Ekloga anielska

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jaroslav Vrchlický
Tytuł Ekloga anielska
Pochodzenie Ballady, legendy i t. p.
Data wydania 1904
Drukarz St. Niemira
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Konrad Zaleski
Źródło Skany na commons
Inne Cały zbiór
Indeks stron
Ekloga anielska.

Ziemia we śnie pogrążona, noc roztacza mroki,
Jak olbrzymów wielka tarcza, nieba strop głęboki.
Po nim, niby gwoździe złote, miga świateł mrowie;
Jak ostatnie ślady myśli, w konających głowie,
Drogą mleczną dwaj w próg niebios dążą aniołowie.


ITURIEL.

Sam powracasz? Co się stało? W twarzy boleść, trwoga?


SEFOR.

Stosy gruzów, złomy, chaos, kryje noc złowroga.
Raczej przepaść. Morza fale, zanim błyśnie rano,

Szumieć będą gorzkim płaczem. Rozkaz wykonano!
Śmierć do syta miała pracy... Dziś tam nicość głucha.


ITURIEL

Bóg chciał tego! Dwóch was wyszło — co spotkało druha?
Spuszczasz oczy, twarz swą kryjesz w śnieżnych piór osłonie
Pierś się wznosi nieustannie, jako morskie tonie.
Czemu wracasz sam, mój bracie, gdzie Etiniach drogi?


SEFOR

Ach, Etiniach! Słodkie imię, jak dźwięk lutni błogi!
Jego usta — niczem jutra zrumienione świty.
Jego oczy — niczem niebios w jasny dzień, błękity;
Z eterycznej mgły osnuta jego istność cała,
Z tej, co Panu, gdy świat stworzył, w niebie pozostała.
Jaki łos go spotkał, pytasz? ciężko mówić o tem!
Padł, jak jeździec pod rumakiem, pchnięty śmierci grotem.

W nim gniew Boży, sroga pomsta całych niebios tkwiła,
Gdy się czara ludzkich grzechów i win przepełniła...
Mój Eliniach ludziom służył, z serca ich miłował.
Gdy Pan jednem słowem „Stań się,“ światy ugruntował
Wśród lazurów, on był pierwszy, na tej ziemi, z rzędu.
Gościł na niej nawet w czasy zbrodni, walk, obłędu.
Nieraz w nocy, kiedy Stwórca roje gwiazd rozrzucił.
On uroczą kołysankę ziemi do snu nucił,
Zda się, harfa, z niebios wzięta, miłe ucho pieści.
A to tylko wśród konarów cedru liść szeleści.
Ptactwo, naraz rozbudzone, w stutysiączne głosy
Słało Stwórcy hymn dziękczynny z ziemi pod niebiosy.
Teraz truchleć będzie ziemia. Co mi tam do ziemi!
Niech gwiazdami wokół sypie nieba strop złotemi.
Co mi po tem, gdy zgnilizną wszystko na mnie zieje.
Gdym go stracił, odtąd niczem boskie epopeje!

Świat, со dla mnie jest więzieniem, w otchłań niech zapada,
Niechaj w niwecz wszystko idzie, wszystkiem śmierć zawłada!
Był szczęśliwy, a tymczasem szatan spiski knował,
Wreszcie strącił na dno piekieł...


ITURIEL

Czyś ty go miłował?


SEFOR

Czym miłował? próżne słowo. Miłość, — bracie, mało!
Namiętności raczej płomień... Nacóż ci się zdało
Wzbudzać przeszłość? Nicość, cienie...


ITURIEL

Powiedz, co się stało?


SEFOR

Znałeś miasta, które dzisiaj jedną już ruiną...
Głosem gromu Pan rzekł do mnie: „Niech na wieki zginą.
Czasza grzechów przepełniona. Zanim dzień uleci
Zgładzę wszystkich — nie pomogą płacze niewiast, dzieci“.

Szedłem tedy, a Eliniach kroczył również ze mną,
Długo mknęliśmy obydwaj tonią niebios ciemną,
Wreszcie widzim pasma górskie, jako modre pręgi,
Plamy ciemne pół uprawnych, rzek srebrzyste wstęgi,
Dachy wieżyc i pałaców kryte znać blachami,
Co migały jak lusterka zdala światełkami...
Nagłe oczom się przedstawił widok niespodziany:
Równy, długi pas ciągnącej zdała karawany.
Słychać hasła wodzów, krzyki, bębnów huk, dźwięczenie,
Ciężarami objuczonych zwierząt ryk i rżenie.
Z ziem dalekich karawana wiezie perły wielkie,
Złoto, bursztyn, kość słoniową i towary wszelkie:
Ambrę, muszkat, tarcze z bronzu, skóry, zbroje, płótno
I niewolnic nagich zastęp, patrzeć na nie smutno,
Jak z poddaniem biedne znoszą dolę swą okrutną.

Na spotkanie karawany wyszło miasto całe:
Widzisz dzielnych puszczy synów twarze ogorzałe,
Widzisz starców, co na nagie kształty ciał zerkają;
Pełno niewiast, te klejnoty naprzód oglądają.

Śmiechy, wrzaski, powitania w jedno się zmieszały,
Echem leci w dal szeroką ony chaos cały,
W nim piszczałki czasem słychać, liry lub cymbały.

Niepoznani przez nikogo, szliśmy razem z niemi
Ku świątyni, ulicami miasta szerokiemi.
W niej króluje God-Astorat zwany Antipaza,
Kwiatów pełną jest świątynia, w środku wielka waza.
Dwa olbrzymie nad nią ptaki rozpostarły skrzydła.
Dla obmywań wodę leją z paszczy dwa straszydła,
Stoją wszędy liczne stoły hojnie zastawione,
Na nich misy i amfory pełne win, rzeźbione,
Błyszczą złotem. Pierś oddycha świeżych kwiatów wonią,

Brzmią piszczały, dźwięczą liry i talerze dzwonią,
Dziś boginie, co tu rządzą, uciech snać nie bronią...

Wypełniając rozkaz Pana, szliśmy dwaj do domu
Jedynego męża w mieście, co uniknął sromu.
Ten był wolny od zaguby. Szliśmy przez ogrody,
Barwa kwiatów z cudną wonią idzie tu w zawody.
W róż przepychu, jak dwie lilie w blasku zórz purpury.
Stały świeże, piękne, hoże męża tego córy.
Wnet, spostrzegłszy nas, z pośpiechem ku nam się zwróciły
I trzymane w ręku róże do nóg nam rzuciły.
A w ich oczach modrych naraz ognie zaświeciły.

Stałem wkrótce na uboczu z domu tego panem,
Oznajmując mu gniew Boga, jak mi było danem.
Przyjaciela pustotami dziewki zabawiają.
Ja z ust klątwy, one listki róży nań rzucają,

Gdy ja groźnie zapowiadam pomstę i zagładę,
Te do niego ząbki szczerzą, ze spotkania rade.
Wionął wietrzyk i odsłonił z rąbków niespodzianie
Cudne łona, te drżą lekko, jak wód falowanie,
Gdy po nocy ciepłej, cichej błyska dnia zaranie.

Gdym wyliczał wszystkie klęski, za grzech wszystkie kary,
Mało zważał na me słowa ów Hebrajczyk stary,
Uśmiech igra w jego ustach, możesz czytać w twarzy,
Że niewiele sobie słowa, com powiedział, waży.
Jego myśli już nie miały prawdy tej, szczerości
Znanej sercu patryarchów, niemniej nas za gości
Swych uważał, podejmując obu po kolei.
Szyję zginał, córkom prawił, żeśmy wprost z Chaldei
Tu przybyli, że naszego ojca zna oddawna.
Uderzyła o cymbały czyjaś ręka wprawna.
Stół nakryty, w blasku złota szereg czasz się mieni.

Siedli wszyscy. Gdy nektarem puhar się rumieni,
Wnet wszczynają żarty, śmiechy goście rozbawieni.
Wtem Etiniach jedną z dziewic owych nagle zoczył,
Co mu róże w sadzie dała, szybko ku niej zboczył
I na zawsze odtąd serce z sercem jej zjednoczył...
Pełen szczęścia usiadł obok, w oczach ogień płonie
Bezgranicznej jakiejś żądzy, co zawrzała w łonie.
Tonął cały w jej spojrzeniu, ręka wciąż mu drżała
Za dotknięciem drobnej rączki, która, jak śnieg biała,
Jak ten listek lilii wodnej, pośród naczyń mnogich,
Amfor pełnych ananasów i przysmaków drogich
Przebiegała, słodkich wetów zlekka dotykając,
Jak motylek, który z kwiecia zbiera miód, igrając.
Nie dba na nic mój przyjaciel, siedząc wciąż z dziewczyną,

Z ust jej słowa, jak dźwięk lutni wprost do serca płyną,
Niecąc czary, przed któremi wszystkie moce giną.

O północy wstał gospodarz i szedł do swych progów,
Oznajmiwszy gościom wszystkim, iż świątynię bogów
Zwiedzić musi, co na gody wielkie dziś się stroi,
Gdzie sto dziewic nagich tańczy wśród rycerzy w zbroi.
Szedłem Lotha przeprowadzić, druh mój nie wychodził,
Wkoło ciemno, zdala fletni odgłos nas dochodził...
Nie wiem, jak się stać to mogło, wyrzut sobie czynię,
Żem zostawił przyjaciela mego przy dziewczynie,
A sam z Lothem Astarothy zwiedzić szedł świątynię.

Wiem to tylko: gdyśmy wyszli na plac wielki miasta,
Mała gwiazdka przed oczyma wzrasta wciąż i wzrasta

W krwawą gwiazdę, jakby z nieba pięść groziła Boga,
Wtem kometa zajaśniała za nią wślad złowroga.
Cisza, spokój dookoła, gwar umilknął wszystek,
Milczą cedry i cyprysy, nie drga żaden listek.
Rzędy domów stoją nieme, pusto na ulicy,
Gdy w świątyni ciżba, grają, bębnią niewolnicy,
W wir się puszcza każdy rycerz obok tanecznicy.

Gwiazda owa z każdą chwilą bardziej świeci jasno
Niebo ciemne, przed tą gwiazdą wszystkie gwiazdy gasną,
Ona jedna coraz niżej krwaw’em światłem płonie,
Z jej ognistych włosów zemsta, groza i śmierć wionie.

Grom w świątyni zgasił światło, którem w noc jaśniała,
Grom — zapowiedź strasznej burzy. Ziemia zlekka drżała...
Loth mą rękę chwycił nagle:
— „Prawdę-ś mi powiadał!“

Gdy to mówił, znów zagrzmiało, deszcz ognisty padał.
Już się chwieją w swych podstawach granitowe bogi.
Szumi wicher rozszalały podczas naszej drogi,
Słyszym jęki, łkania, płacze, jakiś śmiech złowrogi.

— „Ocal nas, zwiastunie Boga! pomnij na me dzieci!“

Woła starzec. Idziem śpiesznie. Popiół z góry leci: —
Droga żarem przesycona parzy pod stopami,
Ciała ludzkie, krwią zbroczone, leżą wszerz stosami...
Nagłe domów i pałaców ściany się zachwiały,
Spadające, wichrem gnane, blachy zadźwięczały;
Niebo wokół rozrzucało swe ogniste strzały.

Tłum za tłumem pierzchających w straszną otchłań wpada,
Którą ziemia otworzyła. Mnogie sępów stada
Skrzydły biją, wilcy wyją w polu za bramami,
Mimo wszystko ja wierzyłem, że Wszechmocny z nami,

Że prowadzi silną ręką, Lotha chce ocalić,
Gdyż przed nami gasnął płomień, miast nas żywcem palić.
Przybiegamy. Loth w drzwi stuka. Darmo! Wszystkie wrota
Wrzeciądzami umocnione, — próżno się szamota
Z niemi starzec. W oknach wszystkich miga miotła złota.

— „Dzieci moje, dzieci moje“ woła Loth Bóg z nami!“
Cisza — tylko cyprys w sadzie szumi gałęziami,
A wiatr niesie wrzawy echo, pędząc ulicami.

Zbliżał się już ku końcowi swemu sąd ten Boży.
Świst wichury z nawałnicą strach dokoła mnoży,
Jęczy ziemia, niebo błyska, zda się na cię godzi
Sto żywiołów, każda belka, każdy dach zawodzi.
Ojciec on, a ja kochanek — w smutku i bojaźni,
Gdy się pławi wszystko wokół w tej ognistej łaźni,
Stoim niemi i bezsilni — widze strasznej kaźni.

Wtem z łoskotem runął nagle portal drzwi wysoki,
Z izby wionął tuman dymu, prosto pod obłoki,
A gdy piorun nam oświetlił w głębi domu ściany
Przed oczyma memi stanął widok niespodziany:
Na pościeli tam leżeli obok on i ona
W upojeniu, gdy miłości wkradł się żar w ich łona,
Nagie kształty przykrywała, w blasku barw, opona.

Jako róży, co rozkwita, wonny pączek świeży,
Mój Etiniach przy dziewczynie cichy, martwy leży,
Gdy śmierć niema wkoło nicość i zagładę szerzy.

Leżał tam, my próżno stali i we wrota bili.
Miasto już się zapadało, lwy i wilcy wyli, —
Oni, zda się, jak te dzieci, jak aniołki śnili.

Usta obu ich złączyły pocałunków krocie.
Głowy toną w rozrzuconym dziewki włosów splocie,
Uśmiech igra, jak motylek, gdy miód zbiera w locie.


Jego ręka pod dotknięciem dziewiczego ciała,
Drży mu lekko, jako struna, gdy nań pozostała
Resztka tonu, którym harfa tylko co dźwięczała.

Lecz wołania Lotha, krzyki szum piekielny głuszył,
Większe szczęście im jaśniało, niż z nas każdy tuszył,
Tutaj miłość — a tu pomsty anioł wszystko kruszył.

— „Zbudź się, bracie!“ wołam głosem wielkim, jak głos sądu,
Przegłuszyłem, zda się, szumy zatracenia prądu.
Darmo! ginie twór tu każdy nieba, wód i lądu.

Pełniąc rozkaz mego Pana, Jego słowom gwoli,
Z trudem wyrwać mogłem Lotha z miejsca łez, niedoli.
Jeszcze jedno oka mgnienie, jedno nań spojrzenie...
Z myśli mojej nie wychodzi nigdy to widzenie:
Tuż przy sobie śpią oboje, niby dziatek dwoje,

Główki w zwojach złotych włosów śnią znać marzeń roje,
Uśmiech igra,, jak motylek, gdy róż trąca zwoje.

Straszny łomot! Słupy ognia, które wiatr rozwiewa,
Tłumi naraz, szerząc wkoło ciemną noc — ulewa.
Pędzi ku nam szumny potok rzecznych wód z łożyska;
Tu jak rubin gwiazda płonie, tutaj piorun błyska;
Ziemia jęczy, gdy się walą wieże i kolosy;
Stuk miarowy słychać zdała, jak tytanów ciosy.
Wreszcie wszystko mrok ogarnia, milkną wszelkie głosy,
Koniec dzieła! Śpiesz, nim wspłoną świtem zórz niebiosy.

Ziemia we śnie pogrążona, noc roztacza mroki,
Jak olbrzymów wielka tarcza, nieba strop głęboki,
Po nim, niby gwoździe złote, miga świateł mrowie,
Jak ostatnie ślady myśli w konającej głowie.
Drogą mleczną dwaj w próg niebios dążą aniołowie.

Jarosław Vrchlicky.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jaroslav Vrchlický i tłumacza: Konrad Zaleski.