Joanna Grey/Odsłona I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Tarnowski
Tytuł Joanna Grey
Podtytuł Odsłona I
Data wydania 1874
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skan na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ODSŁONA I.




Na zamku Bragdate — duża sala w gotyckim stylu Tudorów, której sień rozwarta szeregiem kolumn, daje na park rozległy widok. W środku sali przy sztafeli[1] siedzi malując, Holbein, starzec 80-letni, cały trzęsący się i pełen czułości dla Joanny. Joanna Grey (16-letnia) siedzi na prawo otoczona książkami i wije wieniec z dębowych liści, obok stoi jej arfa, trochę dalej na kolumnie popiersie Platona. Sadder stoi przy Joannie jakby z nią rozmawiał, Aylmer za krzesłem Holbeina przyglądając się malowidłu. W głębi stoi grając na skrzypcach młody Alastor i patrzy z uniesieniem w Joannę. Niema scena przy muzyce trwa dłuższą chwilę.


AYLMER (za krzesłem Holbeina.)

Cześć Ci sędziwy mistrzu! nasza droga Joanna coraz podobniejsza — ty z ciałem duszę zakląć umiesz i przenosisz na płótno!...

SADDER (zbliża się do obrazu.)

W istocie! muza historyi będzie tobie dłużną!

JOANNA (do Holbeina.)

Mistrzu Janie! miły z Ciebie despota! ale jaki surowy! — w tak piękny dzień jesienny tu mnie osadzić...

HOLBEIN (zawsze malując.)

Czegoż chcesz drogie dziecko! chwilę cierpliwości, żebyś się mniej nudziła, przywiozłem ci tego grajka, którego skrzypce polubiłaś... naznosiłem ci moich rysunków, książek nowych... cóż mam począć, posiedź jeszcze cierpliwie!

JOANNA.

Żal mi ulubionej wędrówki w parku... patrz! ani chmurki na niebie, taki dzień darowany — nikt nie wie, czy drugi taki mieć będzie!

HOLBEIN.

Szczególne dziecko!


JOANNA.

Tam szumią moje lasy Charnwood! moje dęby stuletnie gwarzą dawne dzieje, że czasem zda mi się słyszeć sztandary wojen krzyżowych... wędrowne ptastwo odlata... listki uchodzą spłoszone przed stworem jesiennym... ja do szumu tych drzew tak przywykłam, gubiąc się sama z myślami mojemi w ulubionym parku, a wy mi już trzeci ranek tak siedzieć każecie!... tam! błękitnieje smuga morza i czarne wieże rysują się na horyzoncie, koń mój rzy w stajni z tęsknoty za mną, — ale patrzcie! patrzcie! tam! moja ulubiona sarneczka skubiąc gazon zbliżyła się do zamku i patrzy, że mnie niema! dajcież mi ją pogłaskać!...

(Zrywa się i wybiega, Alastor grać przestaje i wpatruje się w portret Joanny.)

HOLBEIN (zniecierpliwiony woła.)

Ależ nie! nie! rozkoszna lady! sama jak sarna swywolna pozbawiasz nas twego widoku! a! co to za drogie! za rozkoszne dziecko! (wychodzi i przyprowadza za rękę Joannę sadzając ją na dawnem miejscu, całuje w czoło i w ręce.) No! teraz siedź spokojnie, bo się pogniewamy!... ty, ty, ty gołąbku swywolny! no! siedźże mi spokojnie, bo to najważniejsza chwila dla mego portretu, moja książęca dzieweczko! za ten portret młody król nieposkąpi mi swych względów — (malując dalej) niewiem czy lepiej zna się na malarstwie czy na teologii. — Trafny ma sąd o obrazach, za to nie łatwo trafić do jego kieszeni — ale nie dziw, gniecie go ta opieka Sejmourów — a o teologii zamyśla się w samym parlamencie... Co za gusta szczególne!...

JOANNA.

O! z królem o kwestyach teologicznych dysputowałabym po dniach całych!... wszak Aylmer mi świadkiem, że za ostatniej bytności u dworu pobiłam i króla i królowę, wdowę Katarzynę — a nawet Kranmer zamilkł... O Kranmer z całą łagodnością swoją idzie mi za daleko...

HOLBEIN.

Tyś nasze młodziuchne bożyszcze, jabym cię dziesiątą muzą mianował! skąd w tobie tyle i tak wcześnie rozwiniętego ducha! skąd to poczucie piękna?...

JOANNA.

Skąd mistrzu Janie? a skąd twój geniusz? od Boga!!! On mi dał skrzydła i duszę myślącą, pytającą o wszystko, co ją otacza i póty tęskną, aż znajdzie przyczynę wszech rzeczy.


AYLMER.

O młoda marzycielko! nie tak namiętnie patrz w głębiny ducha!... są tam zawrotne wyżyny i straszne otchłanie!

JOANNA.

Co tylko wytrzyma i przeniknie orli wzrok mego boskiego Platona! (Wstaje i uwitym wieńcem wieńczy popiersie Platona, poczem siada.)

HOLBEIN.

Znowu niespokojna!... a na Bachusa! jakże mam trafić wyraz tych oczu, kiedy wciąż biegają jak wiewiórki... to czoło piękne i swobodne, i uśmiech ten anielski... kiedy...

JOANNA.

Kiedy ja ciągle się trzpiotam zamiast spokojny zachować majestat — jak królowa!... O! co na królowę, to się nieurodziłam! Dzika, odludna natura, taka jak lubi mój filozof Sadder, to moje królestwo!

SADDER.

I innego niemasz droga lady!... kiedy grom jaki ugodzi w twe serce, to żal się skałom, lasom i górom, — naturze całej — tylko nie ludziom! nie światu!

JOANNA.

A — czy być może, za nadto serce moje łaknie współudziału, jak pełna czara wciąż się przelewa — ja ludzi mam za aniołów! i nic dziwnego! was tylko moi mistrze mam — z wami obcuję — a kiedy przelewa się czara serca, wy każdą kroplę, co upadnie, sądzicie tak pobłażliwie! Z taką miłością! cenicie gdyby perły!... a! to wasza nauka — ziarno, coście wy siali! wy! moi dobroczyńcy duchowi!... i dziwię się tym co mi się dziwią, że mnie nudzą stroje, bale i maszkarady — że nauka i rozmyślanie mają dla mnie tyle powabu!... (porusza struny arfy i bierze parę akordów od czasu do czasu.)

HOLBEIN.

I towarzystwo starców — hm! czy tylko zawsze tak będzie? (malując po chwili wpatruje się w zamyśloną Joannę.) A! teraz! teraz tylko chwilę tak posiedź mój złoty aniołeczku! wyraz który masz teraz... mojej Madonnie dam ten wyraz oczu! jak gdyby mówiła: niech mi się stanie według słowa twego... a! ten obraz śnię od lat tylu i nie śmiem go zacząć, już trzy razy posyłają mi listy mieszczanie Darmstatu... (zamyśla się.)

JOANNA (zrywa się.)

A! tam moje łabędzie! dziś ich jeszcze nie karmiłam!...

HOLBEIN (zatrzymując ją.)

O — bardzo przepraszam! choćby mi przyszło wezwać Margrabinę Dorset... przepraszam księżnę Suffolk...

JOANNA (siada.)

Księżnę — czy Margrabinę, mniejsza oto...

AYLMER.

Tak głośno z tym indeferentyzmem się nie odzywaj Joanno, nam go przypiszą — i rozdzielą nas!

JOANNA.

Rozdzielą! a! wszak wiesz, jak surowa zawsze jest dla mnie matka, że łaski jej mają młodsze siostry — wiesz, że mnie tak długo w dzieciństwie miano za idyotkę bo nie szłam ich krojem — niedalej jak tydzień temu wybiła mnie, za co? za przedłużoną przechadzkę w lesie Charnwood[2] — ale rozdzielić mnie z tobą mój mistrzu!? i ja bym to zniosła? ja co ci wszystko zawdzięczam? od poczucia siebie w Bogu aż do poczucia Boga w mej duszy!... (podaje mu dłonie.) O! ja żyć bym nie mogła bez ciebie i Platona!

HOLBEIN.

Hm! hm! hm! śliczne mi czułości do starego grzyba — choć znakomitego filozofa — on się tylko do głowy bierze! ale kiedyś gdy się serce obudzi!... kiedy się srebrną czarę wiedzy, zamieni na złotą czarę uczucia?... kiedy miłości ptak niebieski zaspiéwa w piersi, jak ton w tych skrzypcach?...

JOANNA.

Nigdy! czyż wiedza i sama miłość prawdy nie wystarczą sercu Joanny! O! nie mówmy o tem... musiałoby to być piękne uczucie — nowe — całkiem nowe światy mi odsłonić... myśl ta zasmuca mnie jak tony tego skrzypka! jak cudnie gra ten sierocy chłopczyna — choć smutno jak ptaszę na grobach... nieuwierzysz mistrzu Holbein, jak go polubiłam! on musiał cierpieć już wiele, choć taki młody! (zamyśla się.) Mój mistrzu Aylmer, weź ten koszyczek i za mnie ponieś łabędziom...

ALASTOR.

A pozwól mnie poniosę chętnie!


JOANNA.

Żal mi twych skrzypców! ale kiedy chcesz — możeś zmęczony — masz za grę twoją!

ALASTOR.

Nie pani — od ciebie nie wezmę, choć biedny jestem...

JOANNA.

Dla czego?

ALASTOR.

Bo tobie łza upadła, kiedy grałem...

JOANNA.

Takżem uboga — że płacę tylko łzami?

ALASTOR.

Daj mi tę chustkę, na którą łza padła!

JOANNA.

Weź ją! i ten pierścień! to nie zapłata lecz pamiątka!...

ALASTOR.
(z wzruszeniem gwałtownem zgina kolano i całuje jej rękę.)
JOANNA.

A teraz — weź ten koszyk i z niego rozdaj chleb moim trzem łabędziom. — Ten co w środku sam pływa, to Diogenes, sam się żywi i gardzi — ci dwaj — co często się dziubią, to Aristo i Plato... ostatniemu dogadzam! może mi zaśpiewa konając! choćbym go przeżyć nie chciała!...

ALASTOR.

Konając! ja bym ci śpiewał! (wybiega.)

JOANNA.

Mój mistrzu Holbein! to dziwny chłopiec! lubię go nietylko za jego grę i za jego piękność — ale on niepospolity — nie taki jak tysiące innych... skąd ty go wziąłeś?...

HOLBEIN.

E! na to trzeba być takim jak ja oryginałem, żeby zawsze szukać perły w śmieciach! lepiej nie mówmy o tem! ot! ludzie zrobili coś dla mnie i ja dla ludzi!

JOANNA.

A widzisz mistrzu Sadder?

HOLBEIN.

O tak! protegowałem ja się sam — ale i mnie protegowano. — Pan mój miłościwy król Henryk... ten wzór monarchów.


AYLMER.

O! dworskim stylem!

SADDER.

Już zaczyna o dworze i Henryku — wdzięczność zaślepia mistrza dworaka.

HOLBEIN (do Joanny.)

Tak! tak! no! siedź jeszcze chwilkę mój aniołku — ileżto ten wielki król sam za mnie długów zapłacił! o! dobre to były czasy!...

JOANNA (zgorszona.)

Mistrzu Holbein!...

HOLBEIN.

Tak! wielki król, choć straszny! takim go oddałem! za mnie samego ze sto tysięcy długów zapłacił — a jak płacił za roboty! ha! ha! ha! od czasu, jak go niema, on nie ścina — ja nie maluję — a czy ludzie lepsi? wartoby ich dalej ścinać, a nie warto malować! a! dziwne to było przeznaczenie! skoro król poślubił żonę, kazał mnie malować — potem — niedługo losy jej bywały ciemne — i kat odcinał głowę toporem, a portret mój szedł do czarnego gabinetu króla. Donosy, szepty, zawiści, intrygi, ot — koniec, że kat rozstrzygał, czego nie rozstrzygnął wielki król Henryk! I tak wyobrazcie sobie miał mego pędzla Katarzynę Aragońską, świętą Panią! potem malowałem lady Annę Boleyn; robił ci ją także ten zazdrośnik włoski Sebastiano del Piombo! ten mizerny chłystek! intrygant! pięta Achillesowa Buonarottiego, rywal Rafaela! cha! cha! cha! Rafaela! chi! chi! chi! zgłupiał Michał Anioł, a kiedy mądry zgłupieje, to zniesie głupstwo o tyle większe, o ile sam większy od zwykłych ludzi! Buonarotti chciał go pasować Rafaelem, a zapomniał że tylko ten! tam nad gwiazdami zsyła Rafaelów!... Kiedy Okonor wrócił z Bolonii opowiadał nam te zajścia, które znał od malarza Francyi — i śmieliśmy się z Dürerem — chi! chi! chi! dość tedy, że moja Anna Boleyn została u króla, druga poszła do Francyi dla drugiego króla, a Sebastiano del Piombo, zabrał swoją do Neapolu[3] — niech się nią cieszy.. maestro in parte! czy jest co śmieszniejszego jak te pretensye! chi! chi! chi! chi!

JOANNA.

Złośniku!


HOLBEIN.

Potem malowałem Joannę Sejmour! a! cóż to było za dziecko! spiewna ptaszyna! i poleciała tam, w te błękity, zkąd się nie powraca...

JOANNA,

Gdzie harmonija bez końca!

HOLBEIN.

O — to była moja dobrodziejka, Sejmourów samych dla nich zrobiłem dziesięciu — (malując dalej jakby sam z sobą mówił) wielka dobrodziejka — bardzo wielka dobrodziejka — a jak płaciła (ciszej) lepiej niż młody król, jej syn! Później przyszła kreska na biedną księżnę Cleve, a z tą miałem zajście! brrr! dziś mnie zmory przechodzą!... nieznajomą, stręczył ją królowi Prymas Cranmer — król rzecze: jedź do Niemiec, i zrób mi jej portret. Prymas nalegał, bym ją odmalował piękniejszą niż była — a była szpetna... aż smutno wspomnieć! zrobiłem na kości słoniowej małą miniaturę[4] — król ją pożarł oczyma — ale ujrzawszy żywą zgrzytnął zębami, najeżył się jak góra i jak lew zaryczał: Holbein skłamał! Sądziłem się już w Tower i polecałem duszę niebu, ale Prymas mnie osłonił — król ją odesłał do Niemiec, nieboraczka wróciła jak nie pyszna! chi! chi! chi! chi! co to było gadania! a kiedy król ożenił się z Katarzyną Howard przebaczył mi i kazał ją znowu malować, skrupiło się za mnie na Cromwelu! ale że zła królowa na śmierć tę wpłynęła, po cichum ją wymalował jak Herodyadę z głową Cromwela na misie! i z nią kat zakończył sprawę!

AYLMER.

O tempora! o mores!

SADDER (do siebie.)

I ten człowiek tak o tem gada jak papuga! oto co tyrania robi z ludzi! i z takich nawet jak on!..

HOLBEIN.

Przyszła kolej na ostatnią... istny teolog w spódnicy, o mało za kwestyę teologiczną król teolog duszy jej do nieba nie posłał — Katarzyna Parr! i tę malowałem? a co czy niepodobna? (wskazuje na portret wiszący na ścianie.)

JOANNA (z uniesieniem.)

O moja królowo! a! jak ja ją kocham! czem ja jej się odwdzięczę... ona pielęgnowała dzieciństwo moje, lepiej niż... (ociera łzę ukradkiem) ona pierwsze myśli o teologii zamieniła ze mną — rzuciła w umysł mój pierwsze iskry oświaty! ona Aylmera mi przydała na mistrza... a byle była szczęśliwą z swym nowym mężem!...

SADDER.

Godną by tego była wycierpiawszy tyle przy umierającym królu!...

JOANNA.

Pewnie będzie szczęśliwą!

HOLBEIN.

O — wątpię nieco...

AYLMER

Ten świegotliwy starzec zna wszystkie dworskie plotki...

JOANNA.

Ale dlaczegoż by nią być nie miała! któż od niej godniejszy szczęścia? kto je lepiej zapewnić potrafi?

HOLBEIN.

Zaszłapała na starość, zaszłapała! lepiej było jej pilnować teologii... Wszak wiadomo, że wielki admirał Tomasz Sejmour, a wuj miłościwego króla, ożenił się z nią tylko na złość bratu swemu księciu Somerset. — Nie mógł mu darować, że nie on sam protektorem, żeby go zaćmić, ożenił się ze starą królewską wdową!... Teraz pociesznie widzieć u dworu jak księżna Somerset, ta najdumniejsza z wszystkich Woodstoków! malowałem ich tylu! Dąsa się i wścieka, że przed nią, protektorową państwa, u dworu idzie bratowa z swoim admirałem, a wdowa po królu. — Jużcić nie pójdzie za nią! chi! chi! chi! ta nienawiść braci źle się skończy!

SADDER.

I mnie się zdaje.

HOLBEIN.

Malowałem ja ci i tę księżnę Somerset! Nie wiem, czy tam więcej próżności czy pychy — zawsze w ręku (gestekulując komicznie) z lusterkiem weneckiem, to się przegląda w lusterku, tak, — to znowu tak — to znowu ten fiok nie dosyć prosto, to bucik i nóżkę wysuwa, to zasłonę od piersi niechcący odgarnia — to zła, że nie dość młoda i piękna — a! skaranie niebios!.. w dodatku nie chciała zapłacić co żądałem — i wiecie? zgniewałem się tak, że na prędce, trzask, prask, zrobiłem przed nią stolik i rozsypane dukaty, po które sięga ręką i podpisałem zgadnijcie? Lais lorintiaca!...[5]

SADDER.

Szatan z Ciebie!...

HOLBEIN.

Chi! chi! chi! Abraham stary żyd norymberski kupił ją dwa razy drożej, bo on wie co warte obrazy Holbeina! (przestaje malować) ale widzę że Joanna się gorszy, no za to pokażę ci Lady kilka nowych rysunków — (bierze tekę z stolika i wyjmuje rysunki) patrzcie! oto dwaj bracia Sejmour! to mi typy do portretów! starszy książe Somerset protektor, piękny, łagodny, wspaniały — z pewną melańcholią łagodności, że nie śmiem wyrzec: niemocy, rozlaną w regularnych rysach — oby się nie zaślepił gwiazdą swoją, która dziś taka świetna! oby pycha żony nie popchnęła go na strome szczyty!...

AYLMER.

Jak ten człowiek umie patrzeć! zaprawdę artysta historyk!

JOANNA.

Psyche kieruje tym mistrzowskim ołówkiem! kilku rysami powiedzieć tyle! małym środkiem osiągnąć cel tak wielki! podziwiam!...

HOLBEIN.

A oto drugi Sejmour — Tomasz; to mi lwia głowa! to orle spojrzenie — uśmiech pogardliwy... to mi chłopiec! królowę wdowę skłonił za dwie doby, że z nim tajemnie ślub zawarła... a mówią przy tem, że księżniczka Elżbieta (szepcze do ucha Aylmerowi) chi! chi! chi! chi! dla czegoż byłaby się z zamku królowej wdowy wynieść musiała! admirał nadto admirował! (wraca i maluje).

JOANNA.

Biedna królowa! żal mi każdej kobiety, co po niewczasie wchodzi w te związki! żal mi jej podwójnie, bo jej dobroć i opieka zawsze mi będą pamiętne — los chciał, bym mając rodziców, sieroco zawsze prawie od nich była oddaloną — tylko filozofia słodziła moją dolę, ona była tęczą na moim chmurnym horyzoncie! widzę jeszcze te chwile dzieciństwa przed sobą! jakże pełne grozy! dreszcz mnie przechodzi na te wspomnienia. — W wielkiem krześle dwóch karłów toczyło króla Henryka ósmego, chodzić już nie mógł, otyłość go zmogła i rana lewej nogi — krzesło toczyło się cienistymi gazonami parku, po za niem szła ostatnia żona królewska Katarzyna Parr, czasem Cranmer Prymas, lub który Sejmour, za krzesłem szłam ja dzieckiem małem, za rękę wiódł mnie dziecko także, dzisiejszy młody król Edward, po drodze zbieraliśmy róże i bławaty — lub bawiliśmy się głaszcząc dwa białe charty królewskie, co szły nieodstępnie przed krzesłem króla a miał je z Francyi od króla Franciszka... chodziliśmy tak zwolna zataczając krzesło — ponura twarz króla niemo patrzyła przed siebie... wszyscy drzeli na jego skinienie — tylko dla mnie był dziwnie dobry... a! jak sen przeszło... i już tak dawno! i tak przejdzie młodość moja, jak przeszło dzieciństwo!

HOLBEIN (w uniesieniu.)

O! widzę ten obraz! tak żywo go oddałaś! o ty cudne dziecko! artysta nacieszyć się tobą nie może! ten obraz — zrobię!..

AYLMER.

Kiedyś o mistrzu Holbein wasz ołówek zastąpi rylec dziejopisa.

HOLBEIN.

Może — maluję nie myśląc o tem! mnie malowanie dostateczną rozkoszą!

JOANNA.

O wielki! tak robią pszczoły — i wyjątkowi tylko ludzie!

AYLMER.

Ależ mistrzu Janie! tak ciągle siedzieć to męczy Joannę.

JOANNA (do Holbeina).

Ciebie raczej! odpocznij chwilę! wychyl tę czarę godną ciebie! patrz co za robota! królowa wdowa darowała mi ją — należała do Anny Boleyn, a robił ją na dworze francuskim Włoch, nazwiskiem Cellini! (nalewa czarę winem i podaje Holbeinowi).

HOLBEIN.

A co za cudo! kiedyż to człowiek co podobnego zrobi! z tej czary piję za zdrowie Humanistów i naszego Erazma!

JOANNA.
To pozwól niech ja usta zmoczę w tej czarze! (znacząco) za zdrowie Humanistów, a naprzód wolnomyślnégo króla Polski Zygmunta Augusta! którego wyrozumiałość przygarnia światłych a prześladowanych! Jeżeli jest szczypta sprawiedliwości na świecie, to kiedyś wolna Europa uczci ten naród, co nas broni od napaści Wschodu — a z Zachodu prześladowanych przygarnia gościnnie! Im ludzkość dłużna! niech żyją wieki! teraz pij!
HOLBEIN (wypija.)

Do tego napoju nie trzeba namawiać! o jak mi rozegrzał stare kości! Moje dzieciątko milutkie! teraz sobie odpocznij — ale nie odchodź! nie odchodź!... bo król mi kazał, bym ten portret na jutro odniósł.

JOANNA.

O mój kuzyn Edward! to anioł a nie król — on sam jeden mógłby wszystkie dawne ułomności nagrodzić! tak zawsze pamięta o mnie — prawda! jam jego lat dziecinnych towarzyszka — nazywaliśmy się dziećmi mężem i żoną!...

HOLBEIN.

Ha — kto wie — może kiedyś!...

JOANNA.

Precz z koroną! kocham go jak brata, jak męża bym nie mogła — mnie liście dębowe do twarzy! mnie muz — natury wdzięki — to moja duma — mój świat! z niego się nigdy nie wychylę! wy mi świadczcie!

HOLBEIN.

Zawsze mówię moje! dziesiąta muza dziecinną! ale się nie zarzekaj — wielkie losy mogą czekać na ciebie!

JOANNA.

Powiedz mi raczej, kiedy mi oddasz obiecany portret Erazma z Roterdamu, który już od pół roku obiecujesz?

HOLBEIN.

Za tydzień z pewnością! racz że zważyć Milady, ile mam robót! Jestem jak muł Wolseja, przeładowany jego grzechami! jak wielbłąd stękam! na jutro mam oddać ten portret królowi, potem ukończyć portret hrabiego Warwick.

JOANNA.

Strach mi na samo imie mego stryja — ten brązowy, szyderczy człowiek... (do Holbeina) powiedz mi? wszak malowałeś portrety synów jego? który z nich milszy? (nieśmiało) tyle o nich słyszałam?...

HOLBEIN.

Nazwałem ich Kainem i Ablem — starszy Robert, to istny ojciec, rudy, barczysty, pełen swej woli!

JOANNA (z źle ukrytą ciekawością.)

A młodszy? Guilford?


HOLBEIN.

Młodszy — z lwią grzywą, Nemrod szalony! tancerz wspaniały! ambitny, zdolny ale próżniak! i chwilami porywający — ale płytki i na dnie duszy człowiek pospolity... Tylko wśród filozofów i Joanny myśli się tak głośno!... cały miesiąc u nich bawiłem! dwór wspaniały, może iść z królem w zawody, uczty, łowy, tańce! galerya! a! co za galerya! tam mnie się uczyć! ci Włosi od swego nieba odkradają kolory! sam Warwick kazał się malować — i na tle herbu kazał dać książęcą mitrę — rozumiecie?.. ale nie mogłem skończyć portretu.

AYLMER.

Jakto?

HOLBEIN.

Tak jest w istocie! jak siadł przedemną z tą szyderczą twarzą, nosem krogulczym i buremi oczyma o brwiach obwisłych, jak sępem wpatrzył się we mnie — taka dusza niemiła wyjrzała z tych oczu, że mi się słabo zrobiło, pędzel mi się wysunął i nie skończyłem! uciekłem! nawet mi nie zapłacił!..

SADDER (do siebie.)

Ten człowiek i mnie przeraża. Wedrze się wysoko, ale temu biada czyim kosztem, i temu, kogo za sobą pociągnie!...

HOLBEIN.

Kto wie, czybym był nie przepadł u dworu — na szczęście admirał Tomasz Sejmour polecił mnie księżniczce Elżbiecie — a! co za ręce! ręce tej kobiety przemalowałem same trzy razy do innych moich obrazów!

JOANNA.

Tak — ale wie o tem i pokazać lubi rękę[6] z taką próżnością, że budzi uśmiech politowania — a księżniczka Marya?

HOLBEIN.

A — tej robić nie chcę! brzydka jak siedem grzechów, a do tego zła, opryskliwa stara panna, nie przebaczy światu, że się na niej nie poznał — duma hiszpańska bez wdzięku Hiszpanii! o ile inną była jej matka — biedna królowa...

JOANNA (z żalem powoli.)

O nieszczęśliwa! cnotliwa ofiara! Morus i Rochester!... tych ofiar nigdy nie okupiemy!

AYLMER.

Nie na nas spadną!
Żyjemy w wieku niestety! gdzie najzacniejszy z kanclerzy, spalił trzech heretyków, a Cranmer! nie do uwierzenia! trzech anabaptystów! tej plamy z siebie nie zmyje!

JOANNA.

Aż strach pomyśleć! Jednak — czyż niepodobna inaczej rządzić światem? czy tylko strach ma ku dobru kierować — naturę człowieka? czy topór kata ma być podporą władzy króla? Ja — gdybym była królową, choć jestem protestantką, nie prześladowałabym katolików, nie paliłabym żydów ani anabaptystów — ludzie dobrej woli, byli by mi wszyscy pożądani — co mówi Sir John Aylmer? wszak ja w ten sposób tłómaczę sobie święte słowa biblii: „pokój ludziom dobrej woli na ziemi!... a Panu chwała w niebiesiech!“...

AYLMER ((z zapałem.)

O Joanno! ty myślą sięgasz po za wieki! a odwagą wyprzedzasz humanistów!...

SADDER.

Obyś ten pokój znalazła na ziemi!

JOANNA.

A — Sadder zawsze czarno na świat pogląda!... z memi księgami, z których piję jak słaba ptaszyna ze źródła, a co się napiję to głowę wznoszę w niebo — z naturą, ze sztuką — w mojem najdroższem ustroniu Bratgate,[7] wśród wspomnień dzieciństwa, niemiałabym znaleść spokoju!

HOLBEIN.

Tylko ten go znajdzie, komu sztuka naturą — a natura sztuką! ale przed tobą życie o lady! od takich jak ty świat żąda najwięcej! i żądać ma prawo! Przypomniałaś mi dawne rozmowy — i dawne czasy — kiedy Erazm wprowadził mnie do Anglii! Tomasz Morus pierwszy!.. pokój jego duchowi! stawił mnie przed królem. Erazm przybył nieznany — Morus przyjął gościnnie podróżnego z Chelsea — zaczęli dysputować o teologii — tożto były zapasy! dwa wielkie duchy wzięły się za barki — aż wreszcie zdumiony wymową Erazma Morus, uderzając pięścią w stół zawołał: ty jesteś Erazm z Roterdamu, albo sam szatan!... Erazmus podał mu dłoń z uśmiechem. Tę chwilę pochwyciłem do mego obrazu — i wywdzięczyłem się obu.

JOANNA.

Widziałem[8] go w Chelsea,[9] przepyszny! co za szkoda, żeś ty Niemiec i nie do nas należysz!


HOLBEIN.

O! i czas mi tam wracać — skoro wiosna nadejdzie — król mój dobrodziej nie żyje.

(wchodzi) SŁUŻĄCY.

Sir Roger Ascham powracając do Niemiec pragnie pożegnać Mylady — czeka aż państwo z łowów powrócą.

JOANNA.

O niech nie czeka — ja czekam na niego! zaraz! niech wejdzie! (biegnie ku drzwiom) A! Sir Roger! witamy cię serdecznie! niestety przychodzisz się żegnać!..

ROGER.

O tak Mylady! życie nasze jak łódź miotana falami — a portu nie ma na tej ziemi — dziś króla pożegnałem, jutro odpływam, lecz związki nasze duchowe nie ustaną! Joanno czasem napiszesz w nasze strony, ty jak gołąbek do arki przynoś nam gałązkę oliwną...

JOANNA.

Nie zawstydzaj mnie mistrzu! to ja rozmowom z tobą tylem winna!... a! pozdrów tam najczulej Büllingera, najgłębsze oświadcz mu uszanowanie — wszak wracasz przez Szwajcaryę?

ROGER.

Tak Mylady —

JOANNA.

Oto list do Büllingera — powiedz mu że w nauce hebrajskiego języka, trzymam się jego metody, i znacznie postąpiłam! Bücer i Vermingli zwrócili mą uwagę na niego — za list ostatni, serdecznie mu dziękuję! O nie zgub mego listu! jemu doręcz samemu! Zdaję mu w tym liście wierną sprawę z wrażeń odniesionych z przeczytania dzieła jego „de origine erroris“, i pytam o miejsca mniej przystępne dla mnie. Godziny zeszły mi nad tą księgą jak chwile, surowość jego, wynagradza gorące uczucie. Główną zaletą tej księgi, że pobudza do myślenia, i tak myśli wołają się wzajemnie, jak echa odgłosy po jego alpach!... jak fale morza nieskończone! (milczy w zachwycie.)

ROGER.

O piękna duszo! jak mi żal cię żegnać, jak na promieniach słońca, na cieple słów twoich duszę bym starą wygrzewał — Joanno! zostań prawdzie wierna! nie daj się porwać światu, on wplata w koło męczarni i mierności!


JOANNA.

Czy mógłbyś mnie inną pomyśleć! jam taka prosta! żaden kłos w polu nie jest prostszy odemnie — mam tylko to, że bez pracy i nauki byłaby ma dusza jak pierś bez powietrza — proś Büllingera, skoro skończy dzieło: o szczęściu dnia ostatniego, niech mi prześle pergaminową kopię, gdyby go zaraz nie śmiał drukować, jak mi donosi w ostatnim liście; (dzwoni) te futro także oddaj mu odemnie — proś by je przyjął łaskawie — niech ciało nie ziębnie, kiedy dusza gorąca! (służący bierze futro i wynosi).

ROGER.

Nim odejdę, niech mi się godzi zapytać, skąd ten popęd w tobie do rzeczy, co są wielkie i piękne...

JOANNA (znacząco, powoli.)

O to samo pytał mnie Holbein — odpowiem ci na to tak: Bóg dał mi rodziców surowych, pod których wolą uginać się muszę, różnica naszych usposobień pozbawiła mnie ich łaski — sama więc się wychowałam! instynktem kwiatka rosnąc, nie wyrosłam krzywo — a że nie byłam tak ograniczoną, jak mi codzień mówiono, to mi wybił z głowy dopiero mistrz mój Aylmer. On mi dał potwierdzenie tego, co czułam, a nieraz wymówić nie śmiałam, by za szał lub głupstwo poczytanem nie było. — On mi otworzył biblią — on mnie nauczył języka greckiego i pojęć Platona — on mi dał język łaciński — resztę, zasady ciche — a niezłomne, wyrobiłam sobie sama, i dopełniłam myślą szukając Boga!

ROGER.

Nadzwyczajna kobieto! i łatwiej od mędrców go znalazłaś!

JOANNA.

Każdy ma go w sobie — wszak oddalając się od złego, zbliżamy się do Bóstwa.

AYLMER.

O moja uczennico! jakżem hardy tobą!...

JOANNA.

Nie pojmuję zaciekań się w dowodach i szukania w nich nowych dowodów, by dowód na wątpienie wynaleźć — dla mnie, sam firmament byłby dowodem Boga! jedno uderzenie skrzydeł — a wznosi się duch i jest u niego... I gdyby nie był — stworzyłabym go sobie[10] — samą tęsknotą duszy odszukałabym go po gwiazdach... (po chwili) i tak — wczoraj pogodziłam was tak samo w ognistej dyspucie... (biorąc ręce Aylmera i Saddera!) Jak w walce kogutów ich zastałam! cha! cha! cha! przebaczcie to porównanie zepsutemu dziecku... (obaj całują jej ręce, Holbein od sztafeli przesyła jej pocałunek i maluje dalej)

ROGER.

Co to za książka — a — Fedon!... po grecku! Jakże niepodziwiać ciebie dziewico Sybilijskich tradycyi?...

JOANNA.

Zamiast mnie podziwiać, wytłómacz mi pewne niejasne strony w Platonie — oto naprzykład: w jego Alkibiadesie, którego cenię wysoko, zaraz po Fedonie — mówi tam boski Plato (czyta): „Sokrates prawi według słów Homera, że Pallas Atene, musiała naprzód zdjąć ludzką ciemność z oczu Diomedesa, by mógł rozeznawać Bogów od ludzi, ale zarazem musiała dać mu jasnowidzenie, za pomocą którego mógłby dobrych od złych rozeznawać.“

ROGER.

Ja sądziłbym, że tą ciemnością jest brak oświaty na duszy człowieka — zdjęcie ciemności daje nam moc rozeznania złego od dobrego.

AYLMER.

To niedość mój mistrzu — złe od dobrego bez oświaty rozróżnić można, tylko instynktem prawdy i sumienia.

SADDER.

Ja myślę, że brak moralności jest tą ciemnotą, co okrywa źrenicom naszym blaski ideałów przedwiecznych.

AYLMER (zapalając się.)

Nie! przenigdy — niedość jest jeszcze mieć oświatę — niedość mieć moralność — to wszystko dostatecznie jeszcze nie zdejmie nam zasłony z oczu.

JOANNA.

Dostatecznie zdejmiemy ją sobie z oczu, kiedy jesteśmy w stanie zdjąć ją i drugim — dla tego ja przeczuwam, chowając zdanie moje w obec powag waszych, dla siebie, że tą ciemnotą oczu Diomedesa nie jest co innego, tylko brak uczucia! brak miłości!... brak ciepła!.. bez niej i oświata i moralność pozostaną jedna jak zdrój zmarznięty, druga jak drzewo bezlistne — uczucie dopiero przyłączone — jak wiosna ożywia oboje — zdrój rozmarza i szumi ożywczo, a drzewo budzi się z letargów zimy, na nowo zieleni się i kwitnie!

ROGER.

Sybillo nasza młodziutka!... Cześć tobie!...

SADDER.

Uczucie obowiązku, sądzę że tu ma także swe miejsce — że je nawet wypełnia — bo kto spełnia powinność, tem samem zasłonę zła wszelkiego z oczu strąca sobie, a czasem innym.

JOANNA (z ogniem.)

O — przepraszam moi Panowie! uczucie obowiązku tu nie wystarcza — nie wypełnia zadania — bo nadto jest ludzkiem — a miłość jest boską! obowiązek wystarczy tym, co się chwalą że go spełnili a gardzić śmią temi, co go niespełnili — ale gdzie ustaje i marznie obowiązek, tam dopiero miłość zaczyna iść po swych wyżynach, bo przyznacie mi, że gdyby zbawiciel nasz tylko obowiązkiem a nie miłością się powodował, nie umarłby za nas na krzyżu — i Sokrates nie wypiłby swej czary!... obowiązek nie wyrzeka się swego ja, kiedy miłość go zwycięża! tak miłość — i miłość tylko jest kluczem do zagadki wszechświatów!...

AYLMER (rozrzewniony.)

O Joanno!...

HOLBEIN.

Co wypowiedziałeś, czułem w moich utworach religijnych!... Jakżeś piękna z tym rumieńcem zapału i skromności! tak tylko miłość może świat odmłodzić!...

ROGER (żartobliwie.)

Ale ciebie już nieodmłodzi — zanadto lubiłeś kobiety i wino, dla tegoś żadnej nie ukochał — cóż tam w Niemczech powiedzieć od ciebie?

HOLBEIN.

Że wracam na wiosnę — króla mego już niema, chciałbym przez Niemcy udać się do Francyi...

ROGER.

Niema po co! Tycian przed samą śmiercią ukończył portret króla Franciszka! najprawdziwszy profil jaki był kiedy, pełen rycerskiej pustoty, zda się pogwizdywać psalmy! Biedny król, gdy się dowiedział o skonie waszego Henryka, rzekł tylko: ty spisz w Westminster, ja spać będę w Saint Denis! I w dwa miesiące skończył mężny rycerz, opiekun Celliniego, on co uśpił jak dzicię na ręku swoim Leonarda de Vinci!...

HOLBEIN.

Cóż Dürer pisze? Zawsze pracowity i cichy! i sokratyczny małżonek?

ROGER.

Ach! wymalował melancholią! cudowna kreacya, choć lepiej by jej był nie poczuł!

HOLBEIN.

Ostrzegałem go! sam sobie winien. Kto całe serce odda kobiecie, bywa zwykle jej ofiarą.

JOANNA.

Mistrzu Holbein, bądź sprawiedliwszy!

HOLBEIN (kłania jej się z ironią, do Rogera.)

Czy prawda, że Tycyan udał się do Hiszpanii?

ROGER.

I zawojował Hiszpanią! Karol piąty podniósł mu pendzel z ziemi.

HOLBEIN.

Tegoby nasz Henryk nie był zrobił — ależ bo ten pyszny starzec umie się wszędzie pokazać! nie przebaczę mu nigdy jego stosunku do Tintoretta — wziąwszy go na ucznia, z zazdrości go odepchnął, szeptał drugim o jego nieudolności i samego puścił na fale życia, na męty nieszczęść! ha! czuł że orle rośnie mu pod bokiem, więc mu łamał skrzydła! dziś święty Marek Tintoretta mierzy się śmiało z Assuntą! Znam tylko rycinę a uwielbiam piorunujący pędzel Tintoretta! To podle! to niegodnie! mistrz, co bierze ucznia, odpowiada za jego przyszłość i winien o niej choć pośrednio pomyśleć, tak zawsze bywało, a mistrz, co przyszłość ucznia niweczy, to zbrodniarz przyszłości, co morduje bezbronnego! (z rosnącą niechęcią) Ja wracam do Bazylei — tam są zamożni ludzie — tam mnie mój stary burmistrz przywita! bez zamożnych sztuka nigdy się nie obejdzie...

JOANNA.

Co za systematyczny Niemiec!

HOLBEIN.

Pozdrów tam brata i siostrzeńców! a syna mego starszego napędź do pędzla, Erazma uściskaj jak dobrodzieja, on mnie tu sprowadził, ale i jam sprawił, że sześć jego portretów rozeszło się po dworach monarszych i że jego Apollogia głupstwa którą sam illustrowałem doszła rąk Papieża Leona, który nie mógł się nacieszyć jej dowcipem, i do łez uśmiał się nad nią.[11]

ROGER.

I jak dziecko cieszył się tem Erazm!

HOLBEIN.

Raz w liście zarzucał mi dworactwo, ale głupi, kto mnie tak kupi, na odpowiedź wiozę mu rysunek, że będzie zębami kłapał, na dworach zebrałem doń myśli patrzcie (rozwija papier): to taniec szkieletów! każdy stan, król, chłop, artysta, mnich, dworak i piękna pani idą w taniec śmiertelny — a co zbladłeś Rogerze? powiedz mu, że jak pszczoła zbierałem wrażenia po dworskich kwiatach, że Erazm teraz tekst mi napisze, a muzyka do niego będzie (zaciskając pięść) trąba anioła!!!

JOANNA.

O! przeraziłeś mnie — (przeciera oczy) te szkielety widzę ciągle... zda mi się topór i kata wśród szkieletów widzieć! a!... (siada).

HOLBEIN (na kolanach.)

Ale dziecko anielskie! uspokój się!... to fantazya...

ROGER (podnosząc go z humorem.)

A żonie twojej co powiedzieć?

HOLBEIN.

E! dajmy temu pokój! byłbym piekło wymalował, żeby mieć przyjemność zrobienia tam jej portretu... (Joanna kładzie mu rękę na ustach ze śmiechem) ale mnie ten Wenecyanin Palma uprzedził! (słychać rogi myśliwskie w parku).

JOANNA.

Oto rodzice moi z gośćmi wracają z polowania (widać ruch przechodzących osób przez arkady, w ubiorach myśliwskich, i służących prowadzących posiodłane konie, niosących zwierzynę).

KSIĄŻE i KSIĘŻNA SUFFOLK.
(W myśliwskich ubiorach, księżna w amazonce i piórach ubrana z kokieteryą śmieszną w jej wieku.)
KSIĘŻNA SUFFOLK.

Miło nam powitać słynnego Rogera!

HOLBEIN.

O! królowa ze złego obrazu (śmieje się w kułak)!


ROGER.

Pożegnać raczej Mylady — dziś wracam do Niemiec.

KSIĘŻNA.

Wstrzymaj się do wieczora, muszę strój zmienić...

ROGER.

Niestety, chwile moje policzone — wybacz Mylady — pragnąłem głównie widzieć waszą Joannę i powinszować wam...

KSIĘŻNA.

Więc żegnam (odchodzi.)

KSIĄŻE SUFFOLK.

O jakże podobny portret mojej Joanny! kopię zamawiam dla siebie!

HOLBEIN (uniżenie.)

Z całego serca łaskawy książe...

ROGER (z rozrzewnieniem.)

Bądź że mi zdrowa Joanno! może na zawsze! książę! podróżowałem wiele i myślałem o tem com widział! jedną tylko w Europie spotkałem kobietę podobnego umysłu — w Neapolu to Vittoria Colonna! ale ona nie dotrzyma waszej Joannie! gaśnie przy niej! O książe czuwaj nad dzieckiem twoim! to perła naszego wieku odrodzenia!... (kłania się księciu, ściska się z Holbeinem, Aylmerem i Sadderem — do Joanny, której ręce obie trzyma) Gwiazdko nasza! bądź błogosławiona! i nie gaś promyka, co zapłonął w wnętrzu twojem! Joanno! szlachetna Joanno! bądź zdrowa! wierna bądź prawdzie, a prawda wierną ci będzie do końca!..

JOANNA.

Do końca!...

(Roger wychodzi, za nim Holbein, Aylmer i Sadder.)

KSIĘŻNA SUFFOLK ('wraca.)

Joanno! natychmiast się przebrać! dziś nowi goście przybędą, mówiłam ci, żebyś zieloną suknię wzięła, pozrzucaj te zaniedbane szaty!.. tracisz tylko czas z temi uczonemi i z tym bałwanem! Pla...pla...pla...pla...platanem!

JOANNA.

Platonem!!!

KSIĘŻNA.

Wszystko jedno, dość źle, że rozumu a nie podobania się światu pilnujesz, powiedz mi jaki ty los zrobisz? do czegoś ty podobna z tą rozbujałą głową! nito z pierza, ni z mięsa! trzeba, żeby każdy żył według stanu w jakim się urodził — rozumielii[12] to starzy, dzieląc świat na kasty!

JOANNA.

Kasty?!

KSIĘŻNA.

Głupiaś! dla tego że ci ten mądry Roger powiedział przy matce (wykrzywiając się), że się „tylko z tobą“ przyszedł pożegnać, to sądzisz się być serenadą!...

JOANNA.

Semiramidą!...

KSIĘŻNA (uderza ją szpicrutem.)

A! tego nadto! masz! żebyś wiedziała jak matkę poprawiać — i pamiętaj mi o zielonej sukni — tak każę! natychmiast!...

KSIĄŻE.

Mylady to moja córka!

KSIĘŻNA.

Milcz! pamiętaj żeś był Darnlejem, że księciem Suffolk jesteś przezemnie! żem ja córka królowej Maryi, siostry Henryka ósmego co była wdową Ludwika XII., króla Francyi — i że mogę być królową!... (odchodzi).

KSIĄŻE.

Moja Joanno, wybacz żywości matki i ukoj łzy twoje! serce ojca za to podwójnie cię kocha! uwielbia!...

JOANNA.

Łzy? mój ojcze — ja nie płakałam, niepojmuję kobiet, co dla lada drobnostki łzy świętokradzko przelewają — tylko w wielkich chwilach płakać mogę — a do tego postępowania przywykłam, może zasłużę na lepsze z czasem — płakać, nie mam czego, od tego moja biedna filozofia. — (odchodzi, zasłona spada.)




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Sztaludze
  2. Historyczne.
  3. museo Borbonico
  4. Historyczne.
  5. W Bazylei. (Muzeum.)
  6. Historyczne. (Noailles.)
  7. (Mów: Bredget.)
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Widziałam.
  9. Tamże.
  10. Te wszystkie myśli własne Joanny Grej. Patrz jej Pamiętnik i dzieło p. Dargaud.
  11. Burkhardt (Renaissance.)
  12. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – rozumieli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.