Czarny chleb (Rodziewiczówna, 1927)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Czarny chleb
Pochodzenie Czarny chleb
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wydania 1927
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów, Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


CZARNY CHLEB

Pociąg kolei żelaznej przeleciał po moście i wstrząsnął łoskotem martwą ciszę pustkowia. Linja szła przez bagna i rozlewy leniwej rzeki i przerzynała wielki szmat tych mokradeł białą taśmą sztucznego nasypu. Wokoło — jak okiem sięgnąć — był obszar monotonny czarnych wód, niskich łóz i bezdennych torfowisk, pokrytych rzadką trawą i siwym mchem. Nikt tu nie kosił, ani tu się osiedlał i jedynym mieszkańcem był stróż z dalekiego dworu, pilnujący przylegającego do tych bagien lasu. Właściwie służba jego potrzebna była tylko zimą, gdy lody i mrozy utrwalały moczary; latem nikt tam się dostać nie mógł.
Człowiek mieszkał w szarej, starej chacie na tak zwanem «ostrówku», nie miał ni ogrodu, ni pola do uprawy, więc dla zabicia czasu polował i łowił ryby. Polowanie nie bardzo się udawało, bo strzelbę miał lichą, dworską, kupioną u kowala za dwa ruble, brakło też często prochu i pistonów, ale kosze na ryby sam sporządzał misterne i posiadał łódkę, zrobioną ze starego koryta, więc połów bywał obfity. Rybą się żywił, rybę suszył i po całych dniach się tem zabawiał.
Zdarzyło się, że niedaleko mostu żelaznego bobrował po rzece, gdy w kwadrans po przejściu pociągu posłyszał na moście jakiś szmer. Podniósł oczy, przesłonił je od słońca i ujrzał w czerwonej łunie zachodu postać ludzką, idącą po szynach. Człowiek wydawał się bardzo drobnym wśród żelaznego szkieletu — stróż kolejowy zapewne.
Rybak, nie widujący tygodniami sobie podobnych istot, patrzał nań z ciekawością. Był mu zjawiskiem, czemś bardzo możnem i bogatem. Miał pewnie zapałki, tytoń, mógł dostać wódki, okrasy, z ludźmi się nagadać i wiedział mnóstwo nowin, bo wracał pewnie ze stacji do swej budki, przy nasypie. Zmrużone od słońca, jastrzębie oczy starego chłopa śledziły szczęśliwca; takby chętnie doń zagadał, spytał, ale było za daleko, za wysoko.
W samym środku mostu człowiek stanął, spojrzał w czarną toń rzeki, chwilę zamajaczył nieruchomy, czarny pająk na czerwonym niebie i runął w przestrzeń. Rozległo się tępe uderzenie, plusk wody, okrzyk, szamotanie się tonącego. Chłop instynktownym ruchem chwycił wiosło, odepchnął od brzegu swój statek i cisnął go w stronę wypadku. Jeszcze bełkotała tam woda, burzona walką życia z grobem. Gdy dopłynął, coś ujrzał w wodzie, przechylił się, podał wiosło. Dłoń je uchwyciła kurczowo. Wydźwignął, porwał za rękaw, potem dłoń mu się ośliznęła po krótko ostrzyżonych włosach. Zdołał jeszcze uchwycić kołnierz odzieży, gdy ręka tonącego puściła wiosło i całe ciało opadło bezwładem martwoty.
Ale chłop dzierżył kołnierz jak w kleszczach, prąd wody niósł czółno, zepchnął je wnet w zatokę, pod łozy. Tedy chłop, pomagając sobie zębami, wparł je między krze, zsunął się w wodę i wywlókł na brzeg topielca.
— A a a! jakiś pan! — mruknął zdumiony.
Nie dróżnik to był, ale mężczyzna, elegancko ubrany, w letnim paltocie i surowym jedwabiu, cienkiej bieliźnie i żółtych półbucikach. Drugą myślą chłopa było, że ratunek był spóźniony i że wyciągnął trupa. Bez nadziei a tylko odruchowo począł go obracać, trząść i rozcierać i zdziwił się, gdy wywołał wreszcie krztuszenie i natychmiast potem wymioty.
— Ot zaczaiła się dusza! — mruknął. — Trza zawieźć do chaty. Odejdzie do nocy.
Złożył go do czółna i wiosłować począł. Byli na środku rzeki, czerwonej od zachodu, gdy topielec oczy rozwarł, błędnie się rozejrzał, spotkał utkwione w sobie źrenice chłopa i spytał jakby ze zgrozą:
— Kto wy?
— Ryby łowił przy moście, jak pan spadł. Podpłynął, wyciągnął w porę. Do chaty zawiozę.
Uratowany począł się trząść jak w febrze, oczy znowu zamknął, wyczerpany.
— Zmarzł z lęku — pomyślał chłop.
Ściągnął ze siebie siermięgę i przykrył go.
Gdy czółno przybiło do «ostrówka», musiał go znowu dźwigać i wlec do chaty. Zmordowany, gdy go ułożył na pomoście z desek przy piecu, gdzie sam sypiał, pokręcił głową markotnie.
— Coś z nim źle się dzieje — pomyślał — ciężki jak ołów i nie patrzy. Może co sobie odbił we środku z impetu. Ciepła mu trzeba.
Napalił w piecu, przystawił do ognia garnek z kaszą, leżącego okrył kożuchem i filozoficznie czekał dalszego losu. Będzie żyć, to sam o sobie pomyśli, a umrze, no to trzeba będzie dobrnąć na plant kolei, do ludzi i zdać sprawę.
Wolał to pierwsze, bo i ambaras mniejszy i taki pan pewnie wynagrodzi i żadnej ciąganiny po urzędach nie będzie. Wziął się tedy do roboty. Złowione ryby płatał, nizał na łozowe witki, gotował do suszenia, gdy garnek zakipiał, spożył wieczerzę. Na dworze ściemniało, przygasł i ogień, niczem niezmącona letnia cisza nocna ogarnęła pustkę. Chłop zatlił suchą drzazgę i poświecił na posłanie. Człowiek leżał nieruchomo, ale oczy miał otwarte, tępe i patrzał na sufit. Na blask odwrócił je i rzekł:
— Pocoś mnie ratował?
— No — co miałem robić? Myślałem: budnik idzie pijany, w głowie mu się zamroczyło. Jakże panu, odeszło?
— Co to za chata? Wieś?
— Nie, to straż dworska.
— Ty tu sam?
— Sam. A pan skąd? Tutejszy? Może kogo sprowadzić, albo kartę zanieść?
— Nie.
— Niech pan spróbuje, czy dychać może, czy co we wnętrzu nie zepsute. Ciepło teraz. Trza odzież zdjąć, wysuszyć.
— Zanadto mi słabo. Tak zostanę.
— No, to niech pan do potu się ugrzeje, to jutro całkiem odejdzie. A może panu głodno?
— Daj mi gorącej herbaty!
— Herbaty? Skądże u mnie herbata? Krupnik jest.
— To daj mleka.
— Mleka? Niema. Toć tu błota, rzeka. Niech pan odpocznie, prześpi się, to odwiozę pod żelazny most, pódzie pan do stacji, to tam wszystkiego dostanie. Teraz noc.
— Mnie się spać nie chce. Zostaw zapaloną lampę na noc. Głowę mam bolącą, ciężką, a oczu zamknąć nie mogę.
— Lampy niema, rozpalę trochę drzewek na przodzie pieca, a potem miesiąc zejdzie. Sen sam przyjdzie, choć człowiek nie chce. Czasami pilnujesz złodzieja czy zwierzyny i klniesz się, że nie zaśniesz, a sen jak zbój z nóg zwali. Co tu już gadać, że przyjdzie do chaty, jak pan leży pod piecem. Zestrachał się pan z tego wypadku, to tak się zdaje, że rozbudzony.
Chłop rozpalił garść szczap, czas jakiś siedział na ławie pod oknem, mrucząc pacierze, potem podesłał pod głowę siermięgę i legł na deskach. W chacie puste kąty ogarnął czerwono płomień ognia, potem srebrem osnuł miesiąc. Ciszę przerywało chrapanie chłopa, czasem głuche stęknięcie obcego, który nie spał, objęty grozą wewnętrznej, dusznej męki. I tak upłynęła noc pierwsza.
Nazajutrz rano chłop znowu zajrzał na posłanie pod piecem. Obcy nie spał, ale spojrzał bezdusznie i słabo się odezwał.
— Zostaw mię w spokoju. Zapłacę ci za gościnę.
— Możeby pan co zjadł?
— Nic nie chcę. Pić mi daj.
Chłop podał mu wody ciepławej, rzecznej, w kubku blaszanym, cuchnącym rdzą i rybą.
Chory przełknął raz i wzdrygnął się z obrzydzeniem. Potem znowu oczy zamknął i po chwili milczenia rzekł:
— Mógłbyś pójść, czy popłynąć do stacji kolei?
— Po wódkę, czy herbatę?
— Nie. Wysłać depeszę i poczekać na odpowiedź.
— Jak zaraz popłynę do mostu, to popołudniu wrócę. Ale na stacji tej bliskiej niema bufetu. Wódki to może po znajomości dostanę, ale herbaty, to chyba troszkę naczelnik da.
Sięgnął do kieszeni, wydobył przemokły pugilares, wyszukał jakąś kartkę papieru, ołówek, nakreślił słów kilka. Chłop ujrzał, że w pugilaresie było dużo pieniędzy i wyprostował się z szacunkiem.
— Migiem się sprawię, proszę jaśnie pana — rzekł, biorąc papier i pięciorublówkę. — Niechby pan pieniądze przesuszył na słonku i odzienie też ściągnął ze siebie. Jak wrócę to upiorę w rzece.
— Ruszaj żywo i wracaj z odpowiedzią.
Chłop wziął wiosło z kąta i poruszony widokiem pieniędzy, parł łódkę, ile miał sił. Gdy się znalazł na stałym lądzie, chyżo też pomknął do stacji. Ale w ciągu drogi zdecydował, że najlepiej o wypadku wcale nie mówić, ludzi nie rozciekawiać — wspólników w opiece nie mieć. Więc gdy się znalazł w izbie telegrafu, na tej zgubionej w pustce, nędznej stacyjce, ucieszył się, widząc, że dyżurnym jest zaspany pomocnik, niedawno przybyły. Położył papier, pieniądze i czekał w progu. Urzędnik odczytał półgłosem:
Buki — doktór Barski. Kiedy pogrzeb Seweryna — Stefan.
Potem szukał stacji po księgach, potem wypisał kwit, odliczył resztę i ziewając, wziął się do aparatu.
— A czy prędko będzie odpowiedź, bo ja czekam? — rzekł chłop.
Urzędnik apatycznie ruszył ramionami.
A w szarej chacie na pustkowiu, obcy przybysz leżał na ławie bez ruchu, bez woli, bez siły nawet do myśli porządnej. Gdy chłop odjechał, przez sekundę żałował, że wysłał to pytanie bezsensowne, ale odwołać, cofnąć, nie miał siły. Potem zapadł napowrót w jakiś letarg. W uszach słyszał jakby szmer sypiącego się powoli piasku, przez powieki zamknięte widział coś, jakby otchłań szaro-burą, pociętą brudno-krwawemi kreskami, w ustach czuł cierpką gorycz. Ręce, nogi, głowa zdawały się ciężkie jak ołów, niezdolne do ruchu, chwilami tylko odczuwał w ciele dreszcz, a w mózgu zawrót i znowu nic — nic — nic!...
Aż z tego śmiertelnego odrętwienia zbudził go szelest u okna, furkot skrzydeł ptasich i świergot. Podniósł ciężkie powieki. Przez stłuczoną szybę wpadła do izby sikora. Goniła owad jakiś i przerażona poczęła rozpacznie tłuc się do szyby, do słońca, do swobody. Za oknem odpowiadało jej wołaniom ćwierkanie towarzysza, zawtórował też z pod strzechy pisk niemowląt.
Człowiek przyglądał się i odczuł w mózgu uderzenia ptasich piersi o taflę szklaną — bólem. I dźwignął się z ławy, chwilę siedział, pasując się z okropną niemocą, wreszcie wstał, podszedł do okna, otworzył. Sikorka z radosną pieśnią śmignęła na wolę, a ze dworu sunęło do izby wonne, letnie powietrze i rzeźwość rzeki.
Człowiek nie wrócił na posłanie, usiadł na ławce, podał swą zbolałą głowę tej fali słońca, ciepła, mocy natury i ogarnął go sen. Matka ziemia głaskała go miłosnemi dłońmi, kołysała szeptaną gadką traw, szuwarów, poszumu boru, mruczenia pszczół dzikich bartnych i niefrasobliwego ptasiego szczebiotu.
W słońcu rozgrzane balsamy i żywice woniały, a błękit spokojnego nieba, wszystkie tony zieleni łąk i łóz zabarwiły widmo oczne, starły szarość i błotną krwistość poprzednią. A w uszach zapanowała majestatyczna nuta fal, królewska nuta przyrody. Słońce zatoczyło wielki swój letni łuk, i ubrało się w czerwień, gdy głos ludzki zbudził śpiącego.
— Panie, jasny panie, telegrama!
Chłop stał nad nim z papierem w ręku.
Zdaleka, jakby z zaświatów, wrócił duch do jawy, nierozumiejący, bez wiedzy. I nagle jak łuna pożaru objęła błękitne widziadło. Sięgnął ręką po tę wieść grozy i nie czytał. Poco? Zabił człowieka, przyjaciela. Umarł. Poco pytał o ten pogrzeb? Poco? A chłop układał na stole miedziaki i mówił:
— Może pan się poswarzy, ale ja kupił herbaty i wypił wódki; niedużo, za półzłotkę, a potem się skusił, jak zobaczył u stróża świeży chleb i wziął za całą złotówkę, a tu wszystka reszta.
Na koszlawym stole położył wielką skibę razowca i nakrył go z uszanowaniem płachetką zgrzebnego płótna. Potem zaczął rozpalać ogień i gwarzył.
— Chleb jeszcze mam, ale już miesiąc, jak leży w sieni na półce i skwitł, a ten to prosto z pieca. Próbowałem, smaczny na dziwo. Zaraz nagotuję zacierki. Panu pewnie strasznie głodno? Ale chwała Bogu, że już pan zdążał wstać.
— Mówiłeś komu, że ja tu jestem?
— Nikto nie pytał. Panże nietutejszy.
— Nie korciło cię gadać?
— A poco? Żeby pan, broń Boże, pomarł, toby mus był oznajmić, a jak pan żyw, to czy ja głupi pleść, policję jeszcze sobie na głowę ściągnąć?
— Myślisz pewnie, żem rad, żeś mnie uratował?
— Nie? — zdumiał chłop.
— Chciałem zginąć. Rozumiesz?
Chłop popatrzał nań długo, głową pokręcił.
— Tak na pana coś naszło. Aaa...! Śmierć sobie pan chciał zrobić. Taki dur! Musiał pan mocno się napić, rozum stracić.
— Nie chcę żyć. Nie będę!
— Jak sądzono żyć, to trza, i ile sądzono. Śmierć sama przyjdzie, nie wolno z niej kpin stroić. Nie chce, to nie weźmie. A pan jeszcze kiedy mnie podziękuje, żem z wody wyciągnął. Pan młody, nie pora zgnić. Niech panu nie będzie obraźliwe moje słowo, ale u nas we wsi dwóch się powiesiło, a te dwa, to durnie były i hultaje.
— A byli u was, we wsi, tacy, coby innego człowieka zabili?
— Byli. Czemu nie? Każdy człowiek, jak się rozeźli, śmierć życzy drugiemu. Jeden Boga się boi, drugi sądu, a inny, jak się zapamięta, to wali w łeb i koniec.
— To taki jak się nazywa?
— Rozmaicie. Jak co warte, złości i bitwy.
— A co warte?
— Ot, za ziemię, jak sąsiad zaorał, warto bić. Złodzieja końskiego warto, za swoje, własne, jak kto weźmie.
— A za kobietę?
— Jakto za kobietę? Czy to ona nie żywa, czy zwierzę, co ze stajni, po nocy wyprowadzą? I za babę człowieka zabić, to głupi grzech. Chłopcy się czasem o dziewkę pobiją, to już znak, że dziewka gałgan, latawiec, a już za żonę, żeby się człowiek źlił na drugiego, to czysta napaść. Babę sprać, to racja, boć bez jej woli się nie dzieje. Takiego zabójstwa u nas, we wsi nie było.
— Ale na świecie bywają.
— Wiem. Ja po świecie bywałem. Po miastach, po kolejach, nawet w Ameryce byłem.
— No i nie zebrałeś pieniędzy?
— Czemu nie? Zebrało się.
— To dlaczego jeszcze służysz?
— Przywykłem. W chacie dosyć rąk, baba umarła, nie chcę dzieciom na karku siedzieć, taj próżnować. Z próżnowania i sytości złe dumki przychodzą. Nie bardzo ja już mocny, zdarł się człowiek w robocie tyle lat, tutaj jeszcze wystarczę.
— Jak się pan nazywa? Czyje te błota?
— Pan to tutaj nigdy nie bywa. We dworze komisarz rządzi. Pan za granicą żyje, mówią. Nikt jego nigdy nie widział. Polanowo, skarb się nazywa.
— Polanowo. Toć daleko?
— Daleko, boć to wielkie państwo; het, wszystko wokoło Polanowskie. Musi temu naszemu panu rajem być życie.
Obcy słuchał ze zwieszoną, głową. Na dworze było już ciemno i bardzo cicho. Świerszcze cykały w łozach, czasem plusnęła ryba w toni, jak skry błyskały w trawach świetliki. Trochę jasności dawał ogień na kominie, mroki zresztą objęły chatę.
— A pan to nawet nie przeczytał telegramy — rzekł chłop.
— Wiem, co w niej jest...
— To poco pan zapłacił tyle pieniędzy? Więcej półtora rubla.
— To ci się zdaje wiele?
— Juści. Dwa pudy żyta można za to kupić, chleba mieć na miesiąc.
— Dałbym sto rubli, żeby tego papieru nie mieć.
— To niech go pan rzuci w ogień czy wodę.
— Ale tego, co na nim napisane, nie zatrze ni ogień, ni woda.
— Oj, panoczku, czego człowiek nie strzyma! Żyć trzeba, robić trzeba i milczeć trzeba. A kartę niech pan przeczyta. Tylem się napocił, żeby ją dostawić.
Obcy rozwinął machinalnie depeszę. Spodziewał się jednego słowa, był ich cały szereg.
Wstał tedy, zbliżył się do ognia i czytał:
«Seweryn żyje, stan groźny, ale możliwość uratowania. Doktor ma nadzieję.»
Ręce czytającego poczęły dygotać, usta się poruszyły jakby do okrzyku, ale nie dobył się żaden dźwięk. Odwrócił się, podszedł do okienka, wpatrzył się w jasną, letnią noc i po policzkach potoczyły się wolno łzy. Chłop z pod oka mu się przyglądał i nareszcie ośmielił się odezwać:
— Zła nowina, panie?
Głos ten zerwał czar, zaklęcie wrażenia.
Obcy się odwrócił, objął za szyję chłopa.
— Żyje! — wybuchnął okrzykiem.
Chłop się przeraził, osłupiał, schylił się do jego ręki, chciał pocałować.
— Kto żyje, panoczku?
— Człowiek, którego zabiłem.
— Aaaaa! To pan dlatego...
— Żyje, żyje, żyje! — powtarzał.
— To pan dlatego, dlatego? — zrozumiał chłop.
— Słuchaj! Jak ty się nazywasz?
— Ja? Symon Pytka.
— Powiedz! Co ci dać za to, żeś mnie wyratował?
Chłop się żartobliwie uśmiechnął.
— A wtedy, na skorym razie, to pan gotów był do sądu o to mnie skarżyć.
— I depeszę przywiozłeś, drugi ratunek. Co chcesz? Mów!
Sięgnął, otworzył pugilares.
— Ot, czemu pan nie wysuszył papierków? Jeszcze nie przyjmą.
— Mniejsza! Dam ci innych prosto z banku.
Chłop się zamyślił.
— Dobre i pieniądze, ale mnie nie trzeba. Dzieciom dam, będą myśleć, że co schowałem, będą pytać, dokuczać, prosić. Rozejdzie się słuch po ludziach, że u Symona grosze są, jeszcze jaki gałgan w nocy, bez pory, udusi w pustce. Ot — żeby pan znał naszego pana, toby ja o coś poprosił.
— Waszego pana znam — uśmiechnął się obcy.
— To tak: jak go pan zobaczy, to niechby on dał kartkę do komisarza, że strażnikowi Symonowi Pytce wolno trzymać pszczoły w lesie, ile chce pni.
— Jakto?
Chłop się obejrzał i głos zniżył.
— Panoczku, ja już pszczoły mam. Po lesie, ale potajemnie. Skarb nie pozwala, ale ja nie mógł wytrzymać, pięć kłód na sosny zaciągnął. Jak kto dopatrzy, zrzucą i mnie odprawią. Pan nie wie, jaka to mucha kochana!
— Będziesz miał pozwolenie. Ale toć głupstwo. Mów więcej!
— Jakoś nic do głowy nie przychodzi. Ot, niech pan teraz, jak odszedł, o tem nie myśli. Niech się pan raduje!
— Popłyniesz jutro znowu z depeszą. A teraz daj mi jeść.
Chłop sięgnął do pasa, otworzył kozik, ukroił funtowy klon razowca, postawni na stole dymiącą misę, podał drewnianą łyżkę. Obcy wraził zęby w chleb, odczuł głód i prostą pierwotną rozkosz pożywienia. Nie znał ani głodu, ani smaku czarnego chleba, który miał w sobie czerstwość skiby rolnej, zapach kłośnego pola, wilgoć rosy wieczornej. Zdawało mu się, że chleb ten jest tem samem powietrzem, słońcem, które karmiło jego płuca w dzień, że jest mocą ziemi. Jakby hymnem uroczystym wydał mu się powolny, namaszczony głos chłopa.
— Jadło najpierwsze i najstarsze, najważniejsze, ten chlebiec święty. Do chrztu jak dziecko niosą, już mu kęsek na tę pierwszą drogę dają i całe życie progu chaty w drogę idący nie przestąpi bez chleba.
Młodzi weselnicy go całują, od matki odchodząc, i na nowe osiedlisko przed nimi bochen swaty do izby wnoszą. A w trumnę człowiekowi kładą ostatnią skibkę. Chlebiec święty, dobrodziej żywiciel, całe w nim bezpieczeństwo i zdrowie.
Powiadają niektórzy, że tyle się nad nim nabiedzisz, że aż gorzki się stanie, ale to gardło gorzkie u takiego. Chleb zawsze dobry, a tylko człowiek bywa jadowity. A ja nawet powiem, że im się więcej nad nim nabiedujesz to smaczniejszy. Trzydzieści lat ja jego hodował, to różnie pamiętam. A zaczął, jak miał dwanaście roków. Na Piotra, we środę ojciec umarł, a jak już świeczkę w ręce mu dali, to jeszcze stęknął i powiada do matki: Żyto zeżniesz i zwieźć nie sztuka, ale bardzo mi ciężko pomyśleć, czy chłopiec zdąży i potrafi roli dogodzić i posiać. Straszno mi, czy będziecie na drugi rok chleb swój jedli. A potem do mnie powiada: Pamiętaj: w czerstwą rolę siać, a przygarść bierz wielką i szeroko rzucaj i brony nie szkoduj! A ziarno na siew lekko okłóć ze snopa, pośledniem ziemi nie mań! A byki szanuj jak gospodarzy!
I tak mnie nauczał do ostatniej chwili. Świeć, Panie, duszy jego.
Chłop umilkł, dalekiem wspomnieniem skupiony.
— I jakże ci poszło? — spytał obcy.
— Bóg dał, potrafiłem. Matka biła, sokół baba, duża, mocna, małomówna, jak nigdy baby nie bywają. Mnie też wzięła w ręce robota, mus, i taki hambit: że ja mały a gospodarz. Jak pierwszy raz jarzmo włożyłem na byka, a sochę na jarzmo i wyszedłem w pole między oracze, to taką fanaberję czułem, jakby mnie wójtem obrali. A z lęku, żeby się z mej roboty nie naśmiali, to zebrałem w siebie taką siłę, taką ryzykę, że, myślałem, żyły z pod skóry wyskoczą.
A najbardziej się lękałem, czy byki mnie posłuchają, za gospodarza przyjmą. Byk oracz ma wielki rozum. Broń Boże, poczuje głupie ręce, słabe plecy!
Chłop się uśmiechnął na te wspomnienia.
— Ale cię przyjęły, nie poznały się?
— Bo ja się zrobił od nich chytrzejszy. Myślę; ja nie umiem orać, a wy umiecie — to wy mnie uczcie! Ani krzyczał, ani poganiał, ani tuzał. Żyły napiął na rękojeściach sochy, trzymał, pogwizdywał, niby świadomy rataj, na zawrocie przeniósł, założył, oszukał byki; one mnie nauczyły, po ojcowsku brózdy się pilnują. Dziwowali się ludzie, mówili: nieboszczyk sierocie woły prowadzi!
A i pomnę lato też Pan Bóg dał na cudo, na dziwo, na sierockie szczęście. Jak zasieli ludzie i ja wyjechał w pole ze ziarnem. Przybiegła matka, opasała mnie siewną płachtą, nasypała zboża, zdjąłem kapelusz, stanęli my na pierwszym zagonie, zmówili Ojczenasz, pobłogosławili, wspomnieli nieboszczyka i poszedłem w brózdę.
A serce to się tak tłukło we mnie, jak ptaszek, jak do chaty z przypadku wleci. Matka została na miedzy i patrzy i uważa a sąsiedzi się też przyglądali ze swoich zagonów. A mnie gorącość do oczu biła i tak się staram, jak ojciec uczył, garść ziarna zaczerpnąć, ile zdzierżę, i szeroko, równo ziemię obdzielić, a po czerstwej roli żyto chrząści jak to kadzidło, co na węgle cisną.
A choć i krok i garść nieduża była, zeszło zboże równiutko — w samą miarę.
Oczami ja każdy kieł pasł, zda się ździebełko każde znał, a wedle obyczaju słomy krzynę ze święconego wianka na skraju swego sznura usiał, żeby Pan Bóg, jak stanie błogosławić runie, miał pod stopy czysto i miękko.
To, co zabiegnę na zagony, patrzę, czy niema znaku Boskich stopów na słomie: i, zda się, je widział. A jesienią mrozu wyglądałem, żeby nie wyprzało, a zimą śniegu pierzyny, by nie zmarzło i ledwie wiosny doczekał, by zobaczyć: czy żyje, czy rusza w górę, czy mu nie za mokro, czy wiater nie za chłodny. A potem każdej chmury prosił, by go nie zwaliła za mocno, by nie zbiła gradem. A jak okwitło i dojrzało, szkodowałem jak mąż żony brzemiennej.
Aż matka, bywało, z oczu mi czyta niespokój i swarzy: Co ty taki truśliwy? Za chmurami ino głową kręcisz. Co Bóg da ludziom to i nam.
Alem ja dopiero odetchnął, jak kopy pod dach schował. A snopy były takie ciężkie, że widły podnosząc, krzyżów odgiąć mogłem ledwie, ledwie. No, bo i co mnie było? Trzynaście roków i sam jeden chłop w chacie. I pola zrobić i chudoby dopatrzeć, a z gminy gonili na stójki, na szarwarki, na wszelką powinność. Do dworu też odrobki były, nie tyle, co teraz, bo wtedy stary pan sam rządził, każdego we wsi znał i niedużo liczył i za paszę letnią i za gałęzie na opał zimą. Świeć, Panie, nad jego duszą, ojciec był!
Ale nawet matka, choć sroga była, szkodowała mnie w gorący czas i jakem pierwsze zboże na chleb omłócił, powiada: na wiatrak zawieź!
Ale mnie i miarki z niego szkoda było oddać. Wysypałem w żarna, stanąłem mleć, choć ze zmęczenia trzęsły się ręce i palce odpadały od mlona. I tak doprowadziłem ten mój pierwszy sierocy chleb od nasienia do dzieży. I takiego smaku, jak w nim, to potem tylko jeszcze dwa razy wżyciu smakowałem!
Chłop przestał, zdziwiony nieruchomością obcego. Oparty o ścianę z przymkniętemi oczami zasnął może po męce tych dni, a może osłabł. Ogieniek dawno wygasł na skraju pieca. Chłop przyłożył parę szczapek.
— Możeby pan już spoczął — rzekł zcicha.
Wtedy się gość ocknął, spojrzał na płomień.
— Ja spoczywam. Tak mi dobrze. Powiedz dalej więcej o tym Chlebie.
— To niech pan dozwoli lulkę zapalić. Z łaski pańskiej tytoń jest.
— Pal bracie i gadaj!
— Ten drugi, ciężko doczekany chleb, szmat później był. Matka pomarła, u mnie żonka trzeciego syna karmiła. Urodzaj tego roku był taki bogaty, że starzy ludzie takiego nie pamiętali. Po siewach już było, jesienią, baby się lnem zabawiały.
Jednej nocy spałem mocno, bo po drwa jeździłem daleko i zmordowałem się, aż tu ktoś w szybę tłucze, coś woła. Schwyciłem się z ławy: w oknie łuna, a na dworze już krzyczą: gwałt, gwałt, sioło gore! Porwała się żona, pobudziły się dzieci, wylecieliśmy na dwór bosi, w koszulach tylko; ehe — już sąsiada gumno się pali.
Żona porwała poduszkę, kołyskę z dzieckiem, ja skoczyłem do chlewu, do bydła, a tu już nasza stodoła w ogniu. Wypuściłem byki, rozumne, a krowa od cielęcia ani rusz. Jeszczem czas miał to cielę wypchnąć i ją gwałtem, a ogień wpadł na strzechę. Wicher wierzeje zatrzasnął, została jałowizna, owce, kobyła źrebka dwuletnia — przepadły.
I takeśmy zostali: pięcioro dusz, bosych i gołych na tej pogorzeli.
— Nie dostaliście ubezpieczenia ogniowego?
— Dali trzydzieści rubli z gminy. Oj, panie! Pieniądze ognia nie zapłacą. Piętnaście lat ja ten pożar odrabiał. Trza było byki i krowę sprzedać za byle co, kobieta się rozchorowała, dziecko zmarło, zimowaliśmy, jak bydło, w szopach u tych, co zostali; trza było żebrać, a najbardziej głodem przymierać. Taki rok przebyć, to jak innych dziesięć.
A i starego pana we dworze nie stało, pomarł, nie było do kogo po ratunek iść. Komisarz rządził za młodego, który nigdy nawet do tych majątków nie zaglądał. Poszli my do komisarza, ręce rozłożył: Ja sługa. Dostańcie od pana kwit, dam drzewa, zboża, sam nie mogę. A gdzie było szukać tego pana, po świecie? Doradził komisarz, żeby prośbę słać. Napisał pisarz, podpisał się, kto umiał, a każdy za siebie krzyż postawił i posłali. Czekaliśmy odpowiedzi, jak wiosny, ale i dotąd nie przyszła. To, panie, ten chleb, cośmy zebrali po tej nędzy, tom go jadł i z radości łzy razem łykał, że już on mój, własny, nie kupny, nie proszony, nie wyżebrany.
I znowu roki biegły. Chłopcy porośli, ciasno się zrobiło i w chacie i na polu; wzięła się swarka i w jakiejś bitce z sąsiadem syn starszy jego chłopca kijem po głowie zdzielił, że omal nie został na miejscu. Zrobiła się sprawa, miał chłopak mój na rok do więzienia iść. Myślę: on młody, szkoda i strata, między aresztantami aresztantem się zrobi i niesława i zagubienie duszy. Więc jakoś świadków uprosiłem, na mnie donieśli i poszedłem za syna na pokutę.
Oj, chleb tam, panie, gorzki i cuchnący, w gardło nie lezie, a nuda kości przejada. To jakem swój czas odbył, zdało się, z piekła się wyrwał. Na jesieni puścili, ciemnym wieczorem do wioski doszedłem. Słucham, węszę, bo ćma była i deszczyk siekł. Słyszę ludzki gomon i gęsi po chlewach gęgają, studnie skrzypią, po chatach się świeci, dym czuć i chleb świeży. Zradniałem jakby dziesięć lat kto z pleców zdjął. Wchodzę do izby, witają radzi i dzieci i wnuki malutkie. A na stole bochny leżą, tylko co synowa z pieca wyjęła, jeszcze ciepłe, pachnące, wielkie bochny na klonowych liściach. Zrzuciłem w sieni turmą cuchnące łachy, zasiadłem do wieczerzy i to był taki znowu pamiętny chleb, panie, na cudo smaczny!
— A dlaczegóż nie gospodarujesz na swojem teraz?
— Bo już ja swoje odrobił, panie. Czterdzieści lat zagonów swoich pilnował, ziemię i dobytek szanował, dzieci pohodował, co sam umiał, ich nauczył, podzielił, słabszym sam dopomógł, silniejszym nie dał mniejszych skrzywdzić, odsłużył w gminie setnikiem i starostą, jedną córkę, co była, zamąż oddał. Wszystko sprawił, co matka, umierając, przykazała spełnić. Podumałem: mocy jeszcze trochę ostało, można popanować. Ze dworu przysłali: może kto tu za stróża się zgodzi? Młodzi niechętliwi byli, prawią, że nudno, a mnie chęć wzięła.
Lubo tu latem, cicheńko, tajnie, spokojnie. Panowanie istne, wola i dola. I dumka się plecie i moc się nie rwie. Wspomina człowiek lata, wspomina troski, roboty, wspomina ojców i sąsiadów i dzieci i sprawy różne i uciechę ma, że tyle tego odrobił i wybiedował. I bez kłopotu sobie na koniec żyje, nikomu miejsca nie zawala, a jeszcze zimą, jak do swoich zajrzy, to grosz ma tknąć — najpotrzebniejszemu. Bogu niech będzie chwała! Na wiek ja swój nie narzekam i nie obejrzał się, jak żywot zbył.
Gość wstał, wyprostował się, przeciągnął. Spojrzał po sobie i skrzywił się.
— Do czegom ja podobny — mruknął.
— Ja pana prosił, by te odzienie zrzucił. Mam przecież bieliznę czystą, a te szmaty trza uprać. Smakował panu chleb, niechże pan spróbuje lnianej, naszej koszuli.
Ze skrzynki dobył zwitek bielizny, a gość z uśmiechem sięgnął, wziął w ręce szarawą, gładką tkaninę, pachnącą jeszcze lnem i dymem chaty. Gdy się jej ciekawie przyglądał przy świetle ognia, chłop począł znów gwarzyć swym spokojnym głosem, co przypominał poszum zbóż w cichą, letnią pogodę.
— To jeszcze z żoninego trudu i starczy do trumny. Zostawiła mi pełną skrzynię, a obdzieliła dzieci wszystkie, a czasem i sprzedała trochę, jak bywał ciężki przednówek. A szmat się spaliło w chacie wtedy! Nie było we wsi drugiej baby tak chytrej do lnu, jak moja. A pamiętam, że ja jej brać nie chciał: «na siłę» matka kazała i myślę, że żaden chłop nie pozna się tak na babie, jak druga baba. Chytrość w nich jednaka to i znajomość lepsza. Ja po wieczorkach i muzykach dziewki upatrywał, a ona po polu i po chatach. Mnie się spodobała coraz to inna, a jej tylko jedna. To jak umyślili swaty słać, to ja w głowę się drapał z namysłu: i ta ładna i ta bogata i ta zęby szczerzy i ta głos cienki ma, a ona odrazu prawi: będziesz Marynę brał.
Aż mnie coś rzuciło; bo to i ospowata była i mruk i raz tylko my ze sobą gadali i to mi w pysk dała. Tak ja naprzeciw matce stanął, uparł się: jak Maryna, to i żenić się nie chcę.
A matka jak nie porwie za kociubę, jak nie stanie mnie walić; zasłaniałem się, uchylałem, a w końcu do drzwi i w nogi.
No i stanęło na matczynem, bo co było poradzić! Pobraliśmy się na jesieni, a jak do roboty się wzięła, widzę, że matczyne oczy dobrze wypatrzyły, matczyna głowa dobrze wydumała. A po roku ludzie wszystkie mnie zazdrościli. Kobieta była zdrowa jak rzepa, a w robocie mocna jak koń i, największa osobliwość, bez języka. Bo niema na całym świecie gorszej choroby, jak babski język. Nigdy swarów, nigdy jazgotu. Jak do serca jej doszło, to waliła, ale dwóch słów próżnych nie powiedziała, a matkę szanowała, jak rodzoną.
Przez to niegadanie, to i roboty mogła tyle sprawić, bo robota babska to niby nic, ot, jak te nitki w płótnie, zda się, głupstwo, ale co tego naprząść trzeba na jedną koszulę! Tylko że mało takich, coby jej podołało, a najbardziej z ich gadania mitręga.
Gość zniknął za piecem i po chwili ukazał się przebrany w to szare płótno od stóp do głowy. Tedy chłop zgarnął posłanie z szuwaru i wyniósł z izby precz i ukazał się znowu z wiązką świeżego siana. Rozesłał je na ławie i spojrzał na gościa swego z dobrotliwym uśmiechem.
— Ot i przemienił się pan. A teraz na posłanie świeże lec i zasnąć. Jutro ja panu pokażę płytki zalew, gdzie wykąpać się dobrze, bo grunt piaszczysty, to i całkiem pan pozdrowieje.
— Będę spać jak kamień, ale ty jutro znowu z depeszą popłyniesz i odpowiedź przywieziesz.
Po chwili w chacie zapanowała zupełna cisza. Iskierki dogasającego ognia biegały po popiele i zgasły, pod piecem monotonnie ćwierkały świerszcze. Chata stała wśród bezludzia, srebrna cała w miesiącu, jak zaczarowane siedlisko duchów z dziecinnych bajek.
Słońce przedpołudniowe, promienne, załechtało powieki śpiącego, że się zbudzić musiał. Leżał długo, nie wiedząc, gdzie jest, na ziemi, czy w jakiemś zaświeciu z baśni. W izbie gospodarzyło słońce i rozprawiały ptaki. Zapatrzony w błękit za oknem, leżałby długo, chłonąc tę ciszę i barwę, ale go poderwał głód, ten nieznany dotąd, zajmujący objaw życia pierwotnego. Wstał tedy i z kromką chleba w ręku wyszedł przed chatę.
Jak okiem sięgnąć, była bezmierność zieleni pod stopami, bezmierność błękitu nad głową i wielmożne słońce w całym majestacie. Radowało mu się każde stworzenie, owady w powietrzu przejrzystem, ptaki po krzakach, źdźbło każde, kwiatem uwieńczone.
Stadko cyranek żerowało nietrwożne na rzece, sikory pod strzechą karmiły pisklęta, po brzozie smyrgała w uciesznych skokach ruda wiewiórka, w borze niedalekim kuł dzięcioł, gruchały grzywacze.
Jak wczoraj na ławie w chacie, tak teraz człowiek na trawach się wyciągnął, poddając się biernie słonecznym promieniom i powietrzu i jadł czarny chleb. Potem zapewne znowu zasnął, choć mu się to zdało chwilą, ale gdy znów podniósł powieki, słońce, mniej palące, stało nad lasem. Powstał i poszedł za śladem udeptanej ścieżki w stronę czarnych olszyn nad rzekę. Znalazł zatokę, rodzaj jeziorka, o gładkiej czystej toni i jasnem dnie.
Leżały tam jakieś dziwaczne kosze na ryby, siatki ręczne, odzież swą ujrzał upraną i rozwieszoną na krzakach, a na jedynym dębie szary ul z pnia, ukryty wśród gałęzi.
Z rozkoszą ciało swe, rozprażone słońcem, zanurzył w wodzie i bawił się, jak dziecko w kąpieli, obserwując roje malutkich rybek i niezdarne, czarne raki, pełzające po piasku. A wreszcie wziął siatkę i uchwycił dziesiątek raków, myśląc o wieczerzy, znowu głodny.
Gdy orzeźwiony kąpielą wrócił do chaty, ujrzał woddali czółno Symona i zdało mu się, że chłop nie był sam. Zaniepokoił się możliwością przybycia drugiego człowieka, jakby już sam był dzikim i począł się baczniej wpatrywać.
Ale blask był na toni i mamił wzrok, więc wszedł do izby jakby się chciał ukryć. A wtem rozległy się głosy, okrzyki i na progu stanął młody człowiek, w eleganckiem jasnem ubraniu i nie widząc nic z blasku, zawołał:
— Stefanie!
I nagle go poznał w tym chłopie odzianym w płótno i wybuchnął wielkim śmiechem.
— Maskarada! Powinieneś na cel dobroczynny za pieniądze się w tym stroju pokazywać.
— Skądeś się tu wziął? Seweryn żyje?
— Żyje i żyć będzie. Większy powstał popłoch o ciebie. Matka od zmysłów odchodzi. Cała policja w ruchu. Tom spisać legend i pogłosek! Nie czytałeś gazet?
— Tutaj?
— Ach, prawda! Ale skąd się ty tu wziąłeś?
— Chłop ci nic nie opowiadał?
— Nie. Zabrać mnie nie chciał. Zagroziłem policją, wtedy się zgodził, ale gęby nie rozwarł przez całą drogę. Nie uwierzysz, co za odsapnięcie z naprężenia sprawił doktór, jak twoją depeszę matce przyniósł. Sprowadziła mnie i wysłała w pogoń. Ledwiem odszukał tę dziurę. Ale jakeś ty ją wynalazł?
— Wcale nie szukałem. Wsiadłem do pociągu, kupiłem jakiś bilet na chybił trafił. Jechałem, aż zrozumiałem, że życia mordercy nie zniosę. Wysiadłem na jakiejś stacji, poszedłem plantem, chciałem się rzucić pod pociąg, ale trafiłem na rzekę i skoczyłem z kolejowego mostu.
— Warjat!
— Ten chłop mnie wyciągnął i odratował.
— Ładna heca! Kiedyż to było?
— Nie wiem. Zdaje mi się, żem od tej pory przeżył całe lata. Ale, proszę cię, nie mówiłeś chłopu mego nazwiska?
— Nie. Spytałem o pana, co depeszę wysłał, czy zdrów. Odpowiedział, że zdrów, bo chleb je i śpi. Takem twej matce depeszował.
— Zachowajże i nadal moje incognito.
— Jakże ty tu myślisz długo pokutować?
— W każdym razie tu przenocujemy.
— Jak na polowaniach wiosennych na głuszce. Pamiętasz, byliśmy kiedyś, gdzieś w twoich majątkach, bodaj w tych stronach. Będzie temu lat ze siedm. Szkoda, żem strzelby nie wziął. Aż się tu roi od ptactwa na tej dzikiej rzece. Szkoda też, żem nie przywiózł ci garnituru bardziej europejskiego — no i lokaja. Ale myślę, że matka to wszystko wyśle, gotowa nawet i sama przyjechać. No, a cóż się tu jada?
— Czarny chleb. No — i jakbym przeczuwał gościa — ułowiłem, kąpiąc się, trochę raków.
— Symonie! — zawołał głośniej.
Chłop się ukazał w progu, z ręczną torbą nowoprzybyłego i wiązką ryb na łozinie.
— Jeść się panom chce. Będzie dobra gościna. Zaraz rybę oprawię na juszkę. A tu co w wiedrze?
— Raki.
— Oho, to pan już i za gospodarkę się wziął.
— Słuchajno, z tym panem ty jakoś rozmówniejszy, niż ze mną — zaśmiał się przybysz.
Chłop przykucnął na ziemi i zaczął ryby skrobać; uśmiechnął się.
— My z tym panem rybaki. Z jego sprawy ułowiłem takiego szczupaka pod żelaznym mostem, że będę miał chleba na wszystkie moje lata.
— I pszczołami osiedlisz wszystkie drzewa w borze — dodał wesoło gość.
— Jak pan ze mną pobędzie, to i pan się rozmiłuje w pasiece.
— To ty myślisz tę sielankę długo uprawiać? — zaśmiał się nowoprzybyły.
— Narazie do jutra, ale czuję, że tu wrócę. Jutro, Symonie, dostawisz nas do dworu.
— Do dworu? — zdziwił się chłop. — Toć panom bliżej do żelaznej drogi, do stacji. Do dworu to teraz ciężko się dostać. Trza płynąć, a potem długo brodzić po bagnach. Nie wiem, czy panowie potrafią.
— Ano, trudno. Muszę być we dworze. Chcę poznać ten wasz dwór i pana.
— Pana to niema. Nikt jego nie zna. On, powiadają, niespełna rozumu.
— Jakto? Kto powiada?
— Tak żydy gadają. Bo to trzyma komisarza, co go kradnie, fałszywe rachunki podaje, sam się bogaci, a on nigdy ni sprawdzi, ni zajrzy, ni się dowie. To jakże? Taki, co o swoje nie dba, swego nie pilnuje — to jeśli nie dureń, to chyba «kręcony».
— No, a dlaczegóż nie dureń?
— Dziad jego, stary pan, bardzo dobry i mądry był, to skądże mu durniem być?
— Znałeś starego pana?
— Jeszczeby nie! Jego każdy znał ze wszystkich dziesięciu wiosek, co do skarbu należą. Bywało, jedzie od folwarku. Po drodze bystro, a przez wsie to stępa. Miał takiego ryżego źrebca i sam się powoził. Strasznie za porządkiem patrzał. Jak zobaczył dziurę w płocie, albo w strzesze, albo chude bydlę, albo dziecko, porzucone na ulicy, albo babę brudną, albo świnię w ogrodzie, albo chłopa w podartej siermiędze, to stawał i łajał. A głos miał, jakby buhaj ryczał. A takie miał oko gospodarskie, że wszystko dojrzał, a taką pamięć, że sznury chłopskie znał czyje; to jak gdzie było źle zrobione, to nie darował i gospodarza wyszukał i nasobaczył, ile wlazło.
A bywało w niedzielę, czy święto, jak naród na ulicy siedział i gadał, to przystanął przy gromadzie, fajkę zapalił i gadał, a najbardziej to łajał, z całego tygodnia przypomniał, co komu było warto.
A czasem dobry bywał, a już najbardziej, jak kto sad założył, albo drzewa przy ulicy posadził. To wtedy i srebrnego rubla dał, a że w koniach się kochał, to źrebce darmo dawał, a za źrebięta wychowane gościńca jeszcze dodał. To też po nim dotąd drzewa dzikiego i sadów pełno po naszych wsiach, a konie dotąd na okolice szeroko nasze się sławią. Ojciec rodzony był dla mnie. Mnie było ośmnaście roków jak pomarł, ale jak dziś pamiętam pochów.
Tego dnia, żeby kto do wsi zaszedł, toby myślał, że naród wymarł: żywa dusza w chatach nie została. Ze dworu do grobów będzie wiorst pięć, ludzie trumnę nieśli, choć jesień była późna i błoto po kolana, a za trumną szli wszyscy i nie było takiego, coby nie płakał. Wiedzieli, po kim płaczą i po czem. Pana stracili i dwór stracili. Żeby mu syn ostał, możeby stary ład się uchował, ale panienka jedna była. Zaraz ją gdzieś wywieźli, za cudzego się wydała. Co wart prystupa cudzy w chacie, a tem bardziej we dworze! Kobieta, wiadomo, za chłopem idzie, gdzieby nie był. Tak i nasza panienka poszła. Mówią, że prystupa bogaty był, że dla niego polanowski skarb, to futor! Nie może to być, ale tak gadają.
— A ten wnuk «kręcony» nie był u was nigdy? Słyszałem, że na polowanie na głuszce tu kiedyś był.
— Jakie to bycie. Żeby on krowy i konie obejrzał, toby gospodarz był. Co jemu głuszce! Żeby on obławę na komisarzowe sprawki zrobił, toby on był myśliwy.
— Powiem mu tę twoją radę.
— Ino panie, ostrożnie mówić, żeby komisarz nie słyszał; bo on się wyłże, a pan pojedzie, to komisarz mnie jak muchę zgniecie.
— Nie lękaj się, a jeść dawaj tymczasem!
Chłop zajął się gotowaniem a dwaj panowie zaczęli ze sobą rozmawiać w obcym języku, a wreszcie wstali i wyszli przed chatę. Znowu noc była cicha i miesięczna. Usiedli nad rzeką i paląc papierosy, milczeli, zapatrzeni w leniwie płynącą wodę.
— Słuchajno! O wszystkom cię pytał i o wszystkich. Tydzień temu to się stało; mnie się zdaje, żem przez ten tydzień o lata dojrzał i że to wszystko strasznie dalekie. Alem cię jeszcze o jedno nie spytał. A ona?
— Ona wyjechała ze starym Brunerem.
— Tylko tyle?
— Tylko. To było całemu światu wiadome, tylko wy dwaj byliście ślepi i głusi. Ona zwykła, przeciętna awanturnica. Bruner, miljoner stary, doprowadzi go do małżeństwa, a wy dwa koguty, bardzo młode i głupie!
— A żeby Seweryn umarł!
— Albo ciebie ten chłop z wody nie wyciągnął w porę!
— I to wszystko: szał, wściekłość, nienawiść, mściwość, zabójstwo, samobójstwo, rozpacz, upokorzenie, wstyd, żal! Całe piekło udręczeń, dla podłej baby! Symon ma rację, trzeba być durniem!
— Nie będziesz ostatnim. Pociesz się tem.
— Ale myślę, że w mojem życiu to będzie ostatnie. Zamykam ten cały okres. Nie będę miał już sił przecierpieć więcej nad to, com znosił przez te marne niby kilka dni. Ani pamiętam większej szczęśliwości, jak ta chwila, gdym się dowiedział, że Seweryn żyje. Jak myślisz: on mi przebaczy?
— Seweryn? Przecie on się czuł winnym względem ciebie. Pojedziemy jutro.
— Tak. Do Polanowa naprzód. Dam się przecie poznać i wydam przedewszystkiem rozporządzenie, żeby mi tu, gdzie ta chata, wybudowano letni dworek, w którym Symon będzie mieszkać i rządzić. Będę tu przyjeżdżać, przebywać, słuchać jego filozofji i jeść czarny chleb. Tu jest jakiś świat poza złem i dobrem, taki inny, jakby z innej planety i jam się tu więcej nauczył, jak przez całe dotychczasowe życie.
— Czy ty słyszysz, że tu coś mówi?
Umilkli — słuchali. W toni plusnęła czasem ryba, ćwierkały dyskretnie świerszcze, od lasu przeszedł poszum, z nieba oderwało się gwiazd parę, po krzakach, zda się, słychać było oddech uśpionych ptasząt.
— Śliczna noc — szepnął gość.
Drzwi chaty skrzypnęły i spłoszył ciszę głos powolny chłopa:
— Wieczerza na stole a siana usłałem bogato na ławie. Niech panowie powieczerzają i legną, bo już kurki na niebie wstają. Późno. Rosa zacznie padać, zdrowiej przy kominie.
— Chleb jest, Symonie?
— Jest, panoczku, tenże sam, świeży, zdrowy. Niech panom smakuje!
— Pójdźmy! Opowiesz nam co jeszcze o nim.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.