu do czasu z angielskiej gościnności, zapraszani na herbatę, obiady, uroczystości sportowe i inne zabawy. Powodzenie to oszołomiło go i zaczęło wstrząsać wszystkiemi jego nerwami.
W tym czasie otwarto nową linję kolejową i wielu mieszkańców miasta, dumne przedmioty względów urzędniczych, zostało zaproszonych przez gubernatora do wzięcia udziału w pierwszej podróży. Wśród nich znajdował się też Pramathanath. Podczas podróży powrotnej jakiś angielski urzędnik policji wyprosił w najbezczelniejszy sposób paru induskich panów z przedziału, w którym znajdował się również Pramathanath w swem europejskiem ubraniu. Kiedy również chciał wysiąść, urzędnik odezwał się: — Pan wysiadać nie potrzebuje. Proszę, niech pan zostanie na swojem miejscu.
W pierwszej chwili Pramathanathowi pochlebił okazany mu w ten sposób szczególniejszy szacunek. Kiedy jednak pociąg ruszył dalej, doznał wrażenia, jak gdyby omdlewające promienie zachodzącego słońca, leżące na zachodnich polach, niezoranych i pozbawionych wszelkiej zieleni, rumieńcem wstydu zalały cały kraj. I kiedy tak siedział przy oknie swego pustego przedziału, zdawało mu się, że widzi ukryte poza drzewami spuszczone wdół oczy swej Ojczyzny i podczas gdy on sam pogrążył się w marzeniach, palące łzy spływały po jego policzkach, a jego serce biło żywiej z gniewu.
Przyszła mu na myśl historja o ośle, który ciągnął przez ulice wóz z figurą bożka. Przechodnie kłaniali się bożkowi i dotykali czołem pyłu ulicy. Głupi osioł wyobrażał sobie, że całą tę cześć jemu się oddaje.
— Jedyna różnica między osłem a mną — rzekł do siebie Pramathanath — jest ta: Ja dziś zrozumiałem, iż szacunek, jaki mi się okazuje, przeznaczony jest nie dla mnie, lecz dla brzemienia na moim grzbiecie.
Wróciwszy do domu, zwołał Pramathanath wszystkie dzieci, wzniósł wysoki stos z drzewa, podpali go i wrzucił weń jedno po drugiem, wszystkie swoje europejskie ubrania. Dzieci tańczyły dokoła ognia, a im wyżej strzelały płomienie, tem większa była ich uciecha. Następnie wyrzekł się Pramathanath swego łyku herbaty i odrobiny „toastu“ w anglo-induskich domach i siedział znowu nieprzystępny w twierdzy swego domu, podczas gdy jego tak haniebnie potraktowani przyjaciele w dalszym ciągu chodzili od drzwi do drzwi po domach angielskich, chyląc przed niemi swe oturbanione głowy.
Dziwną ironją losu zdarzyło się, iż biedny Nabendu Szekhar pojął za żonę młodszą siostrę z tej rodziny. Szwagierki jego były przystojne i dobrze wychowane. Nabendu przyszedł do przekonania, że zrobił bardzo dobry interes. Z drugiej strony jednak starał się wszelkiemi sposobami rodzinie wykazać, że i on był dla niej doskonałym nabytkiem. Niby to bez żadnego zamiaru pokazywał swym szwagierkom często listy, jakie jego ojciec, otrzymał był od Europejczyków. Ale gdy wiśniowe usteczka tych młodych dam zaczęły się sarkastycznie uśmiechać a ostrze lśniącego sztyletu wyjrzało z czerwonej aksamitnej pochwy, zrozumiał nieszczęśnik swą lekkomyślność i pożałował jej.
Labanjalekha, najstarsza z sióstr, przewyższała wszystkie pięknością i rozumem. Przy sposobności jakiegoś święta ustawiła na kominku w sypialni Nabendu parę angielskich trzewików, pomalowanych szkarłatną barwą na czerwono, naniosła kwiatów, pasty sandałowej, kadzidła i dwie świece, które w sposób przepisany przy składaniu ofiar zapaliła. Kiedy Nabendu przyszedł, obie szwagierki wzięły go między siebie, mówiąc z drwiącą powagą:
— Pokłoń się twym bogom i oby ich błogosławieństwo przyniosło ci szczęście.
Trzecia siostra, Kiranlekha, cały miesiąc spędziła nad wyszywaniem czerwonym jedwabiem szalu na plecy setką zwykłych nazwisk angielskich, jak Jones. Smith, Brown. Thomson itd. Gdy szal był gotów, uroczyście wręczyła Nabendu to namawali.[3]
Czwarta, Sasankalekha, mała i która się właściwie jeszcze nie liczyła, odezwała się raz:
— Bracie, ja ci zrobię różaniec, na którym będziesz mógł wymieniać imiona twych bogów, Sahibów.
Siostry wyłajały ją i zaczęły wołać:
— Idź sobie stąd, ty zuchwała żmijko!
Uczucia Nabendu Szekhara wahały się między wstydem a gniewem. A mimo to nie mógł się zdecydować na wyrzeczenie się towarzystwa swych szwagierek, zwłaszcza, że najstarsza była faktycznie bardzo piękna. Siła słodyczy jej miodu nie była mniejsza od goryczy, zaś ona karmiła zwykle Nabendu tak jednem jak i drugiem. Ćma mimo osmalenia skrzydeł w ślepem opętaniu trzepoce się wciąż dokoła światła, niezdolna do oderwania się od niego.
Towarzystwo szwagierek wywarło na Nabendu taki wpływ, iż po pewnym czasie zaczął zaprzeczać swemu ubieganiu się o względy Anglików. Wychodząc, aby złożyć uszanowanie gubernatorowi, mówił, że idzie wysłuchać mowy Surendtranatha Banerdżi. Idąc na kolej, aby wziąć udział w uroczystem powitaniu wice-gubernatora, powracającego z Dardżiling, opowiedział szwagierkom, iż idzie naprzeciw swego najmłodszego wuja.
Ciężka to była rzecz dla tego nieszczęsnego człowieka stać tak w krzyżowym ogniu swych Sahibów i szwagierek. Szwagierki jednak przysięgły sobie potajemnie nie spocząć, dopóki Sahibów nie wyprą.
Jakoś w tym czasie rozeszła się wieść, że nazwisko Nabendu ma się znaleźć na najbliższej liście odznaczeń z okazji urodzin królewskich i że on jako Ray-Bahadur stanie na pierwszym stopniu tej prowadzącej do raju drabiny. Biedak nie miał odwagi podzielić się ze szwagierkami tą wesołą nowiną. Ale wreszcie pewnego wieczoru, gdy księżyc jesienny zalewał ziemię swem zgubnem światłem, serce Nabendu tak wezbrało, że nie mógł już dłużej wytrzymać i zwierzył się z sekretu żonie. Na drugi dzień Arunlekha udała się w lektyce do domu swej najstarszej siostry i głosem zdławionym od łez zaczęła się skarżyć na swój los.
— No, przecie przez to, że zostanie Ray-Bahadurem, korona mu jeszcze z głowy nie spadnie. Dlaczego czujesz się tem tak upokorzona?
— Ach, nie, kochana siostro! — odpowiedziała Arunlekha. — Wolałabym wszystko inne, niż być żoną Ray-Bahadura.
Do koła ich znajomych należał też niejaki Bhutnath Babu, który był Ray-Bahadurem, a to tłumaczyło jej gwałtowną niechęć do tego tytułu.
Labanja próbowała ją uspokoić:
— Nie irytuj się, moja droga; zobaczę, co się da zrobić, aby temu przeszkodzić.
Babu Nilratan, mąż Labanji, by adwokatem w Buksarze. Kiedy jesień minęła, Nabendu otrzymał od Labanji list z zaproszeniem, aby ich odwiedził, wobec czego pełen radości pojechał do Buksaru.
Wczesna zima zachodniej prowincji okrasiła Labanjalekhę nowem zdrowiem i pięknością i ozdobiła jej blade policzki delikatnym rumieńcem. Była podobna do obsypanej kwieciem kazarydy w jasny dzień jesienny na samotnym brzegu strumyczka. Pełnym zachwytu oczom Nabendu wydała się niby krzak jaśminu w pełnym rozkwicie, lśniący od rosy w świetle porannem.
Nigdy w życiu nie czuł się Nabendu tak dobrze. Wzmożone poczucie zdrowia i podniecające towarzystwo pięknej szwagierki dawały mu uczucie takiej lekkości, że miał wrażenie, iż unosi się w powietrzu, nie dotykając ziemi. Zdawało mu się, jak gdyby Ganges, płynący tuż koło ogrodu, najszaleńsze jego fantazje unosił w nieznany kraj baśni, gdzie nabierały rzeczywistości.
Kiedy wczesnym rankiem wracał ze swej przechadzki nad rzeką, łagodne promienie słońca zimowego użyczały całemu jego ciału tego rozkosznego uczucia ciepła, jakie przenika kochanka w ramionach ukochanej. W domu zastawał czasem szwagierkę zajętą przyrządzaniem jakiejś smacznej potrawy. Czem prędzej ofiarował jej zwykle swą pomoc, przyczem na każdym kroku wykazywał zupełny brak zręczności i talentu kucharskiego. Nie starał się jednak wcale o to, aby dzięki uwadze i wprawie poczynić jakieś postępy, przeciwnie, bawiło go bardzo, gdy szwagierka go łajała i burczała. Zadawał sobie wiele pracy, by co dnia na nowo jej dowieść, że jest nieudolnym i nieporadnym jak nowonarodzone dziecię, o ile idzie o mieszanie korzeni, trzymanie patelni i uważanie, aby się coś tam nie przypaliło — za co otrzymywał należytą nagrodę w postaci pełnego politowania uśmiechu i połajanek.
W południe pałaszował z zapałem wszystkie piękne rzeczy, jakie przed nim zastawiano, czyniąc zadość tak swemu zdrowemu apetytowi jak też i zachętom szwagierki. Po jedzeniu zasiadano do kart, przyczem Nabendu wykazywał znowu wrodzony sobie brak wszelkiej zręczności. Szachrował, zapuszczał żórawia, kłócił się z partnerką, a choć nigdy nie wygrał, nie chciał się w żaden sposób przyznać do przegranej. Oczywiście to pociągało za sobą coraz to nowe bury, on jednak był niepoprawny.
Ale pod pewnym względem naprawdę się poprawił. Zapomniał najzupełniej, przynajmniej na jakiś czas, że najwyższy cel życia stanowiło staranie się o uśmiech Sahibów. Zaczynał powoli rozumieć, jakie szczęście i zadowolenie sprawia nam, gdy zyskujemy miłość i szacunek tych, którzy nam są najbliżsi i najdrożsi.
Przyczyniło się do tego też i to, że Nabenda żył teraz w zupełnie innej atmosferze. Mężowi Labanji, Babu Nilratanowi, znakomitemu prawnikowi, wielu brało za złe, że nie składa wizyt urzędnikom angielskim. Na zarzuty te odpowiadał Nilratan zwykle:
— Nie, dziękuję. Skoro nie mogą się zdobyć na tyle uprzejmości, aby oddać mi wizytę, moja uprzejmość byłaby tylko zupełnie zbyteczną rozrzutnością. Piasek pustyni jest pięknie biały i połyskujący, ja jednak wolę obsiewać czarną ziemię, która mi me ziarno zwróci.
I Nabendu, niepomny na przyszłość, zaczął żywić te same poglądy. Jego widoki na godność Bahadura kwitły tymczasem dalej na gruncie, przez zmarłego ojca i przez niego samego w ostatnich czasach starannie przygotowanym, i nie było potrzeba świeżo ich podlewać. Czyż nie ufundował niemałym sumptem placu wyścigowego w jednem mieście, które było najmilszem miejscem pobytu Anglików?
Kiedy zbliżał się czas Kongresu[4] otrzymał Nilratan z wydziału wezwanie do zbierania na ten cel składek. Niczego nie podejrzewający Nabendu siedział właśnie przy wesołej partyjce ze swoją szwagierką, gdy naraz zbliżył się do niego Nilratan z listą składek i rzekł:
— Proszę cię o podpis.
Ujrzawszy słowo „kongres“ Nabendu ze starej nawyczki przeraził się. Labanja zrobiła również bardzo przerażoną minę i odezwała się:
— Nie rób tego. Zmarnujesz sobie na nic swój tor wyścigowy.
Ale Nabendu wykrzyknął pogardliwie:
— Czy myślisz, że mi to może sen odbierze?
— Nie ogłosimy twego nazwiska w dziennikach — rzek Nilratan uspokajająco.
Ale Labanja wtrąciła z poważną i zakłopotaną miną:
— Mimo wszystko to jest trochę niebezpieczne. Takie rzeczy trudno zachować w tajemnicy...
Nabendu odpowiedział gwałtownie:
— Nicby memu nazwisku nie zaszkodziło, nawet gdyby się znalazło w gazetach.
To rzekłszy, chwycił listę składek, którą Nilratan wciąż jeszcze trzymał w ręku i jednym zamachem podpisał tysiąc rupij. W głębi duszy miał nadzieję, iż pisma tego nie podadzą.
Labanja uderzyła się w czoło i zawołała przerażona:
— I — có — żeś — ty — zro — bił!
— Nic złego! — odpowiedział Nabendu, wypinając dumnie pierś.
— Ależ — ależ — mówiła z wahaniem — pomyśl tylko, co to będzie, jak ci wszyscy Sahibowie się na ciebie obrażą — portjer na dworcu Sealda, służba sklepowa u Whiteway’a, dojeżdżacz u braci Hart — jak wszyscy ci panowie nie zechcą przyjść na twój proszony obiad i pić twego szampana! Pomyśl tylko, jak cię następnym razem zobaczą, nie będą cię już życzliwie klepać po ramieniu!
— Płakać o to nie będę! — odpowiedział Nabendu krótko.
Minę o parę dni.
Pewnego poranka, kiedy Nabendu popijał herbatę i przeglądał gazetę, nagle wzrok jego padł na adresowany do niego list otwarty, podpisany N. Autor listu dziękował mu pełnemi zapału słowy za jego hojny dar, oświadczając, iż nie można dość wysoko ocenić poparcia, jakie Kongres uzyskał dzięki temu, iż taki człowiek oddał się na jego usługi.
Ach, biedny ojcze Purnendu Szekharze! Czyż po to, aby utwierdzić potęgę Kongresu, spłodziłeś takiego nędznika?
Jednakże ta ciężarna nieszczęściem chmura miała też swe srebrne obramowanie. Z faktu, iż tak gmina anglo-induska jak i Kongres usiłowały złapać go na swój haczyk i przeciągnąć na swoją stronę, wynikało zupełnie jasno, iż przecie on nie był zwykłem zerem. To też Nabendu, rozpromieniony z radości, zaniósł dziennik swej szwagierce i pokazał jej list.
Labanja, udając, ze nic o tem nie wie, zawołała ze strachem:
— O, cóż to za fatalna historja! Teraz wszystko się już wyda! I któż ci tego złośliwego figla wypłatał? Oh, co za obrzydliwy zdrajca!
— No, no, Labanjo! — mówił ze śmiechem Nabendu — Nie trzeba na niego zaraz tak pomstować! Ja mu przebaczam z całego serca i jeszcze bym mu za to dał swe błogosławieństwo!
W parę dni później ktoś przysłał Nabendu wrogo usposobiony dla Kongresu dziennik anglo-induski. Znajdował się tam artykuł, opatrzony podpisem „Ktoś, kto to wie lepiej“, a naturalnie zaprzeczający wszystkiemu, co pisał autor listu otwartego. „Ci, którzy mają zaszczyt znać Babu Nabendu Szekhara osobiście — brzmiał artykuł — ani na chwilę nie uwierzą podobnemu oszczerstwu. Stać się członkiem Kongresu jest dla niego takiem samem niepodobieństwem, jak dla leoparda zrzucić swą skórę. Jest to człowiek nawskroś z charakterem — nie żaden nieszczęśliwy w swych staraniach o posadę rządową chłystek lub adwokat bez klienteli. Nie należy też do tych, którzy, wróciwszy po krótkim pobycie w Anglji i małpując nasze ubranie i obyczaje, wdzierają się bezczelnie w anglo-induskie towarzystwo, aby później z uczuciem zawodu musieć się z niego wycofać. To też nie widzimy najmniejszego powodu, dla któregoby Babu Nabendu Szekhar itd. itd.
Ach, ojcze Purnendu Szekharze! Jakże dobrą sławę wyrobiłeś sobie i swemu nazwisku wśród Anglików!
I ten artykuł pokazano szwagierce, bo czyż nie był to najlepszy dowód, że Nabendu nie jest jakimś mizernym, nędznym półgłówkiem, lecz prawdziwym, co się zowie, mężczyzną?
Labanja wykrzyknęła z udanem zdziwieniem:
— Któryż z twoich przyjaciół mógł to pisać? Może konduktor, może kuśnierz — a kto wie, czy nie tambourmajor z fortu?
— Mnie się zdaje, że na to powinieneś odpowiedzieć — odezwał się Nilratan.
— Czy to konieczne? — rzekł Nabendu wyniośle — Czy mam odpowiadać na każdą drobnostkę, jaką przeciw mnie wyciągną?
Śmiech Labanji zalał pokój.
Nabendu zmieszał się trochę i spytał:
— O cóż właściwie idzie?
Ale ona śmiała się dalej, nie mogąc się powstrzymać, przyczem jej smukła, młodzieńcza postać gięła się, jak gdyby wiatr nią kołysał. Ten wybuch wesoości najzupełniej już wyprowadził z równowagi Nabendu.
— Czy sądzisz może, że ja boję się na to odpowiedzieć? — zapytał nie bez pewnego smętku w głosie.
— Ale skądże! —-— odpowiedziała Labanja — Pomyślałam sobie tylko, że przecie nie wyrzekłeś się jeszcze nadziei uratowania swego tak obiecującego toru wyścigowego. Tak, nadzieja — to wszystko!
— Ty naprawdę myślisz, że ja się o to obawiam? Dobrze, przekonasz się! — odpowiedział Nabendu zrozpaczony i natychmiast zaczął pisać odpowiedź. Skończywszy, podał ją Labanji i Nilratanowi ale ci orzekli, że jest za słaba.
— To niedość energiczne. Na to się musi mocno chlasnąć, nieprawdaż?
Z całą uprzejmością podjęli się zredagowania artykuliku. Ostateczne jego brzmienie było następujące:
— Jeżeli ktoś, połączony z nami związkami krwi, przechodzi na stronę naszych nieprzyjaciół, staje się dla nas znacznie niebezpieczniejszym od każdego cudzoziemca. Pyszałkowaci Anglo-Indusi są dla rządu Indyj wrogami znacznie gorszymi, niż Rosjanie, a nawet Afganowie; stają oni zawsze jako niemożliwa do usunięcia zapora między rządem a narodem i uniemożliwiają wszelkie zadzierżgnięcie się jakichkolwiek węzłów przyjaznych między obu stronami. Kongres jest tą instytucją, która zbudowała szeroki gościniec, wiodący do lepszego porozumienia między rządem a poddanymi, jednakże dzienniki anglo-induskie rozkrzewiły się jak chwasty cierniste przez całą szerokość tej drogi itd. itd.
Nabendu w duchu obawiał się, że ten artykuł sprowadzi na niego nieszczęście, z drugiej strony jednak uczuł się wbity w dumę znakomitym stylem, który uważał za swój własny. Odpowiedź ta została na odpowiedniem miejscu wydrukowana, poczem zaczęły się w najbliższych dniach pojawiać w różnych dziennikach uwagi, odpowiedzi i ataki, aż wreszcie zagrzmiały trąby, obwieszczające światu fakt, iż Nabendu stał się członkiem Kongresu i jaką sumę na jego cele podpisał.
Nabendu mówi teraz z tak rozpaczliwą odwagą, jak gdyby był najzagorzalnym patrjotą. Labanja śmiała się w duchu i mówiła sama do siebie:
— No, no, poczekaj, próbę ogniową masz jeszcze przed sobą.
Pewnego poranku, kiedy Nabendu przed kąpielą natarł sobie oliwą piersi i właśnie starał się wszelkiemi sposobami namaścić również trudno dostępne okolice łopatek, służący przyniósł mu bilet z nazwiskiem samego sędziego okręgowego! Miły Boże! Cóż miał począć? Nie mógł przecie w żaden sposób wyjść tak namaszczony i przyjąć Sahiba. Szamotał się konwulsyjnie, jak ryba, którą czeka patelnia. Wykąpał się z gorączkowym pośpiechem, ubrał się i wybiegł z pośpiechem z łazienki. Służący oświadczył mu, że Sahib czekał przez dłuższy caas i właśnie odszedł. Jaką część winy w tej komedji złośliwego splotu okoliczności ponosiła Labanja, a jaka przypadała na służącego, stanowi zadanie rachunkowe, którego rozwiązanie pozostawiam matematykom etyki.
Serce Nabendu skurczyło się w piersi z bólu jak świeżo ucięty ogon jaszczurki. Przez cały dzień siedział milczący, smutny, osowiały.
Labanja, usunąwszy z twarzy wszelki ślad wesołości, jaka panowała w jej duszy, kilkakrotnie pytała go stroskanym głosem:
— I cóż ci się stało? Mam nadzieję, że nie jesteś chyba chory?
Nabendu zrobił wielki wysiłek, aby się uśmiechnąć i dać jakąś wesołą odpowiedź.
— Któż mógłby zachorować przy tobie — wyjąka wreszcie — która jesteś uosobioną boginią zdrowia?
Ale uśmiech zgasł szybko. Przykre myśli dręczyły go bezustannie.
— Naprzód podpisałem się na liście składek na rzecz Kongresu, następnie ogłosiłem w dziennikach ten głupkowaty artykuł, zaś teraz obraziłem sędziego okręgowego, każąc mu na siebie czekać, gdy on zaszczycił mnie swemi odwiedzinami. Co on sobie o mnie pomyśli!
— Ach, ojcze Purnendu Szekharze, dziwnem zrządzeniem losu wyglądam na takiego, jakim wcale nie jestem!
Następnego poranka Nabendu ubrał się w swe najlepsze suknie, włożył do kieszeni zegarek z grubym, złotym łańcuszkiem i wdział na głowę wielki turban.
— Dokąd idziesz? — zapytała go szwagierka.
— Mam ważne sprawy — odpowiedział Nabendu.
Labanja milczała.
Stanąwszy u drzwi sędziego okręgowego, wyjął swój bilet wizytowy.
— Teraz z nim mówić nie można — rzekł lodowatym tonem dyżurny lokaj.
Nabendu wyjął z kieszeni parę rupij.
Lokaj skłonił się natychmiast i rzekł:
— Jest nas pięciu, panie!
Wobec tego Nabendu wyjął w tej chwili dziesięć rupij i poda mu je.
Wprowadzono go do sędziego okręgowego, który siedział przy biurku w szlafroku i w pantoflach. Sędzia okręgowy wskazał mu palcem krzesło i spytał, nie podnosząc głowy z nad papierów:
— Czem można służyć. Babu?
Nabendu przebierał przez chwilę nerwowo palcami po swym łańcuszku, aż wreszcie rzekł niepewnym głosem:
— Pan był wczoraj łaskaw odwiedzić mnie, panie sędzio?
Sahib zmarszczył czoło, rzucił nań z ponad papierów okiem i rzekł:
Ja pana odwiedzać? Co pan za głupstwa wygaduje?
— Proszę o przebaczenie, panie! — jąkał Nabendu — Musiała zajść jakaś pomyłka — jakieś nieporozumienie — to mówiąc, starł obfity pot z czoła i wyszedł z pokoju, zataczając się. A kiedy się tego wieczora niespokojnie przewracał na łóżku, wciąż niby z jakiejś odległej dali, brzmiało mu w uszach:
— Babu, ty jesteś kolosalnym osłem!
Wracając do domu, przyszedł Nabendu do przekonania, że sędzia okręgowy wyparł się tylko tej wizyty, obrażony, iż musiał tak długo czekać.
Na pytanie Labanji odpowiedział, że wyszedł, aby kupić wody różanej. Zaledwie to powiedział, zjawiło się pół tuzina policjantów z odznakami upoważniającemi do inkasowania grzywny; skłoniwszy się nisko przed Nabendu, czekali z uśmiechem.
— Czy oni chcą cię aresztować za to, że podpisałeś składkę na Kongres? — szepnęła Labanja z uśmiechem.
Sześciu policjantów wyszczerzyło tuzin szeregów białych zębów i rzekło:
— Bakszisz, Babu Sahib!
Z sąsiedniego pokoju wyszedł Nilratan i spytał zirytowany:
— Bakszisz? Za co?
Policjanci odpowiedzieli, wciąż jeszcze uśmiechając się:
— Babu Sahib był na audjencji u sędziego okręgowego, wobec tego przyszliśmy po bakszisz.
— O! — zaśmiała się Labanja — Nie wiedziałam nic o tem, że sędzia okręgowy handluje już wodą różaną. Jak dotąd, niezbyt mu zależało na tem, aby nam kadzić.
Nabendu, starając się pogodzić historję swych zakupów z wizytą u sędziego okręgowego, wyjąkał parę słów bez związku, z których zresztą nikt nie mógł być mądry.
Nilratan rzucił policjantom:
— Tu niema żadnego powodu do dawania baksziszu; nic nie dostaniecie.
— O, to przecie biedni ludzie! — rzekł Nabendu nieśmiało — Dlaczegoby im nic nie dać?
Mówiąc to, wyjął banknot. Ale Nilratan wyrwał mu go z ręki z uwagą:
— Są na świecie biedniejsi od nich — dam im te pieniądze w twojem imieniu.
Nabendu czuł się niezmiernie unieszczęśliwiony tem, że nie mógł czemś przejednać niepokojących sług rozgniewanego boga Sziwy. Kiedy policjanci odchodzili z groźnie zmarszczonemi czołami, patrzył na nich błędnym wzrokiem, jak gdyby chciał powiedzieć:
— Wiecie wszystko, moi panowie! To nie moja wina!
Tego roku Kongres miał się odbyć w Kalkucie. Nilratan udał się tam wraz z żoną, aby wziąć udział w obradach. Nabendu towarzyszył im.
Jak tylko przyjechali do Kalkutty, stronnictwo Kongresu zebrało się dokoła Nabendu, a jego radość i zapał nie miały granic Powitano go głośnem „hurra“, wyróżniano go na najrozmaitsze sposoby i wynoszono go pod niebiosa. Każdy mówi, że gdyby ludzie wybitni, jak Nabendu, nie oddali się na usługi sprawy, ojczyzna byłaby stracona. Nabendu chętnie się z tem zgadzał i wyszedł z chaosu omyłek i zamieszania jako jeden z przywódców ojczyzny. Kiedy pierwszego dnia wszedł do sali zebrań, wszyscy powstali z miejsc, wołając głośno „Hip, hip, hurra!“ według zagranicznego zwyczaju, tak że ojczyzna ze wstydu zarumieniła się aż po korzonki włosów.
Nadszedł dzień imienin królewskich i nazwisko Nabendu nie stało na liście Ray-Bahadurów.
Tegoż wieczoru otrzymał zaproszenie od Labanji. Kiedy do niej przyszedł, Labanja wręczyła mu z wielką pompą szatę honorową i własnoręcznie namalowała mu sandałową pastą czerwony znak na czole. Każda z sióstr zarzuciła mu na szyję własnoręcznie uwity wieniec. W różowem sari i obsypana klejnotami oczekiwała go w jednym z sąsiednich pokojów małżonka Anunlekha, z twarzą rozjaśnioną uśmiechem i rumieńcem. Siostry jej pospieszyły do niej i wręczyły jej wieniec, aby i ona wzięła udział w uroczystości, ona jednak nie chciała ich nawet słuchać, zaś jej wieniec, który tęsknił do szyi Nabendu, oczekiwał cierpliwie cichego milczenia północy.
Siostry mówi y do Nabendu:
— Koronujemy cię dziś na króla. W całym Hindustanie niema nikogo, ktoby dostąpił takiego zaszczytu.
Czy to było dla Nabendu wielką pociechą, wie tylko on jeden; ale my sami wielce o tem powątpiewamy. Przeciwnie, mamy nadzieję, że on przecie jeszcze w tem życia doprowadzi do Ray-Bahadura i że pisma anglo-induskie ogłoszą z okazji jego zgonu rozdzierające serce artykuły. Wobec czego wznieśmy na razie trzykrotny okrzyk na cześć ojca Purnendu Szekhara: — Hip, hip, hurra! Hip, hip, hurra! Hip, hip, hurra!


Przypisy

  1. Głęboki ukłon.
  2. Tytuł honorowy.
  3. Namawali jest to chustka, zadrukowana najzupełniej imionami bogów i używana przez pobożnych Hindusów przy nabożeństwie i modlitwach.
  4. Paninduski kongres.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rabindranath Tagore i tłumacza: Jerzy Bandrowski.