Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/155

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — A wtedy, na skorym razie, to pan gotów był do sądu o to mnie skarżyć.
    — I depeszę przywiozłeś, drugi ratunek. Co chcesz? Mów!
    Sięgnął, otworzył pugilares.
    — Ot, czemu pan nie wysuszył papierków? Jeszcze nie przyjmą.
    — Mniejsza! Dam ci innych prosto z banku.
    Chłop się zamyślił.
    — Dobre i pieniądze, ale mnie nie trzeba. Dzieciom dam, będą myśleć, że co schowałem, będą pytać, dokuczać, prosić. Rozejdzie się słuch po ludziach, że u Symona grosze są, jeszcze jaki gałgan w nocy, bez pory, udusi w pustce. Ot — żeby pan znał naszego pana, toby ja o coś poprosił.
    — Waszego pana znam — uśmiechnął się obcy.
    — To tak: jak go pan zobaczy, to niechby on dał kartkę do komisarza, że strażnikowi Symonowi Pytce wolno trzymać pszczoły w lesie, ile chce pni.
    — Jakto?
    Chłop się obejrzał i głos zniżył.
    — Panoczku, ja już pszczoły mam. Po lesie, ale potajemnie. Skarb nie pozwala, ale ja nie mógł wytrzymać, pięć kłód na sosny zaciągnął. Jak kto dopatrzy, zrzucą i mnie odprawią. Pan nie wie, jaka to mucha kochana!
    — Będziesz miał pozwolenie. Ale toć głupstwo. Mów więcej!
    — Jakoś nic do głowy nie przychodzi. Ot, niech pan teraz, jak odszedł, o tem nie myśli. Niech się pan raduje!
    — Popłyniesz jutro znowu z depeszą. A teraz daj mi jeść.
    Chłop sięgnął do pasa, otworzył kozik, ukroił funtowy klon razowca, postawni na stole dymiącą misę, podał drewnianą łyżkę. Obcy wraził zęby w chleb, odczuł głód i prostą pierwotną rozkosz po-