Eugeniusz Oniegin (Puszkin, 1902)/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Puszkin
Tytuł Eugeniusz Oniegin
Podtytuł Romans wierszem
Wydawca Księgarnia G. Gebethnera i Spółki
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyca i Spółki
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leopold Blumental
Tytuł orygin. Евгений Онегин
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV.[1]

La morale est dans la nature des choses.
Necker.
I, II, III, IV, V, VI.

............

VII.

Im mniej rozkochasz się w kobiecie,
Tem łatwiej się podobasz jej,
Pewniej ku zgubnej ciągniesz mecie
I w sieć ponętną pchasz ją lżej.
Rozpusta zimna w dawne wiosny
Z sztuki chlubiła się miłosnej,
Trąbiła wciąż, że sprawia cud,
Bo rozkosz czerpie, dając chłód;
Ale poważna ta zabawa —
Małp starych godna, których stek
Stworzył sławetny dziadów wiek.
Dziś Lowelasów zblakła sława;
Z pudrem wspaniałych peruk wraz
Pogrzebał ją zwycięski czas!


VIII.

Kogóż nie znudzi — wiecznie kłamać,
Tych samych słów spożywać wikt,
Albo poglądy takie łamać,
Których nie głosi serjo nikt;
Jedne zarzuty słyszeć wiecznie,
Niszczyć przesądy niedorzecznie,
Których nie zdążył wetchnąć świat
W dziewczę, co ma ... trzynaście lat!
Kogóż nie znużą klątwy, groźby,
Pierścionki, łzy, żałosny ton,
Listy, co mają dziesięć stron,
Zdrady, ploteczki, kłamstwa, prośby,
Nagłe stawanie matek w drzwiach
I ciężka przyjaźń mężów, ach!


IX.

Tak drwił Eugeniusz mój z przeszłości...
On, co ofiarą z młodu był
Nieokiełznanych namiętności,
I burz, co w oczy miecą pył...
Życiem próżniaczem wypieszczony,
Jakąś drobnostką w mig olśniony,
Rozczarowany inną wnet,
Palony żądzą tête à tête,
Tryumfem łatwym szybko psuty,
Wzrok topiąc w ciemny serca grunt,

Aby tam dostrzedz wieczny bunt,
Ziewanie kryjąc w śmiechu nuty —
Oto jak, niszcząc życia kwiat,
Zmarnował osiem młodych lat!


X.

Więc już na schadzki nie pospieszał,
Leniwie nogi na nie wlókł;
Odmówią — szybko się pocieszał,
Zdradzą — był rad, że wytchnąć mógł.
Szałem żywota nie zakłócał,
Bez żalu damę serca rzucał;
Miłość znużyła go i złość!
Tak obojętny jedzie gość
Na wieczór, skrócić czas przy wiście;
Siadł... gra się kończy... wstaje wnet...
Wraca, w sypialni progi wszedł
I tam zasypia oczywiście,
A gdy gwar ranka przerwie sen,
Nie wie, gdzie spędzi wieczór ten.


XI.

Lecz otrzymawszy liścik Tani,
Wzruszony mój bohater był;
Z tych uczuć, co w nim żyły raniej,
Jakgdyby naraz strząsnął pył.
W myśli stanęła mu dziewica,
Jej bladość, piękne smutkiem lica.

W niewinny i bezgrzeszny sen
Już go pogrąża obraz ten.
Ogień jej listu w serce wchłania,
Czuje w nim stary, znany ton...
Lecz nie wyzyska przecie on
Duszy niewinnej zaufania... —
A teraz lećmy w sad co tchu:
Na niespodziane rendez-vous.


XII.

Milczeli kilka chwil oboje...
On pierwszy podszedł i rzekł tak:
»Pisałaś do mnie: pismo — Twojej
O, nie przecz, pani! Słów mi brak,
Aby wyrazić, jak wyznanie,
Niewinnej duszy zaufanie,
Jak twoja szczerość wzrusza mnie!
O młodych lat wspomniałem śnie,
Wspomniałem dawnych marzeń roje...
Od chwalb tych płonie twoja twarz? -
Więc dość!... Za szczerość oto masz
Wyznanie szczere, jako twoje.
Przyjmij mą spowiedź... Pojmiesz stąd.
A zresztą sama wyrzecz sąd!


XIII.

»Gdybym chciał wejść w Hymenu sieci,
W domowem ciasnem kole żyć,

Gdyby mi mężem, ojcem dzieci,
Przyjemny los nakazał być,
Gdybym na moment choć jedyny
Zatęsknił sercem do rodziny, —
Nie szukałbym, by spełnić sny,
Innej dziewicy, niźli Ty!
Bez madrygałów mówiąc wstrętnych:
Gdyby ten cel mi wskazał Bóg,
Ciebie-bym jedną obrać mógł
Na towarzyszkę dni mych smętnych,
Przed tobą-bym kolano zgiął
I szczęścia — ile można — wziął.


XIV.

»Nie dla mnie szczęście jest... niestety!
Los sobie zrobił ze mnie żart!
Daremne wszystkie twe zalety,
Nie jestem ich zupełnie wart...
Wierz mi, (sumienie me poręką),
Małżeństwo będzie dla nas męką;
I choćbym twój uwielbił czar,
Przyzwyczajenie — zniszczy żar.
Ty zaczniesz płakać... Niewymowna —
Dla mego serca burza łez...
Tylko mi nerwy skąsa bies!
Więc sądź, Hymenu dłoń czarowna
Jaki nam w życie wplecie kwiat?...
I może tak na szereg lat!


XV.

»Cóż gorszem jest, niż ta rodzina,
Gdzie biedna żona, sama wciąż,
W dzień i wieczorem przypomina,
Jak się odmienił nędzny mąż;
Gdzie z nudy on, jej wartość znając,
(A los wszelako przeklinając)
Zimno-zazdrosny, chmurny wciąż,
Milczący, gniewny... Piękny mąż!
Jam taki! Tego-żeś szukała,
Gdyś z takim żarem młodych snów,
Prostotą cudny liścik ów
Z takim rozumem napisała?
Czyliż surowy życia głos
Tobie przeznaczył taki los?


XVI.

»Sny nie wracają, ani lata,
Nie kwitnie dwakroć duszy kwiat.
Ja kocham cię miłością brata,
A może czulej, niźli brat.
Wysłuchaj mnie bez gniewu, proszę:
Nieraz na nowych snów rozkosze
Zamieni dziewczę stare sny,
Tak żółty liść na drzewie drży,
Lecz wiosna nowy niesie w dani...
Tak Bóg urządził każdą rzecz!

Pokochasz po raz wtóry, lecz...
Naucz się rządzić sobą, Pani.
Nie każdy ciebie pojmie tak!
Zważ, doświadczenia gubi brak!...


XVII.

Eugeniusz prawił tak kazanie...
Rumieniec znikł z Tatjany lic;
Nie dyszy, przeczyć się jest w stanie,
Słucha — przez łzy nie widzi nic.
Podał jej rękę... Smutkiem tchnąca,
Automatycznie, wciąż milcząca,
Tatjana bierze jego dłoń
Pochyla na bok bladą skroń...
Przez ogród cieniem otulony
Przyszła do domu razem z nim...
Nikt za złe tego nie wziął im:
Swoboda wsi ma miłe strony;
Korzysta wieś też z swoich praw,
Jak Moskwa, pyszna, jako paw.


XVIII.

Chyba mi przyzna tu czytelnik: —
Z miłą zacnością prostych dusz
Postąpił sobie mój pustelnik
Ze smutną Tanią. Nieraz już
Jednako sprawił się szlachetnie,
Chociaż go świat obgadał szpetnie,

Złośliwej żyłce płacąc dług...
Jego przyjaciel, jak i wróg
(Ach, to na jedno wyjdzie może)
Sławił go różnie — tak i siak.
Komuż na świecie wrogów brak?...
Lecz od przyjaciół strzeż nas Boże!
Oj, przyjaciele!... Kilka słów
Chcę im poświęcić. — Muzo, mów!


XIX.

Nie spiszę tego, co się marzy...
W nawiasach stwierdzę pewną rzecz:
Że niema podłej dość potwarzy,
Z tych, co je łgarz uprawia precz,
Płodzi na strychu gdzieś namiętnie,
A świecka czerń je szerzy chętnie,
Bzdurstw takich, które tworzy złość,
Epigramatów brudnych dość,
Aby się druh wam nie przysłużył,
Bez złości krzty, bez planów złych,
Z uśmiechem stokroć — żeby ich
Porządnym ludziom nie powtórzył!
A zresztą... wstąpi za Cię w bój,
Kocha Cię tak, jak... krewniak twój!


XX.

Hm! hm! szlachetny czytelniku!
Jakże tam krewni? Zdrowi-ż są?

Zapewnie krewnych masz bez liku?...
Chcesz o nich znać opinię mą?
Mogę Ci krewnych odmalować:
Trzeba ich kochać i szanować;
Na obyczaje mając wzgląd,
Wizytę złożyć podczas Świąt;
Albo też zamiast tego kroku,
Kiedy Wigilii przyjdzie czas,
Życzenia pocztą posłać raz, —
Aby w ich myślach resztę roku
Nie został po was ani ślad...
Więc niechaj żyją do stu lat!...


XXI.

Nie wierz krwi związkom i przyjaźni.
W miłości masz pewniejszą broń,
Gdy burza życia cię rozdrażni,
Miłość ci jeszcze poda dłoń...
Zapewnie tak... Lecz zmiany mody,
Kobiecej duszy niepogody,
Opinii świata bystry ruch.,.
Płeć piękna — lekka jest jak puch...
Ba! i mężowskich zdań powaga
Dla żony, co ma mnóstwo cnót,
Musi być świętą... Rzadki cud,
Gdy zbiór tych wpływów nie przemaga..
Tak ginie wierność serca dam...
Miłością igra szatan sam!


XXII.

Więc kogo kochać? Komu wierzyć?
Kto nie zgotuje nigdy zdrad?
Kto naszym łokciem będzie mierzyć
Z usłużną miną — cały świat?
Kto o nas fałszu nie powtórzy?
Kto da przytułek podczas burzy?
Kto się nie zlęknie naszych plam?
Kto się nie znudzi nigdy nam?
O ty, co widma szukasz mylnie,
Porzuć wysiłków próżnych rój
I, czytelniku luby mój,
Samego siebie kochaj silnie,
Boć tylko w sobie — dobrze zważ —
Taki uprzejmy przedmiot masz!


XXIII.

Lecz cóż spotkania było skutkiem?
Nie trudno zgadnąć... Jasna rzecz:
Z duszy, co rada żyje smutkiem,
Miłość i ból nie poszły precz.
Jeszcze ją mocniej szał pochłania;
Goreje biedna moja Tania!
Odbiega sen, a za nim w ślad
Uśmiech i zdrowie, życia kwiat,
Dziewiczy spokój — wszystko pierzcha...
Snów miłych rozkosz, marzeń wdzięk —

Wszystko przepada, jako dźwięk...
I Tani młody dzień się zmierzcha.
Tak samo mroczy burzy cień
Na wschodniem niebie jasny dzień.


XXIV.

Tatjana więdnie, gaśnie, blednie,
Niby zwarzony mrozem kwiat...
Obcem jej życie jest powszednie,
Zda się jej obcym cały świat.
Ten i ów sąsiad głową kiwa,
Niejeden szeptem się odzywa:
»Jej za mąż pora!... dawno czas!«
Lecz o tem dość... Toć muszę was
Piórem mem trochę rozweselić;
Obraz miłości szczęsnej dać!
Wiem... mimowoli z wami snadź
Chciałem mą wielką troskę dzielić...
Wybaczcie mi — ten miary brak:
Moją Tatjanę kocham tak!


XXV.

Z każdą godziną więcej wzrusza
Leńskiego — młodej Olgi wdzięk,
W niewoli słodkiej jego dusza
Chciwie jej głosu chwyta dźwięk.
Wiecznie ich razem napotkacie...
Po ciemku siedzą w jej komnacie;

Gdy ranną rosą błyszczy kwiat,
Pod rękę razem idą w sad.
I cóż?... Miłością upojony,
Leński uczuwa rzewny wstyd;
Już w tem śmiałości widzi szczyt,
Gdy jej uśmiechem zachęcony,
Ustami dotknie skraju szat,
Lub w lok rozwity wplecie kwiat.


XXVI.

To romans czyta jej moralny
Głosem przejętym, pełnym zmian;
Naturę autor idealny
Skreślił tam tak, jak Chateaubriand.
A jednak po dwie, po trzy strony,
Przepuszcza on — zarumieniony,
Wietrząc w nich pustej bredni siew,
Groźny dla serca młodych dziew.
Albo przy szachach, gdzieś w altanie,
Siedzą... schylone głowy w dół,
Łokcie oparte są o stół...
I Leński, wpadłszy w zadumanie,
Wyciąga roztargnioną dłoń:
Własną królowę bije koń!


XXVII.

Do domu jedzie; jego myśli
I tam zajmuje Ola znów:

Coś w jej albumie pilnie kreśli,
Zdobi go czarem swoich słów.
Rysuje wiejskie w nim pejzaże,
Zlekka farbami potem maże;
Pomnik, Cyprydy grecki chram,
Lirę z gołąbkiem skreśli tam.
Do cudzych wspomnień słówko wtrąca;
Na kartce, gdzie się wpisał ktoś,
Czułym swym rymem doda coś;
Pamiątka młodych snów milcząca,
Dum błyskawicznych lekki ślad —
Nie straci wdzięku z biegiem lat.


XXVIII.

Powiedzcie: album wiejskiej panny
Czy kiedy braliście do rąk?
Przez koleżanki zapisany
Z początku, z końca, z boku, wkrąg!
Zwyczajem częstym tu się trafi
Wiersz, co jest drwiną z ortografii;
Tam zbytek sylab, tu znów brak —
Zły rytm — przyjaźni wiernej znak!
Na pierwszej kartce napis witasz:
Qu’ecrirez vous sur ces tablettes?
I podpis: t. à v. Annette.
A na ostatniej zwykle czytasz:
»Kto bardziej kocha Cię, niż ja,
Dalej odemnie pisać ma!«


XXIX.

Znajdziecie kwiatek tu niebieski,
Dwa serca z kluczem, ognia słup
I słowa: »do grobowej deski
Trwa miłość moja« — rzewny ślub!
Tu retor z armii wojowniczej
Wlepił z pewnością wiersz zbrodniczy...
W albumie tym — rzec prawdę mam? —
Ja gotów jestem pisać sam.
Bowiem spokojny, mam na względzie,
Że każda brednia moja w mig
Zasłuży mi na wdzięczny dyg,
Że później nikt z niej drwić nie będzie,
Pod lupę każde słówko brać,
Ważyć, czym nie mógł zręczniej łgać!


XXX.

Lecz wy, tortury rymopisów —
Albumy, szyte z świetnych kart,
Wy, które z biblioteki bisów
Chyba na świat wyrzuca czart!
Sam Baratyński rymem słodkim
I cudotwórczym pendzlem wiotkim
Tołstoj ozdabiać musiał was —
Niechże was piorun spali raz!
Gdy swój in quarto modna dama
Da mi z uśmiechem, spojrzeć dość

Bym uczuł w piersi dreszcz i złość:
Drży w głębi serca epigramma,
Ledwie nie wyda gniewu twarz, —
A madrygały pisać masz!


XXXI.

Nie madrygały Leński pisze,
Lepszego album Olgi wart...
Miłością pióro jego dysze,
Nie błyśnie z podeń zimny żart:
Coś dojrzy, słyszy coś o Oli,
Notuje zaraz prawdzie gwoli.
Nakształt szumiących rzeki fal,
W elegiach płynie słodki żal...
Jak on, Jazykow mój natchniony,
Gdy jego serce ogniem tchnie,
Opiewa — kogo? Pan Bóg wie, —
A tom z elegij upleciony,
Wsłuchanym w ich czarowny głos,
Opowie z czasem jego los.


XXXII.

Lecz ciszej!... Słyszysz ostry przytyk?
Elegij skromny wianek rwać
W strzępy — surowy każe krytyk,
Na rymotwórców woła brać:
»Hola, przestańcie wreszcie płakać,
Wciąż jedno w srogim żalu kwakać,

I o »minionem« duby pleść,
Dosyć!... Odnajdźcie nową treść!«
— Masz słuszność! Pewnie nam pokażesz
Maski, kindżały z dawnych lat,
I odnowiwszy stary grat,
Myśl »nową« wskrzesić nam rozkażesz?
Czy tak, mój druhu? — Ale, ba!
»Panowie! ody pisać trza!


XXXIII.

»Według poważnej starej mody,
Gdy żył potężny przodków ród«...
— Co? uroczyste same ody!
Czy się nie zlękniesz czasem ód?
Zważ, ody tworzył i satyryk![2]
»Cudzego zdania« chytry liryk
Ma-li dla ciebie większy wdzięk,
Niż rymotwórców naszych jęk?
»Lecz treść elegii tchnie pustotą,
»Jej cel jest marny! Ody pisz,
»Bo oda wzniośle dąży wzwyż,
^Szlachetny cel ma«... Mógłbym o
Spór wzniecić, — ale spokój dam;
Po co dwa wieki kłócić mam?


XXXIV.

Wielbiciel sławy i swobody,
Z myślą burzliwych pełną nut,

Włodzimierz byłby pisał ody,
Lecz Olga nie czytała ód.
Wieszczu! Czyś czytał swej uroczej
Elegię tkliwą, patrząc w oczy?
Wyższej nagrody nie zna wieszcz!
Tak mi mówiono... Szczęścia dreszcz
Wstrząsa skromnego wielbiciela,
Gdy Ona — słodki przedmiot ów
Miłości, rymów, westchnień, snów —
Uwagi swojej mu udziela!
Szczęsny... choć ona — wierzcie mi —
Nie o tem myśli, albo śpi!


XXXV.

Lecz ja, co Muzom złożę w dani —
Owoce natchnień, marzeń kwiat,
Czytam jedynie starej niani,
Druhowi moich młodych lat.
Lub, gdy znudzony, po obiedzie,
Przypadkiem sąsiad do mnie zjedzie,
Rwę go za połę za ten błąd,
Duszę tragedyą, cisnąc w kąt;
Lub (tu żartować nie wypada),
Słuchając smętnej Muzy praw,
Kieruję kroki ponad staw,
Wystraszam dzikich kaczek stada:
Spędza je z brzegu nagły lęk,
Gdy słyszą słodkich strof mych dźwięk!


XXXVI.

............

XXXVII.

A cóż Oniegin?... — zapytacie,
Widząc, że Pegaz na bok mknie...
Jeśli cierpliwym będziesz, bracie,
Opiszę, jak przepędza dnie...
Żył, jak pustelnik... Zerwał z światem...
O siódmej rano wstawał latem,
Wychodził na czczo... Wieś tę znam:
Pod górą rzeczka płynie tam...
Piewcę Giulnary naśladował,
Przepływał wpław Hellespont ów;
Potem do domu wracał znów,
Pił kawę, dziennik zły wertował,
Ubierał się........


............

XXXVIII.

............

XXXIX.

Przechadzki, książki, sen głęboki,
Strumyka szept, cienisty gaj,
Czasem dziewicy czarnookiej
Świeżutki całus (w to mi graj!)
Koń bystry, a wędzidłu korny,
Obiad zaprawdę dość wytworny,

Białego wina puhar i —
Samotność, luba cisza wsi:
Ot, cały żywot Oniegina!
Nieznacznie z ciszą tą się zżył...
Nie liczył dni, pogodny był...
W spokoju miłym zapomina
Przyjaciół, bale, Newski gród
I nudę, co go gryzła wprzód. —


XL.

Ale północne nasze lato —
Karykatura włoskich zim —
Mignie i znikło... Zgoda na to?...
Więc czemuż kryć się z sądem tym?!...
Już czuć w powietrzu tchy jesienne,
I słonko świeci mniej promienne,
I coraz krótszy dzienny czas...
Cienisty, tajemniczy las
Z posępnym szmerem głąb’ obnaża;
Na pole pada mgła... Śród chmur
Krzykliwych gęsi leci sznur
Het, na południe... I zagraża
Nuda, jesieni wierny stróż...
Listopad stał na progu już...


XLI.

Świt blady w mgłę się wdziera chłodną;
Na łąkach hałas pracy zmilkł

I wraz z wilczycą swoją głodną
Na drogę z lasu dąży wilk;
I już go poczuł koń podróżny,
Rozdyma chrapy; — pan ostrożny,
Pędzi co tchu na górski szczyt!
Już pastuch, gdy nadejdzie świt,
Z chlewu wyganiać krów nie będzie,
Ani w południe jego róg
Nie zwoła ich na zakręt dróg;
W izbie, śpiewając, dziewa przędzie,
Przed nią — zimowych nocy druh,
Łuczywo barwi kłębka ruch...


XLII.

Lecz mróz już trzeszczy... Śnieżne burze
Pokryły srebrem całą wieś...
(Czytelnik czeka rymu: róże;
No, więc go żywo sobie weź!)
Jako posadzka woskowana —
Czyściej — lśni rzeka w lód odziana.
Krzykliwych chłopców drobny lud
Łyżwami zręcznie kraje lód.
Na kraśnych łapkach gąsior dąży,
Ot, chce po łonie płynąć wód,
Ostrożnie zsuwa się na lód,
Ślizga się, pada... Patrz, jak krąży
Wesołych śnieżnych płatków rój,
W mig tracąc kształt gwiazdzisty swój.


XLIII.

Co począć w głuszy w takim czasie?
Na spacer iść? Ach, stygnie krew,
Gdy przykry widok oczy pasie
Nagością monotonną drzew.
W surowym stepie jechać konno?
Z biedą się spotkasz nieuchronną:
Groźna podkowie ślizka błoń,
Jeszcze ci nogę złamie koń!
Pod dach się kryj więc od zamieci!
Czytaj: ot, Pradt, ot, Walter-Scott!
Nie chcesz? Rachunki sprawdzaj, ot!
Gniewaj się, pij — i wieczór zleci...
Nazajutrz wstąp na ten-że szlak...
Pysznie ci zima zejdzie tak.


XLIV.

Jako Child-Harold, nieustannie
Oniegin duma... Próżniak zeń!
Rankiem w lodowej siędzie wannie,
A potem w domu cały dzień
W obrachowaniach pogrążony
I tępym kijem uzbrojony
W dwie kule na bilardzie gra...
Od rana ta zabawa trwa...
Nadchodzi wieczór... Wtedy z dłoni
Wypuszcza kij. (Ba, głód już czuł!)

Już przy kominku gotów stół...
Eugeniusz czeka... Trójką koni
Nadjeżdża Leński... »Otóż masz
Głodnego! Obiad podać każ!«


XLV.

Za stołem siada mój poeta,
A słowo już zmienione w czyn:
Wdowy Cliquot, albo Moeta
Błogosławiony niosą płyn;
W zmarzniętej pieni się butelce...
Niegdyś i moją duszę wielce
Nęciło grą swą wino to:
Koledzy! wszakże za Cliquot
Puszczałem ongi resztki monet;
Pomnicie: z tych czarownych strug
Powstawał miłych bredni huk,
Mnóstwo i żartów i canzonet,
Niespodziewanie świetnych słów,
Zajadłych sporów, słodkich snów!


XLVI.

Lecz dzisiaj zdradzasz mój żołądek
Swą gwarną pianą, o, Cliquot!
Zmieniając dawny uczt porządek,
Rozsądne wolę dziś Bordeau.
Ai mi szkodzi nawet szklanka...
Ai — druhowie! — to kochanka,

Błyszcząca, wietrzna, zmiennych cech
Kapryśna, w pusty wpada śmiech!
Lecz ty, Bordeau, ty jesteś druhem
I towarzyszem w każdy czas,
Co w smutku zwykł pocieszać nas,
Wspomagać w położeniu kruchem,
Miłą gawędą pieścić słuch...
Niech żyje nam Bordeau, nasz druh!


XLVII.

Przygasa ogień... Popiół biały
Powleka złoty węgla blask;
Ciepło przepełnia pokój cały,
W kominku ustał iskier trzask...
Wzlatują z fajek dymu wstęgi,
Wokół butelek tworzą kręgi...
I spuszcza się wieczorny zmrok...
(Ach, przy kieliszku gawęd tok —
Łgarstw przyjacielskich miła chwilka
Zwłaszcza o zmierzchu urok ma,
Gdy ta niepewna pora trwa,
»Pora pomiędzy psa i wilka«;
Ten termin — mój obraża słuch),
Lecz słuchaj mych przyjaciół dwóch:


XLVIII.

»A cóż sąsiadki? Co Tatjana?
I co się dzieje z Olgą twą?«

— Dolej mi wina... Dzisiaj zrana
Byłem tam. Wszyscy zdrowi są.
Panny pokłonić się kazały...
Jak plecy Oli wyładniały!
Co to za dusza! Kiedyś-bądź
Zajedziem do nich. Proszę, sądź:
Dwa razy tylko tam zajrzałeś —
Gościnnie cię przyjęto tam,
A ty — czy słusznie, rozważ sam —
Już nosa im nie pokazałeś...
Ależ... to osioł ze mnie!... Wszak
Proszony jesteś! »Ja?«... A tak!


XLIX.

— W sobotę Tani imieniny...
Ola i matka proszą cię...
Odmówić niema wszak przyczyny...
Pojedziesz, prawda? »Zlituj się!
Tam kupa gości... wiem to z góry...
A przytem moc hałastry, której...«
— Nikt! tylko swoi! dobrze wiem!
Zaręczyć mogę słowem swem.
Pojedziesz! proszę! »Zgoda!« Dzięki!
Jaki ty dobry! — Mówiąc to,
Do góry kielich wzniósł z Cliquot,
Wychylił go za Olgi wdzięki
I o nich jął rozprawiać znów.
Ba, miłość nie zna innych słów!


L.

Był wesół... Toć za dwa tygodnie
Szczęśliwy termin wypaść miał...
Czekał na żar, co nie ochłodnie,
Na szczęście, na zachwytów szał,
Na małżeńskiego łoża tajnię...
Nigdy nie sądził, że zwyczajnie
Hymen przynosi troski nam,
Żal, poziewanie, chłód i kram...
Gdy domowego życia scena
Wrogom Hymenu wróży swąd,
Albo obrazków nudnych rząd,
Romans w rodzaju Lafontain’a,[3]
Mój biedny Leński o niej śnił:
Dla tego życia zrodzon był!


LI.

On był kochany... albo sądził,
Że jest kochany... Szczęścia dość!
Szczęśliwy, kto się wiarą rządził,
Kto zdusił chłodną myśli złość,
Nie wstrzymał słodkich marzeń w biegu,
Jako podróżny, na noclegu
Spojony, w śnie nie słyszał burz,
Lub motyl ssący nektar z róż...
Lecz biada temu, co przewidzi
Już z góry wszystko, zimny jest,

Kto każde słowo każdy gest,
Za treść wewnętrzną nienawidzi,
Śród mroźnych życia zastygł burz:
Zapomnieć się nie zdoła już!






Przypisy

  1. Czwarty i piąty rozdziały »Oniegina« poświęcone zostały Pletniewowi. W odnośnym wierszu prosi Puszkin kolegę po piórze o przyjęcie »zbioru barwnych rozdziałów, napół-śmiesznych, napół-tęsknych, prostych i podniosłych — niedbałego owocu igraszek, nocy bezsennych, lekkich natchnień, niedojrzałych i zwiędłych lat, zimnych notat rozumu i gorzkich uwag serca«. (p. t.).
  2. Mowa tu o Dmitriewie, autorze ody satyrycznej p. t. »Cudze zdanie«.
  3. August Lafontaine — autor romansów z rodzinnego życia. (p. a.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Puszkin i tłumacza: Leopold Blumental.