Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I nagle go poznał w tym chłopie odzianym w płótno i wybuchnął wielkim śmiechem.
— Maskarada! Powinieneś na cel dobroczynny za pieniądze się w tym stroju pokazywać.
— Skądeś się tu wziął? Seweryn żyje?
— Żyje i żyć będzie. Większy powstał popłoch o ciebie. Matka od zmysłów odchodzi. Cała policja w ruchu. Tom spisać legend i pogłosek! Nie czytałeś gazet?
— Tutaj?
— Ach, prawda! Ale skąd się ty tu wziąłeś?
— Chłop ci nic nie opowiadał?
— Nie. Zabrać mnie nie chciał. Zagroziłem policją, wtedy się zgodził, ale gęby nie rozwarł przez całą drogę. Nie uwierzysz, co za odsapnięcie z naprężenia sprawił doktór, jak twoją depeszę matce przyniósł. Sprowadziła mnie i wysłała w pogoń. Ledwiem odszukał tę dziurę. Ale jakeś ty ją wynalazł?
— Wcale nie szukałem. Wsiadłem do pociągu, kupiłem jakiś bilet na chybił trafił. Jechałem, aż zrozumiałem, że życia mordercy nie zniosę. Wysiadłem na jakiejś stacji, poszedłem plantem, chciałem się rzucić pod pociąg, ale trafiłem na rzekę i skoczyłem z kolejowego mostu.
— Warjat!
Ten chłop mnie wyciągnął i odratował.
— Ładna heca! Kiedyż to było?
— Nie wiem. Zdaje mi się, żem od tej pory przeżył całe lata. Ale, proszę cię, nie mówiłeś chłopu mego nazwiska?
— Nie. Spytałem o pana, co depeszę wysłał, czy zdrów. Odpowiedział, że zdrów, bo chleb je i śpi. Takem twej matce depeszował.
— Zachowajże i nadal moje incognito.
— Jakże ty tu myślisz długo pokutować?
— W każdym razie tu przenocujemy.