Dwie rady/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Dwie rady
Pochodzenie Róże panny Róży
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


DWIE RADY
RADA NARODOWA
1915.

Przy bocznej, leśnej drożynie palił się ogienieczek dymny, założony z wilgotnych gałązek i martwego liścia.
Ludzi kilkoro obozowało wkoło ogniska, spoczywając w milczeniu.
Bór szumiał w jesiennym powiewie i była cisza posępna, że słychać było opadanie kropel mgły z igliwia sosen.
Ale jeden z obozujących głowę odwrócił w mrok drożyny, źrenice natężył, uszu nastawił.
— Kunie człapią! — mruknął.
— Siła? — spytał drugi, na łokciu się unosząc.
— Nie wiela, ale w rynsztunku.
— Wywiad, szpieg prowadzi — dodał trzeci, wstając z ziemi i w mrok leśny topiąc wzrok.
Inni się nie zajęli wieścią. Jeden spał, okrywszy twarz połą kapoty, dwóch przewracało karty starej księgi, jeden pilnował ogniska, podsycając je chróstem, dwóch na uboczu półgłosem odmawiało pacierze.
Stary, potężny dąb przydrożny nad całą gromadką roztaczał konary i widoczni byli w blasku ognia.
I oto w blask ten wynurzyły się z boru trzy postaci — jedna piesza, dwie konne — i stanęły o kilka kroków. Po chwili pieszy zbliżył się jeszcze bardziej i bystro obejrzał obozujących.
— Wy, ludzie, skąd? — zagadnął.
— Rozpraw się z nim, Bartoszu — rzekł ten, który był ich pierwszy dojrzał, i wyciągnął się napowrót u ognia.
Przed pytającym stanął chłop pleczysty, rosły, potężny, w sukmanie długiej, w czapce na ucho.
— Od Jasnej Góry idziewa.
— Glejt od komendy macie?
— Od samej najwyższej.
— A dokąd idziecie?
— Do Warszawy.
— Zbiegi?
— My!
Chłop podniósł ramię z rozmachem, w garść plunął i skoczył do pytającego.
Tamten się w bok usunął, obejrzał się na konnych. Już tylko jeden jeździec został na drodze, drugi oddalił się, zapewne po sukurs.
Pozostały, nieruchomy, upiorny, w swym ciemnym płaszczu i pikelhaubie, okropnym głosem warknął po niemiecku:
— Spokojnie, języka zasięgnąć, wybadać! Nie mają broni. Mamy czas.
Pieszy zwrócił się do chłopa. Podawał mu cygaro.
— Nie chciałem ubliżyć. Zbiegów pełne drogi. Proszę podać imiona, pokazać glejt, damy jeszcze eskortę. Widzę, że księża są wśród was?
Obok chłopa stanął nagle ten, co spał przy ogniu, i zajrzał pytającemu w oczy.
— Są i księża, a jakże, jako polska gromada. Jest wielmoża, jasny i oświecony, Józef mu; i ciarach herbowy, ot ten, Tadeusz mu; ksiądz Piotr i Stanisław, coś tam sobie radzą pospólnie. A ten, pan Hugo, to nas leczył, lecz niedługo. Adam nam ognia pilnuje, widzisz, jako się krzyżakowi przygląda: zna ci go od Malborga i Niemna; a ja, tom szewc Jan. No, to i nikogo nie brak, jak się Bartoszem dopełni. A idziemy do Warszawy, bo tam doma jesteśmy, jeśli nie nati, to possessionati. Ksiądz Piotr w katedrze, ksiądz Stanisław i pan Adam na Krakowskiem, pan Hugo wedle Zygmunta, wielmoża Józef u Zjazdu, pan Tadeusz ma znajomka i imiennika profesora w oficynach Błękitnego Pałacu, a Bartosza do kamieniczki mej na Starem Mieście zaprowadzę. Pospólna nam wyznaczona robota.
— Przez kogo?
Szewc Jan się roześmiał.
— A przez tych! — palcem krzyżaka wskazał. — Bo gdyby tu nie przyszli, nasby nie wysłano całą gromadą do Warszawy, do roboty.
— Do jakiej roboty?
Bartosz rękę za pas wsunął i odparł hardo:
— My som rada narodowa.
— Co oni gadają? — warknął dragon.
Pieszy chciał mu odpowiedzieć, ale wtem szewc położył mu ciężką rękę na ramieniu.
— No, a ty kto? Na ciebie kolej.
— Nie tykajcie go ręką, Janie! Jać go znam: szwab ci jest kolonista, co mi ziemię wycyganił, na niej się spasł, a teraz po niej tę zarazę wodzi. Z tym się ja porachuję kłonicą.
— A gdzieś miał kłonicę, jak ci ziemię swą stopą splugawił, Bartoszu? — ozwał się od ognia głos księdza Piotra.
— Winowatym! — grzmotnął się chłop w pierś.
— Pospólnie z tamtym sczeźnie! — ozwał się z pogardą bezmierną w głosie wielmoża Józef i, odwróciwszy się do jeźdźca, zaczął mu się lekceważąco przyglądać.
— Spławi ich trupy nasza Wisełka do naszego Gdańska — rzekł do pana Tadeusza.
— Co gadają? Powtórz! — krzyknął Niemiec do szpiega.
Ten się cofnął pod osłonę olbrzymiego konia i pałasza, i począł ściszonym, złością nabrzmiałym głosem po niemiecku mówić.
A obozujący wstali z ziemi i skupili się u dębu, jakby do dalszej drogi się zbierając.
A wtem w głębi boru rozległ się tętent i na oświetloną ogniem polankę wysunęło się kilkunastu kawalerzystów i na komendę stanęli nieruchomi.
— Otoczyć tę bandę i odprowadzić do pułkowej kwatery! — rozkazał oficer.
Dragoni zatoczyli krąg, niecały, bo dąb osłaniał od boru gromadkę.
A oni stanęli w ordynku. Bartosz zawinął za pas połę kapoty, czapę zrzucił i jak do cepa się przechylił, z pałką w garści, ino roziskrzone oczy wlepił w najbliższego rajtara i był gotów.
Szewc Jan sięgnął za cholewę, wyciągnął bat z surowca i wyzywający gwizdał:
— Na sworę, kundle!
Hugo ręce na piersi skrzyżował i patrzał; księża wydobyli różańce i, dalecy od myśli mordu, najspokojniej przesuwali paciorki, pan Adam podniósł z ogniska płomienną szczapę i, nad głową ją wzniósłszy, cisnął poza krąg żołdaków, na drogę ku Warszawie. A przed wszystkimi na przodzie znaleźli się ciarach Tadeusz i wielmoża Józef.
I oni też jakby na coś czekali, gotowi. Aż oto u stóp dębu podniosła się postać dotąd niewidzialna, kobieca, wiotka i smukła, z okrytą napół głową płaszczem, który ją całą osłaniał, ją i dziecko, ledwie u jej serdecznego boku widoczne.
Wstała z ziemi, przerosła gromadkę i zadzwonił jej głos, jak srebrna trąba hejnału:
— W drogę! na trud, na krwawy znój, na zwycięstwo!
— Naprzód! — skomenderował pan Tadeusz.
Bartosz stęknął, jak drwal, i zdzielił kłonicą najbliższego przed „ciarachem“ dragona. W prawicy wielmoży Józefa gwizdnęła kawaleryjska szpicruta, spadła na twarz oficera i padł krótki rozkaz:
— Salutuj marszałka, ciuro!
Uczynił się moment niewypowiedzianego tumultu. Krąg żołdacki jakby wybuch piorunu odrzucił na kraj polanki.
— Feuer! — zaryczał oficer.
Gromadka stanęła na ten rozkaz, zwróciła się do dragonów.
Patrzyli w milczeniu z bezmierną pogardą, tylko Bartosz nie wytrzymał:
— Strzelajta, psiekrwie, strzelajta! Zobaczyta, jak to łatwo zatrzymać w pochodzie polskiego chłopa z rady narodowej.
Zagrzechotała salwa i zarazem urągliwy śmiech szewca Jana.
— Fajerant, szwaby, fajerant!
Dragoni opuścili karabiny i skamienieli.
Pod dębem nie było nikogo, nic. Wokoło stał cichy, tajemniczy bór. Znikło ognisko, tylko na dębie ujrzeli drewnianą kapliczkę, a w niej jarzył się złotem obraz Częstochowskiej z dwoma szramami od husyckiego najazdu i z ranami od kul salwy dragońskiej.



RADA KORONNA
1925.

Jesienią smętną, z gościńca od Warszawy, w noc gwiezdną i cichą — gromadka wędrowna stanęła pod wałami Jasnej Góry.
Było zrazu kilku — wreszcie przybyło jeszcze kilku — wtedy się porachowali.
— Bartosza niema! — rzekł Naczelnik.
— Owom jest! — głos z gościńca odpowiedział.
— Spóźniłeś się.
— Z moim raportem mi nie spieszno! — chmurno Bartosz szepnął.
— Ale na Radę czas wielki! Jam do Majestatu suplikę słał, bo periculum in mora! — rzekł ksiądz Piotr. — Rozkaz do wszystkich był?
— Mnie doszedł u Krechowiaków! — rzekł Książę.
— Mnie w Wilnie! — rzekł Adam.
— Mnie na Kresach! — rzekł Naczelnik.
— Mnie w Warszawie! — rzekł majster Jan.
— Wszyscyśmy są. Prowadź, księże Piotrze — westchnął Bartosz.
Ruszyli. Pod dłonią Skargi rozwarły się odrzwia kościoła, przeszli mroczne wnętrze, stanęli w Kaplicy.
Lampa wieczysta poczęła blednąć, bo światło objęło, rosło, potężniało na Obrazie.
Aż zabłysł jakby słońce — i wystąpiła zeń w swym Majestacie: — Królowa.
Chór daleki, z Nieba idący, tysiącami głosów powitał Objawienie: Bogu Rodzica, Dziewica.
A wśród tego chóru całego narodu Świętych obcowania uderzył dzwon zakrystji.
Czworo pacholąt wyszło niosąc mszał, kadzielnicę i zapalone świece.
Znajomi byli.
— Obrońca Lwowa, Płocka, Warszawy! — rzekł Książę, oczami jasnemi ich witając.
— A ów czwarty Jagiełłów wnuk, wileński młodzieńczyk! — szepnął Adam.
— Dwóch księży — bacz, Janie, — toć od Was z Warszawy.
— On ci! Ksiądz Skorupka nasz! A ów drugi, prałat.
— Butkiewicz, męczennik! — rzekł uroczyście ksiądz Piotr.
Adama oczy utonęły w Obliczu Królowej i wniebowzięty szeptał.
— W dzień zgiełkliwy służą Ci śmiertelni, a w ciszy nocy nieśmiertelni. Twoi dworzanieśmy, Najjaśniejsza Pani, i nieustanny w sprawowaniu służby naród nasz na Twym Królewskim Dworze. My Twoi — Tyś nasza!
Dotknął jego ramienia Kościuszko.
— Rada Koronna jest! — rzekł uroczyście. Bo oto na dźwięk mszalnego dzwonka, weszli i zajęli stalle mężowie w zbrojach i szkarłatach, w koronach na czole, z berłami w prawicach.
— O Boże! Dziedzice są — ojczyce narodu! — zawołał Bartosz.
— Boże pomazańce! — dodał Kiliński.
— Rycerze prawi. Chrobry, Łokietek, Kazimierz.
— Jagiełło z syny i wnuki.
— Ichże weźmiemy radę i poratowanie! Dziedzice są starodawne, krzepkie!
Od ołtarza szły gorące słowa księży:
„Judica me Deus et discerne causam meam de gente non sancte; ab homini iniquo et doloso erne me.“
I radosne responsy pacholąt:
„Et introibo ad altare Dei; ad Deum qui laetificat juventutem meam.“
Bartosz osunął się na kolana, rozłożył ramiona i runął rozkrzyżowany na posadzkę.
— Kyrie elejson! — wyjąkał wśród łkania.
Z rąk królewicza Kazimierza ujął ksiądz Skorupka Mszał i uroczyście jął czytać Ewangelję.
Powstali Królowie i krótki, mocarny szczęk mieczów wydobytych do połowy pochew, w gotowości do boju o to Słowo Wiary — napełnił przybytek. Błysnęła z niemi szpada Księcia Józefa i szabla Naczelnika. Sprostowali się wszyscy.
„Dnia onego mówił Jezus przez podobieństwo rzekąc: Oto, który sieje, wyszedł siać. A gdy siał, niektóre padły przy drodze, i przylecieli ptacy powietrzni i podziobali je. A drugie padły na opoczyste, gdzie nie miały ziemi wiele i wnet wzeszły, iż nie miały głębokości ziemi. A gdy słońce wzeszło, wygorzały, a iż nie miały korzenia — uschły. A drugie padły w ciernie, a ciernie wyrosło i zadusiło je. A drugie padły na ziemię dobrą i dały owoc, jedno setny, drugie sześćdziesiąty, drugie trzydziesty.“
— Credo! — zaintonował uroczyście Prałat Męczennik.
Zapatrzony w Majestat Bartosz się modlił.
— Królowo nasza, jeśli Twój Syn siewca duszny, tyle Swego siewnego ziarna utraci przez żarłoczność stworzenia, przez rolę opoczystą, przez ciernie, to będziesz litośna nad moim trudem jałowym, nad mojem żniwem płonnem!
Ale oblicze Królowej niezbadane było i zamknięte — w surowości bólu.
Więc jęknął Bartosz i rozkrzyżował się w pokorze i męce.
I na kolana padli wszyscy i ścichła pieśń, bo zagrały dzwonki pacholąt na Wielką Tajemnicę Wcielenia.
Aż wreszcie od Tronu Królowej rozległ się Głos cichy a przejmujący cały świat.
— Powstańcie. Ofiara spełniona. Oto otwieram Radę! Sprawę mi dajcie z czynu waszego przez dziesięć lat — kiedym was dała sługi moje z triumfującego obcowania do śmiertelnego świata, na przewodniki, wodze i nauczyciele cudem Moim wskrzeszonej Rzeczypospolitej.
Powstali. Na czoło wysunął się Książę Józef i sprężony przed Najwyższą Władzą, rzekł:
— Obrona Lwowa, Płocka, Zamościa, Warszawy. Wszystkie stany pospólnie jako lwy, jako orły. Honor wojenny Polaków — bez ujmy!
— Na klindze szabli plamy wstydu niema — powtórzył uroczyście Naczelnik — i owe pacholęta i owe starce i niewiasty nawet obowiązek bojowy spełniły.
— Byłam wszędy z niemi, a owi, co legli tam, są u mnie! — Głos potwierdził.
Milczeli inni, aż Naczelnik dłoń na ramieniu Bartosza położył:
— Mów. Twój stan wolny, równy i władny.
— Najjaśniejsza Pani — zaczął Bartosz głucho. — Nie sprawiłem sprawy. Lud wolny, równy, władny, ale w służbie wrażej. Sforę pieską wypuściły moce piekielne na zgubę ludu. Chciwości i nienawiści tak mają pełne dusze jako opój wódki. Nieprzytomne i nieopamiętane są! Owe srebrniki Judaszowe biorą i truciznę od wschodu przeklętego idącą. Władni są — prawda — ale owa władza w ich ręku jest jako miecz w szalonego dłoni. Niema ci jako chłopska pięść i ramię — ale musi być mądrość — co mu rzecze: bij — albo co mu rzecze: pomiłuj! I owej mądrości niema nad nim, by słuchał!
— W bojach o Ojczyznę stawali, karni i bitni! — rzekł Naczelnik.
— Cześć ci za to słowo, Naczelniku, ale nie zdejmie ono z mej duszy wstydu i smętku za stan mój. Od bojów pięć lat przeszło. Spowiadam się z grzechów ludu, Najjaśniejsza Pani. Zabogacieli, a pożądają cudzego — do władzy przyszli i radziby przywileje mieć z tego, rozbili się na kupy swawolne, między sobą się źrące, i owo nie na naród rośnie, nie szyk, nie sprawny huf, a hałastra, słuchająca obcych, niewiernych sprzedawczyków. Gore, gore, gore, Najjaśniejsza Pani!
I legł Bartosz u stóp Majestatu z jękiem.
— Wasza kolej, majstrze Janie! — rzekł Skarga poważnie.
— Z grodzkich spraw raport mam zdać, Najjaśniejsza Pani. Głodowe lata przeszły miasta i osiedla. Lud miejski, łyki i wyrobniki toczy też robak niszczyciel ze wschodu przybyły, ale odpór jest i słuchali mnie, gdym do sumień i serc mówił. A przecie niewierna szarańcza osiadła grody stołeczne i pomniejsze stokroć liczniej niż wsiową ziemię — i cięższa walka z ową czernią, niż z orężem odpierać wroga. Żywie duch miejski i krzepi się.
— Majstrze — ozwał się Książę Józef — moich ułanów krew na ulicach Krakowa nie zmyta sprawiedliwym sądem i wyrokiem owych przysięgłych miejskich sędziów!
— Mości Książę, mój stan prawy, starodawny, krakowski owej plamy na sobie nie niesie. Szarańcza, judaszowe srebrniki, hałastra niewierna! Ale niech mi zaświadczą owe pacholęta lwowskie, i płockie, niech mi zaświadczy ksiądz Skorupka, niech mi zaświadczy poznański Ratajczak. Nie wniosą Rzeczypospolitej sromu ni łyki, ni cechy, ni robotnicy grodzcy!
Skończył majster Jan i była chwila jakby oczekiwania.
Aż Jej Głos zabrzmiał:
— Kto mi sprawę zda z czynów i trudu rodów starodawnych, wielmożów i panów, osiadłych dworów i ziemskich bogaczy — co ongiś wznosili grody, fundowali Domy Boże, posłowali do ościennych królów, zbierali księgi, budowali szkoły, konwikty, prowadzili lud na boje, i radzili w Senacie.
Trwało milczenie.
— Były niektóre i w teraźniejszych bojach — rzekł wreszcie Książę Józef.
— Widziałem nieliczne — trwające w ciężkim znoju i udręce na rubieżach Rzeczypospolitej — dodał Naczelnik.
— Zali ich już niema! I niema głosu od nich i o nich. Zali nie kazałeś do nich, księże Piotrze?
— Kazałem, Najjaśniejsza Pani, jakeś mi rozkaz dała odchodzącemu przed dziesięciu laty. Kazałem, jakem kazał przodkom ich przed Królem Zygmuntem i temi słowy kazałem, bo nijakiej różnicy w nich niema, ino sprawiedliwość czasów przyszła i odjęte im są przywileje.
Ongiś przodowali w gwałtach, bezeceństwie, swawoli, ale kajali się z win swych przed Tobą i ofiarę za grzechy kładli z mienia, trudu i życia. Teraz bez czynu złego ni dobrego są żywoty ich, i schodzą w cienie i kurz nieużyteczności. Kazałem im o pracy dla Ojczyzny w szeregu jeśli nie w przodowaniu; kazałem o ofierze mienia jeśli nie życia; kazałem o waleczności czynu bez rozgłosu, o obowiązku codziennego wzoru starej tradycji cnót przodków — i mówiłem do umarłych.
Znowu uczyniło się milczenie długie i ciężkie. Przerwał je Hugon Kołłątaj z rozmysłem.
— W obronie ich słowo rzeknę, Najjaśniejsza Pani. Czasów niewoli powstawał naród i targał więzy. A w tych czynach rozpacznych oni stali się ofiarnym mostem. Co orle było, co lwie w pokoleniach zostało na pobojowiskach, w dołach więziennych — na szlaku Sybiru i tam w tajgach. Zmęczeni są, znękani, i wyczerpani, zesmagani ciosami wojny ostatniej — ale by zginąć mieli — nie dopuść, Pani. Przez pamięć owych bojów bez nadziei, gdy pewni zguby, stawali by wołać: jesteśmy! moc ich dusz rozpal, Najjaśniejsza!
— Którzy do mnie przyjdą — zachowani będą — padł Głos uroczyście.
Na czoło wystąpił Wieszcz Adam i roztętnionym głosem rzekł:
— A ja Ci, Królowo — wiodę huf nowy, co piekielne moce zwalczy — i do stóp Twych przyjdzie mocarny. Rośnie młódź polska, filarecka — rośnie — i oto idzie przyszłość, gdzie oni staną do pracy i znoju dla myśli wielkiej do czynu zbiorowego w Twej chwale i chwale Ojczyzny. Zaiste, orla będzie ich lotu potęga i jako piorun ich ramię.
— Szczęsnyś, Adamie! — szepnął Skarga. A miłościwie spoczęły Boskie Oczy na Wieszczu.
— Niech wstanie dla nich słoneczny dzień! — wymówił Głos błogosławieństwo.
A wtem Bartosz wstał z klęczek i podniósłszy oczy na Majestat, zawołał:
— A oto moje słowo przyjmij, Najjaśniejsza Pani. Przyszliśmy do Cię raport zdać i radę a ratunek wziąć.
Ręką Swą wydźwignęłaś naród Twój z niewoli.
Wolny jest i samowolny, aliści to słowo oszustwem jest i fałszem. Niewolny jest naród ani samowładny, ale w pańszczyźnie i niewoli trwa, ino zaślepiony pożarną łuną i ogłuszony wrzaskiem fałszywych proroków swej nędzy i upodlenia nie rozumie. Kłamstwo jest, że wybiera on swe męże najprzedniejsze, najmędrsze do sejmowej rady. Zali byli tu u Ciebie one wybrańce z pokłonem, po błogosławieństwo!
— Nie znam ich! — Głos powiedział.
— I naród ich nie zna. Najmity niewiernych szalbierzy są — pachołki obce, lub pasibrzuchy i próżniaki, warchoły i głupce w ręku i pod władzą wodzów nierzetelnych.
— Bartoszu, któż je wybrał, jeśli nie tenże naród! — rzekł Skarga.
— Przeto do Majestatu wołam, by naród przejrzał, opamiętanie dostał, głos miłości i mądrości usłyszał. Proroka nam daj, o Najjaśniejsza, Męża Bożego i Wodza.
— Któryby szczęki krzywdzącego dusze potrzaskał i z pomiędzy kłów szatańskich wydarł naród Twój, Pani! — Skarga się modlił.
— I owe fałszywe wybrance — z pomiędzy siebie Władzę wybierają i Rządzicieli. Zali byli owi władni u Ciebie, Królowo, po radę i błogosławieństwo?
— Nie znam ich, anim utwierdzała na Namiestnictwie Mojem, — Głos rzekł.
— Boć nie Władce to są, ani Dziedzice ani Gospodarze naszej ziemi. Dzierżawce, najmity doczesne, sadowniki co owoc zbiorą, zboże zetną i pożrą, a ziemię jałową zostawią — bo odejdą, gdy czas arendy minie! Nie miłują ziemi, ani o wiekowanie jej dbają. Ziemia zaś skarb jest, co dziedzictwem być musi. — Tu się Bartosz ku stallom obrócił i ręką ku ziemi pokłon oddał.
— Owo Ojczyce są. Dziedzice, Boże Pomazańce. — I wszystkie oczy tam poszły w czci i dusznem utęsknieniu i jakby w pytaniu gorącem.
A Owi trwali niewzruszeni, surowi, w sobie skupieni, stróże mocarnej przeszłości.
— Miłościwi! — mówił dalej Bartosz. — Czasy przyszły ważkie, gdy owo Najjaśniejsza Pani pozwała was z nami na radę. Jako nas posłała w doczesność, byśmy do dusz i sumień mówili — tak i na Was czas przyszedł, wtórną służbę ziemi naszej dać.
Milczeli Monarchowie, niezbadani w swej myśli. Więc majster Jan do kolan im się skłonił.
— Grodów Twórce i Umocniciele, Rajce najwyższe, Wszechnic i Uczelni fundatorzy, zali nie ciężko Wam na Wawelu pustym, po Tumach i Katedrach mrocznych. Zali nie braliście pomazania Bożego na Gospodarzy nie tylko cielesnych, ale i dusznych. Pójdźcie z nami!
I oto powstał jeden. Jagiełłów syn, Kazimierz.
— Głos Wasz — głos słyszących i widzących — ale od ziemi naszej — nie słyszę głosu, coby nas wzywał — ino słyszę wrzask urągowiska i wstrętu dla praw naszych.
I powstał Jagiełłów prawnuk.
— A słyszę z mowy waszej i raportu, że odjęto jednym przywileje, by drugim dać. Biada narodowi, gdzie są dwie miary, dwa prawa! I zali nie jedna męka władzy, czyli pacta conventa dyktuje wielmoża, czy kmieć.
Bartosz osunął się na kolana przed Majestatem i jął się modlić.
— O Najjaśniejsza. Słowa ich prawda, mowa ich jako piekący wstyd, i sprawiedliwe. Męczenniki byli w Koronie przez narodu grzechy i winy. Aleś Ty, Królowo Niebieska, Tyś Mądrość i Miłość wiekuista. Oni Namiestniki Twej Korony! Nakaż, by jeden z nami szedł i uczył ciemne i krzepił zwątpione i prowadził słabe ku mocy.
I znowu zapadło milczenie i Głos nie zabrzmiał, tylko Oczy Królowej poszły ku stallom i zatrzymały się z nakazem na jednym.
A on wstał i chrzęszcząc zbroją, posunął się ku Radzie i stanął przy stopniach ołtarza. A wtedy koronę na ołtarzu złożył i miecz swój oburącz płasko dzierżąc, jakby o błogosławieństwo na swą służbę — czekał — posłuszny.
— Łokietek! — przeszedł szmer wśród Rady. A wtedy Głos przemówił:
— Tułaczem byłeś i w głodzie i w chłodzie i w poniewierce — dla miłości ziemi tej. I tak teraz będziesz. Wygnańcem byłeś i pątnikiem do Piotrowej stolicy. I tak i teraz będziesz. Scalałeś szmaty rozdartej ziemi. Tak i teraz będziesz. Sprawiedliwyś był dla kmieci i sługi i wielmoży i kupca, w nagrodzie i karze. Tak i teraz będziesz. A koronę, którą zdobyłeś mocą ducha — temu dam, kogo przyprowadzisz do Mnie i wskażesz: „Tenci jest jakom ja był“. Pójdź z nimi!
— Albert, wójt krakowski! — szepnął majster Jan.
— Płowce! — spojrzeli na siebie Książę Józef i Naczelnik. A gdy padło ostatnie Słowo, dobyli broni i sprezentowali ją przed królem.
A Bartosz do stóp mu runął, wstrząsany szlochem serdecznym.
— Prowadź, Miłościwy Panie!
Łokietek spojrzał po nich, jakby w posiadanie brał, miecz do boku przypasał, na księdza Piotra skinął.
— U boku mi będziesz!
I skłoniwszy się nisko przed Majestatem, stanął na ich czele i powiódł.
Jasność przybytku poczęła gasnąć — chór jeszcze daleki szmerem się skończył:
Ziści nam, spuści nam — zbożny czas.
Rada koronna była spełniona.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.