Strona:PL Dumas - Józef Balsamo.djvu/880

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    powiedzieć z ręką na sercu, że te cztery miljony zabitych zapewnią szczęście ludzkości?
    — Mistrzu — błagalnym głosem odezwał się Balsamo, — proszę cię, mistrzu, znajdź inny sposób, pozwól, że ci powiem, co myślę po tem wszystkiem; przelanie krwi dziecięcej na nicby się nie przydało, gdyż dzieło twoje nigdy do skutku przyjść nie może.
    — Zdaje mi się, że pozwalasz sobie przeczyć mi, dawać mi rady, o które cię nie proszę, — rzekł Althotas, z gniewem patrząc na ucznia.
    — Bynajmniej, mistrzu, lecz żyjąc wśród ludzi, w normalnych warunkach, łatwiej obliczyć mogę powody i skutki czynności naszych, niż ty, mistrzu, co żyjesz od lat tylu odcięty od tętna wszelkiego życia, zamknięty w czterech ścianach pracowni, oddany nauce. Ja znam tylko i wskazuję trudności.
    — Łatwobyś je pokonał, gdybyś chciał.
    — Dodaj, mistrzu, gdybym wierzył.
    — A więc nie wierzysz?
    — Nie — odrzekł Balsamo.
    — A czy wierzysz w śmierć?
    — Wierzę w nią jako w rzecz, istniejącą nie zaprzeczenie.
    — Więc śmierć istnieje?
    — To jest rzeczą niezaprzeczoną.
    — Jest to potęga straszna, niezwalczona, — dodał uczony starzec z uśmiechem, który przejął dreszczem Balsama.