Eugeniusz Oniegin (Puszkin, 1902)/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Puszkin
Tytuł Eugeniusz Oniegin
Podtytuł Romans wierszem
Wydawca Księgarnia G. Gebethnera i Spółki
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyca i Spółki
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leopold Blumental
Tytuł orygin. Евгений Онегин
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ V.

O, Świetlano moja,
Bogdajbyś nie znała
Onych strasznych snów.
Żukowski.

I.

Jesień w tym roku długo trwała:
Jak gdyby czasu zwolniał bieg...
Natura zimy wyglądała;
Dopiero w styczniu upadł śnieg,
Trzeciego w nocy... Już z posłania,
Ocknąwszy się, spostrzega Tania
Przez okno — pobielały dwór,
Parkan z przeciwka, dachów sznur,
Gałęzie sosen srebrem kryte,
Na szybach w kształcie haftu szron,
Na śniegu gwarne roje wron,
Miękim kobiercem opowite
Błyszczące grzbiety blizkich wzgórz...
Dokoła wszystko w bieli już!


II.

Zima!... Włościanin, tryumfując,
Saniami pierwszy znaczy ślad;
Kobyłka, śnieg pod stopą czując,
Kłusem przebiega mimo chat;
Pryskając wokół śnieżnym puchem,
Kibitka śmiga żwawym ruchem;
Stangret na kozioł żywo wlazł,
Lśni na kożuchu kraśny pas...
Patrz, na folwarku biega malec,
W saneczki z drzewa wsadził psa,
Sam przy nich konia dzielnie gra;
Swawolnik już odmroził palec.
Choć ból doskwiera, mknie co tchu,
A matka z okna grozi mu...


III.

Lecz... wy wolicie temat inny,
Nie tych obrazów prostych rząd;
To wszystko jest natury gminnej,
Nie wiele wdzięku bije stąd.
Już inny wieszcz, Apollinową[1]
Obdarzon łaską, cudną mową
Wam odmalował pierwszy śnieg,
Wszystko o cudach zimy rzekł...
Przejażdżki w saniach tajemnicze
Umiał w ognisty zamknąć rym;

I pewnie was czarował nim...
Z nim walczyć — sobie dziś nie życzę,
Ani wymieniać z tobą strzał,
Śpiewaku »Eddy« z fińskich skał!...


IV.

Tania — że ruską duszę miała —
Rosyjskiej zimy chłodny wdzięk
Całą swą duszą ukochała...
(Wyjaśnić, za co — byłby sęk!)
Kochała sanek polot ślizki,
W zorzy różowe śniegu błyski,
Sosny na mrozie skrzący wierzch,
Wieczorów grudnia długi zmierzch.
Dom cały święcił zwyczaj miły:
W zmroku służebnych huczał głos;
Wróżyć panienkom przyszły los
Z kuchni, z folwarków się schodziły:
Przepowiadały im co rok
Wojskowych mężów blizki krok!


V.

Tania w prostocie słucha służby,
Wierzy w znaczenie wieszczych słów,
W kabałę z kart, w księżyca wróżby,
W przesądy, w głos proroczych snów.
I różne złe ją trwożą znaki;
Wypadek, przedmiot ladajaki —

Ma dla niej tajemniczy wiew;
Przeczucie w żyłach ścina krew.
Kot z zalotnością na kominie,
Miaucząc, łapkami mordkę mył:
To dla niej znak niemylny był,
Że goście jadą. Wtem wypłynie
Dwurogiej Luny młoda twarz
Na lewem niebie — otóż masz:


VI.

Tatjana zbladła i zadrżała!
A kiedy, złoty kreśląc szlak,
Przez ciemne niebo przeleciała
Gwiazdka, spadając, — na ten znak,
Tatjana spieszy szepnąć właśnie,
Dopóki gwiazdka nie zagaśnie,
Życzenie serca... Znaków złych
Ustrzedz się chce: gdy czarny mnich
Przeszedł jej drogę, albo zając
Mignął przed okiem pośród pól, —
Uczuwa w sercu strach i ból,
Na miejscu stoi, już dumając,
Jaki ją rychło spotka cios,
Jaki ją czeka smutny los...


VII.

Cóż? Tajny urok grozy siła
Posiada... Tanię nęci strach...

Natura tak nas utworzyła,
Z sprzeczności wznosząc życia gmach!...
Nastały Świątki. Toż uciecha!
Młodość wróżenia nie zaniecha,
Choć nie zna, wietrzna, co to żal,
Choć przed jej okiem życia dal
Ciągnie się jasna... Z nią ochotnie
Przez okulary wróży też
Starość, grobowych blizka leż,
Straciwszy wszystko niepowrotnie!
Nadzieja wszędzie bierze prym;
Bełkotem dziecka kłamie im!...


VIII.

Ciekawem okiem Tania bada,
Jak mieni się, topniejąc, wosk;
Przedziwny jego kształt powiada,
Czy czekać uciech, czyli trosk.
W naczynie z wodą kładzie rączki,
Szuka pod pieśni takt obrączki,
Wyjęła swoją... Biedna drży,
Bo właśnie motyw stary brzmi:
»A tam to chłopy są bogate,
»A złota, srebra mają w bród...
»Komu śpiewamy, temu cud
»Przyniesie szczęście!«... Przecie stratę
Wróży ten motyw... Sercu dziew
O »Kotku z kotką« milszy śpiew.[2]


IX.

Noc mroźna... Niebo jasne, czyste...
Gwiazdy, odwieczny pełniąc lot,
Płyną poważne, uroczyste. —
Tania wybiega na dwór... Ot!
Lusterkiem w drżącej ręce błyśnie;
Pierś wpółodkrytą drugą ciśnie,
Patrzy w lusterko... W lustrze masz
Tylko miesiąca smutną twarz!
Pst!... Śnieg zaskrzypiał... Ba, wędrowiec!
Na palcach dziewczę biegnie wnet
I pyta głosem, co jak flet
Rozbrzmiewa słodki: »Proszę, powiedz,
Jak twoje imię?« Na to on
Spojrzy i mruknie: »A-ga-fon!«[3]


X.

Tatjana, według rady niani,
Nocą chce wróżb rozplątać nić;
Przeto cichaczem każe w »bani«
Na dwie osoby stolik kryć.
Lecz straszno robi się Tatjanie...
Ja sam — ach, na myśl o Świetlanie,
Drżę również!... Strachu działa moc...
Nie będziem z Tanią wróżyć w noc!
Jedwabny pasek Tania zdjęła...
Już się w posłania rzuca biel...

Nad piękną główką krąży Lel...
A pod poduszkę, nim usnęła,
Włożyła lustro z drżeniem rąk...
Śpi Tania... Cisza legła wkrąg...


XI.

I dziwny sen się śni Tatjanie...
Zdaje się jej, że idzie w dal,
Idzie po śnieżnej wciąż polanie...
W około mgła... a w sercu żal...
Patrz! w rowie przed nią się przewala
Potoku ciemno-siwa fala;
Nieskuty zimą wartki bieg,
Szumiąc, unosi z brzegów śnieg...
Dwie żerdzie, lodem słabo zbite,
Tworzą przez potok zgubny most...
Tania ku niemu dąży wprost,
Lecz zatrzymała oczy wryte:
Iść nie śmie... drży pod stopą żerdź...
A z głębin, zda się, patrzy śmierć...


XII.

Jak na rozłąkę przykrą, srogą,
Tatjana szemrze tak na toń...
Po tamtej stronie — ba! nikogo,
Ktoby pomocną podał dłoń.
Wtem bryła rusza się śniegowa,
Z pod niej potworna wstaje głowa...

Kudłaty niedźwiedź... Tania w krzyk...
A na jej »ach!« odpowie ryk...
Łapę, w pazury ostre zbrojną,
Wyciąga zwierz; Tatjana, drżąc,
Wsparła się, ledwie spojrzeć śmiąc,
I przeszła stopą niespokojną
Przez ruczaj... Idzie dalej w świat...
Lecz niedźwiedź kroczy za nią w ślad.


XIII.

Dreszcz trwogi wstrząsa moją Tanią;
Przyspiesza krok... nie patrzy już...
Ale kosmaty lokaj za nią
Jak nieodstępny goni stróż...
Nieznośny niedźwiedź, rycząc, wali...
Las nieruchomy widać w dali:
Posępnie-pięknych sosen rzęd...
Dźwiga gałęzi każdy skręt
Śnieżną oponę; przez wierzchołki
Nagich jesionów, lip i brzóz
Błyskają gwiazdy... Krzepnie mróz...
Ni śladu drogi... Krzaki, dołki,
Wszystko zamieci powiew skrył;
Narzucił wszędy śnieżnych brył...


XIV.

Tania do lasu... Niedźwiedź za nią...
W śniegu do kolan dziewczę brnie...

To kolce sosny w szyję zranią,
To długa wić ją w ucho tnie
I złoty kolczyk wyrwie zdradnie;
To kruchy śnieg z jej nóżki skradnie
Trzewiczek mokry... Albo wraz
Chusteczkę zgubi... Lecz nie czas
Schylić się, podnieść... Jak się zegnie,
Gdy za nią niedźwiedź spieszy tuż?!
Więc nawet drżącą ręką już
Szat nie unosi... Biegnie — biegnie...
Zwierz za nią miecie śnieżny pył...
I Tania biedz już nie ma sił.


XV.

Upadła w śnieg; a zwierz już czyha,
Pochwycił, zręcznie niesie łup...
Ona — bez ruchu — nie oddycha —
Korna — nieczuła — jako trup...
On z łupem mknie śród leśnej drogi...
Wtem szałas pośród drzew, ubogi...
Dokoła głucho... Z wszystkich stron
Śnieg go zasypał... Lecz przez szron
Jaskrawem światłem błyszczy szyba,
W szałasie hałas, gwar i szum...
Niedźwiedź przemówił: tu mój kum...
Pozwoli ci się ogrzać chyba...
Do sieni wchodzi... U swych nóg
Składa Tatjanę tam na próg...


XVI.

Przyszła do siebie... Niedźwiedź szpetny
Gdzieś zniknął... Tania wstaje w mig...
Za drzwiami, jak na stypie świetnej,
Słyszy brzęk szklanek, gwar i krzyk...
Gdzież jest?!... Ciekawość ją pochłania...
W dziurkę od klucza patrzy Tania
Przebóg! co widzi?... stołu kąt...
Przy nim potworów siedzi rząd...
Tam szkielet hardy, tam dyablica,
Tamten z rogami, mordą psią,
Ów z łbem kogucim, z łapą lwią,
Tuż z koźlą brodą czarownica
Karzeł z ogonem... dalej, ot!
Napoły — żóraw, napół — kot...


XVII.

Okropnych dziwów moc się skupia:
Gna na pająku konno rak...
Na gęsiej szyi głowa trupia
W czerwonym fezie kroczy wspak...
I młyn w przysiudach żwawo pląsa,
Skrzydłami warczy i potrząsa;
Szczekanie, śmiechy, świst i ryk
Tętenty końskie, ludzki krzyk!
Lecz co się w sercu Tani mieści,
Gdy wpadł jej w oczy pewien gość,

Co już ją w życiu strwożył dość —
Miły bohater mej powieści?!
Oniegin — tam! Za stołem grzmi...
Czasem ukradkiem patrzy w drzwi.


XVIII.

Znak poda: wszyscy wnet poskoczą;
Rozśmieje się — i wszyscy w śmiech;
Pije — i wszyscy gęby moczą;
Brwi chmurzy — wszystko wstrzyma dech.
Rzecz jasna z ruchów, z jego twarzy:
On na tej uczcie gospodarzy...
Więc Tania z własnych obaw drwi...
Zwolna otwiera nieco drzwi...
Wtem wicher zadął... Drgnęli wszyscy...
Gaśnie kagańców nocnych blask...
Strwożona szajka... Ustał wrzask...
Oniegin gniewnem okiem błyszczy,
Powstał od stołu... groźnie grzmi...
Powstali wszyscy... Idzie w drzwi...


XIX.

I strach ją zdjął... i uciec pragnie...
Lecz nie ma sił; chce wydać krzyk —
Głos w gardle zamarł; drży, jak jagnię,
Gdy z jaru idzie na nie dzik. —
Pchnął drzwi Eugeniusz... Tania blada
W oczy piekielnym widmom wpada.

Brzmi dzikim śmiechem każdy kąt;
I gorejących oczu rząd,
Kopyta, kły, języki krwawe,
Ogony, ryje, każdy róg —
Wskazują Tanię... Mierzą w próg
Palce kościste i koślawe...
Lecz wymowniejszy, niźli gest,
Krzyk poczwar: moja! moja jest!


XX.

»Moja!«... Eugeniusz krzyknął groźny...
I znikła szajka... tylko dym
Wzbił się na miejscu... We mgle groźnej
Zostało dziewczę samo z nim...
On ją powoli wiódł do kąta,
Na ławie złożył... Tam się krząta
Wkoło niej, cuci... Potem skroń
Wsparł o jej ramię... ściska dłoń,
Wtem Olga wchodzi, — Leński za nią...
W izbie błysnęło mocą gusł,
Oniegin rękę groźnie wzniósł,
Klnie nieproszoną tę kompanią...
I twarz mu skurczył dziki śmiech...
Tatjanie w piersi zamarł dech...


XXI.

Rozgorzał spór... Eugeniusz długi
Nóż chwycił nagle... Błysnął... W mig

Leński powalon. — Mroku strugi
Zgęstniały... straszny rozbrzmiał krzyk.
Drży szałas... Ziemia go pochłania — —
I w strachu z snów się budzi Tania...
Patrzy... W komnatce widno już...
Na zmarzłej szybie blaski zórz
Różowo grają... Drzwi otwiera
Ola... Wlatuje, jako ptak,
A tak różowa, świeża, jak
Aurora, gdy się w drogę zbiera...
»Siostrzyczko! — woła — kto był ten,
Kogo widziałeś dziś przez sen?«


XXII.

Nie widzi siostry — milczy Tania,
W łóżku zajęta nie na żart,
Książka uwagę jej pochłania...
Przewraca szybko szereg kart.
W tej książce niemasz dziwnych zdarzeń,
Ani poety słodkich marzeń,
Ani prawd mądrych... Jednak ot!
Przenigdy Byron, ani Skott,
Wirgili, Rasyn lub Seneka,
A nawet Źurnal Damskich mód
Nikogo tak nie zajął wprzód:
Bowiem to Marcin był Zadeka,[4]
Co wiódł Chaldejskich mędrców huf,
Kabały twórca — tłómacz snów!


XXIII.

W tę ustroń kupiec koczowniczy,
Pod pliką książek chyląc kark,
Przyniósł ten utwór tajemniczy,
I z Tanią wreszcie kończąc targ, —
Z Malwiną, gdzie brak kart sześćdziesiąt,
Ustąpił go za trzy pięćdziesiąt.
A że głęboki był to twór,
Wziął na dodatek bajek zbiór,
Gramatykę, dwie Petryjady
I Marmontela trzeci tom...
A odkąd wszedł Zadeka w dom,
Tania w nim szuka ulgi, rady...
On wiernym druhem jej się stał,
Pod jej poduszką zawsze spał.


XXIV.

Dziś senne trwoży ją marzenie...
Przedmiot — uwagi głębszej wart.
Ciemne groźnego snu znaczenie
Musi odnaleźć śród tych kart.
Po to spis rzeczy na początku
W abecadłowym ma porządku. —
Znalazła: burza, bór i bieg,
Mrok, mostek, niedźwiedź, potok, śnieg...
Et cetera... Lecz i Zadeka
Zwikłanych nie rozjaśnił snów!

Jedno — widoczne z wszystkich słów,
Że trosk i smutków moc ją czeka.
Pamięta sen... Po kilku dniach
Jeszcze ją ciągle dręczy strach.


XXV.

Lecz z dolin dłonią purpurową
Wytacza zorza słońca glob,
A za jasnością zdąża dniową
Gwarne imienin święto w trop...
Rój gości spieszy uczcić Tanię;
Od rana bryczki, wózki, sanie
Lecą; sąsiadów zjechał huk —
Z żonami, z dziećmi, z kupą sług.
W podworcu ruch i psów szczekanie,
W sieni bieganie, hałas, tłok,
W bawialni posuwisty krok,
Śmiechy, dziewczęcych ust cmokanie,
Szuranie nóg, ukłonów szyk,
Dziecięcy płacz i mamek krzyk!


XXVI.

Z tłustą połową okazały
Zjechał Pustiakow; ze wsi »Głusz«
Gwoździn, gospodarz doskonały,
Właściciel mnogich głodnych dusz;
Siwy Skotinin ze swą starą,
Z dziatek wszelkiego wieku chmarą:

Od lat trzydziestu do dwóch lat;
Pietuszkow — wiejskiej młodzi kwiat;
I blizki kuzyn mój, Bujanow,
W cylindrze z daszkiem — (w twarzy pons,
Strój w pierzach, niegolony wąs)
I »otstawnoj sowietnik« Flianow,
Łapownik, żarłok, stary łgarz,
Plotkarska gęba, błazna twarz.


XXVII.

Panfil Charlikow z żoną chudą,
A z niemi wraz monsieur Tricke.
(Żartami i peruką rudą
W Tambowie niegdyś wsławił się)...
Prawdziwy Francuz — dla Tatjany
Kuplet w kieszeni wiózł, na znany
Dziateczkom motyw; kuplet brzmi:
Reveillez-vous belle endormie...
Śród kart zgrzybiałych almanachu
Był drukowany kuplet ów,
Tricke go z prochu wskrzesił znów;
Zręczny poeta nie zna strachu:
Więc śmiało — zamiast belle Nina —
Postawił: »belle Tatiana!«


XXVIII.

Wtem słychać ostróg brzęk... Rotmistrza
Z mieściny blizkiej poznasz krok —

Panien przejrzałych już bożyszcza,
Na którem matek wisi wzrok...
Wszedł... Przyniósł nowość... Ba! muzyka
Wojskowa dąży... Pułkownika
Śle ją tu rozkaz... (Toć nie dal...)
Co za uciecha: będzie bal!
Zawczasu już dziewczęta skaczą...
Lecz jeść podano... Powstał gwar...
Idą do stołu rzędy par...
Panny na blizkość z Tanią baczą...
Młodzież naprzeciw. — Cichnie szum...
Przeżegnał się i zasiadł tłum.


XXIX.

Na mig rozmowa zwykła ścichać,
Gdy żują usta... Tylko dźwięk
Talerzy lub widelców słychać,
Zgrzyt nożów i kieliszków brzęk.
Ale powoli gwar znów rośnie;
Ten i ów krzyczy coś donośnie,
Nie słucha nikt... Zgiełkliwy chór
Tworzą śmiech, hałas, pisk i spór...
Wtem drzwi rozwarto, Leński wchodzi,
Oniegin z nim. Gosposia — »Ach!
Nareszcie!« — woła... Jeszcze w drzwiach,
A już im każdy rad wygodzi:
Nakrycia, krzesła zsuwa gość,
By druhom zrobić miejsca dość.


XXX.

Naprzeciw Tani siedli oba...
Drżąc, jako łań na rogów wieść,
Bledsza niż miesiąc, kiedy doba
Wszczyna się ranna — nie śmie wznieść
Ściemniałych oczu biedna Tania...
Wre w sercu... Duszno... Powitania
Druhów nie słyszy... Z oczu łzy
Gotowe upaść... Cała drży.
Biedaczka ledwie nie zemdleje...
Lecz wola i rozsądku moc
Schodzącą na jej duszę noc
Przemogły... Zcicha się rozśmieje,
Przez zęby cedzi słówka dwa...
Usiedzi, chociaż boleść trwa!


XXXI.

Tragi-nerwowych zjawisk różnych,
Dziewiczych zemdleń, płaczu burz, —
(Zniósłszy tak wiele łez usłużnych),
Eugeniusz mój nie znosił już!
Dziwak, że wpadł na bal ogromny,
Był mocno nierad... A nieskromny
Chwilowy Tani widząc szał,
Już oburzeniem skrytem wrzał;
Nadął się, oczy spuścił gniewnie,
Leńskiego w duchu mocno klął

I zemsty plan obmyślać jął...
Uknuwszy, jak go skarać pewnie,
Czas skraca, w duchu, jako widz,
Karykatury tworząc z lic.


XXXII.

Zmięszanie Tani mej uroczej
Nie on jedynie dostrzedz mógł,
Lecz tłusty »pieróg« wszystkich oczy
Pociągnął wówczas; (ręką sług
Był na nieszczęście przesolony)...
Lecz, patrz, w butelce zasmolonej,
Nim po pieczystem przyjdzie krem,
»Cymlańskie« służba wniosła... Z niem
Rzęd kieliszków długich, wiotkich,
Jak twoja kibić, o Zizi,
Krysztale młodych moich dni,
Przedmiocie wierszy moich słodkich,
Amforo uciech, których wiew
Pijanił ongi moją krew...


XXXIII.

Wystrzelił korek mokry; wino
Perli się w czarach; pośród pań
Siedzący — wstał z poważną miną
Monsieur Tricke (już dawno krtań
Tłoczył mu kuplet); wszystko w ciszy
Utonie; Tania ledwie dyszy;

Do niej się zwraca mówca nasz:
Laurka w ręku, wzniosła twarz...
Śpiewa, fałszując... Wnet ogromny
Wybucha zapał: brawa, krzyk...
Tania zmuszona zrobić dyg;
A wieszcz choć wielki, jednak skromny,
Na cześć jej pierwszy toast wzniósł,
Wręczając kuplet... Zapał wzrósł.


XXXIV.

Z powinszowaniem tłum się rusza;
Wokoło Tani gości tłok;
Przyszła i kolej Eugeniusza:
Podszedł... Dziewicy tęskny wzrok,
Przy jej znużeniu i wzruszeniu,
Budzi w nim litość... Więc w milczeniu
Złożył jej ukłon... Ale z ócz
Świeciła tkliwość... W czemże klucz
Zagadki był? — Czy mimo woli
Wzruszony, stracił duszy hart?
Czy, kokietując, zrobił żart?
Nienaumyślnie? — ze swawoli?
Dość, że mu wzrok pieszczotą drgnął
I w serce Tani życie tchnął.


XXXV.

Zagrzmiały krzesła odsunięte
I do bawialni wali tłum...

Tak na wiosennych łąk ponętę
Rój pszczół wylata — sprawia szum...
I po paradnym syt obiedzie,
Już sąsiad sapie: »Hm, sąsiedzie!«...
Przy piecu zasiadł matron rząd;
Panny poszeptać poszły w kąt;
Zielone stoły rozstawiono;
Spieszy kłótliwy młody gracz
Do gry w bostona, a tam, patrz! —
Wistem się bawi starców grono.
Z ich jednostajnych czytasz min,
Że każdy — chciwej nudy syn...


XXXVI.

Już osiem robrów odegrali
Bogowie wista; ósmy raz
Już miejsca swoje pozmieniali...
Herbatę dano... Lubię czas
Mierzyć obiadem i kolacyą;
Na wsi, zaprawdę, z wielką racyą
Określasz jadłem pory w dniu;
Żołądek jest zegarkiem tu.
Lecz zauważę rad, w nawiasach,
Że równie często lubię wpleść
W strofy swej pieśni miłą treść —
O ucztach, winach i frykasach,
Jak ty, Homerze, bożku nasz,
Co wiek trzydziesty w chwale trwasz.


XXXVII.

Herbata... Panny wzięły sztywnie
Spodeczki w palce... Ale wnet
Za drzwiami w długiej sali dziwnie
Kusząco zabrzmią trąba, flet...
Parys miasteczek okolicznych
Rzuca herbatę z rumem; z licznych
Pań wybrał Olgę, objął stan:
Już mój Pietuszkow pomknął w tan.
Leński z Tatjaną; z Charlikową
Puszcza się w tan Tambowski wieszcz;
Walc w nich rozkoszy budzi dreszcz;
Uniósł Bujanow Pustiakową...
Tłum sypie się z sąsiednich sal...
I w całej krasie błyszczy bal...

XXXVIII, XXXIX.

............

XL.

Jam na początku poematu
(Patrz pierwszy zeszyt) zamiar miał,
Jak Alban, hołdy składać światu,
Stołeczny bal opisać chciał...
Ale porwało mnie marzenie;
Znajomych nóżek przypomnienie

Uniosło w snów młodzieńczych świat;
O nóżki, wasz wąziutki ślad
Bez uwag muszę dziś zostawić;
Trzeźwiejszym, mędrszym trzeba być,
Przestać w dojrzalszych latach śnić,
W czynach i w stylu się poprawić —
I piątej pieśni snując treść,
Dygresyj brzydki zwyczaj znieść...


XLI.

Migają pary; walca tony
Miarowo-słodko brzmią i w rytm
Kłębi się walca wiatr szalony,
Jak wicher śród piaszczystych wydm..
Godziny zemsty słysząc bicie,
Oniegin się uśmiecha skrycie,
Podszedł do Olgi... Spełnia plan...
Nadługo ją porywa w tan,
Potem na krześle usadowił,
Przemówił do niej kilka słów,
A po minutach paru, znów
Z swoją tancerką walca wznowił;
Wszyscy zdziwieni krokiem tym...
Leński nie wierzy oczom swym...


XLII.

Wtem mazur zagrzmi... Dawnym czasem
Bywało, kiedy mazur grzmi,

Posadzka trzeszczy pod obcasem,
W ogromnej sali wszystko drży
I z dźwiękiem szyb się trzęsą ramy.
Inaczej dziś. — I my, jak damy,
Przyjmujem cichy, ślizki chód...
Lecz wieś i powiatowy gród
Mazura w pełnym wdzięku chowa;
Hołupce, podskok, ostróg brzęk,
Ogromny wąs, obcasów dźwięk —
Tam żyją jeszcze; moda nowa,
Choroba dnia, ten tyran nasz,
Nie prędko tam ukaże twarz.


XLIII, XLIV.

Bujanow (brat mój) z Olgą Tanię
Prowadzi śród tanecznych zmian
Do Oniegina; ten powstanie,
Wybrał — i... z Olgą idzie w tan!
Niedbale sunie — jeszcze chwila:
Z czułością ku niej się pochyla —
I komplementem pieści słuch —
I rączkę ściska... — Oli duch
Miłości własnej pełen: żywy
Rumieniec bije z pięknych lic...
Drgnął Leński — mimowolny widz,
Końca mazura niecierpliwy
Czeka... (Zazdrością oczy lśnią!)
Do kotyliona prosi ją...


XLV.

Ona »nie może«... Co?! nie może?!
»Dała już słowo«... Komu?! Jak?!
»Onieginowi!«... Boże! Boże!
Czy wierzyć uszom?... A więc tak?!
Więc to możliwe!... Takie dziecko —
Kokietką! Igra już zdradziecko!
Już wieje chytrość z serca dna!
Wietrznica! sztukę zdrady zna!...
Leńskiego tłoczy straszna mara;
Klnie serca kobiet, pełne zdrad. —
Wyszedł... na konia spiesznie siadł...
I pędzi. Pistoletów para —
Dwie kule — jednej kuli cios —
Rozstrzygną wkrótce jego los!...






Przypisy

  1. »Inny wieszcz« — Wiaziemskij autor utworu »Pierwszy śnieg;« Baratyńskij w »Eddzie« opisał zimę findlandzką. (p. a.).
  2. Piosenka o kocie, nawołującym kotkę do snu na przypiecku, wróży wesele. Tymczasem motyw pierwszej pieśni, pomimo zwodniczej treści, według wiary ludowej wróży śmierć, (p. a.).
  3. Tak dowiadują się dziewice, jakiem będzie imię ich przyszłego. (p. a.).
  4. Zadeka był tylko wydawcą senników, autor tylko żartem nadał mu szumne tytuły. (p. t.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Puszkin i tłumacza: Leopold Blumental.