Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



CZARNY CHLEB

Pociąg kolei żelaznej przeleciał po moście i wstrząsnął łoskotem martwą ciszę pustkowia. Linja szła przez bagna i rozlewy leniwej rzeki i przerzynała wielki szmat tych mokradeł białą taśmą sztucznego nasypu. Wokoło — jak okiem sięgnąć — był obszar monotonny czarnych wód, niskich łóz i bezdennych torfowisk, pokrytych rzadką trawą i siwym mchem. Nikt tu nie kosił, ani tu się osiedlał i jedynym mieszkańcem był stróż z dalekiego dworu, pilnujący przylegającego do tych bagien lasu. Właściwie służba jego potrzebna była tylko zimą, gdy lody i mrozy utrwalały moczary; latem nikt tam się dostać nie mógł.
Człowiek mieszkał w szarej, starej chacie na tak zwanem «ostrówku», nie miał ni ogrodu, ni pola do uprawy, więc dla zabicia czasu polował i łowił ryby. Polowanie nie bardzo się udawało, bo strzelbę miał lichą, dworską, kupioną u kowala za dwa ruble, brakło też często prochu i pistonów, ale kosze na ryby sam sporządzał misterne i posiadał łódkę, zrobioną ze starego koryta, więc połów bywał obfity. Rybą się żywił, rybę suszył i po całych dniach się tem zabawiał.
Zdarzyło się, że niedaleko mostu żelaznego bobrował po rzece, gdy w kwadrans po przejściu pociągu posłyszał na moście jakiś szmer. Podniósł oczy, przesłonił je od słońca i ujrzał w czerwonej łunie