Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Juści. Dwa pudy żyta można za to kupić, chleba mieć na miesiąc.
— Dałbym sto rubli, żeby tego papieru nie mieć.
— To niech go pan rzuci w ogień czy wodę.
— Ale tego, co na nim napisane, nie zatrze ni ogień, ni woda.
— Oj, panoczku, czego człowiek nie strzyma! Żyć trzeba, robić trzeba i milczeć trzeba. A kartę niech pan przeczyta. Tylem się napocił, żeby ją dostawić.
Obcy rozwinął machinalnie depeszę. Spodziewał się jednego słowa, był ich cały szereg.
Wstał tedy, zbliżył się do ognia i czytał:
«Seweryn żyje, stan groźny, ale możliwość uratowania. Doktor ma nadzieję.»
Ręce czytającego poczęły dygotać, usta się poruszyły jakby do okrzyku, ale nie dobył się żaden dźwięk. Odwrócił się, podszedł do okienka, wpatrzył się w jasną, letnią noc i po policzkach potoczyły się wolno łzy. Chłop z pod oka mu się przyglądał i nareszcie ośmielił się odezwać:
— Zła nowina, panie?
Głos ten zerwał czar, zaklęcie wrażenia.
Obcy się odwrócił, objął za szyję chłopa.
— Żyje! — wybuchnął okrzykiem.
Chłop się przeraził, osłupiał, schylił się do jego ręki, chciał pocałować.
— Kto żyje, panoczku?
— Człowiek, którego zabiłem.
— Aaaaa! To pan dlatego...
— Żyje, żyje, żyje! — powtarzał.
— To pan dlatego, dlatego? — zrozumiał chłop.
— Słuchaj! Jak ty się nazywasz?
— Ja? Symon Pytka.
— Powiedz! Co ci dać za to, żeś mnie wyratował?
Chłop się żartobliwie uśmiechnął.