Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/170

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Umilkli — słuchali. W toni plusnęła czasem ryba, ćwierkały dyskretnie świerszcze, od lasu przeszedł poszum, z nieba oderwało się gwiazd parę, po krzakach, zda się, słychać było oddech uśpionych ptasząt.
    — Śliczna noc — szepnął gość.
    Drzwi chaty skrzypnęły i spłoszył ciszę głos powolny chłopa:
    — Wieczerza na stole a siana usłałem bogato na ławie. Niech panowie powieczerzają i legną, bo już kurki na niebie wstają. Późno. Rosa zacznie padać, zdrowiej przy kominie.
    — Chleb jest, Symonie?
    — Jest, panoczku, tenże sam, świeży, zdrowy. Niech panom smakuje!
    — Pójdźmy! Opowiesz nam co jeszcze o nim.