Donkiszot żydowski/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Donkiszot żydowski
Podtytuł Szkic z literatury żargonowej żydowskiej
Wydawca nakładem rodziny
Data wydania 1899
Druk Towarzystwo Komandytowe St. J. Zaleski & Co.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

Nazajutrz, wczesnym rankiem, zanim jeszcze pastuch wypędził krowy miejskie na trawę, Beniamin z tłomoczkiem pod pachą, już znajdował się koło pustego wiatraka, na umówionem miejscu.
W tłomoczku miał wszystko, co może być potrzebnem w długiej i pełnej niebezpieczeństw podróży, a mianowicie: „tałes“, „tefilim“ i pełne mądrości księgi. Znajdowała się tam również szabasowa kapota, by w świecie dalekim pokazać się ludziom porządnie i elegancko. W kieszeni miał Beniamin piętnaście groszy, które wyciągnął żonie z pod poduszki. Tak więc był już, dzięki Bogu, zaopatrzony we wszystko — i mógł wędrować bezpiecznie, choćby na kraj świata!
Tymczasem słońce weszło i ukazało światu swą jasną, promienną twarz. Krople rosy drgały jeszcze na trawie i na listkach — a ziemia podobną była do dziecka, które nagle, ze smutku do radości przechodząc, śmieje się, mając w oczach łzy wielkie jak groch.
Ptaszki unosiły się w powietrzu nad głową Beniamina, przelatywały nad nim, spoglądały z góry i zdawały się mówić do innych ptasząt:
— Patrzcie! patrzcie, oto Beniamin, Beniamin z Tuniejadówki, „Aleksander Mugden“ swego czasu! ten sam, który oto opuszcza kraj ojczysty, żonę, dzieci i idzie w świat daleki... Patrzcie, oto słońce oświetla bohatera, który wnet rzuci się na niebezpieczeństwa, z tłomokiem swoim pod pachą! Mocny on jest jako „lempert“ i śmiały jako orzeł, ten Beniamin... Śpiewajcie więc, ptaszki! śpiewajcie swoje „trilili“! rozradujcie serce bohatera!
Istotnie Beniamin doznawał rozkosznego wrażenia. — Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, — mówił sam do siebie — idę już w drogę. Żona moja zabezpieczona, gdyż, z łaski Bożej, ma środki do życia... ja sam zaś wolny jestem jak ptak. Cały świat otwarty przedemną, a z mojem doświadczeniem, męztwem, odwagą, z moją uczonością wreszcie, nie przepadnę!...
Beniamin wpadł w tak dobry humor, że zaczął śpiewać marsza i wędrować dla wprawy koło pustego wiatraka.
Upłynęła chwila dość długa, na drodze nie było widać nikogo. Senderił opóźniał swe przybycie. Czyżby żona kazała mu skrobać kartofle, w chwili, gdy cała Tuniejadówka pogrążona jest we śnie?
Beniamin zaczynał się niepokoić i sam nie wiedział co czynić. Wrócić się? pfe! brzydko „Aleksander Mudgen“ nigdy nie wracał z drogi. Iść samemu? przykro znów, bardzo przykro... a nawet dziwnie poniekąd. Któż bo widział okręt bez rudla? króla bez ministra?
Gdy tak Beniamin smutnie rozmyślał, na drodze ukazała się jakaś postać, w cycowem ubraniu, z głową owiniętą w chustkę. Wielki podróżnik zadrżał... Zdawało mu się, że poznaje w tej osobie małżonkę swoją, Zełdę...
Tego tylko nieszczęścia brakowało! Będzie lament, płacz, gwałt („a jomer, a klog, a gewałt“), będą sceny okropne! Ta kobieta nie idzie, lecz leci, pędzi jak uragan, jak burza...
Beniamin postanowił mężnie odeprzed atak i, w tym celu, ukrył się w pustym wiatraku. Gdy tak, dzwoniąc zębami ze strachu, walecznie stawiał czoło niebezpieczeństwu — nagle z piersi jego wydobył się okrzyk radości.
Osobą pędzącą ku wiatrakowi była nie Zełda, lecz oczekiwany Senderił! Ale jakże zmieniony!!
Ubrany w długi kitel cycowy, twarz miał podwiązaną chustką, pod oczami zaś i na policzkach siniaki. Widocznem było, że biedny Senderił ciężko odpokutował za żarłoczność kozy, która zjadła kartofle... Pomimo tego, ów żydek wydał się w oczach Beniamina tak zachwycającym, jak wystrojona oblubienica w oczach szczęśliwego kochanka, tak rozkosznym, jak zdrój świeżej wody źródlanej dla wędrowca w pustyni.
— Co się stało z tobą, Senderił, że dałeś mi czekać tak długo?
— Chodziłem do ciebie do domu, sądząc, że cię tam zastanę. Zacząłem stukać do okna, zbudziłem Zełdę i spytałem ją o ciebie.
— Senderił! jesteśmy obadwaj zgubieni. Ona gonić nas będzie!
— Nie bój się, Beniaminie, nie będzie nas ona goniła; powiem ci nawet w sekrecie, że była bardzo zła, gdym się o ciebie pytał i odesłała nas obu do wszystkich dyabłów! (cy ałde szwarce joren). Skoro rzekła takie słowo brzydkie i zamknęła mi drzwi przed nosem, domyśliłem się, że już czekasz pod wiatrakiem i przybiegłem coprędzej... Twoja Zełda pewnie teraz śpi doskonale.
— A więc, Senderił, stawiaj naprzód prawą nogę i marsz!!
Raptem ruszyli nasi podróżnicy z miejsca i szli bardzo szybko, jak gdyby wyrwać się chcieli coprędzej z tego kąta, jak gdyby ich kto z tyłu biczem popędzał. Wiatr rozwiewał ich poły szerokie, tak, że wyglądali obaj niby okręty płynące po morzu z rozpiętemi żaglami. Sroki i wrony, które szukały pożywienia przy drodze, uciekały, spłoszone widokiem tych niezwykłych wędrowców. Żadne pióro nie opisze radości i szczęścia Beniamina. Senderił również był uradowany, czuł, że spadło z niego ciężkie brzemię, że go już nie dosięgnie ręka małżonki — że zakończyła się jego niewola. Wczorajszy dzień był dlań ostatnim już dniem utrapienia i smutku... Już teraz nie będzie drżał o całość swej bródki, nie będzie miewał siniaków pod oczami.
Przez długi czas nasi wędrowcy pędzili tak bez wytchnienia, nie mówiąc ani słowa. Zmęczyli się też dobrze, oddech mieli utrudniony i grube krople potu spadały im z czoła. Senderił zaczął potrosze zwalniać kroku i sapał jak gęś.
— Prędzej! prędzej Senderił! — wołał Beniamin, pędząc z coraz większym impetem, jak bohater, który, przepasawszy biodra swoje, z wielkim oszczepem rzuca się w odmęt bitwy.
— Gewałt! Beniaminku, miej litość nad moją duszą... już nie mam siły tak lecieć... Nie każdy tak potrafi... Oh! Beniaminie, ty skaczesz jako jeleń w górach, lub jako cap przed stadem... oj, oj, miej ty litość nademną!
— Prędzej, prędzej! — wołał nieubłagany Beniamin — widzisz, jak ja pędzę! tak biedz będę ciągle, aż na koniec świata.
— Ale powiedz mi, po co tak rwiesz, jak szalony? Co ci z tego przyjdzie? Czy dostaniemy się nad brzeg Sambatyi o dzień później, czy dniem wcześniej, to nam żadnem niebezpieczeństwem nie grozi, przecież do końca świata jeszcze kilkaset lat, zdążymy przed tym terminem.
— Nie pytaj, Senderił, — pośpieszaj! — pomyśl tylko, że tam, dokąd idziemy, jest lepiej. Zabolą cię kości, to nie szkodzi... Doszedłszy do kresu podróży, rozprostujesz członki swe i użyjesz wszelkiego smaku i rozkoszy!...
— Masz zupełną racyę, Beniaminie; chcesz prędzej, niech będzie prędzej... osobiście zgadzam się na to, ale moje nogi!... moje nogi wcale nie chcą mnie słuchać, powiedz mi, co mam z niemi robić? jak zmusić je do marszu?
Przekonany tym argumentem, Beniamin, zwolnił trochę kroku. Gdy słońce wzbiło się wyżej i zaczęło nie żartem dopiekać jasnemi promieniami swemi, nasi wędrowcy zeszli z drogi i schronili się do poblizkiego lasku. Pokładli się w cieniu i zaczęli mocno sapać. Gdy odpoczęli już nieco, włożyli na siebie „tałes i tefilim“ i zaczęli się modlić. Obadwaj modlili się bardzo gorąco.
Po skończonej modlitwie, znowuż legli na trawie, ale Beniamin dziwnie jakoś posmutniał. Nie mówił nic, tylko z wyrazem pewnego niepokoju, spoglądał przed się, nucąc pod nosem.
— Ty musisz cierpieć, Beniaminie — rzekł po chwili Senderił — mnie się zdaje, że głodny jesteś... bo jakoś śpiewać zaczynasz...
— Ja głodny? istotnie, głodny jestem, ale cóż będę jadł?
— Zaraz zgadłem. Jest chłopskie przysłowie, które mówi: „Żyd śpiwaje, koli gołodaje“; chcesz sobie śpiewać, Beniaminie, śpiewaj. Któż ci broni, ja tymczasem zrobię co innego...
Z temi słowy, Senderił rozwiązał swój tłomok i wydobył z niego torbę.
— Et — rzekł — ty nic nie wiesz, ty nie masz żadnego wyobrażenia o tem, co się tu znajduje.
Gdy Beniamin rzucił okiem na torbę, uczuł rozkoszne drżenie we wszystkich dwustu czterdziestu ośmiu członkach[1]... W torbie znajdował się porządny kawał chały, pozostałej z szabasu, były ogórki, rzodkiew, cebula i czosnek. Senderił zaopatrzył się we wszystko i, jak porządna gospodyni, przedewszystkiem pomyślał o śpiżarni. Widząc to, Beniamin uradował się w duchu, że Bóg dał mu tak zacnego towarzysza podróży. Torba jego była istotnie tem, czem manna na puszczy dla żydów... onego czasu.
Rozłożywszy prowizyę na trawie, rzekł Senderił:
— Nie bój się, Beniaminie, wziąłem ja z sobą tę torbę. W drodze chodzić będę od domu do domu i torba zawsze się jakoś napełni...
Torba Senderiła miała być tem, czem ów cudowny obrus w powieści arabskiej, któremu dość było powiedzieć: Obrusie! daj mi jeść, daj mi to, daj mi owo — i życzenie wnet zostawało spełnionem. Wierzcie mi, państwo, że torba żydowska jest to cudowny wynalazek!
Torba w żydowskiem życiu gra bardzo ważną rolę, chociaż nie zawsze widzimy ją w postaci zwykłej torby płóciennej.
Prości ludzie używają takiej ordynaryjnej torby, zaś wyższy świat nadaje jej inne formy, jak np. skarbonki, kasy, skrzynki kahalne, ale w rzeczywistości, nie jest to nic innego, jak tylko torba, torba! prawdziwa torba żydowska! („torbe, torbe, echte judisze torbe“).
Senderił! — zawołał Beniamin, patrząc na pożywienie z radością; — my dwaj jesteśmy doskonale dobrani, my dwaj jesteśmy jako ciało i dusza. Tyś biegły w sprawach jadła i napoju — jam biegły w rzeczach duchowych. Obadwaj dopełniać się będziemy nawzajem.
— Oddaję też w twe ręce wszystkie sprawy naukowe i duchowe — rzekł z pokorą Senderił — zapewne będziesz wiedział jak masz postępować, dokąd iść, albowiem głęboko pogrążałeś się w tych książkach. Ufam ci zupełnie i nie pytam nawet, którędy idziemy — idę za tobą, jak cielę, za krową...
Beniamin uczuł dziwną radość, widząc człowieka tak ufającego w jego mądrość. Zdawało mu się, że jest kapitanem okrętu, mającym kierować wielkim korabiem na głębiach oceanu...
Ufny tedy w swą mądrość, puścił się dalej w drogę, uszedłszy jednak kilkaset kroków, odezwał się do swego przyjaciela:
— Słuchaj-no, Senderił, — oto naprzeciw nas jedzie chłop, bądź co bądź, nie zawadzi go zapytać o drogę. Zagadaj-no do niego po chłopsku.
Senderił, ponieważ towarzyszył niekiedy małżonce swej na targ, posiadał niejakie wiadomości z filologii słowiańskiej, zbliżył się więc do chłopa i zapytał:
— Dobry dień! Każi no, czełowiecze kudy dorogi ojf „erec isroił“? (do ziemi Izraela).
Chłop wytrzeszczył oczy na niego i odrzekł:
— Szczo? jakij Sruił? ne bacził ja Sruiła.
Beniamin nie mógł wytrzymać — i wtrącił się do rozmowy:
— Ni, ni! — wołał, — eto ni Sruł, a win „łehawdił“ (nie przymierzając) „erec isroił“ kazaty win!! Senderił, powiedz mu to jeszcze raz, tylko jasno, on ma chłopską głowę, więc mu wytłomacz.
— Ojf „erec isroił“ kudy dorogi?! — krzyknął Senderił głośno.
— Pies was żydy znaje! szczo wy mene moroczite gołowu?! eto doroga do Pijawki, a win wsio każe „eresroił! eresroił“!...
Rzekłszy to, chłop splunął, machnął biczem nad końmi i pojechał.
Znajomość filologii słowiańskiej niewiele mogła.
Nasi podróżni puścili się znów w drogę. Beniamin uczuwał jakiś ból w łydkach — zdawało mu się przytem, że mu ktoś nogi podciął. Jak koń podbity, wielki podróżnik kulał i podskakiwał pociesznie, panował jednak nad sobą i nie położył się na drodze, lecz szedł wytrwale.
Tak szli długo, długo, do samego wieczora, aż przyszli do wsi Pijawki, gdzie łatwo odnaleźli karczmę.
Wszedłszy do karczmy, Beniamin rzucił się na podłogę w sam kąt, ażeby rozprostować kości i cokolwiek odetchnąć. Senderił zaś, jak stara i doświadczona gospodyni, zakręcił się po izbie, ażeby wyspekulować kolacyę.
Arendarz, nie bez pewnego zdziwienia, przypatrywał się dwom podróżnym, zgoła niepodobnym do stałych pasażerów, przejeżdżających i wstępujących do karczmy. Naturalnie, że pragnął zaspokoić swą ciekawość, co mu przyszło z łatwością, gdy zabiegliwy Senderił, pomimo spuchniętej gęby, bardzo do gawędki był chętny.
Zamieniwszy zwykłe „Szołem ałejchem“, szynkarz zarzucił gościa pytaniami: zkąd jest? jak się nazywa? dokąd idzie? jaki ma interes?
Senderił odpowiedział, że jest „a sztikeł erec isroił jud“, czyli, że jest troszeczkę z ziemi świętej, — że jest „szamesz“ (służącym) wielkiego rebe Beniamina, który oto teraz, razem ze swoim honorem, spoczywa sobie w kącie, na podłodze.
Arendarz, usłyszawszy to, zrobił bardzo nabożną minę, poprosił Senderiła siedzieć i przyrzekł mu zrobić wszelkie ułatwienia co do kolacyi.
Porzućmy jednak „basmałkę“ (księżniczkę), to jest praktycznego Senderiła i zajmijmy się natomiast samym księciem, to jest Beniaminem. Obaczmy, co się z nim dzieje?
Nasz wielki podróżnik, rzuciwszy się na ziemię, leżał jak kamień i nie wiedział, na którym świecie się znajduje. Czuł okropny ból w nogach, senność i zdawało mu się, że mrówki po nim chodzą. W skroniach krew biła, jak młotem. Przed oczami widział jakieś ognie, błyskawice, rakiety i fajerwerki, żółte, zielone, niebieskie, czerwone, ponsowe i inne, w nieskończonej liczbie kolorów. Nagle, wszystkie fajerwerki zagasły, w oczach zrobiło mu się ciemno, a w uszach powstał turkot, jak we młynie...
Dość długi czas leżał Beniamin jak bez duszy, potem zdawało mu się, że słyszy jakby odgłos dzwonków, jakby muzykę — i że jakiś wóz zatrzymał się przed drzwiami. Na wozie odzywały się różne głosy: barytony gardlane, głuche, ochrypłe, tenory, falsety, dyszkanty, jak gdyby całe miasteczko zbiegło się tutaj i chórem śpiewać zaczęło... Wrzeszczeli wszyscy, jak koty na dachu, nie można było rozróżnić, kto śpiewa i co śpiewa. Było to „polne sobranie“ kotów!
Nagle, drzwi się otwarły i wielka gromada ludzi wpadła do stancyi, z krzykiem, z impetem. Beniamin wystraszony, tulił się coraz więcej w kąt, coraz silniej przyciskał się do ściany. Naraz, w stancyi zrobiło się bardzo widno; jak za dotknięciem czarodziejskiej różczki, zajaśniało mnóstwo świeczek w mosiężnych, szabasowych lichtarzach. W dali, na dużym stole dębowym, zasiedli muzykanci i stroili instrumenty, szczypiąc co chwila struny palcami. Jeden pociągał smyczkiem, drugi dmuchał we flet, cymbalista bił pałeczkami w cymbały... — Grajcie wesoło i z życiem! — odezwał się głos jakiś, a wnet muzyka zagrała skocznie. Kobiety pochwyciły się za ręce i zaczęły skakać tak gwałtownie, że aż tarakany i inne robactwo powychodziło ze szpar, aby się tej uciesze przypatrzyć.
Weselnicy, hulając, zapędzili się w kąt, gdzie leżał nasz wielki podróżnik. Jeden z tańczących nastąpił na niego i zawołał: — Ach! Beniamin! mamy cię, chwała Bogu! znalazła się kosztowna zguba! On jest tutaj! tu leży, pod ścianą!
Na ten krzyk, wszyscy zbiegli się do kąta i Beniamin poznał między nimi tuniejadowskich „fajneberje“ i tamtejszego rabina... Wszyscy krzyczeli jednym głosem: — Chodź tańczyć, Beniaminie, chodź tańczyć! — Nie mogę, dalibóg, nie mogę, jęczał Beniamin, nie mogę się ruszyć z miejsca... — Nic nie szkodzi, wstawaj, bo opowiemy wszystko, wiesz komu opowiemy? Zełdzie! — Miejcie litość, ludzie, płakał podróżnik, nie mówcie nic Zełdzie, nie gubcie człowieka! — A rusz-że się, bydlę, ryknął jakiś zapalony tancerz, rusz się, stań na nogi! — Zmiłujcie się, „judisze kinder“! błagał Beniamin; ja, ja się ruszyć nie mogę... o rabi! miej litość nademną.
Z temi słowy, Beniamin pochwycił rabina za kolana rękami — a jednocześnie uczuł silne uderzenie w nos, drugie między oczy, czemś twardem, jak gdyby kopytem — w najwyższem przerażeniu i trwodze, zerwał się na równe nogi i zaczął uciekać. Za nim gonił zwierz jakiś, którego w ciemności rozpoznać było trudno... Beniamin był pewny, że to „Pipernoter“... „Pipernoter“ zląkł się także Beniamina i, uciekając, obadwa, jeden przed drugim, wpadli nagle w jakiś wielki ceber, napełniony niezbyt czystą wodą...
Wyjaśnijmy bliżej ten okropny wypadek.
Przedewszystkiem zachodzi pytanie, zkąd się wzięło cielę? Wprawdzie Beniamina życzliwi przyjaciele nazywali niekiedy krową („a behejme“); przypuściwszy nawet, że w tem była część prawdy, widzimy znowuż pewną niekonsekwencyę. Beniamin albowiem był krową dwunożną, a cielę, które go nabawiło takiego strachu, miało cztery nogi... Jest i to prawda, że pomiędzy naszymi żydkami, zwłaszcza, w tak zwanych, porządnych domach („in lajtisze hajzer“), znajduje się wiele, nawet bardzo pokaźnych, cieląt — lecz te są cielętami w ludzkiej postaci; cielę zaś, którego kopyta ściskał wzruszony Beniamin, było najzwyczajniejszem czworonożnem cielęciem.
Był-że to więc cud? Czy może cielę spadło z nieba?
Nie, panowie! nie był to cud, ani też żadne nadzwyczajne zdarzenie — lecz prosty interes. Gdy Beniamin, ledwie żywy, rzucił się na podłogę, w kąt izby karczemnej, nie zauważył, że w tym kącie leżało cielę. Podczas snu, gdy trapiony okropnemi złudzeniami, które opisaliśmy powyżej, Beniamin tulił się w kąt, więc osobą swoją przygniatał biednego cielaka coraz bardziej — a gdy nareszcie, sądząc, że wypowiada rabinowi najskrytsze zamiary co do swej wielkiej podróży, pochwycił cielę za nogi — cierpliwość głupiego zwierzęcia wyczerpała się... i, w zamian za zwierzenia, Beniamin otrzymał silne uderzenie w nos kopytami.
Hałas, jaki się zrobił przez przewrócenie wielkiej stągwi, plusk wody i krzyk Beniamina, obudził mieszkańców karczmy. Arendarz i Senderił przybiegli ze światłem — i ujrzeli wielkiego podróżnika, nurzającego się w kałuży wody, przemokłego i wystraszonego... obok cielęcia.
Jaka szkoda, że przy tym wypadku nie było jakiego poety!?
Gdyby poeta był przy katastrofie obecnym, zaśpiewałby niezawodnie: „O pełni miłości i słodyczy! i w kącie i w kałuży — pozostaliście zawsze nierozdzielni“! Niestety, w karczmie, w Pijawkach, nie nocował żaden poeta, tylko prozaiczny arendarz i Senderił. Mężowie ci wypchnęli cielę za drzwi, do obory — a wielkiego podróżnika do alkierza, gdzie ułożyli go na kilku snopach słomy — i dali mu poduszkę pod głowę...
Na drugi dzień po tej „mikwie“, Beniamin uczuł się znacznie rzeźwiejszym, zimna kąpiel nadała członkom jego nieco świeżości. Wielki podróżnik, w przypadku, jaki mu się w nocy przytrafił, widział wyraźny cud i poczytywał to sobie za dobrą wróżbę. Miał też z tego powodu przemowę do swego towarzysza, mniej więcej takiej treści:
— Widzisz, kochany Senderił, jak ludzie są źli i grzeszni, uskarżając się na różne przypadki i nieszczęścia, gdy tymczasem w nieszczęściu zadatek szczęścia się mieści. Albowiem opatrzność wybiera na posłanników swoich rozmaite stworzenia, nawet bydlęta... Wszak w wypadku wczorajszym na moje cierpienie lekarzem było cielę... Nie trzeba lekceważyć stworzeń, chociażby najdrobniejszych. W dawnych, starych czasach, nędzny komar przewiercał czaszkę „Tytusowi złemu“ (który zburzył Jerozolimę), i drobnem żądełkiem sprawiał mu ból okropny...
— Masz racyę — odrzekł Senderił, — ten wypadek z wodą dobrym jest znakiem; poczytujemy sobie albowiem za szczęście, gdy nam przejdzie drogę nosiwoda z pełnem wiaderkiem, tu będzie większe szczęście, gdyż się cała stągiew na ciebie wylała!
Odpocząwszy przez dzień cały w karczmie, podróżni nasi puścili się w dalszą drogę. Przez długi czas szli milcząc, a Beniamin dziwnie był zamyślony i smutny.
Nareszcie odezwał się z westchnieniem:
— Ach! Senderił, zapomniałem jednej, bardzo ważnej, rzeczy!
— Czego zapomniałeś? — zapytał Senderił, machinalnie chwytając się za torbę.
— W domu, Senderił, w domu zapomniałem...
— Eh, Beniaminie! głupstwo! coś ty mógł zapomnieć? czego tobie brakuje? Wszak, Bogu dzięki, mamy wszystko, co w podróży potrzebnem być może... Mamy torbę... tałes i tefilim też mamy... szabasowe kapoty także są... Czegóż chcesz więcej? co mogłeś jeszcze zapomnieć?...
— Zapomniałem odmówić pewną modlitwę, która bardzo skutecznie strzeże ludzi podczas podróży od wszelkich sztuczek dyabelskich...
— Więc jeżeli chcesz, to możemy powrócić do domu i zmówić tę modlitwę...
— Zwaryowałeś, Senderił! straciłeś rozum!... Jakto? powracać do domu? Uszedłszy już taką ogromną przestrzeń, zwalczywszy tyle niebezpieczeństw, wracać?! a cóż świat powie, Senderił!
— Cóż cię świat obchodzi? mój kochany. Czy świat kazał ci odbywać tę podróż? Czy zrobił z tobą kontrakt? czy dał ci zadatek?
— Pleciesz głupstwa! Czy świat robił z „Aleksandrem Mugden“ kontrakt i kazał mu iść do „hindye“, czy świat kazał sławnym podróżnikom żydowskim iść od miasta do miasta i odkrywać kraje nieznane? A jednak szli i odkrywali...
— Albo ja wiem... po co oni szli? — rzekł Senderił z uśmiechem — alboż ja wiem? Według mego zdania, zrobiliby daleko lepiej, gdyby siedzieli w domu, gdzie dobrze jest i ciepło... Oj! „narełe, narełe“ (oj głupi, głupi) jesteś, mój Aleksander Mugden! Masz w domu wszystkiego po same uszy, mógłbyś sobie siedzieć spokojnie, jeść, pić i klepać się po brzuchu, zamiast jak waryat lecieć do „hindye!“ „Sidi doma, ne ruchajsia“ powiada chłopskie przysłowie, a przysłowie ludu znaczy tyle, co „Gemara“ (talmud). Że zresztą Aleksander Mugden lata po hindyach, to jego fantazya, tak mu się podoba; — ale dziwniejsza rzecz, że nasze żydki, zamiast siedzieć spokojnie w domu i czytać talmud — latają tu i tam, tracąc zdrowie i życie, drą buty napróżno — to doprawdy dziwniejsza rzecz! Jak jestem żyd, Beniaminie, tak nie mogę sobie tego wytłómaczyć!
Tak samo w Donkiszocie, Sanszo niejednokrotnie rycerzowi swemu prawi nauki i dowodzi mu, że wszelkie awanturnicze włóczęgostwa są głupstwem wierutnem i że porządni rycerze nie opuszczają ognisk domowych...
Długi czas trwała sprzeczka. Senderił rzucał pytania, na które wielki podróżnik odpowiadał mnóstwem wymownych argumentów, poczerpniętych z kieszonkowej biblioteki. Senderił jednak uparcie trwał przy swojem i nie odrazu dał się przekonać. Zwycięztwo uczoności nad prostactwem nie przyszło łatwo...
W końcu jednakże Senderił został pokonany.
— Jeżeli chcesz koniecznie — rzekł, — żeby było tak, niech będzie tak!... cóż mnie to nareszcie obchodzi?





Przypisy

  1. Żydzi twierdzą, że organizm człowieka składa się z 248 członków. Czy tak jest, mogą sprawdzić anatomowie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.