Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


padku wcale nie mówić, ludzi nie rozciekawiać — wspólników w opiece nie mieć. Więc gdy się znalazł w izbie telegrafu, na tej zgubionej w pustce, nędznej stacyjce, ucieszył się, widząc, że dyżurnym jest zaspany pomocnik, niedawno przybyły. Położył papier, pieniądze i czekał w progu. Urzędnik odczytał półgłosem:
Buki — doktór Barski. Kiedy pogrzeb Seweryna — Stefan.
Potem szukał stacji po księgach, potem wypisał kwit, odliczył resztę i ziewając, wziął się do aparatu.
— A czy prędko będzie odpowiedź, bo ja czekam? — rzekł chłop.
Urzędnik apatycznie ruszył ramionami.
A w szarej chacie na pustkowiu, obcy przybysz leżał na ławie bez ruchu, bez woli, bez siły nawet do myśli porządnej. Gdy chłop odjechał, przez sekundę żałował, że wysłał to pytanie bezsensowne, ale odwołać, cofnąć, nie miał siły. Potem zapadł napowrót w jakiś letarg. W uszach słyszał jakby szmer sypiącego się powoli piasku, przez powieki zamknięte widział coś, jakby otchłań szaro-burą, pociętą brudno-krwawemi kreskami, w ustach czuł cierpką gorycz. Ręce, nogi, głowa zdawały się ciężkie jak ołów, niezdolne do ruchu, chwilami tylko odczuwał w ciele dreszcz, a w mózgu zawrót i znowu nic — nic — nic!...
Aż z tego śmiertelnego odrętwienia zbudził go szelest u okna, furkot skrzydeł ptasich i świergot. Podniósł ciężkie powieki. Przez stłuczoną szybę wpadła do izby sikora. Goniła owad jakiś i przerażona poczęła rozpacznie tłuc się do szyby, do słońca, do swobody. Za oknem odpowiadało jej wołaniom ćwierkanie towarzysza, zawtórował też z pod strzechy pisk niemowląt.
Człowiek przyglądał się i odczuł w mózgu uderzenia ptasich piersi o taflę szklaną — bólem. I dźwi-