Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Smakował panu chleb, niechże pan spróbuje lnianej, naszej koszuli.
Ze skrzynki dobył zwitek bielizny, a gość z uśmiechem sięgnął, wziął w ręce szarawą, gładką tkaninę, pachnącą jeszcze lnem i dymem chaty. Gdy się jej ciekawie przyglądał przy świetle ognia, chłop począł znów gwarzyć swym spokojnym głosem, co przypominał poszum zbóż w cichą, letnią pogodę.
— To jeszcze z żoninego trudu i starczy do trumny. Zostawiła mi pełną skrzynię, a obdzieliła dzieci wszystkie, a czasem i sprzedała trochę, jak bywał ciężki przednówek. A szmat się spaliło w chacie wtedy! Nie było we wsi drugiej baby tak chytrej do lnu, jak moja. A pamiętam, że ja jej brać nie chciał: «na siłę» matka kazała i myślę, że żaden chłop nie pozna się tak na babie, jak druga baba. Chytrość w nich jednaka to i znajomość lepsza. Ja po wieczorkach i muzykach dziewki upatrywał, a ona po polu i po chatach. Mnie się spodobała coraz to inna, a jej tylko jedna. To jak umyślili swaty słać, to ja w głowę się drapał z namysłu: i ta ładna i ta bogata i ta zęby szczerzy i ta głos cienki ma, a ona odrazu prawi: będziesz Marynę brał.
Aż mnie coś rzuciło; bo to i ospowata była i mruk i raz tylko my ze sobą gadali i to mi w pysk dała. Tak ja naprzeciw matce stanął, uparł się: jak Maryna, to i żenić się nie chcę.
A matka jak nie porwie za kociubę, jak nie stanie mnie walić; zasłaniałem się, uchylałem, a w końcu do drzwi i w nogi.
No i stanęło na matczynem, bo co było poradzić! Pobraliśmy się na jesieni, a jak do roboty się wzięła, widzę, że matczyne oczy dobrze wypatrzyły, matczyna głowa dobrze wydumała. A po roku ludzie wszystkie mnie zazdrościli. Kobieta była zdrowa jak rzepa, a w robocie mocna jak koń i, największa osobliwość, bez języka. Bo niema na całym świecie gorszej cho-