Józef Balsamo/Tom VI/Rozdział LXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXI
KROPLE DŁUGIEGO ŻYCIA

Wszedłszy do siebie Balsamo zbliżył się do drzwi pokoju Lorenzy.
Spała snem spokojnym.
Otworzył małe okienko i stał przez chwilę rozmarzony, patrząc na nią z zachwyceniem. Następnie szybko zamknął okienko, przeszedł przez pokój oddzielający mieszkanie Lorenzy od laboratorjum i przystąpił do zagaszenia ogniska. Otworzył żelazną klapę, wypuścił gorąco, poczem pociągnął za sznurek i deszcz kroplisty, pochodzący z rezerwoaru, znajdującego się na dachu, natychmiast zalał płomienie.
Potem starannie złożył kwit księcia de Rohan, wsunął go do czarnego skórzanego pugilaresu i mówił:
— Słowo księcia de Rohan jest dobre dla mnie, ale braciom, należą się dowody, gdzie i na co używa się ich złota.
Zaledwie domawiał te słowa, gdy dało się słyszeć pukanie w sufit.
— Althotas mnie woła — rzekł, podnosząc głowę.
Niezadługo powtórzyło się pukanie.
— O! Althotas niecierpliwi się, to dobry znak.
Balsamo wziął długi kij żelazny, stojący w kącie, zaczepił go o żelazne kółko w suficie i pociągnął ku sobie. W tejże chwili od sufitu spuściła się klapa i oparła się aż na podłodze; Balsamo stanął na niej, i natychmiast podniosła się wraz z nim, wróciła na miejsce swoje w suficie, a Balsamo znalazł się w przybytku swojego mistrza.
To nowe mieszkanie Althotasa było oświetlone tylko od sufitu i wyglądało jak studnia wielkich rozmiarów. Pokój miał objętości mniej więcej szesnaście stóp na dziewięć wysokości; zewsząd szczelnie zamknięty wśród gładkich murów.
Pokój ten, w porównaniu z pomieszczeniem Althotasa w powozie, mógł wydać się wspaniałym jak pałac.
Starzec siedział w fotelu na kółkach, przed stołem kształtu podkowy, na którym leżała chaotycznie zmieszana wielka ilość książek, rękopisów ze znakami kabalistycznemi, roślin, ziół, flaszeczek i narzędzi rozmaitego rodzaju.
Starzec, zatopiony w pracy, nie dojrzał wcale Balsama.
Światło, zwieszającej się od ściany lampy, padało na łysą głowę mędrca, żółtą i błyszczącą, jak kość słoniowa.
W ręku trzymał flaszeczkę białą, napełnioną płynem i przeglądał ją pod światło, jak to czynią gospodynie gdy chcą się przekonać o świeżości dostarczonych jaj.
Balsamo patrzał przez chwilę w milczeniu na starca, nakoniec rzekł:
— Cóż nowego?
— Dobrze, żeś przyszedł, Acharacie. Patrz, słuchaj... jestem szczęśliwy! znalazłem...
— Co znalazłeś, mistrzu? Złoto?...
— A ono mi naco, do czego?
— Brylant?
— Byłoby też z czego się cieszyć, gdybym znalazł złoto, albo brylanty?
— Więc chyba eliksir wynalazłeś?
— Tak jest, przyjacielu, znalazłem eliksir, to znaczy, odkryłem tajemnicę życia. Dzięki mojemu wynalazkowi, żyć będzie można wiecznie.
Balsamo smutnem okiem popatrzał na starca; poszukiwania jego w tym kierunku uważał bowiem za obłęd.
— Więc to jeszcze o te mrzonki chodzi?... rzekł obojętnie.
Althotas nie słyszał słów jego, tak był zajęty przeglądaniem zawartości flakonika.
— Teraz już doszedłem do właściwej kombinacji: 20 gramów eliksiru Arysteusza; balsamu Merkurego gramów 20; wyskoku złota 15 gramów; esencji cedru libańskiego 25 gramów.
— Prócz eliksiru Arysteusza, jest to dawna twoja kombinacja, mistrzu.
— Ale brakowało w niej części głównej, tej, która wszystkie ingredjencje składowe połączyć ma w doskonałą całość.
— I znalazłeś ją, mistrzu?
— Znalazłem. Trzeba dolać do wszystkich skombinowanych cieczy ostatnie trzy krople krwi, wytoczone z arterji sercowej dziecka!
— Ależ skąd myślisz wziąć to dziecko?
— Ty mi go dostarczysz.
— Ja?
— Ty.
— Oszalałeś, mistrzu.
— Dlaczegóż nie miałbyś mi dostarczyć dziecka? — spokojnie zapytał zapamiętały starzec, patrząc ciągle na flakon. — Powiedz mi, dlaczego?...
— Miałbym dostarczyć ci dziecka nato, abyś wytoczył z niego ostatnie krople krwi?
— Ma się rozumieć, że nie na co innego.
— Ależ nato trzebaby zabić to dziecko.
— Naturalnie, że je zabić potrzeba, a im dziecko będzie ładniejsze, tem lepszy będzie eliksir.
— To niepodobna, mistrzu; nie wolno jest porywać i zabijać dzieci.
— Dlaczego? — zawołał starzec z dziką naiwnością. — Cóż tu z niemi robią?
— Wychowują je, mistrzu.
— To dziwnie się świat zmienił. Trzy lata temu ofiarowywano nam nabycie mnóstwa dzieci za baryłkę prochu lub wódki!
— Ależ to było w Congo, mistrzu.
— No tak; ale to nic mnie nie obchodzi, czy dziecko będzie czarne lub białe. Te, co nam wtedy ofiarowano, były ładniutkie, z kręconemi włoskami, wesoluchne.
— Tak, zapewne — rzekł Balsamo — ale teraz nie jesteśmy już tam, gdzie się to praktykuje bezkarnie.
— A! już nie jesteśmy w Congo? gdzież więc jesteśmy?
— Jesteśmy w Paryżu.
— Nic nie szkodzi. Możemy jechać do Marsylji, wsiąść na okręt, a za sześć tygodni będziemy w Congo.
— Zapewne, że to byłoby możliwe, ale ja teraz Francji porzucić nie mogę.
— Cóż cię tu zatrzymuje?
— Ważne interesy.
Starzec zaśmiał się dzikim, przeciągłym śmiechem.
— Masz interesy... interesy we Francji?... Prawda, zapomniałem, że masz tu zawiązywać jakieś stowarzyszenia.
— Tak jest, mistrzu.
— Macie spiskować?
— Tak, mistrzu.
— To takie są twoje interesy?
I starzec znowu zaczął się śmiać złośliwie i przeciągle. Balsamo w milczeniu gotował się do wytrzymania nadchodzącej burzy.
— No, a jakże stoją te twoje interesy? — zawołał starzec. Z trudnością obrócił się na fotelu i utkwił duże siwe oczy w twarzy Balsama. Ten ostatni poczuł promienie tych oczu, przenikając go nawskroś.
— Jak stoją moje interesy?
— Tak, pytam cię o to.
— Rzuciłem pierwsze kamienie do wody i zmąciła się.
— A jakie w niej poruszyłeś błoto? — Powiedz, słucham cię.
— Błoto filozoficzne.
— Aha, myślisz wojować twemi utopjami, mrzonkami bez podstawy i sensu, mglistemi, jak umysł ludzki. I z jakimiż to filozofami porozumiałeś się w tym względzie?
— Mam już po swojej stronie największego poetę i ateusza francuskiego; w tych dniach wraca on z wygnania do Paryża i ma się zapisać do loży masońskiej, której ja jestem prezesem.
— Jakże się on nazywa?
— Voltaire.
— Nie znam go. Któż więcej?
— Obiecano mnie wkrótce zapoznać z największym burzycielem pojęć tego wieku, autorem „Umowy społecznej“.
— Nazwisko jego?
— Rousseau.
— Nie znam go.
— Nie może być inaczej; twoi znajomi, mistrzu, to Raymond Lufie, Piotr z Toledy, Albert Wielki?...
— Tak, bo też oni są jedyni, nad których dziełami warto się zastanowić; oni to przez całe życie poruszali kwestję: żyć albo nie żyć.
— Dwa są sposoby życia, mistrzu.
— Ja znam tylko jeden: nie umierać. Ale wróćmy do twoich filozofów; jak ich nazywasz? — powtórz mi ich nazwiska.
— Voltaire i Rousseau.
— Dobrze! zapamiętam ich. I cóż zamierzasz zdziałać przy ich pomocy?
— Zawładnąć chwilą obecną — podkopać przyszłość.
— Czy do tego stopnia są ludzie ograniczeni w tym kraju, że dadzą się poruszyć ideom filozoficznym?
— Przeciwnie, są oni zbyt rozumni i dlatego większy wpływ na nich wywiera myśl, niż czyn. Wreszcie mam jeszcze jednego silnego sprzymierzeńca.
— A kogóż?
— Znudzenie. Więcej niż tysiąc sześćset lat Francja zostaje pod rządem monarchicznym; to już znudziło Francuzów.
— Wywrócą zatem monarchję?
— Tak sądzę.
— A ty popychasz ich w tym kierunku?
— Ze wszystkich sił.
— Głupcze!
— Dlaczego?
— Cóż ci przyjdzie z obalenia tej monarchji?
— Mnie nic, ale to uszczęśliwi ogół.
— Bawi mnie wielce twoja mowa. Powiedz mi tedy najprzód, jaka jest droga, wiodąca do szczęścia, następnie co to jest szczęście?
— Jaką drogą dążę do szczęścia?
— Tak jest, do owego szczęścia ogólnego, które ma osiągnąć ludzkość po obaleniu monarchji.
Słucham cię, mów!
— A więc, w tej chwili Francja posiada ministerjum, złożone z ludzi czynnych i inteligentnych, oni to mogliby z łatwością utrzymać monarchję jeszcze lat dziesięć lub więcej; a ja uczynię, że Francuzi pomogą mi sami do obalenia tego rządu.
— Kto? może ci twoi filozofowie?
— Nie; filozofowie podtrzymują ministerjum.
— Jakto, filozofowie podtrzymują ministerjum, na którem opiera się monarchja, a mają być jej wrogami? O! co to za głupcy z tych filozofów.
— Ależ minister sam jest także filozofem.
— Zaczynam rozumieć! to nie są głupcy, ale egoiści; radzi są rządzić w osobie ministra.
Cierpliwość zaczynała opuszczać Balsama.
— Nie wiem jakimi są i badać tego nie chcę. Wiem tylko, że gdy to ministerjum zostanie obalone, żadne już po niem utrzymać się nie zdoła.
Ministerjum następne będzie mieć przeciw sobie filozofów, obrażonych obaleniem poprzedniego; zacznie się nieubłagana walka, w której skłócą się wszystkie rządzące żywioły, a gdy tak nawzajem pożerać się będą, wmiesza się jeszcze do tego lud, który posłuży za ów punkt oparcia Archimedesa do podźwignięcia świata.
— A więc gdy świat poruszysz z jego posad odwiecznych... musi przyjść chwila, że go upuścisz. Cóż wtedy będzie?.
— Świat wróci na swoje miejsce, ale monarchja będzie już złamana i nie będzie mogła wrócić.
— A skoro monarchja będzie skruszoną — widzisz, że mówię nawet twoim stylem napuszonym i chcę postępować za twojemi myślami — cóż się wtedy stanie?... czem myślisz zastąpić tę formę rządu?... co nowego zbudujesz na dawnych zwaliskach?
— Wolność!
— Francuzi tedy będą narodem wolnym?
— To musi kiedyś nastąpić koniecznie.
— Wszyscy będą wolnymi?
— Tak, wszyscy.
— Francja zatem liczyć będzie trzydzieści miljonów ludzi wolnych?
— Tak jest, mistrzu.
— I ty sądzisz w swej naiwności, że wśród tych trzydziestu miljonów ludzi nie znajdzie się ani jeden człowiek, obdarzony dość silną wolą i zdolnościami do ujarzmienia tych dwudziestu dziewięciu miljonów dziewięćset dziewięćdziesięciu dziewięciu, aby sobie zapewnić nad nimi przewagę? Czy pamiętasz psa, którego mieliśmy w Medynie? wiesz, że zjadał sam jeden wszystko, co dla innych było przeznaczone?
— Ale też następnie wszystkie psy rzuciły się na niego i na śmierć go zagryzły.
— Bo to były psy, mój kochany; ludzie nie uczyniliby tego.
— Niżej więc stawiasz inteligencję ludzką od psiej?
— Czy mało nato mamy przykładów?
— Cóż to za przykłady?
— Nie byłoż w Rzymie Augusta, a w Anglji Cromwella, a któż śmiał im wydzierać, co pochwycili?
— Przypuśćmy, że i tu zjawi się człowiek taki, o jakim mówisz, mistrzu — ale ten nie powstanie już ze ślepej woli krwi, losu, pochodzenia; ten powstanie z ludu, dojdzie wysoko, może stworzy nową arystokrację — ale to będzie arystokracja zasługi, i Francuzi nie przestaną być równymi!
Althotas poruszył się gwałtownie w swoim fotelu.
— O! jakże ten człowiek jest głupi! — zawołał — dwadzieścia lat poświęciłem, aby przelać w niego nauką moją, od lat najmłodszych zajmowałem się nim, a on, mając lat trzydzieści, śmie powiedzieć taką niedorzeczność: „Ludzie będą sobie równi!“
— Ależ, mistrzu, ja mówię, że ludzie będą sobie równi w obliczu prawa.
— Ludzie nie są i nie będą równi nawet w obliczu śmierci, tego prawa natury, dawniejszego od wszystkich innych. Jakaż jest ich równość, gdy jeden żyje lat sto, a drugi umiera, gdy ledwie się urodził? Ludzie mają być równi?... chyba śmierć pokonają! O, jakiż ty głupi jesteś.
I starzec rozparł się w fotelu, śmiejąc się głośno. Balsamo posępny i smutny usiadł opodal niego.
Althotas patrzył nań z politowaniem.
— I ty myślisz, szaleńcze — że ja jestem równym prostakowi, co gnie w ciężkiej pracy kark, pożywając chleb czarny, lub też małemu dziecku, co ssie łono matki, — albo też starcowi, co w zupełnem zdziecinnieniu dożywa dni swoich, nie znając już nic nad sen i zaspokojenie głodu?... Ludzie nie są, nie byli i nie będą równymi! Zostać nimi mogliby tylko wtedy, gdyby byli nieśmiertelni, bo staliby się bogami, a tylko bogowie są sobie równi.
— Nieśmiertelnymi! Nieśmiertelnymi nigdy nie mogą być. To mrzonka.
— Tak! — zawołał starzec w gorączkowem uniesieniu. — Mrzonką nazywają ludzie wszystko, co dąży do polepszenia... A jednak porusz wraz ze mną warstwy tej ziemi — cóż w niej odnajdziesz, śmierć i wszędzie śmierć. Pokolenie kładzie się na pokolenie! I cóż pięknego w umarłych wiekach — czy pięknym jest trup, choćby najpiękniejszej istoty?
Dlatego też, od lat tysięcy, pracowali uczeni nad sposobami zwalczenia śmierci — jakiekolwiek poszukiwaniom swoim nadawali miano — ulepszenia, doskonałości!.. Suchy kaszel przerwał mowę starca, wtedy Balsamo, korzystając z przerwy, rzekł:
— Widzisz, mistrzu; wszak sam przyznajesz, że dotąd nikt nie wynalazł eliksiru życia; największe potęgi umysłowe napróżno starały się zwyciężyć śmierć; i nadal wszystko pozostanie tak samo, a eliksir będzie nadal czczą mrzonką naukową.
— Dobry twój system, ale dla idjotów; jakże powstawałyby nowe wynalazki, gdyby świat rządził się twoją maksymą: czego nie było — tego nie będzie — jakimże krokiem postępowałaby cywilizacja! Eliksir życia setki razy już miał być wynaleziony, ale niestety, życie ludzkie jest za krótkie i gdy dochodzimy do rozwiązania zagadki, nić żywota się zrywa, a po nas nikt nie umie dokończyć rozpoczętego dzieła. Czy sądzisz, że Achilles jest tylko bajką mitologiczną? o nie, mój drogi, Chiron był mistrzem, Achilles był jego uczniem; Chiron wynalazł tajemnicę, aby Achillesa zabezpieczyć od śmierci, ale zabrakło materjału — pięta dała przystęp śmierci... A dlaczego Chiron nie dokończył swojego dzieła? Bo zabrakło mu może, jak mnie, trzech kropli krwi dziecięcej, której ty mi odmawiasz, a bez której całe dzieło moje musi przepaść. Cóż odpowiesz mi nato, Acharacie?
— Powiem ci, mistrzu, że każdy z nas ma swoje posłannictwo, spełniajmy więc je, idąc każdy swoją drogą, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Nie żądaj, mistrzu, abym ci dopomagał przez zbrodnię.
— Jaką zbrodnię?
— Zabić dziecko, nietylko jest zbrodnią, ale nawet zbrodnią najsrożej karaną przez prawo.
Althotas uderzył ręką w stół marmurowy.
— Co ty mi pleciesz o prawach!... przez kogóż są one ustanowione?... przez ludzi, to jest przez najdziksze i najgłupsze zwierzęta. Tak, karanym jest srodze ten, ktoby dla nauki ośmielił się wytoczyć kilka kropli krwi, a bezkarnymi pozostają ci, którzy każą ją przelewać strumieniami, wśród walk zajadłych?... Zbliż się tu do mnie i pogadajmy o prawach.
— Mów, mistrzu, będę cię słuchać — wyrzekł posępnie Balsamo.
— Czy masz przy sobie papier i ołówek? — Zrobimy pewne obliczenie.
— Ja obliczam bez pomocy papieru i ołówka. Mów, mistrzu.
— Powracam do twego projektu. O! pamiętam go dobrze... obalasz ministerjum, zawieszasz w czynnościach parlament, wzniecasz rewolucję, druzgoczesz monarchję; potem powstaje protektorat. Rewolucja stwarza wolność, protektorat równość. Francuzi stają się tedy wolnym narodem, dzieło twoje jest dokonane; nieprawdaż?
— Czy uważasz, mistrzu, tę rzecz za niemożliwą?
— Dla mnie niemożliwość nie istnieje.
— A więc?
— Uważaj; Francja nie jest wyspą, oddzieloną od innych krajów oceanem; przeciwnie, złączona jest ściśle z całym lądem europejskim; dlatego to, co udało się zrobić Anglikom, bez wplątania się w wojnę europejską, Francji udać się nie może. Jeżeli zatem zerwie krępujące ją pęta, wszystkie kraje Europy rzucą się na nią i powstanie wojna, która trwać będzie co najmniej lat dwadzieścia. W przeciągu tych lat iluż padnie ludzi? Ja liczę przeciętnie dwakroć sto tysięcy rocznie, przez lat dwadzieścia padnie ich tedy cztery miljony; na każdego człowieka liczyć będziemy 17 funtów krwi, a zatem popłynie jej sześćdziesiąt miljonów funtów. A teraz powiedz kto z nas jest większym zbrodniarzem? Ja zażądałem od ciebie tylko trzech kropli krwi?... Nic mi nie odpowiadasz?
— Owszem, ta krew, której się domagasz, byłaby niczem, gdybyś był pewnym, że uzyskawszy ją, dopniesz celu.
— A czyż ty jesteś pewnym swego?... Możesz powiedzieć z ręką na sercu, że te cztery miljony zabitych zapewnią szczęście ludzkości?
— Mistrzu — błagalnym głosem odezwał się Balsamo, — proszę cię, mistrzu, znajdź inny sposób, pozwól, że ci powiem, co myślę po tem wszystkiem; przelanie krwi dziecięcej na nicby się nie przydało, gdyż dzieło twoje nigdy do skutku przyjść nie może.
— Zdaje mi się, że pozwalasz sobie przeczyć mi, dawać mi rady, o które cię nie proszę, — rzekł Althotas, z gniewem patrząc na ucznia.
— Bynajmniej, mistrzu, lecz żyjąc wśród ludzi, w normalnych warunkach, łatwiej obliczyć mogę powody i skutki czynności naszych, niż ty, mistrzu, co żyjesz od lat tylu odcięty od tętna wszelkiego życia, zamknięty w czterech ścianach pracowni, oddany nauce. Ja znam tylko i wskazuję trudności.
— Łatwobyś je pokonał, gdybyś chciał.
— Dodaj, mistrzu, gdybym wierzył.
— A więc nie wierzysz?
— Nie — odrzekł Balsamo.
— A czy wierzysz w śmierć?
— Wierzę w nią jako w rzecz, istniejącą nie zaprzeczenie.
— Więc śmierć istnieje?
— To jest rzeczą niezaprzeczoną.
— Jest to potęga straszna, niezwalczona, — dodał uczony starzec z uśmiechem, który przejął dreszczem Balsama.
— Tak jest, mistrzu, to potęga nieubłagana, niczem niezwalczona.
— Czy gdy widzisz trupa, przejmuje serce twoje trwoga i żal?
— Nie — odpowiedział spokojnie Balsamo, zbyt wiele widziałem nędzy ludzkiej, aby widok trupa miał przejmować mnie trwogą lub żalem. Życie cenię bardzo mało; ale potęgę śmierci uznawać muszę, jako potęgę. Nikt z pod praw jej wyłamać się nie zdoła.
Althotas spokojnie słuchał mowy Balsama, wziął tylko do ręki skalpel i obracał go w palcach. Potem, spojrzawszy wokoło siebie, wskazał wzrokiem kąt izby, gdzie na słomie drżał czarny piesek, jeden z trzech, przysłanych przez Balsama uczonemu, który potrzebował ich do doświadczeń.
— Weź tego psa i połóż go tu na stole.
— Balsamo spełnił rozkaz.
Biedne zwierzę, drżało na całem ciele, starając się wyrwać z rąk nielitościwych; wił się biedny i skowyczał boleśnie.
— Zapewne musisz wierzyć w życie, skoro wierzysz w śmierć — rzekł Althotas.
— Naturalnie.
— Ten pies jest żywy? Jak ci się zdaje?
— Musi być żywy, skoro skowyczy, wije się i boi.
— Jakie te czarne psy są brzydkie; na drugi raz postaraj się o białe.
— Dobrze, postaram się.
— Zaszczekaj piesku!... żeby pan nie wątpi o tem, że jesteś żywy — mówił dalej z zimnym szyderskim śmiechem, — nacisnął jakiś muskuł na głowie biednego stworzenia, a to natychmiast zaszczekało, a raczej zawyło boleśnie.
— Teraz przysuń tu dzwon i połóż psa pod nim... dobrze... a teraz powiedz mi, w jaki rodzaj śmierci wierzysz najwięcej?
— Nie wiem, śmierć jest zawsze śmiercią; nie rozumiem cię, mistrzu.
— Tak, masz słuszność, podzielam twoje zdanie; a teraz wyciągnij powietrze z tego klosza.
Balsamo poruszył korbą i powietrze ze świstem wydobyło się z klosza. Piesek, przestraszony, otworzył pyszczek, chwytał powietrze, nakoniec padł bezwładny.
— Pies ten zginął od apopleksji: To piękna śmierć, cierpi się bardzo krótko.
— Czy już nieżywy?
— Zapewne.
— Nie zdajesz mi się zupełnie przekonanym, Acharacie.
— Nie, przeciwnie.
— Może myślisz, że próbować będę wskrzesić to zwierzę.
— Nie, poprostu przekonany jestem, że pies ten przestał żyć.
— Dla większej pewności, weź ten skalpel i przetnij mu kolumnę pacierzową.
— Spełniam twój rozkaz, mistrzu.
I Balsamo jednem cięciem odłączył mózg od kolumny pacierzowej.
— Więc pies ten jest nieżywy?
— Gotów jestem powtórzyć to, ile razy zechcesz, mistrzu — odrzekł Balsamo, znudzony wkońcu naleganiem starca.
— A jednak cóżbyś powiedział, gdyby ten pies otworzył oczy i popatrzył na ciebie.
Balsamo uśmiechnął się.
— Bardzoby mnie to zdziwiło, mistrzu.
— Cieszy mnie to bardzo — rzekł starzec, śmiejąc się złowrogo i w tejże chwili przysunął do psa jakiś przyrząd i zapytał:
— Którem okiem chcesz, aby pies popatrzył?
— Prawem.
Natychmiast prawe oko psa otworzyło się.
Balsamo cofnął się przerażony.
— A teraz popatrz na pysk.
Oko psa zamknęło się, lecz natomiast pysk się otworzył; pies wyszczerzył zęby, nad którymi drgała złośliwie warga.
Balsamo zbladł ze strachu.
— To dziwne — szepnął — to dziwne.
— Widzisz, że śmierć nie jest tak potężną, jak ci się zdawało; zabiłeś tego psa własną ręką, a on spróbuje cię ugryźć w tej chwili; uważaj tylko!
Pies stanął na czterech łapach i potrząsał łbem, odłączonym od kości pacierzowej.
Widok był wstrętny i straszny zarazem.
Balsamo trwożnie usunął się pod ścianę.
— No, no, zbliż się tutaj, nie mam zamiaru straszyć cię dłużej; dość już tych doświadczeń, rzekł, odsuwając na bok psa i aparat.
Skoro tylko jedno odsunięte zostało od drugiego, pies upadł bezwładnie.
— Widzisz, do czego dochodzi nauka, ten pies nieżywy na mój rozkaz może się jeszcze poruszać.
— Tak, ale jest to tylko chwilowe, mistrzu, nie przywraca mu to życia, lecz daje tylko jego pozory.
— Zapewne, bo nauka nie doszła jeszcze do zenitu doskonałości, ale gdy to nastąpi, rozporządzać będzie sposobami dającemi wieczne życie.
— Sądzisz zatem, mistrzu, że gdyby twój eliksir życia istniał i gdybyś dał go się napić temu psu, żyłby wiecznie?
— Niezawodnie.
— A cóżby się stało, gdyby miał nieszczęście wpaść znów w ręce takiego, jak ty uczonego, który poddałby go takim samym doświadczeniom?
— Czekałem właśnie na to zapytanie — rzekł starzec, zacierając ręce.
— Ciekawy jestem twojej odpowiedzi, mistrzu, bo powiedz mi, proszę, czy twój eliksir mógłby przeszkodzić, aby kamień spadający z dachu nie ugodził w czaszkę człowieka, by kula nie przeszyła go nawskroś, lub koń nie stratował?
— Ścisłą jest twoja logika, mój drogi, ale nato dam ci odpowiedź, że eliksir mój nie ma na celu przeszkodzenia wszelkim wypadkom życiowym, on tylko uczyni człowieka tak silnym, aby wszystkiemu bezpiecznie mógł stawić czoło.
— Jakto, mistrzu?
— Nie mogę przeszkodzić, abym nie był raniony, ale ranę tę zamknąć mogę natychmiast; a tem samem przeszkodzić, aby śmierć przez nią torowała sobie drogę. Patrz, niedowiarku.
Ostrym lancetem ranił się w arterję.
— Co robisz, mistrzu? — zawołał Balsamo, rzucając się ku niemu.
— Chcę cię przekonać, niedowiarku.
Krew bardzo powoli dochodziła do otwartej rany, krążenie jej bowiem w starym było bardzo wolne; po chwili jednak zaczęła płynąć obficie.
— Mistrzu, raniłeś się niebezpiecznie.
Althotas otworzył flaszeczkę jakąś i parę kropel zawartego w niej płynu wpuścił na ranę; natychmiast rana ściągnęła się i krew płynąć przestała.
Balsamo patrzył na starca w osłupieniu.
— O mistrzu mój!... — zawołał — jesteś najrozumniejszym z ludzi!
— Może teraz zrozumiesz mnie nakoniec; widzisz, do czego już doszedłem w swoich doświadczeniach, a to ci daje miarę, do czego jeszcze dojść mogę, jeśli życie moje zdołam przedłużyć do lat trzystu! Wynajdę niezawodnie sposoby, aby ciało ludzkie uczynić tak twardem, iżby go żadne nie raniły ciosy, a wtedy ludzie, widząc, że próżne są ich usiłowania, aby szkodzić sobie wzajemnie, zaczną żyć ze sobą w zgodzie i jedności; ale nato potrzeba mi długiego życia, a zatem trzech kropli krwi dziecięcej; wszak mi jej nie odmówisz?
— Daj mi czas do namysłu, mistrzu, i sam pomyśl jeszcze nad tem.
— Idź już, idź, pewny jestem, że cię przekonam kiedyś. Wreszcie, kto wie, może czem innem zdołam zastąpić krew ludzką; zobaczymy. A teraz idź już sobie.
Balsamo dotknął nogą ruchomej klapy i wkrótce znalazł się w laboratorjum, milczący, nieruchomy, zastanawiający się nad genjalnemi pomysłami tego dziwnego starca.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.