Strona:PL Ballady, Legendy itp.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szedłem tedy, a Eliniach kroczył również ze mną,
Długo mknęliśmy obydwaj tonią niebios ciemną,
Wreszcie widzim pasma górskie, jako modre pręgi,
Plamy ciemne pół uprawnych, rzek srebrzyste wstęgi,
Dachy wieżyc i pałaców kryte znać blachami,
Co migały jak lusterka zdala światełkami...
Nagłe oczom się przedstawił widok niespodziany:
Równy, długi pas ciągnącej zdała karawany.
Słychać hasła wodzów, krzyki, bębnów huk, dźwięczenie,
Ciężarami objuczonych zwierząt ryk i rżenie.
Z ziem dalekich karawana wiezie perły wielkie,
Złoto, bursztyn, kość słoniową i towary wszelkie:
Ambrę, muszkat, tarcze z bronzu, skóry, zbroje, płótno
I niewolnic nagich zastęp, patrzeć na nie smutno,
Jak z poddaniem biedne znoszą dolę swą okrutną.