Cierpienia młodego Wertera/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Johann Wolfgang von Goethe
Tytuł Cierpienia młodego Wertera
Pochodzenie Bibljoteka Narodowa
Redaktor Zygmunt Zagórowski
Wydawca Krakowska Spółka Wydawnicza
Data wyd. 1922
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Die Leiden des jungen Werthers
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

Nr. 22
BIBLJOTEKA NARODOWA
Serja II

JAN WOLFGANG GOETHE
CIERPIENIA
MŁODEGO WERTERA
PRZEŁOŻYŁ
FRANCISZEK MIRANDOLA
OPRACOWAŁ
DR. ZYGMUNT ZAGÓROWSKI
KRAKÓW
NAKŁADEM KRAKOWSKIEJ SPÓŁKI WYDAWNICZEJ
KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.
1922






WSTĘP
I
GENEZA »CIERPIEŃ MŁODEGO WERTERA«

Okres »burzy i naporu«. W siódmem dziesięcioleciu XVIII wieku powstał w Niemczech nowy prąd literacki, który jednak bynajmniej nie chciał ograniczać się tylko do literatury — owszem, młodzi poeci tego okresu czerpali tematy z życia i chcieli w życiu społecznem czy publicznem zaważyć i swoją osobistością i swoją twórczością. Kierunek ten, który był naturalną reakcją przeciw zatęchłej atmosferze w życiu i literaturze pierwszej połowy XVIII wieku w Niemczech, był prawdziwie rewolucyjnym w życiu i literaturze. Nie przyszedł on bez przygotowania uprzedniego. Już Klopstock swoją uczuciową poezją, coprawda w pewnych wytkniętych i przez siebie ściśle przestrzeganych granicach, starał się dać nowy wyraz uczuciu. Niemal równocześnie trzej wielcy pisarze poczynają potężnie oddziaływać na rozwój nowego kierunku w Niemczech: Russo, Hamann i Herder.
Russo wystąpił jako bojownik o prawa natury, Hamann i Herder zwracali uwagę na prawdę i naturalność w poezji, doszukując się jej głównie w poezji ludowej. Młodym te hasła nie wystarczały, wyszli daleko poza nie, nie zadowalali się już w życiu i poezji tem, co wielkie, lecz szukali tego, co niezmierzone — i niezwykłe. Nie to, co jasne i zrozumiałe, staje się przedmiotem twórczości, lecz prawdy nadprzyrodzone, dalekie, niedające się objąć zmysłami. Odwrócono się więc zarówno od dogmatów religijnych, jak i od racjonalizmu, mistycyzm estetyczny i religijny znalazł natomiast zapalonych wielbicieli. Im większą presję wywierano pod względem politycznym, im bardziej jej musiano pod tym względem ulegać, tem większej swobody domagano się w dziedzinie uczucia i estetyki. Zrywano z wszelkiemi pętami prawideł i reguł, a decydującym był pierwiastek boski tlący w poecie, jego genjusz. Ten genjusz żądał swobody i niekrępowania w życiu, sztuce i nauce. Wszystko, co krępowało indywidualność, jakbyśmy dziś powiedzieli, było w ich oczach bezprawiem, niesprawiedliwością. Zatem, jeżeli chodzi o twórczość artystyczną — nie należy powodować się regułami i ciasnemi przepisami, lecz dążyć do oryginalności i swobody. Te pierwiastki znajdzie każdy w pierwszym rzędzie w naturze, ona zatem powinna być mistrzynią twórczości. Zrywają więc przedstawiciele epoki »genjuszy« z poetami, którzy tworzyli wedle reguł Horacego czy Vidy, a podziwiają w pierwszym rzędzie poezję ludową, następnie zaś te dzieła, które są niezaprzeczonym wytworem genjusza poezji ludowej i odzwierciedleniem duszy narodu. Homer zatem staje się w pierwszym rzędzie wzorem niedościgłym. Biblja nie jest już dla poetów z okresu genjalności lub »burzy i naporu« — jak ten okres później według tytułu dramatu Klingera Sturm und Drang nazwano — świętą księgą rytualną, — to kopalnia pieśni i podań ludowych, a Pieśń nad pieśniami to potężny hymn namiętnej miłości. To wzory dla epiki; dla poezji dramatycznej wzorem — Sofokles i Ajschylos, a zwłaszcza Szekspir, w liryce szczytem doskonałości Osjan. Wszystko to nie miały być jednak wzory do naśladowania, były to tylko przykłady, jakiemi wypada iść drogami, aby dojść samodzielnie do tego celu, jaki osiągnęli tamci.
Goethe w Strassburgu. Istotny, głośny wyraz znalazła epoka »burzy i naporu« w dziełach Goethego, który dziwnym a dla literatury szczęśliwym zbiegiem okoliczności podczas swego pobytu w Strassburgu (1770) zetknął się z Herderem i umiał ten traf wykorzystać. Niemal codzienna wymiana zdań z Herderem (który coprawda był tylko o pięć lat starszy od Goethego, posiadał jednak bogaty zapas doświadczenia i był już człowiekiem o ugruntowanych poglądach) przyniosła Goethemu niesłychane korzyści. Herder zwrócił uwagę Goethego na Homera, Szekspira, Osjana, biblję i pieśń ludową. Goethe wchłonął te wpływy i wkrótce z niesłychaną a właściwą mu żywotnością dał wyraz swym zmienionym poglądom w dwu dziełach, które znamionują czynną i bierną stronę haseł tej epoki. Götz von Berlichingen to wielki manifest rewolucyjny — Werther to obraz epoki i ludzi tego czasu.
Pobyt w Strassburgu przygotował w duszy Goethego niemal wszystkie te pierwiastki, które miały być kamieniem węgielnym jego twórczości w najbliższym okresie. Wkrótce miało i życie dostarczyć Goethemu materjału i przeżyć do Cierpień młodego Wertera. Po powrocie z Strassburga, gdzie ukończył swe studja prawne, wrócił Goethe na pewien czas do macierzystego Frankfurtu, a wkrótce potem wyjechał do Wetzlaru.
Pobyt w Wetzlarze. W połowie maja 1772 r. — w najpiękniejszej porze roku — przybył Goethe do Wetzlaru, nie z własnej zresztą chęci. Wysłał go tu jego przewidujący ojciec, który syna skierował na drogę studjów prawnych, by go przygotowały do objęcia w przyszłości wybitnego stanowiska na jednym z licznych wówczas w Niemczech dworów. Cztery miesiące pobytu w Wetzlarze należały w życiu Goethego do najprzyjemniejszych przeżyć i wywarły na jego twórczość wpływ doniosły.
Aby młody Goethe mógł swe studja praktycznie uzupełnić i pogłębić, miał pracować w charakterze praktykanta przy sądzie najwyższym w Wetzlarze. Mało jednak interesował sic procedurą prawną i orzeczeniami sądu najwyższego.
Nie dawało mu też zadowolenia towarzystwo miejscowe. Ludzie, którzy je tworzyli, byli sztywni, urzędowi, kryjący się nawet z każdem słowem cieplejszem. »Wypada« — »nie wypada« rządziło bezwzględnie. Kastowość do śmieszności posunięta sprawiała, że Goethe, mieszczanin frankfurcki, nie mógł bywać swobodnie w domach miejscowych dygnitarzy. Nie brał tego jednak poeta głęboko do serca, lecz oddał się cały przeżywaniu wrażeń, jakie mu niosło miasteczko, jego okolica i życie samo. Beztroskie dni płynęły swobodnie młodemu prawnikowi, który sam uważał ten okres niejako za ciąg dalszy swych lat uniwersyteckich. Okolice Wetzlaru dostarczały młodemu poecie wielu pięknych wrażeń. Dwie okoliczne wioski: Garbenheim i Volpertshausen stały się celem jego częstych przechadzek. Zwłaszcza pobliskie Garbenheim stało się wkrótce jakby jego siedzibą. Pod lipą, ocieniającą mały placyk przed gospodą, siadywał i rozczytywał się w Homerze lub spożywał skromny posiłek wiejski, którego mu z gospody dostarczano. Goethe nie był jednakże nigdy samotnikiem, owszem szukał ludzi i chętnie z nimi przestawał. Zbliżył się i tu wkrótce do grona młodych ludzi, praktykantów i urzędników sądowych, którzy niemieckim zwyczajem skupiali się w stowarzyszeniu, mającem zresztą wyłącznie cele towarzyskie. Członkowie tego towarzystwa schodzili się regularnie w jednej z miejscowych gospód. Do tego grona należeli młodzi dyplomaci i prawnicy: baron Kielmannsegge, Goné, Gotter, Wilhelm Jeruzalem i inni.Tu wreszcie poznał Goethe starszego o ośm lat od siebie Jana Chrystjana Kestnera. Wpierw jednak miał sposobność poznać i zbliżyć się do jego narzeczonej, 19-letniej Karoliny Buff, córki Henryka Adama Buffa, jednego z miejscowych urzędników. Poznanie odbyło się niemal dosłownie w tych warunkach, jak je Goethe opisuje w Cierpieniach. Z końcem czerwca urządziło grono prawników w trzeci dzień Zielonych Świąt zabawę wiejską w domku myśliwskim w Volpertshausen. Goethe, który towarzyszył dwom panienkom, podjął się wstąpić po drodze po nieznaną sobie dotychczas córkę Bulla. Lota podbiła odrazu serce Goethego; przyszło jej to tem łatwiej, że wcale się o to nie starała.
Z zupełną naturalnością, brakiem pretensji, łączyła ta piękna dziewczyna wiele wdzięku. Nie troszcząc się wcale o to, jakie wrażenie sprawi, oddała się Karolina cała zabawie i tem głębsze wywarła wrażenie. Zabawa, w której wzięli udział prawie wszyscy młodzi przyjaciele Goethego, przeciągnęła się do rana. Nazajutrz Goethe uważał za stosowne dowiedzieć się o zdrowie towarzyszki wczorajszego wieczoru — i odtąd stał się stałym gościem na leśniczówce, gdzie mieszkał ojciec Karoliny. Goethe wszedł niejako w kółko rodziny Loty, która była wyjątkowo liczna. Matka Karoliny odumarła w roku 1770 (więc przed dwoma laty) dwanaścioro dzieci, z których Karolina, wówczas 17-letnia, była drugą z rzędu. Karolina wkrótce zastąpiła matkę w pracach domowych i stała się duszą domu. Uznawana przez wszystkich, kochana przez narzeczonego, uwielbiana przez rodzeństwo, była słońcem, koło którego obracało się całe życie tego skromnego domu urzędniczego. Goethe kochał, kochał bez nadziei i bez zamiaru połączenia się z Karoliną, która może niezupełnie obojętna na uczucia Goethego, kochała przecież Kestnera. Kestner nie psuł idylli i mimo pewnych zastrzeżeń, jakie w duszy swej czynił, nie zdradzał niechęci ku Goethemu, którego zalety i zdolności w pełni uznawał. Lecz ten nienaturalny stosunek nie mógł trwać długo — musiało przyjść przesilenie.
Przyszło 13-go sierpnia. Podczas nieobecności Kestnera, który musiał często wyjeżdżać w sprawach urzędowych, Goethe posunął się tak daleko, że ucałował Karolinę, cudzą narzeczoną. Karolina uwiadomiła zaraz o tem Kestnera. Gdy Goethe zjawił się w dwa dni później, doznał bardzo chłodnego przyjęcia, a Lota czyniła mu nazajutrz gorzkie wyrzuty. Mimo to, pozornie stosunki pozostały bez widocznej zmiany. Dzień 28 sierpnia, który był zarówno dniem urodzin Goethego jak i Kestnera, obchodzono uroczyście wspólnie. Jeszcze dwa tygodnie pozostał Goethe w Wetzlarze. Uczucie jednak, dotąd tłumione i miarkowane w granicach towarzyskich stosunków, nie wystarczało mu już teraz. Przeradzać poczęło się gwałtownie w namiętność, która zaczęła nurtować poetę coraz głębiej. Goethe postanowił się usunąć — i wyjechał nagle, bez pożegnania, 11-go września rano — zostawiając listy dla Kestnera i Karoliny.
Przeżycia po wyjeździe z Wetzlaru. Goethe usunął się z Wetzlaru, ponieważ nie chciał tracić panowania nad swojem uczuciem. Z chwilą, gdy spostrzegł, że uczucie staje się namiętnością, postanowił je wyrwać z duszy. Zabawiwszy krótki czas w domu Zofji La Roche, cenionej pisarki i przyjaciółki niegdyś Wielanda, Goethe znalazł się w Frankfurcie, gdzie dziesiątego dnia po wyjeździe z Wetzlaru odwiedził go Kestner. Uczucie dla Karoliny nie wygasło jeszcze; ślady tego spotykamy w listach Goethego do niej z tego okresu. Dzień ślubu Karoliny z Kestnerem zatajono przed Goethem, który chciał w dniu ślubu zdjąć ze ściany sylwetkę swej ukochanej i schować ją. Skoro jednakże dzień krytyczny przeszedł, a sylwetki nie zdjęto, postanowił Goethe zatrzymać ją nadal na ścianie.
Nastrój pomiędzy młodzieżą przebywającą w Wetzlarze był jakiś niezdrowy i nienaturalny. Świadczy o tem chociażby pogłoska o samobójstwie jednego z przyjaciół Goethego, Goné’go.
Ta pogłoska okazała się fałszywą, wkrótce jednak rozeszła się inna wiadomość, tym razem prawdziwa: wieść o samobójstwie młodego Wilhelma Jeruzalema. Wiadomość o śmierci tego młodego człowieka wstrząsnęła wprost poetą. Wkrótce odwiedził Goethe osobiście Wetzlar i przebywał tu 4 dni (od 6 — 10 listopada). Podczas tego pobytu zbierał troskliwie wiadomości o okolicznościach towarzyszących śmierci Jeruzalema, i uprosił Kestnera, aby mu opisał szczegółowo cały wypadek. Kestner spełnił jego życzenie i w połowie listopada nadesłał przyjacielowi obszerny i szczegółowy, chociaż nieco kronikarski, opis ostatnich chwil życia nieszczęśliwego młodzieńca.
Wilhelm Jeruzalem był człowiekiem bardzo uzdolnionym, o głębszem filozoficznem wykształceniu, które mu zyskało przyjaźń Lessinga. Był on w tym samym czasie studentem uniwersytetu lipskiego, co i Goethe, lubiąc jednak samotność stykał się z nim mało, zarówno tam, jak i w Wetzlarze. Zajmowały go żywo różne filozoficzne zagadnienia, zwłaszcza kwestja samobójstwa, której bronił w jednej ze swych rozpraw. Nadzwyczaj, wręcz chorobliwie wrażliwy i ambitny, odczuwał bardzo żywo każdą przykrość. A nie brakło mu ich w ostatnich tygodniach jego krótkiego życia. Przedewszystkiem stosunek służbowy do przełożonego był wprost nieznośny, tak, że ten żądał usunięcia Jeruzalema. Ponadto zabolało go niezmiernie przykre zdarzenie, jakiego stał się ofiarą w domu prezydenta, hrabiego Bassenheim, który niemal zmuszony opinją zgromadzonej na przyjęciu arystokracji miejscowej, musiał przeprosić młodego urzędnika, mieszczańskiego pochodzenia, i prosić go, by opuścił salon, gdyż towarzystwo nie chce przebywać razem z nim — nieszlachcicem! Skoro do tego przyłączyła się nowa jeszcze przykrość: zakaz bywania w domu sekretarza Herda, którego żona była przedmiotem jego miłości, Jeruzalem postanowił odebrać sobie życie. Postanowienie to wykonał, pozbawiając się życia 30 października 1772 r. wystrzałem z wypożyczonego od Kestnera pistoletu.
Pomysł »Cierpień młodego Wertera«. Wieść o śmierci Jeruzalema rozstrzygnęła o powstaniu Wertera. Nastrój duchowy Goethego po powrocie z Wetzlaru, konieczność rozłąki z Karoliną, wahania wewnętrzne: czy szukać powodzenia i sławy jako malarz czy jako poeta — wszystko w połączeniu z tym nastrojem, który charakteryzuje autorów z okresu »burzy i naporu«, sprawiło, że Goethe sam nosił się z myślami samobójczemi. Myśli te były z pewnością raczej teoretyczne, młody poeta bawił się niemi, drapował się w nie niejako, niemniej istniały one w jego duszy. Wtem odebrał wieść, że człowiek, którego znał, który był w podobnej sytuacji życiowej, znalazł z niej takie proste ale tragiczne wyjście. Sam Goethe świadczy, że jedynym sposobem zepchnięcia ze swej duszy dręczącego go stanu była konieczność przeżycia raz jeszcze swej przeszłości i przetworzenia jej w dzieło sztuki. Brakło mu jednak akcji, brakło rozwiązania. Śmierć Jeruzalema rozwiązywała to zadanie. Goethe wyznaje sam, że w tej chwili znalazł plan do Wertera, a całość pomysłu zamknęła się ze wszech stron i stała się jednolitą masą.
Jesteśmy świadkami przedziwnego procesu stopienia się dwóch pierwiastków, zjawiska częstego i u Goethego i u innych poetów, może nigdzie jednak nie występującego w takiej typowej formie: Bohater powieści otrzymuje wiele rysów duchowych autora (Werter w I części), a nie tracąc ich w dalszym rozwoju akcji, upodabnia się jednak do osoby innej (Werter w II części).
Jeszcze jedno przeżycie Goethego złożyło się na całość tych wrażeń, które dostarczyły materjału do Wertera. W kilka dni po wyjeździe z Wetzlaru poznał Goethe w domu pani La Roche jej córkę Maksymiljanę, podówczas 16-letnią panienkę, która wywarła na nim wielkie wrażenie. Goethe stwierdza w swej autobiografji: »Bardzo to miłe wrażenie, gdy budzić się w nas poczyna nowa namiętność, nim dawna jeszcze całkiem zamilkła«. Goethe przestawał jednak z Maksymiljaną La Roche zaledwo kilka dni — wkrótce podążył dalej. Losy zbliżyły ich jednak raz jeszcze. W początkach 1774 r bywał Goethe w Frankfurcie w domu Maksymiljany, gdy ta była już żoną bogatego kupca Brentano. Kiedy Kestner nie okazywał zazdrości, to przeciwnie Brentano nie taił się z tem uczuciem, nie obeszło się zatem bez przykrych dysonansów, skutkiem czego Goethe zaprzestał bywać w domu Brentanów. W ten sposób własnem doświadczeniem zdobył nowy, ostatni materjał do Wertera. Zazdrosny mąż Loty — Albert i stosunek Wertera do kobiety zamężnej tu mają swe źródło.
Czas powstania utworu i jego dwie redakcje. Goethe, wywiadując się w czasie pobytu w Wetzlarze o szczegóły śmierci Jeruzalema i prosząc Kestnera o pisemną o niej relację, miał już zupełnie jasny zamiar literackiego zużytkowania swych przeżyć duchowych. I rzeczywiście już w ciągu roku 1773 kilkakrotnie zabierał się do tego zadania, nie udawało się ono jednak narazie; zresztą poeta nie mógł się początkowo zdecydować, czy nadać utworowi formę dramatu, czy też powieści. Wreszcie zdecydował się na formę listów, która zapewniała możność bezpośredniego wyrażania przeżyć bohatera. Na serjo rozpoczął jednak swe dzieło dopiero 1 lutego 1774 roku i skończył je w ciągu czterech tygodni, nie rzucając wpierw na papier planu całości. Jest uzasadnione przypuszczenie, że przy pisaniu pierwszej części posługiwał się Goethe swemi notatkami z czasu pobytu w Wetzlarze i swemi listami z tego czasu, pisanemi do jednego z przyjaciół, Mercka, i do siostry, Kornelji.
W czerwcu 1774 r. oddał poeta gotowy rękopis pod prasę drukarską, w jesieni książka znalazła się w rękach czytającej publiczności. Powodzenie było niesłychane, księgarnia nakładowa (Weyganda) wydała w krótkim przeciągu czasu sześć wydań, a równocześnie ukazał się cały szereg nieuprawnionych przedruków. Dziwnym zbiegiem okoliczności jedno z takich wydań wziął Goethe za podstawę przeróbki Wertera, do czego zamierzał przystąpić w latach 1781 — 1782. W Cierpieniach Wertera napisał poeta: »autor psuje zawsze swe dzieło, gdy w drugiem wydaniu zmienia opowieść, choćby nawet starał się uczynić ją poetyczną i kompletniejszą«[1]. Goethe nie poszedł za tą radą i przystąpił do wprowadzenia pewnych zmian w Werterze. Wtedy dodał te ustępy, które mówią o przeżyciach wiejskiego chłopca, a także pewną ilość listów. Najwięcej zmian doznała pierwsza część uwag wydawcy. Goethe starał się głównie złagodzić jaskrawe barwy, jakiemi odmalował stosunek Alberta do Loty i Wertera. Także stosunek Loty do Wertera starał się bliżej określić, wstawiając pewne uzupełnienie po liście Wertera z 20 grudnia. Tak poprawiony rękopis był podstawą wydania Wertera z roku 1787 (Goethes Schriften, I Band, Leipzig 1787). Ta redakcja Cierpień młodego Wertera jest podstawą niniejszego tłumaczenia.

II
ROZBIÓR »CIERPIEŃ MŁODEGO WERTERA«

Wpływy literackie. Powieść XVII i początków XVIII w. z lubością przedstawiała nadzwyczajne przygody, awanturnicze i niezwykłe przeżycia. Bohaterowie jej brani byli z jakichś odległych sfer, zresztą musieli to być książęta i królowie z legendarnych, a co najmniej orjentalnych krajów. Typowemi okazami tego kierunku były powieści Zieglera Asiatische Banise (1688) i Schnabla Insel Felsenburg. Grube ich foljały przypominały jeszcze bardzo średniowieczne romanse. Wkrótce przecież powiał nowy duch w powieści Zachodu. Wystąpił w Anglji Samuel Richardson (1689 — 1761) z powieściami Pamela albo Cnota nagrodzona (1741), Clarissa (1748) i Grandison (1753); nie starając się wzbudzić zainteresowania czytelników opowiadaniem zamorskich przygód bohaterów, zachwycił ich pogodnym obrazem życia familijnego, szczególny nacisk kładąc na obrazy sławiące cnotę. Znaczenie tych powieści, pisanych w formie listów, polega na zbliżeniu powieści do życia — wprowadzeniu do powieści problemów, jakie niosło ze sobą życie bieżące. Wprawdzie tematy powieści Richardsona były jednostronne i zabarwione silnie pierwiastkiem moralizatorskim, niemniej jednak wskazywały nowe dziedziny dla rozwoju powieści. W ślady Richardsona poszli w Niemczech: Gellert, Hermes i Zofja La Roche.
Powieść europejska zyskała wreszcie nowe dzieło, które na rozwój twórczości powieściowej i wzrost uczuciowości niesłychany wywarło wpływ: Julie, ou la Nouvelle Héloïse (1761) Russa. Tu przemówił autor językiem miłości, odbiegł od czczego moralizatorstwa Richardsona, odezwał się głosem serdecznym, zainteresował świat tem, co stanowi istotne szczęście ludzkie. Świetnym językiem wypowiedziane nowe poglądy na istotę miłości, moralności i religję, państwo i życie, wykształcenie i cywilizację, wywarły w całej Europie niesłychane wrażenie. Obok Russa w umysłowem życiu Europy zaważył jeszcze w tym czasie trzeci powieściopisarz: Goldsmith, swą książką Pleban z Wakefieldu (1776), w której ogarnęła czytelników czysta atmosfera idyllicznych stosunków na cichej, odległej wsi. Umysły zmęczone odczytywaniem nieprawdopodobnych przygód, ludzie szukający ostoi i spokoju, znaleźli tu jakby przystań dla swoich upodobań i istotnych życiowych zamiłowań.
Nie trzeba przypominać, że Goethe był bardzo gorliwym czytelnikiem tych wszystkich utworów, które poprzedziły Wertera. Wszystkie wywarły też pewien wpływ na powstanie Cierpień, — najgłębszy i najistotniejszy był wpływ Russa.
Przedewszystkiem już szata zewnętrzna utworu: forma listów, podobna jest jak u Richardsona i Russa. Gdy jednak u Russa mamy wymianę listów kilku osób, u Goethego są to listy Wertera, jego autobiografja złożona z urywków z jego listów, pamiętników, oraz uwag wydawcy. Pozatem Goethe umiał przeprowadzić większą koncentrację utworu. Russo nie waha się wplatać w swe opowiadanie licznych epizodów i traktacików o rozmaitych kwestjach, nieraz niemających z akcją nic wspólnego, — u Goethego wszystkie epizody zmierzają do jednego artystycznego celu, a z teoretycznych rozważań znajdujemy tylko dysputę o samobójstwie, co jest w ścisłym związku z akcją utworu. Zarówno Russo jak Goethe występują jako wydawcy listów swoich bohaterów. Goethe jest jednak daleko dyskretniejszy: nie wydaje sądu o bohaterze swego’utworu, siara się być objektywnym, — tylko w krótkim wstępie od wydawcy daje wyraz uznaniu dla zalet charakteru i umysłu nieszczęśliwego Wertera.
Zarówno Goethe jak Russo są malarzami nieszczęśliwej, jakkolwiek odwzajemnionej miłości. U obydwóch mamy taką samą sytuację życiową, — w obu powieściach występują trzy osoby, pozostające w ścisłych stosunkach ze sobą: mąż, żona i nieszczęśliwy kochanek. Tylko gdy akcja (jeżeli tok zdarzeń w Werterze tak nazwać można) toczy się u Goethego kilka kwartałów, u Russa trwa latami. Zarówno Russo jak i Goethe tworzą nowy język język miłości. Bohaterowie obydwu utworów, a więc zarówno St. Preux jak i Werter, tak samo wybuchają łzami, skargami, jednem słowem zewnętrzne objawy uczucia są u obydwóch jednakie, Różnica pomiędzy nimi bije jednak w oczy; Werter jest głębszy, wszechstronniejszy, — dla niego myśli o samobójstwie nie mogą pozostać teoretycznem rozważaniem, on musi z nich wysnuć konsekwencje.
Charakterystyczną dla obu jest także podstawa kolizji: u jednego (St. Preux) jest nią różnica stanu, u drugiego pierwiastek etyczny. Obydwaj kochają naturę, obydwaj wielbią przyrodę — obydwaj mają zamiłowanie w parkach angielskich. Russo wielbi jednak naturę dziką, potężną, romantyczną, Werter odczuwa ją w każdym przejawie, zatapia się w niej i stara się z nią jak najściślej zespolić (do czasu swej przemiany duchowej).
Aby nie rozwijać dalej porównań, wystarczy wspomnieć jeszcze, że Russo idealizuje życie wiejskie, przedstawiając je lakiem, jakiem według jego zdania być powinno, Goethe zaś, malując życie wiejskie takiem, jakie ono jest, widzi w niem skarby poezji. Dzieci w Nowej Heloizie są wreszcie dziećmi wychowanemi w pewnej kulturze, — przeciwnie Werter wielbi w dzieciach ich naturalność i naiwność.
Inne wpływy, jakie działały na Goethego w okresie pisania Cierpień młodego Wertera, uwidocznią się przy rozpatrywaniu lektury i zamiłowań literackich samego Wertera.
Zamiłowania literackie i artystyczne Wertera. Werter żyje bujnem życiem duchowem, w którem wielką rolę odgrywają wspomnienia jego lektury. Niemal wszystkie wrażenia, jakie przeżywa, oddaje przez pryzmat refleksyj i reminiscencyj, wywołanych przetrawioną i głęboko odczutą lekturą. Werter nie może czuć bezpośrednio, sobą jest rzadko, i nawet w chwilach wielkiego podniecenia ducha mówi słowami poznanych arcydzieł literatury światowej.
Przedewszystkiem w krew weszły mu podania ludowe. Jak jest wielkim miłośnikiem dzieci, tak szczególnie umiłował wiek dziecięcy swego narodu i ludzkości. Stąd zamiłowanie do podań ludowych, które dostarczają mu stale porównań. Widzi więc oczyma swej fantazji duchy dobroczynne, zamieszkujące studnie i źródła[2]. Do studni w pobliżu miasta, która jest ulubionym celem jego spacerów, czuje się przywiązany niby Meluzyna[2]. Gdy czuje, że się oderwać od Loty nie może i że zbliża się ku katastrofie życiowej, porównywa siebie ze statkiem, który pod działaniem góry magnetycznej naoślep pędzi ku owej górze i rozbija się o nią z trzaskiem[3]. Sam karmi rodzeństwo Loty baśnią o księżniczce, obsługiwanej przez czarodziejskie ręce[4]. I niemal sam podziela tę wiarę dziecięcą: gotów klękać przed Lotą, gdy ta każe dziecku obmywać swą twarz w żywem źródle, by nie dopuścić jej zeszpecenia. Patrzył na ten obrzęd z takim szacunkiem, jak na obrzęd chrztu[5].
Narówni z temi śladami dzieciństwa swego narodu ceni Werter i poważa pomniki literatury Żydów i Greków. I dziwnie się splata w jego umyśle obraz dawnych stosunków społecznych u tych dwóch narodów. Obejmuje je jedną nazwą: »patrjarchalne«, i te czasy patrjarchalne stają mu zawsze przed oczyma, ilekroć widzi nieskomplikowane stosunki współczesne. Biblja dla Wertera (tak jak dla Herdera) nie jest pomnikiem wiary, dziełem objawienia, — to owoc najpiękniejszej poezji, to kwiat uczucia i myśli z patrjarchalnego okresu życia ludzkości. Porównania biblijne, zwroty z Pisma św. wysuwają się z pod jego pióra nieoczekiwanie, a nawet w chwili najżywszej, najgorętszej miłości wyraża swe uczucie słowami Pieśni nad pieśniami.
Z światem Biblji miesza się i łączy świat homerycki. Długo, długo jest Homer najulubieńszą lekturą Wertera i towarzyszy mu w jego dalekich przechadzkach. Do duszy jego przemawia jednak nie Iliada, lecz Odysseja, a w niej zwłaszcza obrazy spokojnego życia. Ta lektura uspokaja go i ucisza jego wzburzone serce. Homer to dobry, niezawodny przyjaciel. A przecież żegna go Werter, z serca jego wypiera go Osjan. Osjan przemówił do niego głęboką swą melancholją, dał mu możność roztopienia się w ponurych myślach, kierował jego duszę w mroki niebytu.
Gorące odczucie przyrody, prawie jej uosobienie, było tym mostem, po którym cienie osjanowych bohaterów wkraczały w duszę Wertera i mrokiem ją osłaniały, prowadząc ku bramie śmierci. Osjan wyrwał go z ramion Homera. Przejście od rozkoszowania się patrjarchalnemi obrazami życia homerowych bohaterów do odczuwania i przeżywania cierpień i smutków bohaterów Osjana dokonywa się w miarę zaciemniania się horyzontu uczuć i myśli Wertera. Samobójstwo poprzedza długie rozkoszowanie się w tonach Pieśni Selmy, a z epilogu Berzathonu zapożycza Werter frazesów w przedśmiertną godzinę.
Kult Homera i kult Osjana dzielą cały utwór na dwie części. Tylko przez krótką chwilę wpływ ten się splata, — wpływ Osjana jest jednak potężniejszy. Osjana, nie Homera, Werter tłumaczy. Osjan zwycięża: Werter ginie...
Obok Osjana wpływ na psychikę Wertera wywarły także Younga Myśli nocne. Lecz są wpływy jeszcze i inne: Werter żyje pod silnem wrażeniem Russa, którego idee przenikają go nawskróś. Nazwisko to nie jest wypowiedziane ni razu, ale tylko dlatego, że było to hasło powszechne, hasło najdroższe — wspólne Werterowi i jego pokoleniu. Jeżeli samo wypowiedzenie nazwiska Klopstocka wystarcza, aby scharakteryzować nastrój chwili i porozumieć się z Lotą, nazwiska Russa nawet wymieniać nie było potrzeba. Po Russie Klopstock jest dla Wertera i Loty świętością, — jego Ody hasłem. Wreszcie przemawiają do Wertera wszystkie te utwory powieściowe, które malują codzienne troski i radości życia, są obrazem naiwnej rzeczywistości, nie odbiegają od życia realnego, — od natury. Zatem Oliwera Goldsmitha Vicar of Wakefield oraz tegoż autora Deserted Village, a z niemieckiej literatury powieści Hermesa i Zofji La Roche znajdowały jego i Loty uznanie.
Przez pryzmat literatury Werter odczuwa życie; inaczej oddziaływa na niego muzyka. Werter ma swe ulubione melodje i tony ich przywracają mu równowagę ducha, zwłaszcza gdy wypływają z pod palców Loty. To działanie muzyki zawodzi jednak w chwili, kiedy miłość Wertera przeradza się w głęboką namiętność, w chwili, gdy zupełnie traci nad sobą panowanie. — Z nad brzegu przepaści tony niezdolne go wyrwać.
Werter jest zresztą sam artystą: rysuje; twórczość jego jednak trwa tak długo, jak długo ma spokój duszy. Przestaje rysować zarówno wtedy, gdy zatapia się w kontemplacji natury z całą pasją i namiętnością właściwą mu w każdej sprawie, jak i wtedy, gdy pogrąża się w miłość lub rozpacz. »Niezdolny rysować, niezdolny położyć kreski, czuję mimo to, że nigdy większym nie byłem malarzem, jak w tej chwili«[6]. Tak samo później wypada mu ołówek z rąk, gdy pragnie oddać piękność Loty. Miłość tak opanowuje jego duszę, że niezdolny jest odtworzyć objektywnie piękności uwielbianej przez siebie kobiety. W listach maluje jednak Werter kilka obrazków rodzajowych, które stanowią wdzięczny temat dla ilustratora[7]. Podobnie jak bohater Russa, nie krepuje się Werter żadnemi prawidłami estetycznemi, — jedynym prawodawcą w dziedzinie sztuki jest sama natura. Natura, według niego, »kryje największe skarby i ona sama wydaje największych mistrzów«. Prawidła i reguły mogą się, jego zdaniem, przyczynić do tego, że artysta uniknie błędów i nie stworzy rzeczy bezwzględnie złej, lecz stworzy — przeciętną. Porywów genjusza twórczego hamować nie wolno: reguły mogą być tylko dla ludzi przeciętnych; ludzie, którzy mają coś do powiedzenia, muszą słuchać wewnętrznego głosu — oraz natury. Podobnie szczyt poezji widzi w tem, jeżeli poeta potrafi wiernie oddać rzeczywistość, która, nawet gdy chodzi o przejawy uczucia i u warstw najniższych, jest pełna poezji i głębi. Wyrażenie prostoty i szczerości uczucia na tle normalnych stosunków życiowych tworzy prawdziwego artystę.
Ten pogląd estetyczny tłumaczy także zakres zainteresowań Wertera: działają na jego duszę tylko utwory, które są bezpośredniem, naiwnem odtworzeniem życia, nie zaś wytworem fantazji czy rozumu.
Werter jest religijny, religję szanuje — stosunek jego do religji jest jednak może podobny, jak do podań ludowych, do baśni homeryckich czy dum Osjana. Jest to raczej upodobanie estetyczne, a nie żywe wewnętrzne poczucie wiary. Dopiero ze zbliżaniem się katastrofy ugruntowuje się w nim przekonanie, że jest byt wieczny, i stara się teoretycznie pogodzić swe samobójstwo z wolą Bożą.
Charakter Wertera i jego stosunek do życia. Dążenie do odczuwania tego, co szczere, naiwne, każe Werterowi zbliżyć się do ludu i do dzieci, a oddala go od t. zw. towarzystwa i cywilizacji.
Dzieci są mu wzorem, dzieci są mu najdroższemi istotami na świecie, ośmiela je do siebie, bawi się z niemi, nie krępując ich zupełnie w zamysłach i zamiarach. Co więcej, idzie w uwielbieniu dzieci tak daleko, że wprost zapytuje, czy ludzie dorośli mają prawo krępować dzieci w ich woli. Przecież Chrystus powiedział: »Pozwólcie im przyjść do mnie«. Nic więc dziwnego, że dzieci kochają go serdecznie, garną się ku niemu i wyczekują z utęsknieniem od niego drobnych podarków. Wywdzięcza się im wzajemnie Werter za tę miłość i maluje w swych listach dzieci z całą miłością i z takiem ciepłem, jak nikogo. Zarówno dzieci Loty, jak i wiejskie, zasługują na jego uwagę. Traci je jednak z oczu w chwili, gdy katastrofa poczęła się zbliżać. Wielbiciel Homera kochał dzieci — tłumacz Osjana o nich musiał zapomnieć.
Pełen uwielbienia dla naiwności wieku dziecięcego, a pogardy dla wszelkich teoryj estetycznych, jest także Werter wrogiem zażartym wiedzy książkowej i nabytej cywilizacji. Cała wiedza ludzka w oczach jego nie ma tej wartości, co jedno szczere drgnienie ludzkiego serca.
Werter świadom jest, że Bóg go obdarzył rozlicznemi darami umysłu, ma je jednak za nic, — lekceważy je zupełnie. Dumny jest tylko z swego serca, gdyż ono jest źródłem całej jego siły, jego szczęścia i niedoli, »tylko serce me jest moją wyłącznie własnością«[8]. Toteż cały jego stosunek do świata zewnętrznego polega na prawach serca — świat zaś rządzi się prawami rozumu; — stąd konflikt, w którym muszą zwyciężyć silniejsi i liczniejsi wielbiciele rozumu.
Przedewszystkiem stosunkiem serca jest jego stosunek do natury. Kocha ją i obserwuje — raz jako malarz, a także jako kochanek i wielbiciel. Werter pragnąłby się stopić z naturą w jedną całość, chciałby się zlać z nią i w niej zagubić. Ponieważ czuje, że pomiędzy naturą a człowiekiem powstała przepaść, spowodowana cywilizacją, pragnąłby przemienić się w chrząszczyka, by nurzać się w woni ogromnych kiści kwietnych i żywić się ich zapachem. Lecz to tylko rojenie, więc wżywa się w naturę inaczej: »przytulony do ziemi, dziwuję się rozlicznym trawkom, czuję blisko serca rojowisko mnóstwa małych robaczków i komarów«. To pragnienie stopienia się z naturą powtarza się wielekroć, bo to tylko może mu dać »pełną, nieograniczoną rozkosz, cudne uczucie pełni i dosytu«[9].
Ten stosunek do natury zmienia się jednakże pod wpływem cierpienia. I teraz chętnie ucieka Werter od zgiełku ludzkiego do samotności, i teraz woli błąkać się wśród wichury i deszczu, niżli wśród ludzi szukać pociechy i wytchnienia. Ale i natura nie daje mu obecnie ukojenia. Przeciwnie: to, co stanowiło jego szczęście, przemieniło się w źródło niedoli. Ta cała niegdyś tak ukochana przyroda jest dlań dziś prześladowczym demonem, niepozwalającym mu zapomnieć ani na chwilę o swej niszczącej sile. Wszystko, co żyje, niszczy się wzajem. Każdy krok człowieka pozbawia życia tysiące istot. Nie przerażają go wielkie kataklizmy przyrody, lecz ciche tragedje natury, ujawniające się w ciągłej walce ustrojów. Natura staje się potworem wiecznie głodnym, łaknącym bezustanku coraz nowych zdobyczy.
Takie pojmowanie przyrody prowadzi Wertera do bezbrzeżnego pesymizmu, który grubą warstwą zaściela jego duszę, znajdując zresztą wzmocnienie i skrzepienie jeszcze i w innych przejawach. Pesymizm ten karmi się świadomością braku celu i braku możności jego poznania. Pesymizm, niepozwalający mu oceniać należycie doniosłości poczynań ludzkich, jest istotnym powodem nieuchronnego rozbicia się jego psychiki o twarde kanty rzeczywistości.
»Wszystko w świecie jest ostatecznie marnością«, twierdzi Werter[10]. Ten rozdźwięk pomiędzy istnieniem a brakiem świadomości celu tego istnienia jest tak silny, że Werter ma stale odczucie, iż nie bierze czynnego w życiu udziału: albo wszystko, co go otacza, snem jest tylko smutnym, albo też on jest tylko widzem, patrzącym na przesuwające się przed jego oczyma jak w kalejdoskopie — figurki, albo też wreszcie zabłąkanym pielgrzymem, przechodzącym nietyle przez życie, jak obok niego. Poczucie tymczasowości i zmienności opanowało go zupełnie i nie pozwala rozkoszować się życiem samem.
Toteż świadomość rzeczywistości nie przedstawia dla niego żadnej wartości. Gdy pod wpływem opowiadania parobczaka na chwilę daje się unieść chęci zobaczenia wdowy, cofa się w tej chwili i woła: »pocóż psuć sobie piękny obraz?«[11]. Oburza się też na wszystkich, którzyby chcieli uświadamiać chorego i zrywając z oczu jego zasłonę złudzeń, powiększali jego boleść.
Utajone w nim siły życiowe nie znajdują ujścia, bo Werter nie wie, dokąd je skierować; przychodzi bowiem do przekonania, że ostatecznie cała działalność ludzka ogranicza się tylko do tego, by przedłużyć ludzkie istnienie, — dla tego zaś nie widzi istotnego celu.
Sił jednak żywotnych jest w Werterze wiele, tylko że nie umie i nie chce zużyć ich celowo. Skarby jego duszy nie były przecież niewyczerpane. W pewnej chwili spostrzega, że wypalił się w nim żar wewnętrzny, że wyczerpał się zaczyn życiowy, utrzymujący go na ziemi.
Z niesłychaną przesadą oddaje się Werter każdemu uczuciu, każdemu wrażeniu, jakie mu życie przynosi. Z ostateczności wpada w ostateczność, a wtrąca go w nią drobna nieraz przykrość i ratuje znowu nieznaczne zdarzenie. Jakkolwiek sam walczy przeciwko t. zw. złemu humorowi, nie zdoła przecież uchronić i siebie od nastrojów chwili. Brak równowagi wewnętrznej i przejęcie się nieraz drobną, obcą mu w gruncie rzeczy sprawą wyciska mu z oczu łzy gorące i słowa potępienia, względnie uwielbienia. Ten brak wewnętrznej równowagi sprawia, że Werter raz przekonany jest o swej wysokiej wyższości nad innymi ludźmi — w innym zaś wypadku skarży się na brak zaufania do siebie.
Werter świadom jest nienormalności swego stanu, wie o tem, że jego dusza przechodzi chorobę, i tak też swoje położenie określa. Z chwilą przecież, kiedy zgasły dla niego ostatnie promienie nadziei, znika i zmysł samokrytycyzmu.
Zdawaćby się mogło, że w duszy Wertera nie ma miejsca na humor. Owszem, Werter jest czasem wesołym, — wiemy, że umie z dziećmi żartować i bawić się, jak nikt. Wiemy, że nieraz Lota musi go karcić, gdy popada w sztuczne podniecenie, które nie objawia się jednak depresją, milczeniem lub czemś podobnem, lecz niesamowitą wesołością. W opisie burzy zwraca uwagę opis zachowania się panien z miejscowego towarzystwa w chwili, gdy burza rozszalała się najgroźniej: »Wreszcie niektóre (panny) do tego stopnia straciły świadomość, że pozwalały obejmować się bez oporu młodym ludziom i całować w usta, szepczące błagalne modlitwy, które z tego powodu nie mogły ulatywać w niebiosy«[12]. Pozatem nie brak Werterowi zdolności satyrycznych, co widać w ujęciu poszczególnych figur, poznanych w czasie służby dyplomatycznej.
Nie uznając praw estetycznych, nie uznawał Werter także przeciętności w życiu. Oburzając się na sądy, które sprowadzają czyny ludzkie do jednego mianownika: konwencjonalnej moralności, — nie pozwalał sądzić nikogo z samego tylko jego czynu. »Czyżeście zbadali wewnętrzne pobudki czynu? Czyż z całą pewnością wyjaśnić możecie przyczyny, dla których coś się stało, i udowodnić, że się stać musiało? Gdybyście to uczynili, nie bylibyście tak pochopni w ferowaniu wyroków«[13]. Jest to teoretyczne uzasadnienie hasła bezwzględnej swobody indywidualnej, jakiej Werter, narówni z zwolennikami »burzy i naporu«, żąda dla siebie i innych.
Jeżeli jednak Werter protestuje przeciwko analizie swych czynów, o ile ona pochodzi z zewnątrz, to sam analizuje stan swej duszy jak najdokładniej. Jest jednak w tym wypadku tylko obserwatorem tego, co się w jego duszy dzieje, sam nie ma wpływu na swe własne przeżycia duchowe.
Rzecz dziwna jednak: Werter burząc wszystkie systemy estetyczne, lekceważąc wszystkie zdobycze nauki, sądząc wszystko w sposób bezmiernie krańcowy, w ocenie stosunków społecznych jest umiarkowany. Nie iżby przeciwko pewnym przywilejom nie protestował. Owszem: »Najbardziej drażnią mnie fatalne zapatrywania na mieszczaństwo i różnice stanowe«[14] — woła Werter. Protest jego ogranicza się jednakże tylko do tych przywilejów, które nie są udziałem Wertera-mieszczanina. Pozatem zdaje sobie sprawę, że »różnice, dzielące poszczególne stany, są potrzebne«, oraz ile mu one przynoszą korzyści. »Wiem, że nie jesteśmy równi i równymi być nie możemy« — mówi w innym liście[14]. Słowem, Werter tylko o tyle protestuje przeciw przywilejom, o ile one krępują jego indywidualność, uznaje je, gdy są mu one po myśli.
Wertera, przejętego wewnętrznem poczuciem dysproporcji między życiem a nieświadomością jego celów, elektryzuje nagle miłość. Był on przystępny serdecznemu uczuciu dla kobiet, lecz wielka, przepotężna miłość opanowuje jego duszę dopiero na widok Loty. Miłość przychodzi nagle i potęguje się szybko w ciągu jednej doby, aby na zawsze wyryć w duszy Wertera obraz Loty. Działa nań każdy ruch Loty, każde jej słowo. Im mniej ona o to się stara, im jest naturalniejsza, tem bardziej ją uwielbia. Wspólność zamiłowań literackich, wspólne uwielbienie Klopstocka dokonywa reszty. Werter staje się niewolnikiem uczucia. Wszystko traci w jego oczach wartość. »Niech sobie słońce, księżyc i gwiazdy robią, co chcą, nie wiem, czy dzień jasny, czy noc na ziemi, a świat cały znikł z mej świadomości«[15]. Wraz z miłością przychodzi uspokojenie wewnętrzne ducha, odczucie szczęścia domowego życia. Stroi Werter postać Loty we wszystkie blaski i światła, jakie w duszy jego tliły, — barwy tęcz i kwiatów śle w swej wyobraźni ku niej, zdobi ją niemi, i uwielbia ten ideał przez siebie stworzony, to uosobienie wszystkich swych sił żywotnych, uosobienie miłości. Uwielbia ją tak, że nietylko ona wydaje mu się bóstwem niesłychanem, lecz nawet wszystko to zyskuje na wartości, z czem Lota się zetknie lub na co popatrzy. On sam zyskuje w oczach swych na wartości, gdy wierzy, że Lota go kocha. Gdy nie może z nią mówić, jej widzieć, wysyła służącego, aby jej wzrok na nim spoczął, by miał kogoś lub coś koło siebie, na co ona dziś patrzyła. Gdy Lota powiedziała: »szkoda, iż Pan mej matki nie znałeś« — Werter woła ze zwykłą sobie przesadą: »Nikt nie wyrzekł o mnie szczytniejszego, dumniejszego słowa«[16]. Przytem miłość Wertera jest sentymentalna, łzawa, bardzo łatwo porusza się do łez na samo wspomnienie drogich mu chwil.
Wogóle Werterem rządzi wszechwładnie upodobanie chwili. Jakkolwiek zdaje sobie sprawę z konieczności takiego a nie innego postanowienia, — nie jest w mocy wykonać powziętej decyzji. Przysięgi i przyrzeczenia łamie niemal w chwili ich powzięcia — nie umie walczyć z swemi namiętnościami. Zanim jeszcze proces walki się rozpoczął, już go Werter przegrał — już gaśnie w jego duszy powzięty zamiar, lub też robi to, czego przysięgał zaniechać. Przysięga jest w jego ustach jakby stwierdzeniem zamiaru przeciwnego. Przymus moralny, który przysięga ma wywierać, staje się jakby tem większą pobudką przeciwnego jej postępku. Tak Werter reaguje na każdy przymus.
A jednak jeden tylko zamiar świadomy, głęboko obmyślany, dojrzał w jego duszy: postanowienie samobójstwa. Myśl ta rodzi się znacznie wcześniej zanim doszedł do przekonania, że miłość jego jest beznadziejną, wcześniej, niżli poznał Lotę. W liście z dnia 22 maja[17] cieszy się Werter poczuciem swobody i ugruntowuje je na świadomości, że »opuścić może, gdy zechce, więzienie«. Myśl ta pod wpływem pierwszych wzruszeń miłosnych przycicha, lecz wkrótce powraca, i to już silniejsza. Już mamy wspomnienie chwili obłędu, mroków duszy, kiedy Werter radby wpakować sobie kulę w głowę[18]. I snuje się odtąd ta nić czerwona przez resztę utworu, aż przemieni się w kałużę skrzepłej krwi, w której znaleziono sztywniejące ciało Wertera. Ten ostateczny cios przygotowany jest jednak starannie i systematycznie. Całego traktatu o samobójstwie musi z ust jego wpierw Albert wysłuchać, a potem Werter uzgodnią swój postępek z wewnętrznem poczuciem religijnem, wytwarza sobie teorję, że Bóg, jak zesłał go na świat, tak go odwołać może, i że nie weźmie za złe synowi, który zaniechać chce żmudnej wędrówki i wrócić na łono tego, który mu dał początek. Lektura Osjana dolewa ostatniej kropli do pełnej już czary. I wykonywa Werter swój zamiar z całą przytomnością umysłu, można powiedzieć z pedanterją niemiecką, która napozór nie licuje wcale z jego wichrowałem usposobieniem. Werter przed śmiercią pakuje wszystkie swe rzeczy jak najstaranniej, pamięta o drobnych, niepopłaconych długach, każe wyczyścić, wytrzepać i zaszyć w pokrowce ubrania itd., słowem, przygotowuje się zupełnie jak do wyjazdu, lecz nie na śmierć. Mimowoli zapytuje czytelnik, czemu pozostawił otwartą Emilję Galotti na kantorku?
Charakterystyka utworu. Forma listów była w tym wypadku bardzo szczęśliwie wybrana, gdyż zapewniała możność bezpośredniego oddawania przeżyć bohatera. Formę tę spotykaliśmy już w powieściach Richardsona. Zachodzi jednak, jak już wyżej wspomniano, pewna różnica między powieściami Richardsona a Cierpieniami młodego Wertera. U angielskiego pisarza spotykamy wymianę listów między kilku osobami. U Goethego natomiast listy pisze tylko sam Werter, i to w zasadzie tylko do swego przyjaciela Wilhelma. Innych listów spotykamy niewiele: trzy do Loty i dwa do Alberta. Oprócz listów mamy jednak drobne notatki, jakby wyjątki z dziennika.
Autor przedstawia się czytelnikowi tylko jako wydawca pozostałych rękopiśmiennych pamiątek po nieszczęśliwym młodzieńcu: zabiera głos tylko w krótkiem słowie wstępnem oraz w uwagach, w których występuje zresztą bardzo dyskretnie.
Usprawiedliwia się w przypisach, że zmienia nazwy miejscowości i osób, wypuszcza nazwiska autorów i dzieł, które Lota lubi, rzekomo dlatego, by nie urazić innych autorów, a wreszcie usprawiedliwia się z tego, że nie zamieszcza prywatnego listu ministra. Wszystkie te szczegóły są oczywiście fikcją, celem zaś fikcji jest wzbudzenie w czytelniku przekonania, że autor postępuje z całą dokładnością i pedanterją, wobec czego listy Wertera tem bardziej zyskują na autentyczności. Na specjalną uwagę zasługuje przypisek autora do listu z dnia 1 lipca: uwaga o ukazaniu się w okresie czasu między chwilą akcji a chwilą wydania utworu kazań Lavatera pogłębić ma oczywiście to przekonanie o autentyczności listów Wertera.
W drugiej części musiał jednak autor dać w tekście dłuższe wyjaśnienia od siebie samego, jako »uwagi wydawcy«. Jest to przecież logicznie umotywowane: »wydawca« przemawia wszędzie, gdzie Werter nie może objektywnie oceniać stosunków, zwłaszcza o ile chodzi o stosunek Alberta do Loty.
Bardzo szczęśliwym pomysłem artystycznym było rzucenie sylwety Wertera na tło jego stosunku do przyjaciela. Listy do innych osób są tylko wyjątkowo tu podane, zresztą zwraca się Werter zawsze do jednej osoby. Daje to autorowi możność wszechstronnego oświetlenia postaci Wertera z jednego, uprzednio wybranego punktu. Przyjaciel ten, to postać mało indywidualna. Werter wierzy w jego szczere przywiązanie, ale uważa, że nie odbiega on od ogólnego, normalnego typu ludzi. Węzeł łączący ich obu stanowi tylko uczucie przyjaźni, a nie wspólność upodobań czy też usposobienia.
Budowa Wertera przeprowadzona jest z wielkim artyzmem. Niema ani jednego listu, ani jednego szczegółu, który byłby obojętny, — wszystko jest celowe, wszystko ma nas przygotować do ostatecznej katastrofy, do samobójstwa Wertera. Są przecież w Werterze epizody, celem ich jednak jest nietylko ożywić i urozmaicić treść utworu, posiadającego w rzeczywistości bardzo skromną akcję, lecz stoją one w ścisłym związku z całością utworu. Osoby epizodycznie tu występujące wzbudzają zaufanie Wertera, Werter osobiście się niemi interesuje, przejmuje się ich losem, są one wreszcie jakby prognozami jego własnych losów.
Za przybyciem do nowego miejsca pobytu poznaje Werter w Wahlheimie młodą kobietę i jej dzieci, z których zwłaszcza Jaś bardzo mu się podoba. Werter jest wtedy szczęśliwy — pełen sił i nadziei; tak samo młoda kobieta jest pełna najlepszych przeczuć. Mąż jej udał się do Szwajcarji po spadek, niewątpliwie więc, jej zdaniem, rodzina cała stoi u progu lepszej przyszłości i dobrobytu. Werter spotyka ją znowu po kilku miesiącach; jakże zmieniony obraz: nadzieje na spadek zawiodły, — mąż wrócił z podróży chory, bez grosza, — Jaś ukochany umarł, — rodzina cała w smutku i nędzy. I Wertera dusza w smutku i rozterce — nieszczęście narówni ich dotknęło. Lecz jest jeszcze jeden człowiek, którego losem Werter gorąco się zajmuje, co więcej, z nim sam się utożsamia: — to wiejski parobczak, kochający swą gospodynię. Niemal równolegle losy ich się toczą — obydwaj kochają — kochają bez wzajemności, obydwaj nie mogą wyrzec się szczęścia, względnie zezwolić na szczęście ukochanej z innym. Obydwaj rozwiązują krwawo tragiczną sytuację. Parobczak zabija rywala, Werter siebie. Katastrofa parobczaka wyprzedza o niewiele dni katastrofę samego bohatera.
Tak samo w przyrodzie obserwuje Werter katastrofy, które zdarzają się równocześnie z jego przeżyciami duchowemi. Orzechy na probostwie w St., których pięknością tak się cieszył, ulec musiały kaprysom nowej pani pastorowej. Ulegnie kaprysowi losu i swego charakteru także i Werter. Jeszcze jedną analogję nasuwa Werterowi widok młodego obłąkanego człowieka. Jego miłość doprowadziła do utraty zmysłów — Wertera do utraty życia.
Inne epizody, a więc zajście w domu hrabiego w C., przeżycia Wertera w służbie dyplomatycznej — są konieczne jako szczeble skromnej zresztą akcji utworu.
Goethe dał w Werterze obraz człowieka swej epoki, człowieka spotykanego w owym czasie często, obraz młodzieńca, który był w niezgodzie z sobą i światem. Werter jest przedstawicielem rozpowszechnionego w owej epoce t. zw. Weltschmerzu. Niemożność zbadania ostatecznej przyczyny wszechbytu, nierozwiązalność najważniejszych zagadnień życia, przy równoczesnej utracie silnego, głębokiego uczucia religijnego, stworzyły nastrój nieznośny. Jednostki niezdolne do tego, by rozwiązać owe zagadki życia, a zarazem niezdolne wyrzec się takiego rozwiązania, musiało to doprowadzać w danych warunkach — do wyciągania ostatecznych konsekwencyj. Szalony rozdźwięk pomiędzy zamiarem a możliwością jego spełnienia, pomiędzy tem, czego pożądała spragniona dusza, a rezultatem pożądań, pomiędzy odczuwanemi i przeczuwanemi tajemnicami natury a istotną wiedzą, wytwarzał stan niepewności, którego spokojne rozwiązanie mogło nastąpić tylko w umyśle człowieka połowicznego.
Otóż świetnie odtworzony typ człowieka opanowanego bólem wszechludzkim (t. zw. Weltschmerz) dał Goethe w Werterze i stworzył pomnik epoki oraz wzór postaci spotykanych potem niejednokrotnie w życiu i literaturze.
Ponadto są Cierpienia Wertera wspaniałą opowieścią miłości, jednym z najwspanialszych poematów, opowiadających dzieje biednego serca ludzkiego. Mistrzowskie pióro Goethego, jego artyzm, a uwłaszcza żywy związek z życiem, jaki cechuje utwór, sprawiają, że Werter i Lota stanęli w kulturalnym świecie obok Hery i Leandra, Abelarda i Heloizy, Tristana i Izoldy, Petrarki i Laury — jako nowa para kochanków. Cierpienia Wertera stały się pomnikiem zawsze aktualnych przeżyć ludzkich, wypowiedziały to, co rozpierało pierś wielu młodzieńców, dały gotowy wyraz rozkoszy, bólu i zawodu pierwszej, czystej, a niespełnionej miłości. Mimo upływu dziesiątków lat, mimo że odeszliśmy bardzo daleko od ludzi i epoki, odmalowanych w tym utworze, — wyraz, jaki tu znalazła miłość, jest zawsze żywy, wprost nieśmiertelny. Napoleon, który chlubił się, że siedm razy czytał Wertera, nie zwrócił uwagi na jego stronę filozoficzną, nie dlatego, by jej nie mógł zrozumieć, lecz tylko dlatego, że Werter pod tym względem był o całe niebo od niego różny; przemówiły jednak do niego dzieje Wertera językiem głębokiej miłości, uczucia nieobcego i »bogowi wojny«. Dziś nie poleją się już pewnie łzy czytelnika na karty tej książki, wyrwie ona jednak z piersi niejedno westchnienie. Przemawiają do duszy, gdyż miłość Wertera jest czystą, żądzy jest w niej tyle, ile być musi w człowieku młodym, w którego żyłach płynie krew.
Gdyby był Werter zdołał osiągnąć cel swoich pragnień, złączyć się z umiłowaną osobą, niewątpliwie i tak nie byłby szczęśliwy. Przy swej konstrukcji duchowej byłby uległ rozbiciu przy innej sposobności, a tej nie byłoby mu życie oszczędziło.
Przez wprowadzenie właśnie pierwiastku wewnętrznego rozbicia autor dał Cierpieniom głębszy podkład, a także umożliwił sobie łatwiejsze rozwiązanie problemu artystycznego, który nie był łatwy. Goethe, wybierając temat zawiedzionej miłości i przeprowadzając go w głównych schematach zgodnie z przeżyciami osobistemi, względnie Jeruzalema, pozbawił się czynnika zaciekawienia, który możnaby było zapomocą zawikłanej fabuły łatwo uzyskać. Czytelnika przykuł samem przedstawieniem przejść duchowych bohatera. Zamiast szeregu zdarzeń, dał nam szereg stanów duszy. Ograniczając się znowu do pewnej monotonji listów, w olbrzymiej większości do jednego człowieka pisanych, mimo to wprowadził w tej jednolitości ogromną rozmaitość. Przed oczyma naszemi przesuwają się coraz nowe postaci, coraz nowe sytuacje, coraz nowe myśli. Każda z tych postaci jest żywa, dla każdej wyznaczone odpowiednie miejsce w układzie całości, tak, że razem biorąc, stanowią wprost idealne tło, na którem występuje bohater główny, jego przeżycia i charakter.
Wprowadzenie motywu podrażnionej ambicji osobistej umożliwiło znowu pokazanie szeregu scen z życia towarzyskiego ówczesnych Niemiec i pozwoliło przełamać przeżycia Wertera na dwie części, urozmaicając je scenami satyrycznemu.
Przez cały czas czytania utworu jesteśmy pod urokiem tej prawdy życiowej i tego ciepła, jakie wieje z kart tej książki. Postać Wertera, którą możnaby zestawić chyba tylko z Hamletem, przykuwa całą naszą uwagę i każe razem współczuć. Tam zaś, gdzie nasze oko i nasze serce nie znajduje karmi, tam pobudza poeta nasze życie duchowe. Głębokie uwagi o stosunku człowieka do wszechświata, człowieka do natury, obowiązku i żądzy, zła i dobra, rozsypane bez jakiegoś ukrytego planu — zmuszają nas ze stanowiska wieczności wejrzeć w świat własnych przeżyć i w świat przeżyć bohatera.
Poeta dał nam wspaniale odtworzony typ, w owej epoce częsty, uwydatniając w nim pierwiastki ogólnoludzkie. Ponadto dał świetny wyraz prawdziwemu uczuciu, opromieniając blaskiem poezji serdeczne przeżycia zawiedzionej miłości.
Dwa czynniki zadecydowały o wiekuistej wartości i aktualności dzieła: jego wysoki artyzm, i to, co z najtajniejszych, najistotniejszych przeżyć ludzkich tu zanotowano.

III
ODDZIAŁYWANIA »CIERPIEŃ MŁODEGO WERTERA«

A) W życiu. Niewielu z pisarzy świata pozostawiło po sobie tyle pism autobiograficznych, co Goethe. Co więcej nawet — u Goethego trudno nieraz oznaczyć granicę, gdzie kończy się objektywne odtworzenie przeżyć, a gdzie rozpoczyna twórczość artystyczna. Dichtung und Wahrheit jest niejako pomostem pomiędzy temi dwoma rodzajami spuścizny literackiej po Goethem. W mniejszej wprawdzie mierze, ale niemal każdy inny utwór Goethego tkwi silnie w sferze osobistych przeżyć, autora. W pierwszym rzędzie odnosi się to właśnie do Cierpień młodego Wertera, które są jakby ustępem z Dichtung und Wahrheit: momenty przeżyć osobistych Goethego przetworzono w dzieło sztuki, przyczem bohater Cierpień otrzymał wiele rysów Goethego, jest jednak wrażliwszy, miększy i stalszy.
Cierpienia młodego Wertera, które tak silnie są związane z osobistemi przeżyciami Goethego, nie pozostały też bez wpływu na dalsze jego życie. W pierwszych zaraz latach zyskał Werter Goethemu niebywałą popularność i rozsławił jego nazwisko szeroko. Te róże sławy miały jednak i kolce! Goethe w rozwoju swoim duchowym poszedł wkrótce dalej. Stworzywszy Cierpienia młodego Wertera, wyzwolił się zarówno z nastroju, którego Werter jest wyrazem, jak i z chorobliwego usposobienia i myśli samobójczych. Z czasem utwór stał mu się prawie obcym, dla wielu jednak ludzi Werter był wciąż jeśli nie najznakomitszem, to najbardziej charakterystycznem dziełem Goethego. Toteż nieraz w chwili, gdy Goethe najmniej się tego spodziewał, witano go jako autora Wertera. Dość przypomnieć, że sławny aktor Talma, a także Napoleon, za przedmiot swej rozmowy z Goethem obierali Wertera.
Publiczność przyjęła Wertera z entuzjazmem. Nie zadowalano się samą lekturą, lecz zaczęto zaraz szukać rzeczywistych przeżyć, które były podkładem akcji utworu. Znalazł się też wkrótce i komentator, który rzekomo najautentyczniejsze dane o Wetzlarze, Jeruzalemie itp. podawał w druku. Miejscowość opisywana w Werterze (Garbenheim, odpowiadający Wahlheimowi w powieści) stała się celem pielgrzymek, a wycieczki na rzekomy grób Wertera i odprawiane na nim przez entuzjastycznych wielbicieli obrzędy, tudzież nocne procesje do domniemanego grobu Wertera były aż nadto wymownym dowodem kultu werterowskiego. Ubranie, w jakiem Werter kazał chodzić bohaterowi swej powieści, stało się wkrótce powszechną modą, do czego zresztą przyczynił się i sam Goethe, ubierając się w tej epoce swego życia w niebieski frak i żółtą kamizelkę.
Lecz były i głębsze a niepokojące objawy wpływu Wertera. Odtwarzał on znakomicie nastrój współczesnej epoki i był wyrazem ogólnego niepokoju, nurtującego młodsze pokolenie. Toteż lektura tego dzieła wpłynęła decydująco na życie niejednego młodzieńca, któremu najłatwiejszem i — najpoetyczniejszem wyjściem z trudniejszej sytuacji życiowej wydało się... iść śladem Wertera! Młody samobójca, jakby na usprawiedliwienie swego postępku, kończył najczęściej życie z egzemplarzem Wertera przy sobie. Jednym z głośniejszych wypadków było samobójstwo Krystyny Lassberg, która rzuciła się w nurty rzeki w sąsiedztwie domu Goethego w Weimarze (16 stycznia 1778 r.), kończąc w ten sposób swe porachunki z życiem i zawiedzioną miłością. Wypadki takie były bardzo częste, nic też dziwnego, że poczęto przed temi objawami chronić młodzież. W Lipsku zakazano rozpowszechniania książki, a w Medjolanie biskup za pośrednictwem podwładnego mu duchowieństwa wykupił cały nakład tłumaczenia, które wkrótce po ukazaniu się oryginału znalazło się na półkach księgarskich. Ten wpływ Wertera trwał jednak całe dziesiątki lat. Jeszcze w roku 1833 Eliza Hohenhausen, której 18-letni syn odebrał sobie życie, zakreśliwszy wpierw szereg miejsc w Werterze, publicznie wystąpiła z odezwą, w której przestrzegała ludzi piszących, że będą musieli — zdać przed Bogiem rachunek z niewłaściwego użycia talentu!
Gdy Goethe spostrzegł, że lektura Wertera oddziaływa w ten sposób na młodzież, do jednego z następnych wydań dodał ośmiowiersz, w którym przestrzega przed wysnuwaniem krwawych konsekwencyj z jego książki. Ośmiowiersz kończył się słowami:

Sieh, dir winkt sein Geist aus dieser Höhle:
Sei ein Mann und folge mir nicht nach.

Niestety, ośmiowiersz minął bez uwagi w Niemczech, raczej zwrócono na niego uwagę w Polsce, gdzie, jak zobaczymy, wpływ Wertera rozpoczął się od ostrzeżeń przed nim.
B) W literaturze powszechnej. W literaturze wywołał Werter ruch niezwykły. Posypały się jak z rogu obfitości naśladownictwa, przeróbki, tłumaczenia, parodje, uzupełnienia i t. p. — i to zarówno w Niemczech, jak Francji, Anglji, Włoszech, a nieco później i w Polsce. Często bardzo przeróbki czy naśladownictwa, powstałe we Francji lub w Anglji, tłumaczone na język niemiecki pobudzają z kolei nową powódź druków werterowskich. Tak fala werteryzmu wybiega z Niemiec, i odbiwszy się o kulturę innego narodu, nadciąga do Niemiec z powrotem. Niektórzy autorzy starali się więc przedstawić w formie listów uczucia Loty dla Wertera, inne przeróbki tragiczny koniec zastępowały spokojnem rozwikłaniem. Nie brakło nawet pieśni dziadowskich, popularyzujących miłość Wertera, ale także i dotkliwych, a nawet czasem niesmacznych parodyj. Były tragedje, komedje, opery, balety — nawet sztuczne ognie — wszystko na tle i z motywów werterowskich. Wertera tłumaczono wkrótce na język francuski, angielski, włoski, hiszpański, portugalski, duński, szwedzki; holenderski, rosyjski, polski i węgierski. Z naśladownictwa niemieckich najbardziej charakterystyczne są Fryderyka Jacobiego Waldemar i J. Millera Siegwart. Z innych przeróbek bardzo dla nas ciekawym jest utwór znajomego Goethego z czasów pobytu w Wetzlarze, Augusta Fryderyka Goué, który pod pseudonimem »Friedrich Bertram aus Siebenbürgen« wydał książkę: Masuren oder der junge Werther. Ein Trauerspiel aus dem Illyrischen.
Goué uważał za właściwe akcję Wertera przenieść do — Warszawy, Locie nadać imię Franciszki, a Wertera, który tu nazywa się: Masuren, zrobić sekretarzem posła z Krymu (!). Oczywiście, że poza temi nazwiskami, niema w tym utworze ani nic z ówczesnej Warszawy, ani z Polski wogóle... Autor chciał poprostu nadać utworowi cechy orjentalne i dlatego użył nazw, łączących mechanicznie akcję z Polską.
W literaturze francuskiej powstała pod wpływem Wertera głośna powieść Stefana de Senancourt p. t. Obermann (1804). W tym też roku (1804) pojawiła się wspomniana w Dziadach powieść baronowej Krüdener p. t. Valérie.
W literaturze włoskiej wreszcie powstała pod wpływem Goethego powieść pisarza Ugo Foscolo p. t. Ultime lettere di Jacopo Ortis, która w rozwoju literatury włoskiej poczesne i ważne zajęła miejsce.
C) W literaturze polskiej.
a) przed Dziadami. Gdy fala werteryzmu biła o literatury ludów zachodnich, w Polsce o Werterze głucho. Jedyny daleki odgłos to tłumaczenie jednej z niemieckich werterjad. W r. 1779 ukazuje się mianowicie książka Zygwarda klasztorne przypadki, będąca tłumaczeniem powieści Jana Marcina Millera Siegwart, Eine Klostergeschichte. Pozatem w całej reszcie wieku XVIII nie znajdujemy śladu wpływu Wertera.
W drugiem dziesięcioleciu wieku XIX spotykamy w piśmiennictwie polskiem tylko kilka luźnych wzmianek o Werterze, i to wyłącznie z socjalnego, nie estetycznego punktu widzenia.
Pierwszem dziełem oryginalnem, na które Cierpienia młodego Wertera wywarły wpływ niezaprzeczony, jest Malwina czyli Domyślność serca Marji z Czartoryskich ks. Wirtemberskiej. Werterowi zawdzięcza Ludomir, bohater tej powieści, zasadnicze rysy swego charakteru. I on jest tkliwy, melancholijny, rad pogrąża się w samotności i często popada w smutek. Różni się od Wertera tem, że brak mu — jak mówi prof. Wojciechowski — »konieczności nieodpartej spoglądania na wszystko przez pryzmat refleksji«[19].
Jest on »raczej smutnym marzycielem, nie umysłem filozoficznym, powody jego melancholji są zewnętrzne, toteż do konsekwencyj (myślowych) werterowskich nie dochodzi«. Jest on zatem od Wertera niższy o cały podkład myślowy, filozoficzny. Ponadto Werter wywarł wpływ na cały szereg scen w Malwinie, co szczegółowo omówił Konst. Wojciechowski w uwagach do tekstu Malwiny w wydaniu Bibljoteki Narodowej. Charakterystyczną cechą obydwu utworów jest wreszcie pierwiastek osjaniczny, który dominuje zwłaszcza w II części Wertera, a przepaja cały utwór ks. Wirtemberskiej.
Od Wertera bardzo zależna jest także powieść Bernatowicza Nierozsądne śluby. Wpływ Wertera — obok niezaprzeczonego wpływu Nowej Heloizy — jest znaczny i bardzo widoczny. Od Goethego przejęty jest przedewszystkiem pomysł zespolenia stanów psychicznych bohatera z przejawami życia natury. Ten ścisły związek z naturą, miłość dla niej, dla świata, stworzeń, dzieci i ludu, jest wspólna Władysławowi i Werterowi. Dalej cały szereg wspólnych motywów — a więc sytuacja początkowa, pogodny nastrój, który stopniowo posępnieje, poznanie Władysława z Klarą, upojenie pięknością uwielbianej zaraz przy pierwszem poznaniu (przypadkowem), stosunek kochanka i narzeczonego, na chwilę w umyśle goszcząca myśl zbrodnicza, wreszcie motyw samobójstwa — wszystko to pokrewieństwa z Werterem, i to pokrewieństwa bliskie, gdyż Werter jest zrostem tych motywów. Jednem słowem »w ramy sytuacyj werterowskich (sielanka i śmierć) oprawił autor intrygę, osnutą na wzór Nowej Heloizy, nie bez tego jednak, by i w samem zawikłaniu nie odezwały się echa z Wertera«[20]. Lecz i u Bernatowicza, jak i u ks. Wirtemberskiej, bohater jest tylko kochankiem, nie nurtuje go ból ogólnoludzki, powodem samobójstwa jest tylko miłość nieszczęśliwa, nie zna i on Weltschmerzu.
Wpływ Wertera i Nowej Heloizy krzyżuje się stale w powieści polskiej. Często utwór, który powstał pod wyłącznym wpływem Russa, wykazuje ślady wpływu Wertera. I tak w Kropińskiego Julji i Adolfie spotykamy platoniczną (nie zmysłową russowską) miłość Wertera i werterowski epilog.
Łucja z Gedrojciów Rautenstrauchowa zasilała także Werterem swą wyobraźnię, pisząc Emmelinę i Arnolfa. Wszystkie podobieństwa i reminiscencje odnoszą się jednak tylko do erotycznej strony powieści. Jej głębszy, myślowy podkład na naszą autorkę nie oddziałał.
We wszystkich powyższych powieściach spostrzegamy wspólne zjawisko: autorowie, opierając się równocześnie o wzory Russa, Richardsona i Goethego, starają się nadać swym powieściom charakter narodowy.
Inny charakter ma utwór Adama Kacperowskiego Żale Elwiry (1821). Kacperowski, biorąc z Wertera paralelę pomiędzy osobą bohaterki a dolą kobiety z ludu, »obrazy natury a częściowo styl«, występuje jednak w swej powieści z protestem przeciwko werterowskiemu pojmowaniu miłości, samobójstwo piętnując wprost jako zbrodnię, »którą się brzydzi uczucie czystej miłości«.
Tak samo surowo sądzi myśl o samobójstwie bohater powieści Adama Przesmyckiego Smutne wspomnienia nieszczęśliwego Kazimierza (1822). Powieść ta wykazuje też pewne — zresztą słabe — wpływy Wertera: a więc »pewne zbliżenie do natury, a nawet nastrojowe dostosowanie jej opisów do stanu duszy bohatera; czystość i podniosłość (przesadną) stylu«[21].
Wreszcie powieść Przyjaźń i miłość przez E. Ł. (1822) jest właściwie protestem przeciw samobójstwu z miłości. Rozsądek i uczucie prawdziwej przyjaźni łagodzą miłość nieszczęśliwą.
Z tego krótkiego przeglądu powieści werterowskich wynika, że prąd werterowski, który dotarł do Polski w chwili, gdy w literaturach Zachodu przebrzmiał dawno, odbił się silnie w kilku powieściach. Wkrótce jednak zmienia się stosunek powieściopisarzy do Wertera. Powieść polska — wpierw jeszcze krytyka literacka — zajmują stanowisko krytyczne. Samobójstwo potępia powieść polska. Powieść nasza zajmuje się zresztą tylko erotyczną stroną utworu genjalnego poety, natomiast »nie widać nigdzie werterowskiej filozofji pesymizmu. Nikt w naszych powieściach nie biada nad niemożnością poznania zagadki bytu, nikogo nie dręczy brak celu życia«[22].
Tę stronę wpływu Wertera poznamy w najpotężniejszem dziele, na którego powstanie wywarł on wpływ: w Mickiewiczowskich Dziadach.
b) »Werter« a »Dziady«. Nie należy przeceniać, ale też i nie można lekceważyć wpływu Wertera na Dziady. Wpływ jest, bezwątpienia, — ale jest i widoczne podobieństwo sytuacyj życiowych, które wywołały artystyczne kreacje. »Es ist eine alte Geschichte — und bleibt sie immer neu« — mówił potem Heine; — cóż więc dziwnego, że i u Goethego i u Mickiewicza podobne sytuacje życiowe uwidoczniły się podobnemi obrazami i słowami. Dodajmy, iż Mickiewicz wiedział o tem, że Wertera Maryla czytała, mimowoli zatem musiał utożsamiać sytuację, w jakiej postawiło go życie, z przeżyciami bohatera Goethowskiego romansu.
Zasadniczem podobieństwem, zasadniczą cechą wspólną Wertera i IV części Dziadów jest ta bezpośredniość uczuć i przeżyć, wyrażona silnym językiem miłości. Zarówno wystąpienie Goethego jak i Mickiewicza było rewolucyjne. Obydwaj mieli odwagę rzucić na rynek księgarski dzieła, wysnute z najgłębszych, najserdeczniejszych przeżyć osobistych, odsłonić swe rany miłosne, i nie zważając na to, że rzeczywiści bohaterowie opisywanych powieści żyją, są znani, będą czytali sensacyjną książkę, dzieje swej miłości powierzyli światu. W uregulowane, spokojne, nawet zatęchłe stosunki i formy literackie — rzucali błyskawice szczerości i bezpośredniości. Nie myśleli posługiwać się wcale utartemi szablonami, użyli tych słów, które same im się na usta cisnęły w chwili miłości, zawodu czy rozpaczy.
Obydwaj wreszcie byli zupełnie szczerzy. Ich dzieła to wprost pamiętniki ich serc i dusz. Pamiętniki wierne, w których znalazły odbicie i ich przeżycia bezpośrednie i wreszcie nie mniej ważne przeżycia pośrednie — lektura. Jak u Goethego Richardson, Russo, Homer, Osjan, — tak u Mickiewicza Goethe, Russo, Jean Paul Richter, Schiller, pani Krüdener, — wszyscy wpłynęli na sposób odczucia świata rzeczywistego, wszyscy stali się tym pryzmatem, w którym załamywało się artystyczne odtworzenie ich przeżyć duchowych.
Stosunek Mickiewicza do Wertera jest zasadniczo inny, niż wszystkich powieściopisarzy polskich, którzy go wyprzedzili w literackiem zużytkowaniu motywów werterowskich. Werter nie wszedł w krew żadnego z nich, każdemu dał sytuację, motywy, wywarł wpływ na budowę, nikt go jednak nie przetrawił — nie przeżył. Przeżył Wertera natomiast i przetrawił Mickiewicz. Jeśli bezwątpienia bardzo wiele poniżej wskazanych podobieństw jest owocem analogicznych sytuacyj życiowych, to lektura Wertera wpłynęła niewątpliwie na to, że pewne przeżycia są przedstawione w sposób podobny, jak u Goethego.
Mickiewicz znał Wertera i chciał go nawet tłumaczyć na język polski, gdyż tłumaczenie Brodzińskiego (»warszawskie«, jak je nazywa) wcale go nie zadowalało. Wpływ Wertera widoczny jest już w Żeglarzu, a mianowicie w odmalowaniu uczucia bólu i stosunku poety do społeczeństwa. Wpływ na Dziady nie da się zaprzeczyć. Wskazuje Wertera sam Mickiewicz, gdy Gustaw woła: »Ach, jeśli ty Goethego znasz w oryginale« lub »znasz ogień i łzy Wertera?« Znajdujemy więc cały szereg wspólnych cech i podobieństw. Są to styczne punkty, jednak nie zapożyczenia, ani nie naśladownictwa. Obydwaj kochankowie: Werter i Gustaw są prawdziwi, rzeczywiści, obydwaj są z krwi i kości poetów, powstali z ich najserdeczniejszych przeżyć i dlatego wyraz ich miłości będzie wiecznotrwały i wiecznie piękny. Obydwaj odziedziczyli jednak wiele cech wspólnych, obydwóch cechuje silne uczucie, współżycie z naturą, zainteresowanie się losem ludzi, bujna fantazja, głęboka religijność i idealne zapatrywanie się na świat, przy równoczesnej niechęci do utartych form i wyższych sfer towarzyskich. Obydwaj mają to samo pojęcie miłości: przedmiot miłości to świętość, która uświęca wszystko, na czem spocznie jej wzrok, co ją otacza. Miłość dla obydwóch jest najważniejszym problemem życia; u Wertera przyspieszyła ona rozwiązanie zagadki bytu samobójstwem, a u Gustawa »zwichnęła osadę« jego skrzydeł i »wyłamała je do góry«. Werterowska jest w obydwu dziełach teorja samobójstwa: Nieszczęście jest siłą wyższą od wszelkich nakazów moralnych i usprawiedliwia w zupełności targnięcie się na swe życie. Poza temi zasadniczemi rysami jest wiele innych. I Lota i Maryla, żegnając ukochanych, wskazują im cele wyższe, szczytniejsze, drogę pracy i zasług, która ma się stać drogą zapomnienia nieszczęścia osobistego. Zarówno Werter jak i Gustaw przyjmują te rady z gryzącą ironją i najwyższą niechęcią. Scena pożegnania w obydwu poematach temi samemi odmalowana barwami. W obydwu utworach wprowadzona pielgrzymka do miejsca rodzinnego. U Goethego wymagał tego artystyczny ceł, — Mickiewicza Werter upoważnił do skorzystania w poemacie miłości z niedawno przeżytych osobistych wspomnień. Tak samo Werter podsunął mu pomysł tworzenia przez Gustawa podobizny Maryli. Wreszcie szereg drobniejszych podobieństw (śmierć dziewczęcia) kończy wykaz analogij.
Te podobieństwa, ich doniosłość i wielkość da się najlepiej ocenić, jeżeli zdamy sobie sprawę z różnic zachodzących pomiędzy obu utworami. Jakkolwiek bowiem obydwa utwory okazują niezmierne bogactwo nastrojów i stylu — co należycie podkreślił Konstanty Wojciechowski — i są jakby genjalnym zbiorem próbek wszelkiego rodzaju gatunków poetyckich, to przecież forma utworów jest zupełnie inna. U Goethego forma listów — u Mickiewicza dialog. Oryginalnym jest także pomysł trzech faz: »miłości, rozpaczy i przestrogi«. Punkt wyjścia jest też u obydwóch poetów różny: u Goethego przechodzi bohater od upojenia do rozpaczy, — przeżywamy wraz z nim całą skalę uczuć, które przy nas się rodzą i giną. W Dziadach natomiast mamy tylko retrospektywny obraz przeszłości. Wszystkie uczucia poznajemy przyćmione uczuciem rozpaczy, która wszystko przytłumia i wszystkiemu nadaje ton. Łączy się to ściśle ze stanowiskiem autora względem przeżyć bohatera. Goethe jest objektywny: — jego Werter popełnia samobójstwo, autor rejestruje to tylko, nie zajmując względem tego faktu żadnego stanowiska. Mickiewicz każe przeżywać Gustawowi trzy godziny przeszłości »dla nauki«.
W charakterze samych bohaterów obok zaznaczonych wyżej podobieństw spotykamy przecież zasadnicze różnice. Werter jest charakterem refleksyjnym, Gustaw porywczym. Werter urodził się (jak prof. Kallenbach zauważył) na filozofa, Gustaw na bohatera. Charakteryzują obydwóch najlepiej ich wspomnienia młodości: u Gustawa są to wspomnienia lektury o bohaterskich zapasach i o czynnych harcach dziecięcych, u Wertera natomiast opowiadanie o pragnieniach, jakiemi dusza się jego karmiła. Gustaw jest bardziej męski. Gdyby nie miłość, która mu »wyłamała skrzydła«, byłby bohaterem, człowiekiem czynu. Werter, gdyby był Loty nie poznał, byłby też skończył samobójstwem; zanim jeszcze Lotę poznał, już życie było dla niego tylko więzieniem, z którego pragnął wyzwolenia. Gustaw nie jest zatem »materjałem w rodzaju werterowskim«[23], a skutkiem tego niema też w Dziadach »werterowskiego Weltschmerzu, zniechęcenia do życia, jako bezcelowego istnienia, wyobrażenia o naturze, jako o potworze wiecznie przeżuwającym, słowem niema w nim pesymizmu«[24].
Werter jest bardziej zmysłowy niż Gustaw, i mimo wszystko praktyczniejszy niż Gustaw. Gustaw jest wprawdzie namiętny, ale nawskróś duchowy. Wreszcie inny jest stosunek do natury Wertera a Gustawa. U Wertera widzimy dwie fazy w tym stosunku: najpierw natura jest mu matką, piastunką, przyjaciółką; potem, gdy przyszło nań nieszczęście, — potworem wszystko pożerającym. U Gustawa pojęcie natury zbliża się do tego nastroju Wertera, jaki obserwujemy w chwili jego szczęśliwych przeżyć. Natura ta, nawet gdy jest w smutku, nie rozżala go, owszem uspakaja; szuka w niej ukojenia i znajduje przyjaciół: robaczka świętojańskiego, krzaczek, gałąź jedliny (Kallenbach).
c) po Mickiewiczu. Wpływ Wertera osiąga swe główne natężenie w Polsce właśnie po ukazaniu się Dziadów. Dopiero teraz przeżyć nam przyszło, chociaż nie w tak ostrej formie jak w Niemczech i na Zachodzie, gorączkę werterowską w życiu — a parodje werterowskie na scenie.
Wpływ na twórczość powieściową polską trwa nadal, splata się jednak z wpływem Byrona i uwydatnia się w małoznacznych i zapomnianych dziś (zresztą słusznie) utworach Janowskiego, Jastrzębskiego, Jurkowskiego, Krechowieckiego, — Meyznera i innych.
Bardzo charakterystycznym jest utwór Witwickiego Edmund, powstały pod wpływem René’go Chateaubrianda i Wertera. Utwór jest chybiony — nie stało talentu, by stworzyć dzieło większej wartości. Charakterystycznem jest, że autor chciał odmalować człowieka przejętego głębokim pesymizmem werterowskim, aby zaś stworzyć typ czysty, oderwał go od życia realnego i »pragnął doprowadzić do katastrofy przez proces wyłącznie myślowy«[25]. Oczywiście nie brak i w tem dziele reminiscencyj z Wertera w poszczególnych sytuacjach czy rysach.
Echa werterowskie po roku 1830 są już słabsze i ujawniają się w utworach drobniejszego znaczenia. Przebłysk jeszcze widzimy w Godzinie myśli Słowackiego. Głębszy wyraz tego wpływu znajdujemy wreszcie w powieści Kraszewskiego p. t. Poeta i świat. Bohatera jej tak charakteryzuje Wojciechowski: »Gustaw jest typem werterowskim, smutek jego, zniechęcenie do życia wypływa z tych samych źródeł, co w pierwowzorze, uczuciowość jego ma zabarwienie takie same, podobne są objawy uczuć«. Gustaw Kraszewskiego nie kończy jednak samobójstwem, jest oryginalny: rozpija się i kończy w pijaństwie ten Werter polski.

»W zestawieniu z zagranicą prąd werterowski przedstawia się u nas jako znacznie słabszy. Dość spojrzeć okiem na ogromną ilość samych Werterjanów niemieckich, francuskich, angielskich, aby dojść do takiego wyniku. Rozciągłość jego jest u nas dość znaczna: ćwierć wieku, — ale zrazu mamy do czynienia tylko z Werterem — kochankiem; Werter zmagany bólem wszechświatowym zjawia się dopiero w latach trzydziestych, a wnet po roku czterdziestym znika bez śladu. Pełnego wyrazu Weltschmerzu nie ma u nas wcale«[26].
BIBLJOGRAFJA

Albert Bielschowsky, Goethe. Sein Leben und seine Werke. 26 Auflage. München 1913.
W. Herbst, Goethe in Wetzlar. Vier Monate aus des Dichters Jugendzeit. Gotha 1881.
A. Kestner, Goethe und Werther. Briefe Goethe’s, meistens aus seiner Jugendzeit. Stuttgart und Tübingen 1854.
Heinrich Düntzer, Charlotte Buff und ihre Familie (Abhandlungen zu Goethe, Tom I str. 66 — 114). Leipzig 1885.
Eugen Wolff, Blätter aus dem Wertherkreis. Breslau 1894.
J. W. Appel, Werther und seine Zeit. Zur Goethe Literatur. Leipzig 1856.
L. Hermanjat, Werther et les frères de Werther. Lausanne 1892.
Erich Schmidt, Richardson, Rousseau und Goethe. Ein Beitrag zur Geschichte des Romans im 18 Jahrhundert. Jena 1875.
Heirich Düntzer, Sämmtliche Erläuterungen zu den deutschen Klassikern. Tom III, Leipzig 1880.
H. Düntzer, Zu Goethes Jubelfeier 1849. S. 89 — 209.
Zimmermann, Werthers Leiden und der literarische Kampf um sie. Herings »Archiv für das Studium der neueren Sprachen und Literaturen« XLV, 18^9. S. 241 — 298.
Konstanty Wojciechowski, Werter w Polsce. Lwów 1904.
Stanisław Dobrzycki, Do »Wertera w Polsce«. Pamiętnik literacki, Rocznik IV.
Adam Bełcikowski, Gustaw i Werter (Ze studjów nad literaturą polską, str. 459 — 478). Warszawa 1886.
Edward Sznobrich, Dziady a Werter. Zarys porównawczy. Bluszcz 1886, Nr. 35 — 39.
Stanisław Tarnowski, Druga i czwarta część Dziadów, Bibljoteka Warszawska 1877, II.
Br. Chlebowski, Idea, układ i artyzm Dziadów kowieńskich. Warszawa 1907.
Konstanty Wojciechowski, Wstęp i objaśnienia do Malwiny Marji z ks. Czartoryskich księżnej Wirtemberskiej. »Bibljoteka Narodowa« Serja I, Nr 23.

Polskie tłumaczenia Wertera:
Przekład Kazimierza Brodzińskiego: Cierpienia młodego Wertera. Warszawa 1822. 2 tomy; wydanie II Warszawa 1880; trzecie w Bibljotece Powszechnej Nr 472 — 473, Lwów-Złoczów, bez daty.
Cierpienia młodego Wertera tłumaczył Leopold Staff, z przedmową Jana Muszkowskiego (Dilecta. Wybór najcelniejszych utworów literatury powszechnej. Literatura niemiecka I. Poznań 1921).
Cierpienia młodego Wertera przełożył i wstępem zaopatrzył Piotr Choynowski (Arcydzieła literatury polskiej i obcej. Warszawa 1922).

Powyższe zestawienie bibljograficzne uwzględnia tylko najważniejsze prace. Spis bogatej literatury przedmiotu, można znaleźć w dziełach wyżej podanych.







Wszystkie szczegóły dziejów biednego Wertera, jakie tylko zebrać zdołałem, zgromadziłem skrzętnie i podaję wam tutaj, ufny, iż wdzięczni mi będziecie za to. Zaprawdę, niepodobna odmówić podziwu i miłości charakterowi jego, oraz zaletom umysłu, a smutne koleje jego życia wycisnąć muszą łzę z oczu.

Zacna duszo, odczuwająca też same, co on tęsknoty, niechże ci z cierpień jego spłynie w duszę pociecha i jeśli los zawistny, lub wina własna nie pozwoliły ci pozyskać przyjaciela bliższego, niechże ci książka ta przyjacielem się stanie[27].


CZĘŚĆ PIERWSZA.
4 maja, 1771 r.

O jakże cieszę się, że wyjechałem![28]. Powiesz drogi przyjacielu, że niewdzięcznem jest serce człowieka? Opuściłem ciebie, którego tak kocham, z którym nierozłączny byłem i oto — cieszę się? Ale wiem, że mi przebaczysz, bo czyż los nie uczynił wszystkiego, co mogłoby mnie udręczyć? Biedna Leonora! Byłem jednak niewinnym, czyż mogę bowiem ponosić odpowiedzialność za to, że pod wpływem zalotności jej siostry i miłego z nią obcowania, zrodziła się namiętność w biednem sercu? A mimo to — czyż jestem naprawdę bez winy? Czyż nie podsycałem jej uczuć, czyż nie dawałem się ponosić wrażeniom, czyż nie śmialiśmy się z przeróżnych rzeczy, choć zgoła śmieszne nie były? Czyż wolno człowiekowi skarżyć się na losy swoje? Przyjacielu mój drogi, przyrzekam poprawę! Nie będę już, jak to czyniłem do tej pory, bezustannie przeżuwał owych nikłych zaprawdę przeciwności, jakie przyniosło mi przeznaczenie. Chcę używać tego, co mam przed sobą, a zapomnieć o tem, co było i przeminęło. Zaprawdę, masz słuszność mój drogi: pośród ludzi mniej byłoby trosk, gdyby — o, czemuż się tak dzieje — gdyby nie wytężali całej wyobraźni na wywoływanie zjawy minionych cierpień, a raczej znosili obojętnie to, co niesie chwila bieżąca.
Powiedz, proszę cię, matce mojej, że dołożę wszelkich starań, by należycie załatwić jej sprawy i rychło doniosę o wszystkiem. Rozmawiałem z ciotką i zaręczam ci, że nie jest ona tak złą, jak to się o niej u nas mówi. Jest to kobieta żywa i gwałtowna, ale serce ma złote. Opowiedziałem jej o skargach matki, spowodowanych trudnościami uzyskania należnego jej spadku. Wyłożyła mi przyczyny swego postępowania, oraz podała warunki, pod jakimi gotową jest wydać wszystko, co należy, a nawet dać więcej, niżeśmy żądali. Nie chcę się o tem rozpisywać w tej chwili, ale koniec końcem, powiedz matce, że wszystko będzie dobrze. Z racji tych spraw drobnych przekonałem się ponownie, drogi przyjacielu, że nieporozumienia i opieszałość wywołują wśród ludzi więcej może jeszcze zamętu, niż złośliwość i podstęp. Te ostatnie przyczyny zła jawią się w każdym razie rzadziej.
Jest mi tutaj zresztą bardzo dobrze. Samotność, to balsam nieoceniony dla mego skołatanego serca. Miejscowość, gdzie przebywam, to raj prawdziwy, a wiosna tu w pełni uroczych ponęt swych i rozkwitu. Drzewa, żywopłoty, to jakby ogromne kwietne kiście, tak, że zbiera ochota zmienić się w chrząszczyka, nurzać się w tej wonnej toni i żywić się wyłącznie zapachem.
Miasto samo niczem nie pociąga, ale za to okolica niewypowiedzianie piękna. To właśnie skłoniło zmarłego hrabiego M... do założenia ogrodu na jednem ze wzgórz, które leżą tutaj na widnokręgu, porozdzielane uroczemi dolinami. Ogród urządzony jest poprostu, i wstąpiwszy weń, czuje się odrazu, że nie jest to dzieło kunsztowne człowieka biegłego w swej sztuce i fachowego ogrodnika, ale, że plan ogrodu kreślił człowiek serca, który chciał, by mu tutaj było dobrze. Uroniłem też niejedną łzę ku czci zmarłego, siedząc w rozpadłym napoły pawilonie, który był dawniej jego ulubionem miejscem, a jest dzisiaj mojem. Niebawem stanę się panem owego ogrodu[29]. Mimo, że bywam tu dopiero od kilku dni, ogrodnik okazuje mi życzliwość, i nieźle na tem wyjdzie.

10 maja.

Przedziwna pogoda ogarnęła moją duszę, niby owo zaranie wiosny, którem poję ciągle serce moje. Jestem sam i używam życia w całej pełni, bo zaprawdę, okolica ta stworzoną jest wprost dla dusz takich, jak moja. Drogi przyjacielu, jestem tak szczęśliwy, tak bardzo utonąłem w ciszy słodkiego bytowania, że cierpi na tem sztuka. Niezdolny rysować, niezdolny położyć kreski, czuję mimo to, że nigdy większym nie byłem malarzem, jak w tej chwili. Kiedy z uroczej doliny podnoszą się opary, a słońce patrzy z wysoka na nieprzeniknioną ciemń lasu, wysyłając jeno małe wiązki promieni w głąb tego świętego przybytku, leżę sobie w wysokiej trawie nad brzegiem szemrzącego potoku. Przytulony do ziemi, dziwuję się rozlicznym trawkom, czuję blisko serca rojowisko mnóstwa małych robaczków i komarów, snujących się pośród źdźbeł, i patrzę na ich przedziwne, tajemnicze kształty. Wówczas czuję żywo obecność Wszechmocnego, który stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, chwytam tchnienie Tego, który wszystko swą miłością otacza i utrzymuje świat przy życiu. Przyjacielu, wówczas ćmi mi się w oczach, a cała ziemia wokół i niebo spoczywa w mej duszy, jak zjawa ukochanej. Tęsknię wonczas i myślę: ach... gdybyś to wszystko mógł wyrazić, gdybyś przelać mógł na papier to, co tak pełne, tak gorące żyje w tobie, natenczas byłoby ono zwierciadłem twej duszy, podobnie, jak dusza twoja jest odzwierciedleniem boskiej nieskończoności. Przyjacielu! Niestety, dlatego niszczeję i upadam pod tą nawałą wspaniałości zjawisk.

12 maja.

Nie wiem, czy duchy łudzące unoszą się ponad tą okolicą, czy to płomienna, niebiańska fantazja mego własnego serca sprawia, że wszystko wokół jest takie rajskie. Niedaleko pod miastem jest studnia, studnia, do której przykuty jestem, niby Meluzyna[30] wraz ze swemi siostrami. Po stoku małego wzgórza schodzi się, staje pod sklepieniem, a potem, zstąpiwszy wdół po jakichś dwudziestu stopniach, znajduje się przeczystą wodę, ze skał marmurowych tryskającą. Niewielki murek, okalający studnię od góry, wysokie drzewa, słoniące ją cieniem, chłód, jaki tu panuje, wszystko razem pociąga i przejmuje drżeniem. Niema dnia, bym tu nie spędził bodaj godziny. Raz po raz jawią się tu dziewczęta z miasta po wodę, załatwiając ową czynność prostą i konieczną, jakiej niegdyś oddawały się nawet córki królewskie. Gdy siedzę tutaj, budzi się wre mnie tak żywo patrjarchalna wizja pradziadów, nawiązujących u studni znajomości, starających się o rękę wybranki[31], i duchów dobroczynnych, polatujących wokół źródeł i studni. Zaprawdę, nie krzepił się chyba u chłodnej studni po znojnej wędrówce w czas letni ten, kto tego odczuć niezdolny.

13 maja.

Pytasz, czyli przysłać książki moje? — Drogi mój, proszę cię, nie przysyłaj mi ich na Boga! Nie trzeba mi kierownictwa, ni zachęty, czy podniety, wszak serce me samo przez się tętni aż nazbyt gwałtownie. Tylko kołysanka zda mi się, a znalazłem ich pod dostatkiem w moim Homerze[32]. O, jakże często do snu kołyszę wzburzoną krew. Zaprawdę, nie widziałeś chyba nic tak niezrównoważonego, niespokojnego, jak serce moje. Wszakże nie potrzebuję mówić o tem tobie, który doznawałeś — nieraz przygnębienia patrząc, jak przerzucam się z troski do rozpętania i ze słodkiego rozmarzenia do zgubnej namiętności. Postępuję z mojem sercem, jak z chorem dzieckiem, powolny wszelakiemu jego zachceniu. Nie rozgłaszaj tego, bo są tacy, którzyby mi to wzięli za złe.

15 maja.

Prostaczkowie miejscowi znają mnie już i lubią, zwłaszcza dzieci. Gdym zrazu zbliżał się do nich i rozpytywał poufale o to i owo, niektórzy mniemali, że chcę z nich drwić, i odprawiali mnie w sposób, co się zowie szorstki. Ale nie brałem sobie tego do serca, tylko uczuwałem nader żywo to, co już nieraz zauważyłem. Ludzie wyższych sfer trzymają się zawsze w pewnem chłodnem oddaleniu od prostego ludu, jakby się obawiali, że stracić coś mogą na zbliżeniu, ale zdarzają się wartogłowy i kpiarze, okazujący prostaczkom pozorną łaskawość poto jeno, by swawolą swą dotknąć tem boleśniej jeszcze.
Wiem, że nie jesteśmy równi i równymi być nie możemy, ale wedle mego zapatrywania, ten, który odsuwa się od tak zwanego motłochu, by zachować swe dostojeństwo, jest równie godny nagany, jak tchórz, unikający przeciwnika z obawy porażki.
Niedawno przyszedłszy do studni, zastałem młodą służebnę. Postawiła naczynie na najniższym stopniu i rozglądała się, czy nie zjawi się jakaś towarzyszka, chętna do pomocy w dźwignięciu naczynia na głowę. Zeszedłem i spojrzałem na nią. Czy pomóc panience? — spytałem. Twarz jej oblała się żywym rumieńcem. — Jakżeby też pan...? — powiedziała. — Niewielka to rzecz. Włożyła na czoło nagłówek[33], a ja podałem jej naczynie. Podziękowała i poszła schodami na górę.

17 maja.

Porobiłem rozmaite znajomości, towarzystwa jednak nie znalazłem do tej pory. Nie wiem co mogę mieć w sobie pociągającego dla tych ludzi, wielu z nich mnie lubi, kupią się wkoło mnie, a kiedy zdarza się, że drogi nasze niewielką tylko przestrzeń razem biegną, przykro mi się robi. Gdybyś spytał, jacy tu są ludzie, odparłbym, że tacy, jak wszędzie. Rodzaj ludzki, to rzecz nad wyraz jednostajna! Większość spędza na pracy przeważną część życia, by żyć, a owa znikoma cząstka wolności, jaka im pozostaje, napawa ich taką obawą, iż czynią, co mogą, by jej się wyzbyć coprędzej. O, jakiemże jest przeznaczenie ludzi?
Ale jest to lud dobry i poczciwy! Bardzo dobrze się czuję, gdy się czasem zapomnę, zażyję z nimi rozrywek, na jakie jeszcze wolno sobie pozwolić, gdy siedząc u obficie zastawionego stołu, pożartuję w szczerości ducha swobodnie, zrobię wycieczkę, potańczę przy sposobności, czy coś podobnego uczynię. Lecz nie śmie mi wówczas przyjść na myśl, że tyle spoczywa we mnie odmiennych, utajonych sił, niezużytych, marniejących, które muszę ukrywać tak starannie. Ach, jakże to obezwładnia serce..., a przecież przeznaczeniem ludzi mnie podobnych, jest nie znaleźć zrozumienia.
Ach, czemuż niema już przyjaciółki młodości mojej! Ach, ach, czemuż ją poznałem? Powinienem sobie powiedzieć: nierozsądny jesteś, szukasz, czego na ziemi znaleźć niepodobna! Posiadałem ją jednak, odczuwałem to serce, tę wielką duszę i czułem się w jej obecności czemś więcej, niż jestem, byłem bowiem wszystkiem, czem zostać mogłem. O Boże! Czyż wonczas pozostała bezczynną bodaj jedna z sił duszy mojej? Czyż nie byłem w możności rozwijać przed nią wszystkich owych cudnych uczuć, któremi serce moje ogarnia przyrodę? Wszakże stosunek nasz był nieustanną tkaniną, złożoną z subtelnych wrażeń i bystrości dowcipu, a wszystkie jej modyfikacje, dochodzące czasem aż do wybryków, nosiły na sobie piętno genjuszu. Cóż teraz! Wyprzedziła mnie wiekiem i zeszła wcześniej, niźli ja do mogiły. Nigdy jej nie zapomnę, zawsze przytomną mi będzie potęga jej rozumu i niebiańska wyrozumiałość[34].
Przed kilku dniami napotkałem tu młodego V. Jest to chłopak szczery, bardzo miłej powierzchowności. Skończył właśnie uniwersytet, nie uważa się za mędrca, a jednak przekonany jest, że więcej posiada wiadomości od innych. Pracował, jak to zaraz widać, pilnie i nabył sporego zasobu wiedzy. Posłyszawszy, że dużo rysuję i znam greczyznę (dwie niesłychane rzeczy tutaj), zwrócił się do mnie, rozłożył swój kramik naukowy, mieszczący różności począwszy od Batteux’a do Wooda i od Piles’a do Winckelmanna, zaręczył mi, że przeczytał całą pierwszą część teorji Sulzera, oraz, że posiada rękopis Heynego o studjum antyku[35]. Przyjąłem to do wiadomości.
Poznałem także pewnego zacnego człowieka, o szczerem i otwartem sercu, komisarza książęcego. Podobno niezmiernie miło się robi na duszy, gdy się go widzi pośród dziewięciorga jego dzieci, a zwłaszcza cuda głoszą o najstarszej córce. Zaprosił mnie, toteż złożę mu wizytę, jak się tylko da najrychlej. Mieszka w książęcej leśniczówce, o półtorej godziny drogi stąd, dokąd się wyprowadził, uzyskawszy pozwolenie opuszczenia miasta i siedziby w budynku urzędowym, której widok po stracie żony ranił go boleśnie.
Pozatem natknąłem się na kilku dziwaków, w których wszystko mnie razi, a najnieznośniejszemi są mi objawy ich przyjaźni.
Bywaj zdrów! List ten zadowoli cię niezawodnie, jest bowiem nawskróś historyczny[36].

22 maja.

Niejednemu już wydawało się, że życie jest snem tylko, a i mnie uczucie to nie opuszcza ni na chwilę[37]. Gdy spoglądam na szranki, w które wtłoczona jest czynna, badawcza energja człowieka, i widzę, że wszelka działalność nasza ogranicza się ostatecznie tylko do zaspokojenia potrzeb, a potrzeby te mają jeno ten jedyny cel, by przedłużyć marne istnienie nasze, gdy dalej widzę, że owo uspokojenie co do niektórych punktów poszukiwań naszych polega jeno na marzycielskiej rezygnacji, bo przecież jeno ściany więzienia naszego przysłania barwnemi kształtami i jaśniejącemi blaskami nadziei — gdy pomyślę o tem wszystkiem, drogi Wilhelmie, słowa zamierają mi na ustach. Cofam się w siebie i tu odnajduję mój świat, coprawda znowu raczej zawarty w przeczuciu i mglistych pragnieniach, jak w oczywistych, żywych, tętniących siłą kształtach. Wszystko przesuwa się przedemną, uśmiecham się i wnikam w ten świat, rozmarzony.
Wszyscy przemądrzali pedagogowie i ochmistrze godzą się na to, że dzieci nie wiedzą czego chcą, natomiast nikt uwierzyć nie chce, mimo naocznej oczywistości tego faktu, że także dorośli wałęsają się po tej ziemi podobni dzieciom, równie jak one nie wiedząc wcale, skąd się wzięli i dokąd zmierzają i że tak samo nie kierują swych czynów ku prawdziwym celom i tak samo podlegają rządom łakoci i łozowej rózgi[38].
Przyznaję chętnie, wiedząc zgóry, co mi na to odpowiesz, że najszczęśliwszymi są właśnie ci, którzy żyją z dnia na dzień, piastują swe ulubione lalki, ubierają je i rozbierają, z należytym respektem przemykają koło szuflady, gdzie mama chowa pierniczki, a gdy nakoniec wpadnie im w ręce pożądany przysmak, pożerają go chciwie, wołając: jeszcze! Tak, są to szczęśliwe stworzenia. Dobrze się dzieje także tym, którzy swym marnym zatrudnieniom, albo nawet własnym namiętnościom nadają wspaniałe nazwy i zachwalają rodzajowi ludzkiemu jako gigantyczne czyny, dla jego dobra i pomyślności podjęte. Dobrze się dzieje temu, kto może tak postępować. Ale człowiek, zdający sobie w pokorze ducha sprawę z ostatecznych wyników tego wszystkiego, widzący dobrze, jak każdy obywatel, wiodący żywot szczęśliwy, umie sobie rajem uczynić własny ogródek, jak nawet nieszczęśnik, uginający się pod brzemieniem losu, kroczy dalej swą drogą w beztrosce zupełnej, jak wszyscy jednakowo wysilają się, by o minutę bodaj przedłużyć swój żywot na ziemi, — człowiek taki staje się cichy, stwarza świat własny, wywodząc go ze siebie samego i czuje się — także szczęśliwym, bowiem jest również człowiekiem. Pozatem, mimo owej niewoli przyrodzonej, żywi on w sercu słodkie uczucie swobody i wie, że opuścić może, gdy zechce, więzienie[39].

26 maja.

Znasz z dawien dawna mój sposób zagospodarowywania się, budowania sobie w jakiemś zacisznem miejscu chałupki i wiesz, jak umiem żyć, poprzestając na małem. I tutaj znalazłem kącik, który mnie pociągnął ku sobie[40].
O niespełna godzinę drogi od miasta znajduje się miejscowość, zwana Wahlheim[41][42]. Położona jest bardzo uroczo na wzgórzu, a dotarłszy ścieżyną na jego szczyt za wioską, można objąć spojrzeniem całą dolinę. Jest tu poczciwa gospodyni, nalewająca gościom uprzejmie i ochoczo mimo swych lat, to wina, to piwa, to kawy, a ponadto, rzecz główna, są tu dwie lipy, cieniące rozłożystemi konarami niewielki placyk przed kościołem, obstawiony wokół domami wieśniaczemi, stodołami i zagrodami. Nigdy jeszcze nie wynalazłem sobie tak przytulnego zakątka, toteż każę sobie tu wynosić z gospody stół i krzesło, piję kawę i czytam Homera. Gdym po raz pierwszy przypadkiem pewnego pogodnego popołudnia zaszedł pod te lipy, placyk był niemal całkiem pusty. Wszyscy byli w polu, tylko czteroletni może chłopak siedział na ziemi, trzymając pomiędzy kolanami półroczne maleństwo i przytulając go do siebie. Służył mu w ten sposób za rodzaj krzesła, i mimo żywości, przebłyskującej w czarnych oczach, siedział spokojnie. Zaciekawił mnie ten widok, usiadłem na leżącym opodal pługu i wyrysowałem ową scenę braterskiego poświęcenia. Za tło dałem pobliski płot, bramę, szopy i kilka połamanych kół od wozu, wszystko tak, jak było w rzeczywistości. Po upływie godziny powstał ciekawy, dobrze skomponowany rysunek bez jakiegokolwiek dodatku własnej fantazji i to utwierdziło mnie w postanowieniu trzymania się w przyszłości samej tylko natury. Ona kryje największe skarby i ona sama wydaje największych mistrzów. Można przytoczyć wiele na korzyść metod twórczych, niemal to samo, co na pochwałę społecznej organizacji mieszczańskiej. Człowiek, powodujący się jej zasadami, nie wytworzy nigdy czegoś wstrętnego i złego, podobnie jak ten, kto kieruje się prawem i względami dobrobytu, nie stanie się nigdy nieznośnym sąsiadem, ni wybitnym złoczyńcą; mimo to, cokolwiekby ktoś przytaczał, każda szkolarska metoda zniweczyć musi prawdziwe odczucie przyrody i rzeczywisty jej wyraz. Powiesz może, że to zbyt ostry sąd, że metoda przycina jeno wilcze pędy i tamuje ich bujanie?[43]. Przyjacielu, czy mam ci to objaśnić porównaniem? Rzecz się tu ma tak, jak z miłością. Serce młodzieńca garnie się do dziewczyny, nie oddala się od niej ani na chwilę w ciągu dnia, szafuje rozrzutnie wszystkiemi swemi siłami, całe bogactwo swe wkłada w to, by dać poznać, że oddane jest jej bez podziału. Naraz zbliża się filister, człowiek piastujący urząd publiczny, i powiada: Młodzieńcze, miłość, to rzecz ludzka, ale winniście się kochać, jak przystało ludziom serjo. Musisz podzielić swój czas, przeznaczyć pewną ilość godzin na pracę, a porę odpoczynku możesz poświęcić swojej ukochanej. Oblicz swój majątek, a z tego, co ci pozostanie od kwoty potrzebnej na życie, wolno ci będzie kupić jej podarek, byle nie zdarzało się to zbyt często, a więc np. w dniu urodzin, imienin, i t. p. Jeśli młodzieniec tej rady usłucha, to wyrośnie niezawodnie na użytecznego człowieka i możnaby zalecić każdemu panującemu[44], by obdarzył go stanowiskiem w kolegjum. Tylko miłość jego przestanie istnieć, a jeśli jest to artysta, to przepadł jako twórca. O przyjaciele drodzy! Dlaczegóż to tak rzadko wzbiera rwący potok genjuszu i w podziw wprawia dusze? Oto dlatego, że po obu jego brzegach rozsiedli się możni, spokojni panowie, posiadający tu swe altanki, swe grzędy tulipanów i pola kapusty, przeto chcąc je uchronić od szkody, zawczasu już starają się usunąć grożące im niebezpieczeństwo przez tamowanie i odprowadzanie wzburzonych fal.

27 maja.

Popadłem, widzę, w zachwyt, przypowieści i deklamację i zapomniałem z tego powodu opowiedzieć ci dokładnie, co się potem stało z dziećmi. Przesiedziałem blisko dwie godziny na pługu, zatopiony w malarskie wrażenia, które ci we wczorajszym liście bardzo urywkowo nakreśliłem. Pod wieczór zbliżyła się młoda niewiasta do dzieci, które przez cały czas nie ruszyły się z miejsca. Niosła na ręku koszyk i zawołała zdala: Filipie, grzeczny chłopiec z ciebie! — Pozdrowiła mnie, oddałem ukłon, zbliżyłem się i spytałem, czy jest matką tych dzieci. Potwierdziła to, dała starszemu połowę przyniesionej bułki, potem, podniósłszy z ziemi maleństwo, ucałowała je z macierzyńską miłością. Kazałam — powiedziała — Filipkowi pilnować malca, a z najstarszym synem udałam się do miasta po bułki, cukier i rynkę. — Ujrzałem to wszystko w koszyku, z którego zsunęła się pokrywka. — Muszę memu Jaśkowi (takie było imię najmłodszego) ugotować na wieczór zupki. Ten, najstarszy, ladaco, stłukł mi wczoraj rynkę, gdy wyrywał ją Filipkowi, chcąc dostać się do wyskrobków lemieszki! — Spytałem o najstarszego i zaledwo mi zdołała powiedzieć, że upędza się po łące za gęsiami, gdy nadbiegł w podskokach, przynosząc młodszemu bratu pręt leszczynowy. Z rozmowy z młodą kobietą dowiedziałem się, że jest córką miejscowego nauczyciela i że mąż jej udał się do Szwajcarji w sprawie spadku po krewnym. Chciano go oszukać, powiedziała, nie odpowiadano na jego listy, przeto pojechał sam. — Oby mu się tylko co złego nie przydarzyło! — dodała. — Nie mam odeń wieści! — Z trudnością przyszło mi rozstać się z ową kobietą. Dałem obu chłopcom po groszu, również dla malca dałem grosz matce, by mu przyniosła z miasta przy okazji bułkę do polewki, a potem pożegnaliśmy się.
Powiadam ci, mój drogi, w chwilach, kiedy uczuwam zamęt w głowie, wonczas chaos myśli łagodzi widok takiego oto stworzenia, trwającego w szczęsnym spokoju, obracającego się w ciasnym kręgu bytowania swego, istoty żyjącej z dnia na dzień, która patrząc, jak liście spadają, myśli tylko o tem jednem, że zima nadchodzi.
Od tego dnia bywam tam często, dzieci przywykły do mnie. Gdy piję kawę, dostają cukru, a wieczorem po trochu chleba z masłem i po odrobinie kwaśnego mleka. W niedzielę nie mija ich nigdy obowiązkowy grosz, a na wypadek, gdyby mnie nie było wieczorem, po godzinie modlitwy właścicielka gospody ma polecenie wypłacić tę należytość.
Spoufaliły się ze mną, opowiadają mi różności, a mnie bawi zwłaszcza ich roznamiętnienie i naiwne objawy pożądania, gdy zbierze się większa gromadka wiejskich wisusów.

Z trudem zdołałem przekonać matkę, że zbyteczne są jej obawy, by miały się mnie uprzykrzyć.

30 maja.

To, co ci niedawno pisałem o malarstwie, odnosi się niezawodnie również do poezji[45]. Idzie o to, by pojąć to, co jest doskonałe i mieć odwagę je wypowiedzieć. Rzecz to niemała, choć pokrótce ujęta. Przeżyłem dziś coś, co poprostu przepisane, dałoby najpiękniejszą idyllę w świecie. Ale czemże jest poezja, scenerja, idylla? Czyż zawsze musimy smarować, przeżywając coś, co jest przejawem natury?
Zapewne po takim wstępie oczekujesz czegoś niezwykłego. Niestety, zawiedziesz się; to żywe zainteresowanie wzbudził we mnie zwyczajny parobczak wiejski. Opowiem rzecz, jak zazwyczaj, źle, a ty, jak zazwyczaj, posądzisz mnie oczywiście o przesadę, bo oto znów jeno Wahlheim i ciągle wkółko Wahlheim, jest widownią owych niesłychanych i rzadkich przeżyć.
Pod lipami zebrało się towarzystwo i raczyło się kawą. Ponieważ mi niezupełnie odpowiadało, przeto pod jakimś pozorem pozostałem na uboczu.
Z pobliskiego domu nadszedł parobczak i zaczął majstrować koło pługa, który rysowałem niedawno[46]. Podobał mi się, przeto zagadnąłem go o to i owo, zapoznaliśmy się szybko, a jak mi się to zazwyczaj zdarza w obcowaniu z ludźmi tego rodzaju, pozyskałem jego zaufanie. Powiedział mi, że służy u pewnej wdowy i że mu u niej bardzo dobrze. Opowiadał o niej szeroko i wychwalał ją w ten sposób, że zauważyłem niebawem, iż oddany jej jest duszą i ciałem. Mówił, że nie jest już młodą, doznała wiele złego ze strony męża i dlatego też nie chce wychodzić powtórnie za mąż. Z opowiadania chłopaka przebijało wyraźnie, że jest dobra, życzliwa i miła w obejściu, a zarazem poznałem, jak bardzo pragnie, by go wybrała, by mu pozwoliła zatrzeć w jej pamięci błędy i wady pierwszego małżonka. Musiałbym słowo w słowo powtórzyć, co mówił, by przedstawić przywiązanie, miłość i wierność tego człowieka. Musiałbym ponadto posiadać genjusz największego poety, by ci uzmysłowić jego gesty, dać pojęcie o harmonji głosu, oraz przywieść żywo przed oczy skryty żar jego spojrzenia. Nie, zaprawdę, żadne słowa nie potrafią wyrazić subtelnej delikatności, przepajającej go i ujawniającej się w całem zachowaniu. Wszystko, co mógłbym o tem powiedzieć, musiałoby być prostackie. Wzruszała mnie zwłaszcza obawa jego, bym o stosunku, jaki ich łączył, nie myślał źle i nie wątpił w jej dobre prowadzenie się. Z jak niewysłowionym zachwytem opowiadał o jej postaci i ciele, które nawet bez wdzięku młodości pociągało go ku sobie nieprzeparcie, mogę powtórzyć sobie jeno w głębi własnej duszy. W tej czystości nie widziałem w życiu płomiennej żądzy i tęsknego pragnienia, co więcej, o tak czystej ich formach nie myślałem i nie marzyłem dotąd nigdy. Nie łaj mnie, gdy ci powiem, że dusza mnie pali na wspomnienie owej niewinności i prawdy i że obraz tej wierności i uczucia nie schodzi mi z myśli, do tego stopnia, iż sam tęsknię i pożądam.
Postaram się zobaczyć ją jak najprędzej, a raczej postaram się tego uniknąć. Lepiej patrzeć mi będzie na nią oczyma zakochanego, bo może oczom moim własnym ukazałaby się inną, niż ją teraz widzę, a pocóż psuć sobie piękny obraz?

16 czerwca.

Czemu do ciebie nie piszę? — Pytasz o to, mimo, że zaliczasz się przecież do uczonych? Wszakże powinieneś był odgadnąć, że mi musi być dobrze... Krótko mówiąc, zawiązałem pewną znajomość, która dotyczy bliżej mego serca. Otóż... cóż mam powiedzieć?
Trudno mi będzie nad wyraz opowiedzieć ci w porządku, jak się to stało, że poznałem jedno z najmilszych stworzeń świata. Jestem zadowolony i szczęśliwy, a zatem nie mani wcale zamiaru zostać historykiem.
Jestże aniołem? — Nie, tem mianem zowie pierwszy lepszy swą uwielbianą! Nie jestem jednak w stanie uzmysłowić ci inaczej jej doskonałości i nie mogę wyjaśnić, dlaczego jest doskonałą. Dosyć na tem, że wzięła w niewolę cały mój umysł.
Jakże jest naiwna przy całym swym rozumie, jakże dobra, mimo stałości charakteru, jakże spokojną jest jej dusza, mimo ożywienia i ustawicznej ruchliwości!
Wszystko, co o niej piszę, to czcza gadanina, to same abstrakcje, niezdolne oddać ni jednego rysu jej istoty. Innym razem — nie, nie innym razem, teraz ci muszę opowiedzieć wszystko. Gdybym zaniechał, nie stałoby się to już nigdy. Prawdę mówiąc, od chwili rozpoczęcia tego listu, już trzy razy miałem ochotę rzucić pióro, kazać osiodłać konia i jechać. Przysiągłem sobie mianowicie, że przed południem nie pojadę do niej i oto teraz, co chwila zbliżam się do okna, by zobaczyć, czy słońce jeszcze wysoko...
Nie mogłem się przezwyciężyć, musiałem być u niej. Wróciłem już teraz, zabieram się do swej skromnej wieczerzy i do pisania do ciebie. O, jakąż mi to sprawia rozkosz patrzeć na nią, krzątającą się pośród miłych, żwawych dzieciaków, pośród ośmiorga rodzeństwa, jakie posiada!...
Czuję, że nie dowiesz się niczego, jeśli będę w ten sposób pisał dalej. Słuchaj tedy, zmuszę się bowiem wniknąć we wszystkie, szczegóły.
Pisałem ci już, że poznałem komisarza S. i donosiłem, iż prosił mnie, bym go odwiedził niedługo w jego pustelni, czyli raczej w jego małem królestwie. Zaniedbałem uczynić tego i pewnie nigdy nie byłbym się tam pokazał, gdyby przypadek nie odkrył mi skarbu, jaki się kryje w owym zakątku.
Młodzież miejscowa urządziła zabawę wiejską, zaproszono mnie, a ja zgodziłem się ochotnie wziąć udział. Danserką moją została pewna ładna, przeciętna zresztą panienka tutejsza i postanowiliśmy, że weźmiemy powóz i pojedziemy razem z kuzynką mej damy na miejsce zabawy, zabierając po drodze Karolinę S. — Zobaczysz pan śliczną dziewczynę! — powiedziała mi moja towarzyszka, gdyśmy się zbliżali do leśniczówki drogą, wyciętą w wysokopiennym lesie. — Tylko nie zakochaj się pan broń Boże! — ostrzegała kuzynka. — Dlaczegóż to? — spytałem. — Zaręczona jest z pewnym zacnym człowiekiem. Wyjechał właśnie, w celu doprowadzenia do porządku spraw rodzinnych po śmierci ojca, oraz wystarania się o wybitne stanowisko! — dodała moja danserka. Wiadomość ta była mi zgoła obojętna.
Na dobrą chwilę przed zachodem słońca stanęliśmy przed bramą wjazdową leśniczówki. Powietrze było parne i dziewczęta obawiały się, że może nadejść burza. Szarawe, ciężkie chmurki zaczęły się też w istocie snuć wokół po widnokręgu. Starałem się rozprószyć ich przewidywania, popisując się rzekomemi wiadomościami memi z zakresu meteorologii, ale sam miałem przeczucie, że zabawa nasza ulec może nielada katastrofie.
Wysiadłem, a służąca, która zjawiła się u bramy, poprosiła, byśmy się na chwilę zatrzymali, bo panna Lota zaraz przybędzie. Przeszedłem podwórze, zbliżyłem się do okazałego domu, wstąpiłem na schody i stanąłem w drzwiach, a wówczas oczom moim przedstawił się tak uroczy obraz, jakiego dotąd w życiu może nie widziałem. W obszernej komnacie cisnęło się sześcioro dzieci, w wieku od jedenastu do dwu lat do dziewczyny średniego wzrostu, zgrabnej postaci, ubranej w białą sukienkę z bladoróżowemi kokardami na ramieniu i u gorsu. W rękach trzymała bochenek ciemnego chleba i krajała dzieciom kromki, których wielkość zastosowana była do wieku i apetytu każdego z nich. Rozdawała je z serdecznością wokół, a dzieci, trzymając rączki długo wzniesione w górę, zanim kromka została odkrojona, wołały potem: — Dziękuję! — i odbiegały wesoło, lub też odchodziły spokojnie, stosownie do swego usposobienia, ku bramie wjazdowej, by obejrzeć przybyłych i powóz, który miał zabrać ich Lotę.
— Proszę mi wybaczyć, — powiedziała — że pana fatyguję aż tutaj, a pozwalam czekać paniom. Ale z powodu ubierania się, różnych zajęć domowych i zarządzeń na czas mej nieobecności, zapomniałam dać podwieczorku mojej gromadce, a dzieci domagają się, bym im sama wydzielała kromki. — Powiedziałem jej kilka słów pochlebnych bez znaczenia, a duszą zawisłem na jej postaci, intonacji głosu, ruchach, i zaledwo miałem czas przyjść do siebie ze zdziwienia, gdy wybiegła do drugiego pokoju po rękawiczki i wachlarz. Malcy patrzyli na mnie z oddali, rzucając spojrzenia nieufne. Zbliżyłem się do najmłodszego o bardzo miłej twarzyczce. Cofnął się właśnie w chwili, gdy Lota stanęła z powrotem w drzwiach i powiedziała: — Ludwiczku, podaj kuzynkowi rączkę! — Chłopiec uczynił to ochotnie, a ja nie mogłem się powstrzymać od serdecznego ucałowania malca, mimo jego umorusanego noska. — Więc jestem kuzynkiem? — powiedziałem, podając jej rękę. — Czy sądzi pani, że zasługuję na to szczęście? — O, proszę pana, — odparła, uśmiechając się swobodnie, — rodzina nasza jest tak rozgałęziona, że byłoby mi przykro wyłączać pana z niej! Idąc już ku wyjściu, poleciła Zosi, najstarszej po sobie, jedenastoletniej może dziewczynce, by pilnie baczyła na dzieci i by pozdrowiła ojca, gdy wróci z przejażdżki. Malcom przykazała słuchać we wszystkiem Zosi, jakby była nią samą, a kilkoro przyrzekło to uroczyście. Mała, przekorna blondyneczka, w wieku około sześciu lat, zauważyła: — A przecież ona nie jest tobą, Lotko! My ciebie bardziej kochamy! Dwaj najstarsi chłopcy uczepiali się powozu z tyłu, a na moje wstawiennictwo pozwoliła im Lota jechać razem z nami aż do lasu, pod warunkiem, że nie będą się sprzeczali i będą się trzymać dobrze pojazdu.
Zaledwieśmy się należycie usadowili, kobiety się przywitały i poczyniły wstępne spostrzeżenia co do strojów, zwłaszcza kapelusików, oraz zlustrowały towarzystwo, jakie się spodziewano zastać, gdy Lota kazała się woźnicy zatrzymać i wezwała braci, by zsiedli. Chcieli ucałować raz jeszcze jej rękę, starszy uczynił to z wylaniem, właściwem wiekowi lat piętnastu, młodszy popędliwie i lekkomyślnie. Posłała raz jeszcze pozdrowienie rodzeństwu i pojechaliśmy dalej.
Kuzynka spytała ją, czy skończyła czytać książkę, jaką jej niedawno posłała. — Nie, — odrzekła Lota — nie podoba mi się! Mogę ją zaraz zwrócić. Poprzednia nie była też lepsza! — Zdumiony byłem, dowiedziawszy się, co to za książki, i posłyszawszy jej odpowiedź[47]. Wszystko, co mówiła, nosiło piętno indywidualne, w każdem słowie odkrywałem nowe powaby, na twarzy jej rozbłyskały światła ducha i jaśniały w całej pełni, odczuwała bowiem instynktownie, że ją rozumiem.
— Za młodszych lat — mówiła — przepadałam za powieściami. O, jakże miło było usiąść sobie w niedzielę w jakimś kąciku i utonąć myślą w zmiennych kolejach losu jakiejś miss Jenny[48]. Nie zapieram się, że i dziś jeszcze, lektura tego rodzaju ma dla mnie dużo uroku. Ponieważ jednak rzadko mi się zdarza zdobyć książkę, tedy musi ona odpowiadać w zupełności moim upodobaniom. Najmilszym jest mi autor, w którym odnajduję własny świat, który kreśli stosunki podobne tym, pośród jakich żyję, którego opowieść budzi we mnie takie samo serdeczne zainteresowanie, jakie mi daje własne codzienne życie, nie będące, coprawda, rajem, które jest jednak dla mnie w gruncie rzeczy źródłem niewysłowionej szczęśliwości.
Starałem się ukryć wzruszenie, temi słowami wywołane. Coprawda, nie bardzo mi się to udało, bo kiedy zaczęła mimochodem, ale z niezwykłem zrozumieniem mówić o Pastorze z Wakefieldu..., o...[49], nie mogłem wytrzymać i powiedziałem jej wszystko, co wiedziałem. Po dobrej dopiero chwili, gdy Lota zwróciła się do kogoś innego, spostrzegłem, że reszta towarzystwa siedziała przez cały czas z otwartemi oczyma, niema, jakbyśmy byli sami. Kuzynka spojrzała na mnie raz i drugi, robiąc ironiczną minę, ale było mi to zupełnie obojętne.
Rozmowa zeszła na uciechy tańca. — Jeśli nawet ta namiętność jest wadą, — powiedziała Lota — wyznaję otwarcie, że nie znam niczego milszego, nad taniec. Re razy mi coś dolega, zaraz bębnię sobie na mym rozstrojonym fortepianiku kontredansa[50] i wszystko staje się na nowo znośnem.
O, jakże, podczas gdy mówiła, poiłem się blaskiem jej czarnych oczu! Jakże pociągały mą duszę żywe jej usta i świeże policzki, jakże wtapiałem się w cudną treść jej słów, nie słysząc nawet często wyrażeń, w jakie przybierała swe myśli! Musisz sobie to wyobrazić dobrze, znasz mnie bowiem. Słowem, wysiadłem z powozu odurzony, i kiedyśmy stanęli przed budynkiem, tak dalece zapadłem w półcieniu świata snów, że nie zwracałem niemal uwagi na muzykę, dolatującą z oświetlonej rzęsiście balowej sali.
Dwaj panowie, Audran i niejaki N. N. — któż zdoła spamiętać tyle nazwisk — będący danserami Loty i kuzynki, przybiegli do powozu, porwali swoje damy, a ja również wprowadziłem do sali tę, która mi przypadła w udziale.
Sunęliśmy w skrętach menueta[51] wokół siebie, ujmowałem dłonie jednej kobiety po drugiej, a zdarzało się, że właśnie najmniej powabne ociągały się, tak, że nie można było często dojść do ładu, by skończyć w porę figurę. Lota z danserem swoim rozpoczęła angleza[52], a możesz sobie wyobrazić, jakie mną owładnęło uczucie, gdy w toku figury zbliżyła się z kolei do mnie. Niezrównanie wygląda w tańcu! Oddaje mu się całą duszą i całem sercem, ciało jej nabiera niewysłowionej harmonji, staje się beztroską, swobodną, jakby taniec był dla niej wszystkiem, jakby nie myślała o niczem innem, niczego pozatem nie odczuwała i zaprawdę w tej chwili wszystko znika z przed jej oczu.
Poprosiłem o drugiego kadryla, przyrzekła mi trzeciego i z powabną otwartością zapewniła mnie, że ponad wszystko przepada za walcem[53]. — Panuje tu zwyczaj — mówiła — że para, należąca do siebie, tańczy ze sobą walca. Ale mój kawaler walcuje nieszczególnie i bardzo wdzięcznym mi będzie, gdy go zwolnię z tego trudu. Pańska danserka również nie umie i nie lubi tego tańca, pan natomiast, jak to zauważyłam w anglezie, dobrze tańczy. Jeśli mamy tedy zatańczyć walca ze sobą, to proszę, niech pan idzie do mego dansera i poprosi go, by panu ustąpił, ja zaś udam się do pańskiej damy. Przyrzekłem, że tak uczynię i ułożyliśmy, że jej kawaler przez czas trwania walca będzie zabawiał moją danserkę.
Znowu zaczął się taniec i przez czas jakiś zabawialiśmy się splataniem i rozplataniem ramion. Z jakimże powabem, z jaką lekkością poruszała się! A gdy przyszło do walca i zaczęliśmy się toczyć dokoła siebie, niby dwie kule, szło nam zrazu nieskładnie, gdyż większość tańczących nie umiała tańczyć walca, z czego powstał pewien zamęt. Uczyniliśmy roztropnie i pozwoliliśmy się im wyhasać. Gdy najniezdarniejsi usunęli się z pola, zaczęliśmy wirować i wraz z drugą parą, Audranem i jego danserką, trzymaliśmy się mężnie. Nigdy mi dotąd nie szło tak dobrze. Nie czułem się istotą ludzką. Trzymałem w objęciach niezrównane stworzenie, szalałem niby burza, miotająca się wokół, i oto... na uczciwość powiadam ci, uczyniłem ślub, że nie zezwolę pod żadnym warunkiem, choćby szło o me własne życie, by dziewczyna, którą będę kochał, do której będę miał prawo, tańczyła walca z kimś innym, poza mną. Wszak mnie rozumiesz!
Obeszliśmy następnie kilka razy salę wkoło, by odetchnąć, potem usiadła, a pomarańcze, ostatnie, jakie mi się udało jeszcze zdobyć, orzeźwiły ją doskonale. Tylko za każdym kawałeczkiem, jakim częstowała z grzeczności swą natrętną sąsiadkę, uczuwałem ukłucie w sercu.
W trzecim kadrylu byliśmy drugą z rzędu parą. Podczas gdyśmy przebiegali szeregi tancerzy w — jakiejś figurze, a ja, trzymając jej ramię, z oczyma w niej utkwionemi, z niewysłowioną rozkoszą poiłem się malującem się w całej jej postaci wyrazem najszczerszego i najczystszego rozradowania, zbliżyliśmy się do jednej z dam, która zwróciła mą uwagę ujmującemi rysami niemłodej już twarzy. Na widok Loty dama owa uśmiechnęła się i grożąc palcem, z naciskiem powtórzyła kilka razy imię Albert, co pochwyciłem uchem w przelocie.
— Któżto jest Albert, jeśli wolno spytać, nie dopuszczając się zuchwalstwa? — powiedziałem do Loty. Zamierzała mi odpowiedzieć, ale w tejże chwili musieliśmy się rozstać, by uformować wielką ósemkę[54]. Kiedyśmy się za chwilę na moment zetknęli, dostrzegłem jakby cień zamyślenia na jej czole. — Nie mam potrzeby kryć się z tem, — powiedziała, podając mi dłoń do promenady[55]. — Albert, jest to zacny człowiek, z którym jestem niemal po słowie. — Nie było to dla mnie nowością (wszakże poinformowały mię już o tem w drodze me towarzyszki), a jednak było to dla mnie niespodzianką, gdyż nie związałem dotąd w myśli tej wiadomości z istotą, która od chwil niewielu stała mi się tak bliską i drogą. Zmieszałem się do tego stopnia, że wszedłem w niewłaściwą parę. Z tego powstał istny chaos, który tylko przytomność umysłu Loty, lekkie popchnięcia i pociągnienia, jakich się jęła żywo, rozwikłać były zdolne.
Jeszcze się nie skończył taniec, gdy wzmogły się błyskawice, oddawna rozdzierające firmament, a przezemnie tłumaczone jako przebłyski zorzy północnej, a grzmoty rozgłośne przygłuszyły muzykę. Trzy danserki ulotniły się z szeregów, a za niemi podążyli kawalerowie. Powstało zamieszanie, a muzyka grać przestała. Zwykła to rzecz, że jeśli coś niepomyślnego albo groźnego zdarzy nam się podczas zabawy, oddziaływa na nas silniej, niż zazwyczaj, już to przez kontrast, ujawniający się żywo, już to skutkiem tego, że zmysły nasze pobudzone są wówczas do sprawniejszego przyjmowania wrażeń. Przyczynom tym przypisać muszę różnorodne, przedziwne gesty, jakie zauważyłem u kobiet. Najroztropniejsza usiadła tyłem do okna i zatkała uszy. Inna klękła przy niej i ukryła twarz na jej kolanach. Trzecia wcisnęła się pomiędzy obie i objęła swe siostry, płacząc rzewnie. Kilka wybierało się na gwałt z powrotem do domu. Wreszcie niektóre do tego stopnia straciły świadomość tego, co czynią, że pozwalały obejmować się bez oporu młodym ludziom i całować w usta, szepcące błagalne modlitwy, które z tego powodu nie mogły ulatywać w niebiosy. Kilku mężczyzn udało się do przedsionka dla wypalenia w spokoju fajeczek, a całe towarzystwo przyklasnęło mądremu pomysłowi gospodyni, która ofiarowała się zaprowadzić nas do pokoju, opatrzonego w firanki i okiennice. Gdyśmy się tam znaleźli, Lota ustawiła coprędzej krzesła w krąg, a kiedy wszyscy na jej prośbę zajęli miejsca, zaproponowała grę towarzyską.
Spostrzegłem, że niejeden w oczekiwaniu ponętnego fantu nastawiał już usta i poruszał się z ożywieniem.
Zagramy w liczby! — powiedziała Lota. — Proszę uważać! Będę obchodzić wszystkich od prawej strony ku lewej, a państwo musicie wymieniać tę liczbę, która na każdego przypadnie. Tak będzie szło w kółko, aż do tysiąca, ale prędko, piorunem. Kto się zawaha, albo zmyli, dostanie po buzi. Wszyscy się rozbawili. Szła prędko z wyciągniętą ręką. — Raz — zaczął pierwszy — dwa — podjął drugi — trzy — krzyknął trzeci, i poczęły się sypać liczby coraz to prędzej. Nagle ktoś się pomylił... pac... dostał w twarz, zaczęto się śmiać i zaraz drugi otrzymał policzek. Liczby sypały się teraz z zawrotną chyżością, ja sam dostałem dwa policzki i zdawało mi się, ku wielkiemu memu zadowoleniu, że były o wiele silniejsze, niż te, któremi obdzielała innych. Ogólny śmiech i gwar zakończył grę, jeszcze zanim dosięgnięto tysiączki. Bliżsi znajomi porozchodzili się parami tu i owdzie, burza minęła, ja wraz z Lota poszliśmy do sali tanecznej. — Zapomniałeś pan — powiedziała — o burzy i wszystkiem skutkiem tych policzków, prawda? — Nie mogłem wyrzec ni słowa. — Bałam się — dodała Lota — bardziej od innych może, ale wzięłam na odwagę, chcąc dodać innym otuchy i przezwyciężyłam w ten sposób strach!
Zbliżyliśmy się do okna. Grzmiało jeszcze w oddali, cudny, rzęsisty deszczyk siekł pola, a orzeźwiający zapach, przepajający ciepłe powietrze, płynął ku nam falą. Oparła się na łokciu, zapatrzyła w krajobraz, potem spojrzała w niebo, nakoniec na mnie. Ujrzałem łzy w jej oczach, dotknęła dłonią mej dłoni i szepnęła: — Pamiętasz pan Klopstocka?[56]. — Przypomniałem sobie natychmiast przecudną odę[57], o której myślała, i zatopiłem się we fali wrażeń, wywołanych onem hasłem. Nie mogąc się przezwyciężyć, pochyliłem się i ucałowałem gorąco jej rękę, oblewając ją łzami upojenia. Potem spojrzałem znowu w jej oczy... O, wielki poeto[58], cóżbym dał za to, byś mógł widzieć ubóstwienie zawarte w tem spojrzeniu, i cóżbym ja dał za to, by nie słyszeć bluźnierstw, tak często miotanych na ciebie.

19 czerwca.

Nie wiem już doprawdy, na czem skończyłem poprzednią swą opowieść, wiem tylko, że dopiero o drugiej w nocy znalazłem się w łóżku[59], i gdybym mógł gawędzić z tobą miast pisać, przetrzymałbym cię pewnie do białego rana.
Nie opowiadałem ci jeszcze, co się działo podczas powrotu naszego z balu, i dziś nie mam na to czasu.

Był przecudny wschód słońca. Otaczał nas ociekający deszczem las i orzeźwione pola! Towarzyszki nasze zdrzemnęły się. Lota spytała, czybym nie zechciał naśladować ich, nie krępując się jej obecnością. — Jak długo spoglądam w oczy pani — odrzekłem, patrząc na nią znacząco — nie zachodzi niebezpieczeństwo zaśnięcia! — Trzymaliśmy się oboje dzielnie aż do leśniczówki. Służąca otwarła bramę, i na jej zapytanie odrzekła, że zarówno ojciec, jak i dzieci mają się dobrze i wszyscy śpią smacznie. Pożegnałem ją, uprosiwszy, by mi pozwoliła odwiedzić się dzisiaj jeszcze. Zgodziła się, pojechałem, a od tego czasu niech sobie słońce, księżyc i gwiazdy robią co chcą, nie wiem, czy dzień jasny, czy noc na ziemi, a świat cały znikł z mej świadomości.

21 czerwca.

Przeżywam dni tak szczęsne, jakimi pewnie Bóg obdarza swych świętych, i cokolwiekby się potem ze mną stało, nie będę śmiał zaprzeczać, iż nie dostało mi się w udziale szczęście, najczystsze szczęście życia. Znasz już moje Wahlheim, otóż osiedliłem się tutaj na dobre, bowiem dzieli mnie tu od Loty jeno pół godziny drogi, tutaj żyję sam ze sobą i z niewysłowionem szczęściem, najwyższem, jakiego doznawać może człowiek.
Czyż mogłem przypuszczać, obierając Wahlheim za cel przechadzek, że położone jest ono tak blisko nieba? Ileż razy oglądałem swą leśniczówkę, ku której biegną teraz wszystkie pożądania moje, podczas dalekich wędrówek już to z góry, już od strony doliny, patrząc na nią z drugiej strony rzeki!
Drogi Wilhelmie, rozmyślałem długo nad popędem ludzkim zdobywania coraz nowych dziedzin, czynienia nowych odkryć, wałęsania się z miejsca na miejsce i przekonałem się, że nadchodzi powrotna fala, wewnętrzny pęd ochotnego poddawania się ograniczeniom, pożądanie nawrotu do utartych ścieżek nawyku, bez troski o to, co mamy po prawicy, czy lewicy swojej.
To dziwne zaprawdę! Gdym tu jeno przybył i spojrzał ze wzgórza w uroczą dolinę, doznałem nieprzepartego pociągu. — Oto lasek! — mówiłem sobie. — Jakżeby rozkosznie było zatonąć w jego cieniach! — A tam szczyt góry! Jakże uroczy musi być stamtąd widok w dolinę? — W dali wyłania się cały łańcuch, zachodzących na siebie wzgórz! O, jakżeby miło było tam wędrować i błądzić.
Pobiegłem tam i wróciłem, nie znalazłem tego bowiem, czego szukałem. Oddal, zaprawdę, podobną jest do przyszłości. Przed oczyma duszy naszej widnieje nikły zarys całości, a uczucie nasze, zarówno, jak spojrzenie, gubią się w tym majaku. Tęsknimy, ach, jakże pragniemy wtopić się w to całą naszą istotą, nasiąknąć nieogarnioną rozkoszą, cudnego uczucia pełni i dosytu. Ach! Gdy przybiegniemy blisko, kiedy — tam — zmieni się w — tu, — wszystko wraca do poprzednich kształtów, stoimy zbiedniali, ograniczeni, a dusza łaknie nektaru, który znikł bezpowrotnie.
Bezdomny włóczęga stęskni się też wkońcu za swoją ojczyzną i odnajdzie w chatce swojej, na łonie żony, pośród dzieci swoich i w zabiegach podjętych dla ich utrzymania, ową rozkosz, której szukał w dalekim świecie nadaremnie.
Rankiem, równo ze świtaniem, podążam ku memu Wahlheimowi, tam rwę w ogrodzie gospody groch cukrowy, potem siadam i łuskam go, czytając przytem Homera. Następnie wyszukuję sobie w kuchni garnuszek, wkładam weń kawałek masła, przystawiam groch do ognia, przykrywam i siadam w pobliżu, by od czasu do czasu zamieszać. W takich chwilach doznaję żywo tych samych wrażeń, jakie przeżywali rozzuchwaleni wielbiciele Penelopy, rznący woły i wieprze, by potem rozebrać mięso i piec lub smażyć[60]. Nic mnie tak nie przepaja cichem wrażeniem prawdy, jak owe szczegóły życia patrjarchalnego[61], które, dzięki Bogu, bez fałszywej afektacji, mogę spleść z tokiem własnego życia.

O, jakże szczęśliwym się czuję, że serce moje odczuwać może ową pełną prostoty radość człowieka, kładącego na własnym stole wyhodowaną przez siebie główkę kapusty, rozkoszującego się nietylko nią samą, ale wspomnieniem wszystkich owych miłych dni i cudnych poranków, kiedy ją sadził, onych wieczorów, kiedy ją podlewał i cieszył oczy jej wzrostem i rozwojem, ujętymi w jeden jedyny moment przeżycia.

29 czerwca.

Przedwczoraj zjawił się w domu komisarza, przybyły z miasta lekarz i zastał mnie siedzącego na ziemi pośród dzieci Loty. Kilkoro wspinało się po moich plecach, inne przekomarzały się ze mną, ja zaś łaskotałem to, które mogłem dosięgnąć, pobudzając je do niesłychanego wrzasku. Doktor jest sztywnym manekinem, rozmawiając, poprawia sobie manszety, układając je we fałdy[62], oraz kręci się i skubie bezustannie swe ubranie. Poznałem po jego nosie, że postępowanie me uznał za niegodne rozsądnego człowieka. Nie zwracałem zgoła uwagi na jego niezmiernie mądre wywody i podczas, gdy mówił, stawiałem dzieciom na nowo domki z kart, które poprzewracały. Udał się niebawem do miasta i rozgłosił, że Werter psuje do reszty dzieci komisarza, i bez tego najokropniej w świecie rozzuchwalone i niesforne.
Tak, drogi Wilhelmie, dzieci są sercu memu najbliższe na ziemi. Patrząc na nie, dostrzegam w onych małych istotkach zarodki wszystkich tych zalet i sił, których im tak rychło będzie potrzeba. W uporze ich doszukuję się przyszłej stałości i siły charakteru, w zbytkach humoru i owej nieocenionej zdolności przemknięcia mimo niebezpieczeństw, jakie gotuje życie; widzę to wszystko w pełni istnienia nietknięte i nie zepsute, a wówczas powtarzam sobie zawsze, raz po razu złote słowa nauczyciela ludzkości: — Bądźcie, jako jedno z tych maluczkich![63]. — A pomyśl mój drogi tylko... oto miast traktować je, jako pierwowzory nasze, postępujemy z dziećmi, jak z niewolnikami! Czyż nie mają mieć swej woli! Wszakże my robimy, co nam się podoba, skądże tedy prawo do przywileju takiego? Stąd, że jesteśmy starsi i rozsądniejsi? Wielki Boże, z nieba swego spoglądasz na same jeno stare i młode dzieci, bo pozatem niema nic, zaś syn twój oddawna już obwieścił wszystkim głośno, które z nich przypadają ci lepiej do serca[64]. Niestety ludzie wierzą w Boga, a nie słuchają jego słów... to stare, jak świat... a przeto wychowują swe dzieci na swe własne podobieństwo! Bywaj zdrów, Wilhelmie, pora skończyć tę całą gadaninę.

1 lipca.

Czem Lota może być dla chorego, to ocenić mogę miarą własnego biednego serca mego, w gorszym będącego stanie, niż niejedno dogorywające na śmiertelnem łożu. Spędzi kilka dni u pewnej zacnej kobiety, której koniec zbliża się wedle zdania lekarzy, bo chora chce mieć przy sobie Lotę w swych chwilach ostatnich. Byłem z nią razem zeszłego tygodnia w odwiedzinach u pastora w St..., małej wiosce, położonej w górach o godzinę drogi stąd. Przybyliśmy na miejsce około czwartej we troje, bo Lota zabrała ze sobą siostrę. Gdyśmy weszli do plebanji, ocienionej dwoma rozłożystemi orzechami, siedział zacny kapłan na ławce pod domem. Ujrzawszy Lotę, ożywił się niezmiernie, zerwał się i zapominając o lasce, chciał biec ku niej. Pospieszyła doń, usadowiła zpowrotem na ławie, usiadłszy przy nim, złożyła mu serdeczne pozdrowienie od ojca i uściskała brzydkiego, umorusanego malca, będącego ulubieńcem jego starości. Szkoda, że nie widziałeś, jak się krzątała koło starca, jak wysilała się, by mówić głośno, tak, by mógł słowa jej pochwycić napoły ogłuchłemi uszyma, jak przytaczała przykłady niespodziewanej śmierci wielu młodych, silnych ludzi, jak wychwalała mu cudowne zalety Karlsbadu[65] i chwaliła jego zamiar udania się tam następnego lata. Pozatem zapewniała, że wygląda nierównie lepiej i że jest dużo żwawszy, niż był czasu ostatniej jej bytności, a ja tymczasem złożyłem swe uszanowanie pastorowej. Starzec rozruszał się na dobre, a ponieważ nie mogłem pominąć sposobności pochwalenia pięknych drzew orzechowych, dających nam tak miły cień, zaczął nam tedy nie bez pewnych trudności opowiadać ich dzieje.
— Niewiadomo — mówił — kto zasadził ten stary orzech. Powiadają, że ten, to znów inny pastor. Ale owo młodsze drzewo ma tyle lat, co moja żona, a więc w październiku skończy lat pięćdziesiąt. Ojciec jej zasadził je rankiem tegoż dnia, w którym wieczorem przyszła na świat. Był moim poprzednikiem na stanowisku proboszcza, a trudno wysłowić, jak bardzo miłował ten orzech. Ja go również bardzo kocham. Żona moja siedziała pod nim na belce i robiła pończochy w chwili, kiedy w podwórzu zjawił się tu po raz pierwszy biedny studencik. Było to dwadzieścia pięć lat temu. — Lota przerwała mu pytaniem, gdzie jest jego córka. Odpowiedział, że poszła z panem Schmidtem na łąkę pilnować sianokosu, a potem ciągnął dalej, opowiadając, jak jego poprzednik go polubił, a także i jego córka, i jak został zrazu jego pomocnikiem, a potem następcą. Opowiadanie nie zbliżało się nawet jeszcze do końca, gdy od strony ogrodu nadeszła pastorówna z tak zwanym panem Schmidtem. Przywitała się z Lotą bardzo serdecznie i przyznać muszę, że mi się dosyć spodobała. Była to ruchliwa, rosła brunetka, mogąca przez czas krótki stanowić niezłe towarzystwa dla kogoś, spędzającego lato na wsi. Jej wybrany (gdyż w tej roli przedstawił się niebawem pan Schmidt) był to skromny, cichy człowieczek, nie chcący mieszać się do naszej rozmowy, mimo, że Lota zaczepiała go raz poraź. Zasmuciło mnie spostrzeżenie, jakie uczyniłem, a mianowicie, że upór i zły humor bardziej, niż ciasnota umysłu czyniły go mało towarzyskim, co wyczytałem w rysach jego twarzy. Okazało się to niezadługo aż nadto wyraźnie, bo oto, gdy Fryderyka udała się z Lotą, a przeto pośrednio także ze mną, na przechadzkę, oblicze tego pana, z natury już smagłe, pociemniało tak niewątpliwie i oczywiście, iż Lota spostrzegłszy to, musiała mnie pociągnąć za rękaw i dać mi do zrozumienia, iż zbyt nadskakuję Fryderyce. Nic mnie bardziej nie martwi, jak widok ludzi dręczących się wzajem, nie mogę zwłaszcza znieść, gdy ludzie młodzi w rozkwicie samym życia będący, najwrażliwsi na wszelkie radości, psują sobie te kilka dni wesela, jakie mają przed sobą, grymasami, a dopiero, gdy minie to, czego nie sposób powetować, przekonywają się, że byli marnotrawcami. Gryzło mnie to, i gdyśmy wieczorem wrócili na plebanję, zasiedli do mleka, a rozmowa skierowała się na radości i niedole życia, nie mogłem się przezwyciężyć, by nie podjąć tego wątku i nie wypowiedzieć szczerze, co sądzę o złym humorze. — My ludzie — powiedziałem — żalimy się często, że tak mało przeżywamy miłych dni, a tak dużo złych, ale mojem zdaniem bez żadnej podstawy. Mielibyśmy dość siły znosić zło, gdy nadejdzie, gdybyśmy zawsze szczerem sercem umieli używać tego dobra, jakie nam Bóg daje co dnia. — Niestety, nie mamy władzy nad sercem naszem — zauważyła pastorówna, — dużo zależy od ciała. Jeśli ktoś się źle czuje, nie może się niczem radować. — Przyznałem jej słuszność. — Przeto — mówiłem dalej — uznajmy to za rodzaj choroby i zapytajmy, czy niema na nią lekarstwa? — Trafne określenie, — odrzekła Lota — ja zaś sądzę, że wiele zależy od nas samych. Biorę przykład ze siebie. Gdy mi coś dolega i drażni, biegnę do ogrodu, śpiewam kilka kontredansów i już po całej biedzie! — To właśnie miałem na myśli, — powiedziałem. — Zły humor, to zupełnie jak lenistwo, jest on nawet pewnym rodzajem lenistwa. Natura nasza skłania się bardzo ku niemu, ale jeśli tylko zdobędziemy się na odwagę otrząśnienia się z tego, to praca idzie nam, jak z płatka i znajdujemy we własnej działalności prawdziwe zadowolenie. — Fryderyka słuchała bardzo uważnie, a młody człowiek zarzucił mi, że człowiek nie włada sobą, nie może zwłaszcza być panem swych uczuć. — Mowa tutaj — odrzekłem — o niemiłych uczuciach, których każdy się rad pozbyć, a nikt nie wie, jak daleko sięgają jego siły, zanim je wypróbuje. Niezawodnie, człowiek chory będzie się radził wszystkich lekarzy wokoło, podda się wszelkim ograniczeniom i zniesie najgorsze lekarstwa, byle tylko odzyskać upragnione zdrowie. — Zauważyłem, że staruszek wysila słuch, by wziąć udział w naszej rozmowie, toteż podniosłem głos i zwróciłem się wprost do niego. — Głoszą kazania przeciw rozmaitym występkom — powiedziałem — ale nie słyszałem dotąd, by ktoś gromił z kazalnicy zły humor[66]. — Takie kazania — rzekł starzec — powinni wygłaszać kaznodzieje miejscy, chłopi nie cierpią na zły humor. Ale nie zaszkodziłoby to czasem, bowiem byłoby dobrą lekcją dla mojej żony i pana Schmidta[67]. — Całe towarzystwo roześmiało się, a starzec wraz z innymi, aż dostał kaszlu, który na chwilę przerwał rozmowę. Potem zabrał głos młody człowiek. — Nazwałeś pan — zaczął — występkiem zły humor, a mnie się to wydaje przesadą! — Dlaczegóż to? — spytałem. — Wszakże to, co szkodzi nam samym i bliźnim naszym, zasługuje na takie miano! Nie dosyć, że nie możemy się wzajem uszczęśliwiać, ale w dodatku pozbawiamy się wzajemnie owej radości, jaką może dać każdemu własne jego serce! Czyż możesz mi pan wymienić bodaj jednego człowieka, któryby miał na tyle męstwa, by ukryć własny zły humor i cierpiąc sam, nie niweczył pogody innych? Jest to raczej wewnętrzne odczucie własnej niegodności, niechęć do siebie samego i obrzydzenie, zawsze połączone z zazdrością i podbechtane pychą! Widzimy wokół ludzi szczęśliwych, którym nie my daliśmy owo szczęście i to nas gnębi niezmiernie!
Lota widząc zapał, z jakim mówiłem, uśmiechnęła się do mnie, spostrzegłem też łzę w oku Fryderyki i to mnie podnieciło. — Biada temu, — zawołałem — kto nadużywa przewagi, jaką nad sercem drugiego posiada, w tym celu, by pozbawić go radości, kiełkującej na dnie jego serca. Żaden podarunek, żadna przysługa nie są w stanie zastąpić radości, której nas pozbawiła zawistna niechęć naszego tyrana.
Serce moje było w tej chwili wezbrane uczuciem, wspomnienia różnych przeżyć cisnęły mi się do duszy, a łzy napełniły oczy.
— Pragnę, — zawołałem z entuzjazmem — pragnę, by każdy z nas powtarzał sobie co dnia: Nie możesz niczem bardziej przysłużyć się swym przyjaciołom, jak tem, że nie popsujesz im ich radości, owszem, powiększysz ją, biorąc w niej udział. Czyż możesz bodaj najmniejszą przynieść im ulgę, gdy duszę ich dręczy skryta namiętność, gdy drąży ją i niszczy troska?
A pomyśl, co będzie, gdy na istotę, której szczęście podkopałeś w chwili rozkwitu, przyjdzie ostatnia, straszna choroba i gdy zlegnie w strasznem wyczerpaniu z okiem bez czucia utkwionem w niebo, z czołem uznojonem śmiertelnym potem? Cóż uczynisz, stojąc u jej łoża, jak potępieniec, w głębokiem poczuciu, że nie możesz nic pomóc, mimo całego swego majątku, a strach cię ułapi za trzewia, tak, że oddałbyś wszystko, byle tej ginącej istocie ludzkiej dać najdrobniejszą ulgę i wlać w nią iskrę bodaj otuchy?
Wspomnienie podobnej sceny, której byłem świadkiem, owładnęło mną w chwili wymawiania tych słów z siłą niezmierną. Zakryłem chustką oczy, odszedłem na bok i dopiero głos Loty, wzywającej do powrotu, przywrócił mi równowagę. O, jakże mnie łajała w drodze za to nadmierne przejmowanie się każdą rzeczą, jak ostrzegała, bym się szanował, gdyż mogę przez to pójść na marne! O ty aniele! Dla ciebie żyć pragnę!

6 lipca.

Przebywa u łoża konającej przyjaciółki, ciągle ta sama, ciągle czujna, niebiańska istota, ustawicznie gotowa, gdziekolwiek rzuci okiem, nieść ulgę w cierpieniu i krzewić szczęście pośród ludzi. Wczoraj wieczorem udała się na przechadzkę z Marjanną i małą Melką[68]. Wiedziałem o tem, spotkaliśmy się i poszliśmy razem. Po upływie półtorej godziny znaleźliśmy się zdala od miasta, przy studni tak miłej mi, a stokroć droższej od tej pory. Lota usiadła na przymurku, myśmy stali przed nią. Rozglądnąłem się wokół i w pamięci odżyło wspomnienie owego czasu, kiedy serce me było tak samotne. — Droga studnio — powiedziałem do siebie, — oddawna już nie spocząłem w twym cieniu, często nie dostrzegałem cię nawet, szparko mimo ciebie bieżąc! — Spojrzałem na dół i spostrzegłem Melkę, idącą pospiesznie po schodach z napełnioną wodą szklanką. Objąłem wzrokiem Lotę i odczułem, czem jest dla mnie. Melka zbliżyła się z wodą, a Marjanna chciała ją wziąć z jej rąk. — Nie! — zawołało dziecko, robiąc powabną minkę. — Ty Loteczko musisz napić się pierwsza! — Byłem tak zachwycony owym, z głębi serca idącym, serdecznym okrzykiem, że musiałem dać wyraz swym uczuciom, podniosłem przeto do góry i ucałowałem gorąco małą, która zaczęła natychmiast płakać i krzyczeć. — Źle pan postąpiłeś! — powiedziała Lota, a ja zmieszałem się. — Chodź Melko, — ozwała się, biorąc dziewczynkę za rękę i sprowadzając ją na dół po schodach — umyj się, umyj prędko buzię świeżą wodą... prędko... prędko... a wszystko będzie dobrze. — Stała i przyglądała się, jak dziecko tarło uporczywie buzię mokremi rączkami, wierząc silnie, że cudowne źródło zmyje wszelką zmazę i nie dopuści okrutnej hańby posiadania szkaradnej brody[69]. — Dosyć! Dosyć! — powiedziała Lota. — Ale Melka myła się dalej zapamiętale, pamiętając snać, że dobrego nigdy nie może być za dużo. Mówię ci, Wilhelmie, nie patrzyłem nigdy z większym szacunkiem na obrzęd chrztu, a gdy Lota znalazła się na górze, omal nie padłem przed nią na kolana, niby przed prorokiem, który zgładził winy całego narodu.
Uniesiony rozradowaniem wewnętrznem, nie mogłem się powstrzymać, i wieczór opowiedziałem to zdarzenie pewnemu człowiekowi, o którym sądziłem, że odczuwa znaczenie czynów ludzkich, bowiem posiadał rozum. Ale źle na tem wyszedłem. Odparł, że Lota źle czyni, dzieciom nie należy opowiadać bajd bezpodstawnych, gdyż to daje powód do przeróżnych pomyłek i zabobonów, od których strzec należy młode pokolenie od samego dzieciństwa. Przyszło mi na myśl, że człowiek ten dał przed tygodniem ochrzcić swe dziecko[70], przeto puściłem jego słowa mimo uszu i pozostałem w sercu swojem wiernym przekonaniu, że winniśmy postępować z dziećmi, jako postępuje z nami Bóg, nie odbierając nam czarownych ułud, jakiemi owładnięci i szczęśliwi, wałęsamy się po tym świecie.

8 lipca.

O, jakiemże dzieckiem jest człowiek? Jakże łaknie jednego bodaj spojrzenia! Jakież z nas dzieci! Udaliśmy się do Wahlheimu. Panie pojechały powozem, a podczas przechadzki wydało mi się, że czytam wr ciemnych oczach Loty... Jestem głuptak... przebacz mi... ale gdybyś widział te oczy! Piszę pokrótce, gdyż powieki zapadają mi sennie na oczy. Panie tedy wsiadły do powozu, a przy nim staliśmy, młody W., Selstadt, Audron i ja. Rozmawialiśmy z dziećmi, rozbawionemi i swywolnemi. Śledziłem spojrzenie Loty, ale wodziła oczyma z jednego na drugiego. Tylko na mnie, na mnie, który stałem zrezygnowany, nie spojrzała ni razu. Serce moje żegnało ją czule! A ona nie patrzyła na mnie. Gdy powóz ruszył, miałem łzy w oczach. Patrzyłem za nią i nagle dostrzegłem wstążki na głowie Loty, wychylające się przez okno karetki. Obróciła głowę i obejrzała się za mną... za mną, ach! Drogi mój. Waham się w tej niepewności i ona jest mi pociechą! Może się za mną obejrzała! Może za mną! Dobranoc! O, jakiemże dzieckiem jestem!

10 lipca.

Mam, powiadam ci, niesłychanie głupią minę, ile razy ktoś w towarzystwie mówi o niej. Szkoda, że tego widzieć nie możesz. A cóż dopiero dzieje się, gdy mnie ktoś zapyta, jak mi się podoba!... Podoba? O, jakże znienawidziłem to słowo! Cóż to musi być za człowiek, któremu się Lota tylko podoba, któremu serca i duszy nie wypełnia po brzegi!... Podoba?... Niedawno pytał mnie ktoś, jak mi się Osjan[71] podoba!

11 lipca.

Z panią M.[72] bardzo źle, modlę się o jej zdrowie, cierpiąc wraz z Lotą. Widuję ją rzadko u pewnej znajomej, dziś jednak opowiedziała mi pewne szczególne wydarzenie. Stary M. jest nikczemnym, marnym skąpcem, przez całe życie srodze dręczył żonę i pozbawił wszystkiego, ale umiała ona dawać sobie jakoś rady. Gdy przed kilku dniami lekarz oświadczył, że żyć nie będzie, kazała przywołać męża. Lota była obecną. — Muszę ci wyznać pewną rzecz — ozwała się chora — albowiem może ona sprawić po mej śmierci dużo zamieszania i kłopotu. Gospodarowałam dotąd tak dobrze i oszczędnie, jak tylko byłam w stanie. Przebacz mi jednak, że cię oszukiwałam przez lat trzydzieści. W początkach naszego pożycia wyznaczyłeś niewielką kwotę na opędzenie wydatków kuchennych i potrzeby domowe. Gdy nasze gospodarstwo i dochody zwiększyły się, nie mogłam wyprosić u ciebie, byś podwyższył stosunkowo pensję, jaką pobierałam co tydzień, słowem, jak sam wiesz, żądałeś w czasie, kiedy wydatki były największe, bym wszystko pokrywała siedmiu guldenami[73] tygodniowo. Zgodziłam się na to bez oporu, ale dobierałam różnicę konieczną z dochodów, nie natrafiając na trudności, gdyż nikt nie przypuszczał, by żona mogła okradać własnego męża. Nie byłam rozrzutną i mogłabym, nie wyjawiając ci tego, nawet przenieść się spokojnie do wieczności, ale przyszło mi na myśl, że osoba, której powierzysz gospodarstwo, nie da sobie rady, a ty zechcesz się zapewne powoływać na to, że pierwszej żonie wystarczała wyznaczona przez ciebie kwota.
Rozmawiałem z Lotą o tem niepojętem zaślepieniu umysłu człowieka, który nie domyśla się nawet, że musi coś w tem tkwić, jeśli komuś wystarcza siedm guldenów na wydatki, wynoszące conajmniej dwa razy tyle. Sam atoli znałem ludzi, którzy bez zdziwienia mniemali, iż w domu swym posiadają wieczyście napełniający się oliwą, cudowny dzbanek proroka[74].

13 lipca.

O nie, nie łudzę się! Widzę w jej ciemnych oczach niekłamane współczucie dla siebie i zajęcie mą dolą. Czuję i mogę chyba tyle zaufać sercu memu... czuję... czyż wolno mi wyrzec to niebiańskie słowo... czuję, że mnie kocha!
Kocha mnie!... O, jakiejże przez to sam dla siebie nabrałem wartości... o jakże sam siebie ubóstwiam, od chwili, kiedy mnie ona kocha? Mówię to tobie, bowiem zrozumiesz mnie![75].
Nie wiem, czy jest to zuchwalstwo, czy jeno odczucie prawdy, ale... nie znam człowieka, z którego strony groziłby mi zamach na serce Loty. A jednak, ile razy mówi z takiem ciepłem, z taką miłością o swym narzeczonym, wydaje mi się, że jestem człowiekiem, którego pozbawiono wszystkich dostojeństw i zaszczytów, człowiekiem, któremu odebrano szpadę.

16 lipca.

Słodkie uczucie przenika mnie całego, gdy dłoń moja przypadkiem dotknie jej dłoni lub gdy stopy nasze zetkną się pod stołem. Cofam się, jak gdybym się dotknął płomienia, ale przemożna siła pociąga mnie zpowrotem i czuję zamęt we wszystkich zmysłach. A ona jest tak niewinna, tak prostą ma duszę, że nie czuje, jak bardzo mnie dręczy. Gdy pośród rozmowy kładzie rękę na mojej ręce i podniecona tematem zbliża się ku mnie tak, że jej niebiański oddech dolata do ust moich, zda mi się, że ginę, jakby gromem rażony. Wilhelmie! Czyż mógłbym się kiedyś ośmielić nadużyć tego anielskiego zaufania?... Ty mnie rozumiesz! O nie, serce moje nie jest aż do tego stopnia zepsute![76]. Słabe jest... tak, bardzo słabe! A czyż słabość nie jest występkiem?
Świętą mi jest. Wszelka żądza gaśnie przy niej. Nie wiem doprawdy, co się ze mną dzieje w jej obecności, zda się zmienia się we mnie dusza i inaczej działają nerwy. Grając na fortepianie pewną melodję, posiada potęgę anioła, prostotę i uduchowienie niepojęte. Jest to jej pieśń umiłowana, a gdy posłyszę pierwszą nutę, wolnym się czuję od całej udręki, zmieszania i urojeń moich.
W chwili, kiedy owłada mną owa prosta melodja, prawdopodobnem staje mi się wszystko, co powiadają o czarodziejskiej potędze muzyki w czasach zamierzchłych[77]. A ona z przedziwnem odczuciem ima się tego środka w momencie, kiedy radbym sobie wpakować kulę w głowę[78]. Wówczas znika obłęd, pierzchają mroki z mej duszy i oddycham znowu swobodnie.

18 lipca.

Czemże jest, Wilhelmie, sercom naszym świat bez miłości? Tem zaprawdę, czem byłaby bez światła latarnia magiczna. Ledwo wstawisz w nią lampkę, natychmiast jawią się na białej ścianie barwne obrazy! A choćby były one tylko przelotnemi złudami, to jednak są nam szczęściem, stoimy jak młodziki i z zachwytem patrzymy na to cudowne zjawisko. Dzisiaj nie mogłem pójść do Loty, gdyż musiałem przyjąć nieuniknionych gości. Nie było rady. Posłałem do niej służącego, byle tylko mieć obok siebie człowieka, który się dziś znalazł w jej pobliżu. Z ogromną niecierpliwością wyczekiwałem jego powrotu i powitałem go z niewysłowioną radością! Chętnie byłbym objął rękami jego głowę i ucałował, gdybym się tylko nie wstydził.
Opowiadają, że kamień boloński[79], wystawiony na słońce, wciąga jego promienie i potem świeci w nocy przez czas pewien. Tak się dla mnie rzecz miała ze służącym. świadomość, że spojrzenie jej spoczęło na jego twarzy, policzkach, guzikach i kołnierzu jego surduta, uczyniło mi go tak świętym i drogim, że za tysiąc talarów nie pozbyłbym się był tego chłopaka. Czułem się tak dobrze w jego towarzystwie! Nie śmiej się z mych słów na miły Bóg! Wilhelmie, czyż może być urojeniem to, co nam daje zadowolenie?

19 lipca.

— Zobaczę ją! — wołam budząc się rankiem i spoglądając radośnie na słońce. — Zobaczę ją! — Na cały dzień nie mam pragnień innych. Wszystko, wszystko skupia się w tej nadziei.

20 lipca.

Nie mogę się jeszcze oswoić z pomysłem waszym, bym miał się udać z konsulem do ****. Nie przepadam wcale za subordynacją, a wiemy przecież dobrze wszyscy, że człowiek ten jest poprostu wstrętną osobistością. Powiadasz, że matka pragnie, bym się wziął do życia czynnego? Roześmiałem się z tego. Czyż nie jestem czynny? I czyż nie na jedno wychodzi, czy się liczy ziarnka grochu, czy soczewicy? Wszystko w świecie jest ostatecznie marnością, a za głupca uważam człowieka, ubiegającego się o majątek czy zaszczyty tylko ze względu na innych, jeśli to nie jest jego własną potrzebą, ni namiętnością.

24 lipca.

Zależy ci, widzę, na tem, bym nie zaniedbywał rysunku, wolałbym tedy pominąć całą rzecz milczeniem, niż wyznać, że oddaję się temu bardzo mało.
Zaprawdę, nigdy może nie czułem się szczęśliwszym, nigdy me odczuwanie przyrody, aż do najdrobniejszego kamyczka, czy trawki, nie było pełniejszem, głębszem, a mimo to... nie wiem, jak to wyrazić... Osłabła we mnie wyobraźnia, wszystko myli mi się i chwieje przed oczyma, tak, że nie mogę uchwycić jasno określonego kształtu samego przedmiotu. Wydaje mi się, że gdybym miał glinę, czy wosk, zdolny byłbym kształt ten wydobyć. Wezmę się do gliny, jeśli stan ten potrwa dłużej i będę lepił, choćby z całej roboty miał powstać jeno placek.
Trzy razy rozpoczynałem portret Loty i nie udało się, co mnie tem bardziej martwi, że do niedawna z wielkiem powodzeniem oddawałem podobieństwo. Narysowałem ostatecznie jej sylwetkę i poprzestaję na tem.

26 lipca.

Dobrze, droga Loto, wszystko załatwię i uczynię, co tylko chcesz, dawaj mi zleceń jak najwięcej. O jedno cię tylko proszę, oto nie zasypuj piaskiem atramentu na karteczkach, jakie mi posyłasz. Dzisiaj przywarłem ustami do twego pisma i teraz zgrzyta mi piasek w zębach[80].

26 lipca.

Nieraz postanawiałem już nie widywać jej tak często. Ale jakże trudno dotrzymać? Codziennie ulegam pokusie i codziennie przyrzekam święcie, że jutro się nie pokażę. Kiedy zaś nadejdzie owo jutro, jawi się nagle nieodzowna konieczność, i nim się spostrzegę, jestem znów u niej. Zdarza się, że ona powiada wieczorem: — Wszakże się zobaczymy jutro! — I jakże mogę nie iść? Albo znowu da mi jakieś zlecenie i wydaje mi się, że wypada wywiązać się zeń osobiście. Czasem także pogoda zbyt piękna, by siedzieć w domu, idę tedy do Wahlheimu. Ale wówczas znajduję się tylko o pół godziny drogi od niej... otacza mnie już jej atmosfera... przeto... niema rady... i oto już wkraczam w bramę leśniczówki. Babka opowiadała mi bajkę o magnetycznej górze. Gdy się okręt znalazł w jej pobliżu, nagle tracił wszystkie żelazne części, i gwoździe i śruby pędziły ku onej górze, a biedni żeglarze tonęli, przywaleni ciężarem rozlatujących się belek[81].

30 lipca.

Albert przyjechał, ja tedy muszę ustąpić. Gdyby nawet był najlepszym, najszlachetniejszym człowiekiem, tak, że pod każdym względem gotówbym był uznać jego wyższość nad sobą, to i tak nie byłbym w stanie patrzeć na przyozdobionego tylu doskonałościami człowieka. Dość tego Wilhelmie! Przyjechał narzeczony! Jest to miły, zacny człowiek, któremu nic zarzucić nie można. Szczęściem, nie byłem świadkiem powitania! Serce by mi pękło chyba. Bardzo jest delikatny, w obecności mojej ani razu nie pocałował Loty. Niech mu to Bóg wynagrodzi. Polubiłem go za szacunek, jaki jej okazuje. Jest mi życzliwy i podejrzywam, że jest to raczej dzieło Loty, niż wyraz jego własnych uczuć. Kobiety są mistrzyniami w tych sprawach i mają słuszność. Jeśli uda im się utrzymać zgodę pomiędzy dwu wielbicielami, zyskują na tem same najwięcej. Ale rzadko się to coprawda udaje.
Nie mogę mimo wszystko odmówić szacunku Albertowi. Jego spokój odbija bardzo jaskrawo od mego wrażliwego usposobienia i ukryć tego nie sposób. Jest to człowiek uczucia i wie, czem jest dlań Lota. Humor ma zawsze, zda się, dobry, a wiesz, że wady przeciwnej znieść nie mogę w ludziach i nienawidzę ponad wszystkie inne.
Uważa mnie za człowieka rozumnego, a przywiązanie moje do Loty, radość, jaką mnie napełnia każdy jej krok, zwiększa jeszcze w nim poczucie zwycięstwa i kocha ją tem mocniej. Niepodobna zbadać, czy nie dokucza jej czasem drobnemi objawami zazdrości, ale na jego miejscu, ja sam nie mógłbym się opędzić temu szatanowi.
Zresztą mniejsza z tem, rzecz główna to to, że przepadła już moja radość, związana z odwiedzinami u Loty. Obojętne, czy nazwę to głupotą, czy zaślepieniem! Nazwa nie ma tu znaczenia, rzecz sama mówi za siebie. Przed przyjazdem Alberta wiedziałem dobrze to wszystko, co dzisiaj wiem, mianowicie, że nie mogę sobie rościć do niej żadnych praw, nie sięgałem też po nie, przynajmniej o tyle, o ile jest to możliwe wobec tylu ponęt. A teraz, oto, jak bałwan wytrzeszczam oczy i dziwuję się mocno, że tamten wrócił i zabiera mi dziewczynę z przed nosa.
Zaciskam zęby i drwię z własnej głupoty, a drwię po dwa i trzykroć mocniej jeszcze z głupoty tych ludzi, którzyby mi tłumaczyć chcieli, że winienem zrezygnować i pogodzić się z tem, czego zmienić niepodobna. — Precz z temi kukłami! — Włóczę się po lesie, a wróciwszy do Loty, widząc, jak siedzi z Albertem w altanie pod lipą, nie mogę wytrzymać i zaczynam takie błazeństwa, takie wybryki, takie stroję miny i wyplatam głupstwa, że trudno to sobie wyobrazić. — Na miłość boską, — prosiła mnie dziś Lota — nie powtarzajże pan tej sceny z wczorajszego wieczoru! Boję się pana, gdy zaczynasz być tak wesoły! — Bogiem a prawdą, poluję na moment, kiedy on jest czemś zajęty, a gdy go dopadnę... szast... już pędzę do Loty i raduję się, zastawszy ją samą.

8 sierpnia.

Zapewniam cię Wilhelmie, że nie myślałem o tobie, gromiąc nieznośnych ludzi, nakłaniających mnie do pogodzenia się z nieuchronnym losem. Nie sądziłem, zaprawdę, byś mógł żywić takie zapatrywanie. Masz w gruncie słuszność. Jedno tylko mój drogi: w świecie rzadko załatwia się coś przez tak lub nie, a w zakresie uczuć i postępowania jest tyle odmian, przejść i półtonów, ile kształtów pośrednich pomiędzy nosem krogulczym a perkatym.
Nie bierz mi przeto za złe, że przyznając bez zastrzeżeń słuszność twej argumentacji, postaram się prześlizgnąć pomiędzy owem: tak — i nie!
Powiadasz mi: albo masz nadzieję pozyskać sobie Lotę, albo nie. W pierwszym razie staraj się zmienić ową nadzieję w rzeczywistość i ziścić swe zamysły, w przeciwnym zaś razie otrząśnij się i pozbądź bezcelowego uczucia, które pochłonąć musi wszystkie twe siły! — Mój drogi, dobrze i łatwo ci to mówić.
Czyż możesz domagać się od człowieka, którego życie podkopuje powolna, nieuleczalna choroba, by pchnięciem sztyletu położył odrazu kres swojej męce? Czyż zło, pożerające jego siły, nie odbiera mu zarazem odwagi wyzwolenia się zeń?
Mógłbyś mi odpowiedzieć podobnem porównaniem, mógłbyś rzec: któżby raczej nie wolał pozbyć się jednego ramienia, jak przez wahanie i zwłokę narażać życie na niebezpieczeństwo? — Sprawa to niełatwa do rozstrzygnięcia, przeto nie bawmy się w porównania. Dość tego! Tak jest mój drogi, odczuwam i ja chwilami porywy takiego męstwa, zdobywam się na chęć otrząśnięcia i ucieczki i odszedłbym niezawodnie, gdybym wiedział, dokąd się udać!

Wieczorem.

Wpadł mi dziś właśnie w ręce dziennik mój, zaniedbany od niejakiego czasu[82], i zdumiewam się czytając, jak krok za krokiem, świadomie, wplątałem się w to wszystko. Widzę, jak jasno zdawałem sobie zawsze sprawę ze stanu rzeczy, a postępowałem, jak dziecko, a i teraz wszystko mam przed oczyma, a nic nie wydaje się zmierzać ku poprawie.

10 sierpnia.

Mógłbym wieść życie najlepsze i najszczęśliwsze pod słońcem, gdybym nie był głupcem. Rzadko zdarza się zbieg równie pomyślnych okoliczności, któreby mogły rozradować duszę człowieka, jak te, wśród których żyję. Ach, to rzecz pewna, że samo jeno serce nasze wytwarza własne poczucie szczęścia. Jestem członkiem miłej rodziny, stary[83] kocha mnie jak syna, dzieci, jak drugiego ojca, a... Lota... Pozatem zacny Albert nietylko nie burzy grymasami, czy złym humorem mego szczęścia, ale przeciwnie, obdarza mię przyjaźnią swoją i uważa po Locie za najbliższego sobie człowieka na świecie.
Prawdziwa to przyjemność, Wilhelmie, słuchać, jak na przechadzce wspólnej o Locie rozmawiamy. Niema chyba na świecie nic ponad ten stosunek śmieszniejszego, a jednak często wyciska mi on łzy z oczu.
Albert opowiada mi, jak zacna matka Loty, umierając, zdała na nią całe gospodarstwo i dzieci, zaś jemu oddała Lotę samą w opiekę. Odtąd wstąpił w dziewczynę zgoła inny duch, pośród trosk gospodarczych spoważniała i stała się prawdziwą matką rodzeństwa. Każdą chwilę jej życia wypełnia czynna miłość i praca, a mimo to nie zatraciła swej wesołości i pogody. Opowiada, ja idę obok niego, zrywam kwiaty przydrożne, układam je starannie w bukiet, potem rzucam go w płynący tuż obok strumień i spoglądam, jak płynie, ginąc zwolna w dali[84]. Nie pamiętam, czym ci doniósł, że Albert tutaj pozostanie i otrzyma od księcia, który go bardzo lubi, stanowisko z przyzwoitem wyposażeniem. Mało widziałem ludzi dorównywających mu zamiłowaniem porządku, pracowitością i punktualnością w interesach.

12 sierpnia.

Albert jest najzacniejszym człowiekiem pod słońcem. Miałem z nim wczoraj niezrównane przejście. Przyszedłem pożegnać go, gdyż napadła mnie ochota wyjechać konno w góry, skąd właśnie piszę do ciebie. Chodziłem po pokoju tam i z powrotem i nagle wpadły mi w oczy jego pistolety. — Pożycz mi tych pistoletów na drogę! — powiedziałem. — I owszem, musisz je tylko nabić. U mnie wiszą tylko od parady! — Zdjąłem jeden ze ściany, a on mówił dalej: — Nie chcę z tem mieć więcej do czynienia, od kiedy przez swą własną przezorność miałem niemiłą przygodę. — Ciekawy byłem posłyszeć, co się stało. — Bawiłem — opowiadał — u przyjaciela na wsi przez kilka miesięcy, miałem parę nienabitych krocie i czułem się całkiem bezpiecznym. Pewnego dżdżystego popołudnia siedziałem bezczynnie i nie wiem czemu, naraz przyszło mi na myśl, że może nas ktoś napaść, a wówczas przydałyby się nam krócice. Dałem je przeto służącemu z poleceniem wyczyszczenia i nabicia. Chłopak zaczął przekomarzać się z dziewczętami, chciał je nastraszyć, nagle, niewiadomo dlaczego, broń wypaliła, a ponieważ w lufie tkwił jeszcze stempel, wpakował go więc jednej z dziewcząt w rękę, naruszając wielki palec. Był lament i krzyk, a ponadto musiałem ponieść koszta leczenia. Toteż od tej pory pozostawiam wszelką broń nienabitą. Pomyśl tedy mój drogi, co znaczy ostrożność! Niebezpieczeństwa przewidzieć nie można! Wprawdzie... Tu zaczął wywód[85]. Trzeba ci wiedzieć, że bardzo lubię tego człowieka, ale tylko aż po owo słowo: wprawdzie. Naturalnie każde zdanie ogólne dopuszcza wyjątki, ale Albert jest tak skrupulatny, że ile razy mu się zdaje, iż powiedział coś zbyt pochopnego, zbyt ogólnikowego, lub niezupełnie zgodnego z prawdą, zaczyna zaraz modyfikować, uwarunkowywać, odejmować i dodawać, aż wreszcie z całego wyrażonego zapatrywania nie zostanie i śladu. Tym razem zatopił się tak w analizowaniu tematu, że przestałem go słuchać, uczułem smutek i nagle szybkim ruchem przyłożyłem lufę pistoletu do czoła tuż ponad prawem okiem[86]. — Dajże spokój — zawołał Albert, odciągając broń od mojej głowy. — Cóż to ma znaczyć? — Przecież nie nabity! — odparłem — A choćby nawet i tak było, — powtórzył niecierpliwie — cóż to ma za sens? Pojąć nie mogę, by ktoś mógł być do tego stopnia nierozsądnym, by popełniać samobójstwo! Sama myśl o tem napełnia mnie obrzydzeniem.
— Dziwne to, — zawołałem — że wy, ludzie, rozważając coś, zaraz macie na pogotowiu słowa: to jest głupie... to mądre... to dobre... a to złe! Cóż to wszystko razem znaczy? Czyżeście zbadali wewnętrzne pobudki czynu? Czyż z całą pewnością wyjaśnić możecie przyczyny, dla których coś się stało, i udowodnić, że się stać musiało? Gdybyście to uczynili, nie bylibyście tak pochopni w ferowaniu wyroków.
— Przyznasz mi chyba — rzekł Albert — że pewne czyny są występne, bez względu na pobudki, jakie je wywołały.
Wzruszyłem ramionami i przyznałem mu słuszność. — Ale, mój drogi, — ciągnąłem dalej — i tutaj są wyjątki. Kradzież jest bez kwestji zbrodnią, ale powiedz, czy człowiek, dopuszczający się rozboju, by uchronić siebie samego i swoją rodzinę od nieuniknionej śmierci głodowej, zasługuje na karę, czy na litość? Któż rzuci pierwszy kamień[87] na małżonka, który, uniesiony słusznym gniewem, poświęca mu swą niewierną żonę i jej nikczemnego kochanka? Któż potępi dziewczynę, która poddała się w chwili upojenia nieodpornemu przymusowi miłości? Nawet prawa nasze, tak bezduszne i pedantyczne, dają się wzruszyć i nie ośmielają się karać.
— To rzecz zgoła inna! — odparł Albert. — Człowiek, ulegający swym namiętnościom, traci całą siłę rozumowania i uważany jest za pijanego, za szalonego.
— Ach, wy, ludzie mądrzy! — zawołałem ze śmiechem. — Namiętność! Pijaństwo! Szał! Z jakąże obojętnością i spokojem wygłaszacie te słowa? Przyganiacie pijakowi, czujecie wstręt do szaleńca, mijacie obu, jak kapłan z przypowieści[88] i jak faryzeusz dziękujecie Bogu, że nie uczynił was takimi, jak oni[89]. Ja byłem nieraz pijany, a namiętności moje unosiły mnie zawsze na samo pograniczem szału, ale nie żałuję tego wcale, bowiem na samym sobie nauczyłem się rozumieć, dlaczego okrzykiwano zawsze szaleńcami i pijakami ludzi niezwykłych, którzy dokonywali czegoś ogromnego, czegoś niepojętego.
— Ale nawet w codziennem życiu, ze wstrętem słuchać musimy, jak o człowieku, spełniającym jakikolwiek śmiały, szlachetny, nieoczekiwany czyn, gawiedź powiada: to pijanica, to szaleniec! O, hańba wam ludzie trzeźwi! Wstydźcie się mędrcy!
— Znowu napadły cię zwykłe urojenia i fantazje, — odrzekł Albert — i przesadzasz jak zazwyczaj. Ale w tem conajmniej mylisz się najzupełniej, że samobójstwo, o którem mowa, przyrównywasz do czynów wielkich, a tymczasem jest ono jedynie dowodem słabości. O wiele łatwiej umrzeć, niż znosić mężnie i wytrwale życie, pełne męczarni.
Chciałem przerwać rozmowę, gdyż nic mnie tak nie wytrąca z równowagi, jak komunał, wytoczony jako argument w chwili, kiedy mówię z głębi duszy. Ale, ponieważ słyszałem to już nieraz i często się złościłem, przeto zapanowałem nad sobą i odparłem żywo: — Zwiesz to słabością? Nie daj się, proszę cię, łudzić pozorom. Czyż nazwiesz słabym lud, który cierpiąc i jęcząc długo pod jarzmem tyrana, zerwie się nagle do buntu i strzaska okowy? Czyż powiesz to samo o człowieku, który pod grozą pożaru, ogarniającego jego dom, w wielkiem napięciu sił przenosi ciężary, którychby ruszyć niemal nie był w stanie w zwykłym, spokojnym czasie? Albo, czyż takim nazwiesz oszalałego wściekłością po doznanej obrazie, który rzuca się na sześciu przeciwników i pokonywa ich? A powiedzże mi teraz mój drogi, jeśli wysiłek oznacza siłę, to czyżby przesada miała oznaczać słabość?
Albert popatrzył na mnie i odrzekł: — Nie gniewaj się, ale przytoczone przez ciebie przykłady są zgoła nie na miejscu! — To bardzo możliwe, — powiedziałem — zwracano mi już uwagę, że moje rozumowanie graniczy często z czczem gadulstwem. Przeto zastanówmy się nad rzeczą, w inny ją ujmując sposób i pomyślmy, co odczuwać musi człowiek, który postanowił zrzucić z siebie, przyjemny zazwyczaj ciężar życia. Musimy się weń wczuć, gdyż wówczas tylko mamy prawo wogóle mówić o tej rzeczy.
— Natura ludzka — ciągnąłem dalej — ma zakreślone sobie pewne granice, znosi radość, cierpienie i ból do pewnego jeno stopnia, a musi ulec, gdy je przekroczy. Nie należy przeto pytać, czy ktoś jest słaby, czy mocny, ale czy może udźwignąć brzemię cierpień swoich, bez względu na to, czy są one natury fizycznej, czy moralnej. Uważam, że równie niestosownem jest nazywać samobójcę tchórzem, jak gdybyśmy tchórzem nazwali chorego, który zmarł na żółtą febrę.
— Paradoksy! Paradoksy! — zawołał Albert. — Nie w tym stopniu, jak ci się to wydaje! — odrzekłem. — Przyznasz mi chyba, że śmiertelną chorobą nazywamy taką, która niszczy część naturalnych sił człowieka, a część drugą obezwładnia, tak, że organizm nie jest w stanie zaradzić złemu i przestaje być zdolnym do przywrócenia normalnego toku funkcyj życiowych przy pomocy radykalnego przewrotu.
Zastosujmy to, mój drogi, do ducha. Spójrz na człowieka, żyjącego w danych warunkach, weź pod uwagę wrażenia, jakie odbiera i myśli, które się w nim ustalają i pomyśl, że oto niespodziana namiętność pozbawia go nagle spokoju, zdolności rozumowania i prowadzi do zagłady.
Człowiek rozumny ogarnia spojrzeniem stan nieszczęśnika i przekonywa go, ale wszystko nadaremnie. Podobnie człowiek zdrowy, stojąc u wezgłowia chorego, nie jest W stanie udzielić mu ni odrobiny swych własnych sił.
Słowa moje wydały się Albertowi zbyt ogólnikowe. Przywiodłem mu tedy na pamięć dziewczynę, niedawno wyciągniętą z wody i powtórzyłem mu jej dzieje. Była to młoda istota, wzrosła pośród ciasnego kręgu zajęć domowych i pracy zgóry na tydzień unormowanej. Nie znała ona innych rozrywek i uciech, jak ustrojenie się w co mogła i pospacerowanie w niedzielę po mieście; czasem potańczyła przy okazji w jedno z większych świąt, lub przegawędziła ze sąsiadką godzinkę, roztrząsając jakąś kłótnię, czy obmowę. Ale z biegiem czasu, uniesiona swym temperamentem, odczuła inne, istotniejsze potrzeby. Rozpłomieniały ją przychlebne słowa mężczyzn, poprzednie uciechy wydały jej się mało pociągające, aż nakoniec spotkała człowieka, do którego zbliżyło ją nieznane dotąd uczucie, któremu oprzeć się nie zdołała. Ujrzała w nim ziszczenie wszystkich swych nadziei, zapomniała o otaczającym ją świecie, przestała słyszeć, widzieć, czuć, przed oczyma miała tylko jego jedynie, jako wyłączny przedmiot tęsknoty i pożądania. Nie zepsuta jałowemi uciechami próżności, pożądanie swe skierowała wprost do tego celu, by mu się oddać i w tem zjednoczeniu znaleźć zaspokojenie wszystkich uciech i całego szczęścia, o jakiem marzyła. Obietnice, powtarzane raz po raz upewniły ją, że nadzieje jej są niepłonne, uściski i śmiałe pieszczoty rozjarzyły jej żądzę i ogarnęły całą jej duszę. Zatonęła w półświadomem rozmarzeniu i przeczuciu rozkoszy, do najwyższego stopnia rozciekawiona tem, co nadejść miało, rozwarła ramiona, by posiąść cel swych pragnień i oto w takiej chwili porzucił ją kochanek. Zmartwiała, bez zmysłów znalazła się nad przepaścią. Otoczyła ją ciemń, w której przepadła nadzieja, otucha, pierzchło wszystko, bowiem opuścił ją ten, który był dla niej życiem. Nie dostrzegała teraz świata zewnętrznego, nie widziała mnóstwa mężczyzn, mogących jej zastąpić utraconego kochanka, uczuła się samotna i opuszczona przez wszystkich. Ślepą smagana siłą, zapędzona w pułapkę straszną rozpaczą udręczonego serca, rzuciła się w przepaść śmierci, by zatopić w jej falach swą mękę okropną. Oto, drogi Albercie, historja wielu, wielu ludzi! Powiedz, czyż nie posiada ona wszystkich cech choroby? Natura nie znajduje wyjścia z labiryntu zmotanych, rozpętanych, sprzecznych sił, i człowiek musi umierać.
Biada temu, kto patrząc zdała, mówiłby ozięble: — Cóż to za głupia dziewczyna! Gdyby się wstrzymała przez czas jakiś, rozpacz jej niewątpliwie by się ukoiła, a pocieszyciel zjawiłby się niechybnie. Zupełnie tak samo mógłby ktoś powiedzieć: Głuptak jeno umierać może na febrę. Gdyby zaczekał, aż sił nabierze, soki się odświeżą, napór krwi ustanie, wówczas przetrzymałby był wszystko i żył aż do dnia dzisiejszego.
Albertowi owo porównanie nie było dostatecznie jasne, przeto stawiał różne zarzuty, a pomiędzy innemi powiedział, że przytoczyłem czyn naiwnej dziewczyny, ale on nie pojmuje, jak można uniewinniać człowieka rozumnego, nie żyjącego w ciasnych warunkach i zdającego sobie sprawę ze stanu rzeczy. — Mój drogi! — zawołałem. — Człowiek jest tylko człowiekiem, a owa odrobina rozsądku, jaki może posiadać, bardzo mało, albo nic zgoła nie waży na szali, gdy rozpęta się namiętność i niedola uciska. Przeciwnie nawet... Zresztą pomówimy o tem jeszcze! — zawołałem i chwyciłem kapelusz. Serce me było przepełnione... Rozstaliśmy się, nie osiągnąwszy porozumienia. O, jakże trudno na tym świecie człowiekowi zrozumieć drugiego człowieka.

15 sierpnia.

Jest to pewnikiem, że tylko miłość czyni człowieka potrzebnym na świecie. Czuję, że Lota nie chciałaby mnie utracić, a dzieci nie mają innej myśli ponad tę, że będę przychodził codziennie. Byłem dziś u niej, by jej nastroić fortepian, ale nie zdołałem tego dokazać, bowiem malcy napierali się, bym im opowiadał bajkę, a sama Lota namówiła mnie, bym uczynił, czego pragną. Wydzieliłem im podwieczorek i zauważyłem, że przyjmują odemnie kromki chleba niemal tak samo chętnie, jak od Loty. Potem opowiedziałem im spory ustęp z baśni o księżniczce, obsługiwanej przez czarodziejskie ręce[90]. Sam się niejednego przy tem opowiadaniu uczę i zdumiewa mnie wrażenie, jakie to na nich sprawia. Zmuszony jestem wymyślać samodzielnie niejedno zawikłanie, o którem nazajutrz zapominam, a wówczas dzieci zarzucają, że wczoraj było inaczej. Skutkiem tego pilnuję się i przyuczam recytować to samo niezmiernie śpiewnym tonem bez zająknienia. Przekonałem się przy tej sposobności, że autor psuje zawsze swe dzieło, gdy w drugiem wydaniu zmienia opowieść, choćby nawet starał się uczynić ją bardziej poetyczną i kompletniejszą. Ulegamy pierwszemu wrażeniu, a leży to już w naturze człowieka, że da w siebie wmówić rzeczy najcudaczniejsze. Owo pierwsze wrażenie wżera się jednak tak silnie w naszą duszę, że odnosimy się niechętnie do tego, kto stara się je wymazać i usunąć.

18 sierpnia.

O, czemuż tak się dziać musi, że to, co stanowi szczęście człowieka, przemienia się w krynicę jego niedoli?
Gorące umiłowanie żywej przyrody, wypełniające po brzegi serce moje, przenikające mnie taką rozkoszą, że świat otaczający wydawał mi się rajem, jest mi dzisiaj udręką, prześladowczym demonem, kroczącym za mną wszędzie, gdzie stąpię.
Dawniej słałem wzrok od skał, poprzez rzekę, aż hen ku pagórkom i ogarniając spojrzeniem urodzajną dolinę, śledziłem, jak wszystko kiełkuje i rośnie. Patrzyłem na one góry, od podstaw do szczytu przybrane w gęstwę drzew, na doliny, wijące się różnokształtemi zakręty, ocienione drzewami, na rzekę, płynącą cicho pośród szeptającego szuwaru i odbijającą urocze chmury, kołysane powiewem wiatru na niebie. Słyszałem głosy ptasząt, ożywiające świegotem lasy, poglądałem na roje komarów, tańczące wśród ostatnich promieni zachodzącego słońca, na chrabąszczyki czekające, aż znikną, by wzlecieć ze źdźbła trawy, śledziłem rojenie się owadów i różnych drobnych stworzonek po ziemi, zamyślałem się nad mchem, dobywającym z twardych głazów pożywienie, nad porostami, okrywającymi jałowe piaszczyste pagórki, i to wszystko ujawniało mi tajemnice wewnętrzne czarownego, świętego życia przyrody. Całokształt onych przejawów ogarniałem gorącem sercem mojem, czułem się przebóstwionym tą bujnością bytu, a cudne zjawy nieskończonego w swych formach świata żywym rytmem tętniły w mej duszy.
Żyłem pośród gór niebotycznych, widziałem pod stopami memi przepaście, przelatywały koło mnie wodospady, płynęły podemną rzeki, a lasy i góry brzmiały życiem. Widziałem, jak działają i tworzą w głębi ziemi skryte tajemne siły, zaś na powierzchni jej, pod niebem, jak roją się pokolenia różnolitych stworzeń. Wszystkom oglądał w ruchu i postaciach niezliczonych, patrzyłem, jak kupią się ludzie po domach, ubezpieczają się, osiedlają i Urządzą po swojemu rozległym światem! O biedny, naiwny człowieku, za nic sobie masz to wszystko, bowiem sam mały jesteś i marny! Od gór niedostępnych aż do pustyni, której nie tknęła stopa niczyja, i aż po krańce niezbadanego oceanu wieje duch, twórca wiekuisty, radując się każdemu pyłkowi, który żyje i pojmuje go.
Ach, jakże wówczas tęskniłem, by unieść się na skrzydłach żórawia, płynącego ponademną[91], wzlecieć ku wybrzeżom nieogarnionego morza i napić się z perlącego się puharu nieskończoności onego nektaru życia, jakże pragnąłem uczuć bodaj przez chwilę w głębi, wezbranej mocą piersi własnej, tchnienie szczęśliwości onej istoty, która w sobie tworzy wszystko i z siebie wszystko wyłania.
O bracie, wspomnienie tych godzin słodką mnie przepaja radością. Sam wysiłek przyzywania na pamięć owych niewysłowionych uczuć, owo uświadamianie ich sobie wznosi mą duszę ponad nią samą, ale jednocześnie czuję dziś podwójnie straszny stan, w który popadłem obecnie.
Jakby jakaś zasłona uchyliła się przed duszą moją, a widownia nieskończonych przejawów życia przemieniła mi się w bezdenną otchłań otwartego wieczyście grobu. Jakże możemy mówić, że... coś jest... gdy wszystko przemija, gdy z chyżością błyskawicy przesuwa się, gdy wszystko niezdolne jest jeszcze rozwinąć całej swej siły żywotnej, a już porwane prądem, tonie i rozbija się na skałach? Niema chwili, któraby nie trawiła ciebie i twoich najbliższych, niema chwili, w którejbyś nie był, nie musiał być niszczycielem! Niewinny spacer twój zabiera życie tysiącom robaczków, jedno potrącenie nogi niweczy pracowicie wznoszoną budowlę mrówek i wtłacza cały lud bez celu w grób. Ha! nie wzruszają mnie wielkie, rzadko zdarzające się katastrofy świata, powodzie, spłókujące wsi i osady, trzęsienia ziemi, pochłaniające miasta, serce moje cierpi katusze z powodu onej chłonącej siły, skrytej na samem dnie natury, której wytwory pożerają same siebie i wszystko wokół. Chwieję się na nogach z przerażenia. Niebo i ziemia i wszystkie ich twórcze siły są mi jako potwory wieczyście głodne, co bezustanku pożerają zjawy i wieczyście nowych łakną.

21 sierpnia.

Daremnie wyciągam ku niej ramiona rankiem, kiedy budzę się z gnębiących, przykrych marzeń, daremnie nocą szukam jej w łóżku swojem[92], gdym uległ złudzie szczęsnego, niewinnego snu, jakobym siedział wraz z nią na łące, trzymał za rękę i okrywał jej dłoń pocałunkami. Kiedy wonczas, napoły jeszcze rozespaniem ogarnięty, szukam jej omackiem i wracam do jawy, z oczu tryskają mi łzy, w sercu czuję bolesny ucisk i płaczę i żalę się beznadziejnej przyszłości mojej.

22 sierpnia.

Jestem nieszczęśliwy, Wilhelmie, cała żywotna siła moja zatonęła w targanej niepokojem bezczynności, nie mogę próżnować, a wziąć się do czegoś nie jestem w możności. Znikła moja wyobraźnia, przepadło odczucie natury, a do książek mam wstręt nieprzezwyciężony. Gdy się ktoś sam zatraci, brak mu wszystkiego. Zaręczam ci, że czasem radbym być wyrobnikiem dziennym, byle tylko, budząc się rano, mieć przed sobą widoki na dzień pracy, pochop do niej i nadzieję. Często zazdroszczę Albertowi, patrząc, jak nurza się aż po uszy w aktach i wydaje mi się, że czułbym się nad wyraz szczęśliwym, będąc na jego miejscu. Kilka razy zabierałem się pisać do ciebie, a także zwrócić się do ministra z prośbą o miejsce w konsulacie, któregoby mi, jak zapewniasz, nie odmówiono. Tak i ja sam myślę. Minister lubi mnie oddawana i sam nadmieniał, że powinienem wziąć się do jakiejś roboty. Czasem marzę o tem przez godzinę, ale zaraz potem przychodzi mi na myśl bajka o owym koniu, który znudzony swobodą, pozwolił się przybrać w siodło i tręzlę, a potem zginął na śmierć zajeżdżony przez ludzi[93]. Nie wiem co począć, a przytem nie jestem pewny, czy owe straszne uczucie niepokoju, owa dążność do zmiany stanu w jakim się znajduję, nie będzie mnie prześladować, cokolwiekbym uczynił?

28 sierpnia.

To prawda, że, o ile choroba moja jest uleczalną, to uleczyć mnie mogą jeno ludzie. Dziś jest dzień mych urodzin[94]. Wczesnym rankiem dostałem pakuneczek od Alberta. Przy otwieraniu wpadła mi w oczy bladoróżowa przepaska, noszona przez Lotę w dniu, w którym ją poznałem, i o którą tyle razy ją prosiłem. W pakiecie znalazłem dwie małe książeczki, najmniejszy format wetsteinowskiego wydania Homera[95], o którym marzyłem tyle razy, by nie dźwigać na przechadzki dużego ernestyńskiego[96] wydania. Przyjaciele spełniają w ten sposób me pragnienia, świadczą owe drobne przysługi, tysiąc razy cenniejsze od wspaniałych darów, w których przebija i ciąży nam pycha ofiarodawcy. Ucałowałem tysiące razy przepaskę i pełną piersią wciągałem w duszę wspomnienie onych chwil szczęsnych, kiedy tonąłem w radości i upojeniu. Tak już jest Wilhelmie na świecie i nie szemrzę przeciw temu, kwiat życia, to jeno złuda! Ileż z nich opada, nie pozostawiając śladu, jakże niewiele wydaje owoc, a jakże nieliczne okazy dochodzą do dojrzałości? A mimo to... bracie mój... tyle ich wokół i poważamy się one dojrzałe owoce zaniedbywać, pomiatać niemi, pozwalać, by zgniły nieużytecznie!
Bądź zdrów! Lato tutaj przecudne, spinam się często na drzewa owocowe w sadzie Loty, ujmuję żerdkę i strącam gruszki z wierzchołka. Ona stoi pod drzewem i chwyta rzucone z góry owoce.

30 sierpnia.

Nieszczęsny! Jesteś naiwny, oszukujesz samego siebie. Do czegóż doprowadzić cię może owa nieposkromiona, nieustanna namiętność? Modlę się już tylko do niej, wyobraźni mej jawi się wyłącznie tylko jej postać i dostrzegam o tyle jeno cały świat, o ile stoi w jakimś do niej stosunku. I to mi daje czasem miłe chwile, tak długo trwające, póki się znowu od niej oderwać nie jestem zmuszony. Siedzę przy niej czasem przez dwie, lub trzy godziny, sycąc oczy jej postacią, śledząc jej ruchy, pojąc się niebiańską muzyką jej słowa. Napięcie wszystkich zmysłów moich wzrasta stopniowo, aż nagle ćmi mi się przed oczyma, przestaję słyszeć, skurcz mnie chwyta za gardło skrytobójczo, serce wali młotem i zwiększa jeszcze zamęt i uczucie rozpaczy. Wówczas, drogi Wilhelmie, nie wiem doprawdy, czy żyję na świecie! Czasem znowu przygniata mnie smutek, a Lota nie odmawia mi tej bolesnej przysługi, bym mógł wypłakać na jej dłoni łzy rozpaczy. Zrywam się, odchodzę, wybiegam, błąkam się po polach, wspinam się na urwiste wzgórza z dziką jakąś radością, prę się przez bezdroża leśne, torując nowe ścieżki, przełażę przez płoty, drące mi ubranie, przeciskam przez ciernie, kaleczące mi ciało, i wówczas doznaję ulgi. Czasem powalony znużeniem i spragniony padam gdzieś na ziemię i leżę tak często długo w noc późną, a nademną błyszczy księżyc w pełni. Czasem siadam w lesie na krzywym pniu, lub konarze drzewa, odpoczywam, dając folgę okaleczałym od chodzenia stopom i drzemię ukojony wyczerpaniem aż do świtu. O drogi Wilhelmie, dusza ma pożąda, jako najwyższej łaski, samotnej celi, włosiennicy i kolczastego pasa pokutnika. Bądź zdrów! nie widzę, poza grobem, końca tej niedoli.

3 września.
Muszę jechać! Dziękuję ci Wilhelmie, żeś przeważył szalę mych chwiejnych postanowień. Od dwu już tygodni noszę się z myślą, by się z nią rozstać[97]. Muszę wyjechać. Ona jest znowu w mieście[98] u swej przyjaciółki razem z Albertem... — muszę jechać!

10 września[99].

Straszną miałem noc. Teraz, drogi Wilhelmie, przetrwam już wszystko[100]. Nie ujrzę jej nigdy! O, jakaż szkoda, że nie mogę zarzucić ci rąk na szyję i wśród łez i wzruszenia wyrazić ci uczuć, jakie przepełniają serce moje w tej chwili. Siedzę, dyszę ciężko i starając się uspokoić, czekam ranka, gdyż na chwilę wschodu słońca zamówiłem konie.
Ona śpi spokojnie i nie przypuszcza, iż mnie już nigdy nie zobaczy. Wyrwałem się, okazałem dość siły, by w ciągu dwugodzinnej pogawędki nie zdradzić swych zamiarów. Cóż to była za rozmowa, wielki Boże!
Albert przyrzekł mi, że zaraz po wieczerzy przyjdzie z Lotą do ogrodu[101]. Stałem na tarasie pod rozłożystemi kasztanami i spoglądałem po raz ostatni stąd, jak słońce, zachodząc na krańcach uroczej doliny, tonęło w nurtach rzeki. Jakże często razem z nią rozkoszowałem się tym wspaniałym widokiem, a dziś... Zacząłem przechadzać się po alei, którą tak lubiłem, tajemny pociąg uczuwałem zawsze do tego miejsca, zanim jeszcze poznałem Lotę, i radowaliśmy się bardzo w początkach naszej znajomości, stwierdziwszy obopólne upodobanie do tego zakątka najromantyczniejszego[102], zaprawdę, jaki stworzyła sztuka ogrodnicza.
Z początku widok ściele się szeroko poprzez pnie kasztanów..., tak... tak... pamiętam, pisałem ci o tem[103]..., ściany zieleni otaczają wchodzącego, a aleja, łącząc się z drzewami przylegającego do niej zagajnika, staje się coraz to ciemniejsza i posępniejsza, aż kończy się nagle niewielką polanką bez wyjścia, budzącą w wędrowcu uczucie samotności i powagi. Pamiętam, jak miło mi było, — gdym się tam znalazł pewnego dnia letniego w samo południe, wydaje mi się, że miałem niejasne przeczucie, iż miejsce to będzie widownią szczęścia i bólu zarazem.
Spędziłem niespełna pół godziny na smętnem, a słodkiem zarazem rozważaniu myśli rozstania i spotkania się kiedyś[104], gdym usłyszał kroki na terasie. Pospieszyłem naprzeciwko, z drżeniem ująłem i ucałowałem jej dłoń! Weszliśmy do alei, gdy właśnie księżyc wyłonił się z poza chmur. Rozmawiając o tem i owem, zbliżyliśmy się niepostrzeżenie do ponurego pawilonu[105]. Lota weszła i usiadła na ławce, obok niej zajął miejsce Albert, a ja po drugiej stronie. Ale niepokój nie pozwolił mi usiedzieć, przeto wstałem, przechadzałem się chwilę i siadłem znowu. Byłem w przykrym stanie. Lota zwróciła naszą uwagę na piękny efekt światła księżycowego, oświecającego jasno terasę, widzianą przez długi, ciemny tunel drzew. Widok był tem piękniejszy, że wokoło nas panował zupełny mrok. Milczeliśmy, a ona zaczęła po chwili: — Ile razy przechadzam się w świetle księżyca, zawsze przychodzą mi na myśl moi bliscy zmarli, i wtedy rozmyślam o śmierci i przyszłem życiu. Będziemy żyli! — ciągnęła dalej głosem, wyrażającym najwznioślejsze przekonanie. — Ale czyż się spotkamy, Werterze, czy się poznamy? Mów pan, jak ci się wydaje?
— Loto, — odrzekłem z oczyma pełnemi łez, podając jej rękę — zobaczymy się tu i tam! — Nie mogłem dłużej mówić. Drogi Wilhelmie, czyż musiała mnie o to spytać dziś, gdym właśnie drżał, nosząc w sercu ową bliską rozłąkę.
— Czy umarli nasi wiedzą o nas? — ciągnęła dalej. — Czy odczuwają, co się z nami dzieje i czy uświadamiają sobie, że ich wspominamy z miłością. Jawi mi się zawsze postać matki mojej, gdy cichym wieczorem znajdę się w kole jej dzieci, to jest moich dzieci, skupionych wkoło mnie, tak, jak gromadziły się wokoło niej samej. Wówczas zwracam zroszone łzą tęsknoty oko do nieba i pragnę, by spojrzała, by się przekonała, że dotrzymuję słowa danego w godzinie śmierci, iż będę jej dzieciom matką. Z głębokiem uczuciem wołam w takiej chwili: — Przebacz mi droga moja, że może nie jestem im tem, czem ty im byłaś. Czynię, co mogę, są odziane, nie głodne, a także, co najważniejsze, pielęgnuję je i kocham. Czyż widzisz święta nasza, w jakiej żyjemy zgodzie? Jeśli widzisz, to możesz zaprawdę wielbić Boga, któregoś błagała o opiekę nad dziećmi, wylewając ostatnie, gorzkie łzy na tej ziemi.
Tak mówiła, Wilhelmie, a któż powtórzyć zdoła, co mówiła? Jakże zimna martwa litera wyrazić może ten niebiański wykwit ducha! Albert przerwał jej łagodnie: — Wiem, że dusza twa, droga Loto, ma upodobanie w tego rodzaju myślach, ale szkodzą ci one, przeto proszę cię bardzo... — Albercie! — podjęła na nowo. — Wiem, że nie zapomniałeś owych wieczorów, spędzonych wspólnie u małego, okrągłego stoliczka, kiedy ojca nie było w domu, a dzieci pokładły się spać. Miewałeś często dobre książki, ale mało kiedy byłeś w możności czytać je. Czyż obcowanie z tą piękną duszą nie było nam droższe ponad wszystko inne? O jakże wzniosłą, słodką, pogodną i niezmordowanie czynną była ta kobieta! Bóg jeden widział łzy moje, któremi zalana klękałam nieraz w łóżku błagając, by mnie uczynił podobną do niej!
— Loto! — zawołałem, przyklękając, ujmując jej dłoń i rosząc ją rzęsistemi łzami. — Nad tobą czuwa błogosławieństwo boże i duch matki twojej[106]. — Szkoda, że jej pan nie znałeś! — powiedziała, ściskając mą dłoń. — Warta była tego, byś ją pan poznał! — Zdało mi się, że zginę. Nikt nie wyrzekł o mnie szczytniejszego, dumniejszego słowa. Lota mówiła dalej: — Jakże smutno pomyśleć, że kobieta taka musiała opuścić ten świat w kwiecie wieku, kiedy najmłodsze jej dziecko miało ledwo pół roku. Chorowała krótko, żegnała się z życiem spokojnie, bez żalu, niepokoił ją tylko los dzieci, zwłaszcza młodszych. Gdy czuła, że się zbliża ostatnia chwila, powiedziała do mnie: — zawołaj dzieci! — Wprowadziłam malców, nie wiedzących, co się dzieje, oraz starsze, przygnębione bardzo. Stanęły wkoło łóżka, ona wzniosła nad nimi ręce, pomodliła się, Ucałowała każde i odprawiła, a potem zwróciła się do mnie: — Bądź im matką! — Przyrzekłam jej i dałam rękę. — Obiecujesz dużo, moja córko! — powiedziała. — Musisz dać im serce matki i opiekę matki. Czuję, że wiesz, co to znaczy, mówią mi o tem łzy twoje. Dochowaj tedy ojcu twemu wierności i posłuszeństwa żony, a rodzeństwu serca. Ty jedna zdołasz pocieszyć ojca. Spytała, gdzie jest. Wyszedł, chcąc ukryć straszny swój ból, tłoczący go do ziemi.
Byłeś Albercie w pokoju obok. Słysząc kroki, spytała kto to, potem wezwała cię do siebie i patrzyła długo, to na jedno, to na drugie, a spojrzenie miała spokojne, jakby pewną była, że będziemy szczęśliwi. — Albert objął ją za szyję, pocałował i zawołał: Jesteśmy już i będziemy zawsze szczęśliwi! — Spokojny zazwyczaj Albert, stracił równowagę w tej chwili, ja zaś, poprostu nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.
— Pomyśl pan, Werterze — zwróciła się do mnie, — czy podobieństwo, by ta kobieta istnieć przestała! Boże, trudno sobie wyobrazić, że możemy pozwalać na to, by zabrano z domu coś, co nam było tak drogie! I tylko dzieci, odczuwające silniej, żalą się jeszcze przez długi czas, że czarni ludzie zabrali im mamę.

Wstała, ja się zbudziłem z marzeń, ale pozostałem na ławce i nie puszczałem jej ręki. — Musimy wracać, już czas! — powiedziała. Chciała uwolnić swą rękę, ale przytrzymałem ją silnie. — Spotkamy się! — zawołałem. — Poznamy się, rozpoznamy się, choćbyśmy przybrali odmienną postać! Idę, — dodałem — odchodzę bez oporu, tylko nie mam sił, nie jestem w stanie powiedzieć, że odchodzę... na zawsze! Bywaj zdrowa, Loto! Żegnam cię, Albercie! Zobaczymy się kiedyś... — Zaraz jutro! — zauważyła żartobliwie. Odczułem żywo to powiedzenie i nie spostrzegłem, kiedy wysunęła dłoń z mej ręki. Poszli aleją, ja zostałem, zobaczyłem ich w blasku światła księżycowego, padłem na ziemię i wypłakałem się, potem zerwałem się na nogi, pobiegłem na terasę i dojrzałem stamtąd jej białą suknię, połyskującą u furtki w cieniu wielkich lip. Wyciągnąłem ku niej ramiona, ale w tej chwili wszystko znikło.


CZĘŚĆ DRUGA[107].
20 października 1771.

Wczoraj przybyliśmy[108] tutaj. Konsul czuje się niezdrowym, przeto zatrzymamy się przez dni kilka. Wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko nie był tak nieznośny. O, czuję dobrze, że los mi gotuje straszne przejścia. To nic, trzymajmy się ostro! Swobodny umysł zniesie wiele! Swobodny umysł... śmiech mnie bierze, gdy widzę, że słowo to napisać mogłem. Nieco więcej zaufania do siebie zdałoby mi się i uczyniłoby mię najszczęśliwszym pod słońcem. Tam, gdzie inni, mając odrobinę zaledwo siły i zdolności, puszą się niby pawie i zażywają błogiego samozachwytu, tam ja powątpiewam w mój talent i umiejętność. Boże, który mnie wyposażyłeś tak obficie, czemuż nie zatrzymałeś połowy swych dobrodziejstw, zsyłając mi w ich miejsce bodaj trochę pewności siebie i skłonności poprzestawania na byle czem.
Trzeba być cierpliwym, a wszystko się zmieni na lepsze. Masz słuszność, przyznaję ci, mój drogi. Czuję się nierównie lepiej, odkąd żyję pośród tłumu i patrzę na to, co ludzie robią i jak sobie radzą. Leży już w naturze ludzkiej, że porównywamy wszystko ze sobą, a siebie z wszystkiem, przeto poczucie szczęścia i niedoli zawisło od tych rzeczy, z któremi się zestawiamy, a samotność jest wobec tego największem niebezpieczeństwem. Nasza wyobraźnia posiada skłonność do wzlatywania wysoko, a czerpiąc pokarm z fantastycznych miraży poezji, stwarza mnóstwo istot fikcyjnych, w porównaniu z któremi jesteśmy nieskończenie mali, wszystko poza nami wydaje nam się wznioślejsze, a każdy doskonalszym od nas. I to dzieje się zupełnie naturalnie. Odczuwamy bardzo często swe braki, a to, czego nam brak, posiada często, jak nam się wydaje, ktoś drugi. Przyznając mu tę wyższość, wyposażamy go także i naszemi, własnemi zaletami, odczuwając w tem nawet pewne idealne zadowolenie. W ten sposób powstaje ów szczytny ideał, będący naszym własnym wytworem.
Pracując natomiast mozolnie i używając jeno własnych niewielkich sił, spostrzegamy częstokroć, że przy całej powolności i ucieraniu się z przeszkodami, doprowadzamy do czegoś więcej, niż inni, płynący pełnymi żaglami i dzierżący silnie ster, a wówczas, widząc, że dorównaliśmy innym, lub, żeśmy ich nawet wyprzedzili, osiągamy poczucie własnej wartości.

26 listopada.
Zaczyna mi tu być jako tako. Najlepszem jest to, że pracy nie brak, a przytem duszę moją bawi ta mnogość ludzi i rozmaitość nieznanych dotąd postaci, dająca nad wyraz ożywione widowisko. Poznałem hrabiego C... i z każdym dniem czuję dlań większy szacunek. Posiada umysł, ogarniający szerokie kręgi i głęboki, a przez to właśnie wolny od oschłości, że uwzględnia wszystko. W zachowaniu jego przebija zdolność odczuwania przyjaźni i miłości. Powziął dla mnie życzliwość, podczas załatwiania pewnej sprawy urzędowej, gdy zauważył od pierwszych zaraz słów, że się rozumiemy i że może mówić do mnie, jak nie do każdego. Nie mogę się nacieszyć jego życzliwem postępowaniem ze mną. Niema chyba większej, istotniejszej radości, jak gdy otwiera się przed nami prawdziwie wielka dusza.

24 grudnia.

Mam mnóstwo przykrości do zniesienia od mego konsula, jak to zresztą przewidywałem. Jest to pedantyczny cymbał, jakich mało na świecie, powolny i drobiazgowy, jak stara kumoszka. Nigdy nie jest zadowolony z siebie, przeto niczem go zadowolnić nie sposób. Pracuję chętnie i łatwo i nie cierpię poprawek. On zaś ma pasję zwracać mi dany elaborat i powiada zawsze: — Dobrze pan napisał, ale przejrzyj pan to jeszcze raz, zawsze można znaleźć odpowiedniejsze wyrażenie, czy jaśniejszy zwrot! — Djabli mnie biorą nieraz. Nie ścierpi, by brakło jednego choćby — i, — jednego spójnika, a wrogiem śmiertelnym jest wszelkich dowolności w szyku zdania, jakie mi się często nasuwają pod pióro. Nie rozumie poprostu obrazu, nie odrzępolonego wedle szacownych, prastarych zasad melodji, obowiązujących katarynkę. Okropna to rzecz mieć z takim człowiekiem do czynienia.
Nagrodą jedyną jest mi zaufanie hrabiego C... Niedawno wyznał mi otwarcie, że jest bardzo niezadowolony z guzdralstwa i drobiazgowości mego konsula. — Ludzie — powiedział — mają upodobanie w utrudnianiu sobie samym i innym wszystkiego. Ale trzeba się z tem pogodzić, podobnie, jak musi pogodzić się z istnieniem góry wędrowiec. Gdyby jej nie było, oczywiście, droga byłaby wówczas krótsza i łatwiejsza, ale ponieważ góra istnieje, przeto trzeba się na nią wspinać!...
Mój szef domyśla się naturalnie, że hrabia woli mnie od niego, to go złości, a skutkiem tego korzysta z każdej sposobności, by obmawiać hrabiego przede mną. Ja, naturalnie, staję po jego stronie, a to sprawę jeszcze bardziej pogarsza. Wczoraj wyprowadził mnie z równowagi, gdyż przy okazji i mnie też przypiął łatkę. — Hrabia — powiedział — interesuje się całym światem i do tego jest jedyny, praca mu idzie jak z płatka i ma łatwość pióra, ale brak mu gruntownej wiedzy, co jest zresztą wadą wszystkich dyletantów literatury i sztuki. — Zrobił przytem minę, jakby pytał: — Czyś się dorozumiał, że to do ciebie pite? — Ale nie odniosło to żadnego skutku, gdyż pogardzam ludźmi, mogącymi tak myśleć i w ten sposób postępować. Stawiłem mu czoło i dyskutowałem z pewnem uniesieniem. Powiedziałem, że człowiek taki, jak hrabia, budzić musi szacunek, tak ze względu na swój charakter, jak też i wiedzę. — Nie znam — powiedziałem — nikogo, komuby się powiodło rozszerzyć zakres swych wiadomości na tak rozliczne przedmioty, nie zatracając jednocześnie zainteresowania dla pospolitych spraw bieżącego życia. — Było to, dla jego ciasnego rozumu bajką o żelaznym wilku, przeto oddaliłem się, nie chcąc dalszą gadaniną jego burzyć sobie żółci.
Wyście winni temu wszyscy, namówiliście[109] mnie bowiem do podjęcia owego jarzma, rozwodząc się szeroko o potrzebie rozpoczęcia czynnego życia. Czynne życie? Zaprawdę, jeśli człowiek, sadzący ziemniaki i wożący na sprzedaż do miasta zboże, nie wiedzie czynniejszego życia ode mnie, to zgodzę się jeszcze przez dziesięć lat wykonywać tę pracę galernika, przykuty łańcuchem, na który mnie wzięła owa bajka o czynnem życiu.
Pozatem cóż za błyszcząca nędza, jakaż nuda panuje pośród owych miernot, zebranych tu pospołu. A jakaż wre pomiędzy nimi walka o pierwszeństwo, jakże czyhają zawzięcie, by bodaj krokiem uprzedzić drugiego, jakież nędzne, jak poziome, zgoła nieosłonione niczem namiętnostki wypełniają ich dusze? Jako przykład podaję pewną kobietę. Rozpowiada ona każdemu szeroko o swem szlachectwie i swych posiadłościach, tak, że ktoś obcy musiałby ją wziąć za głupią gęś, zarozumiałą do niemożliwości ze swego pochodzenia, oraz sławy swego kraju i swych przodków. Tymczasem jest o wiele gorzej, gdyż owa osoba pochodzi z tych stron i jest córką biednego gryzipiórka. Nie mogę pojąć, by ludzie mieli tak mało zastanowienia i świadomości, że poniżają się sami i hańbią.
Przekonywam się, mój drogi, z dniem każdym dowodniej, że nie należy sądzić innych podług siebie, ale ponieważ mam tak dużo do czynienia z sobą samym i własnem, nieokiełzanem sercem, przeto najchętniej pozwalam każdemu kroczyć własną ścieżką, byleby mi inni nie przeszkadzali czynić, co mi się podoba.

Najbardziej drażnią mnie fatalne zapatrywania na mieszczaństwo i różnice stanowe. Zdaję sobie równie dobrze, jak każdy inny, sprawę z tego, że różnice, dzielące poszczę gólne stany są potrzebne, oraz ile mnie samemu przysporzają korzyści. Ale niechże nie stają mi na drodze tam właśnie, gdzie mogę zażyć jeszcze bodaj trochę radości, bodaj odrobiny szczęścia na świecie. Poznałem się niedawno na przechadzce z niejaką panną B... Jest to miła osoba, która zdołała zachować dużo prostoty wśród całego tego sztywnego otoczenia. Rozmawialiśmy bardzo przyjemnie, a przy pożegnaniu poprosiłem, by mi pozwoliła się odwiedzić. Zgodziła się na to tak ochotnie, że ledwo mogłem się doczekać sposobnej chwili, by pójść do niej. Nie pochodzi z tych okolic, a mieszka razem z ciotką. Ta ciocia nie spodobała mi się odrazu. Zachowałem się jednak wobec niej bardzo uprzejmie, mówiąc, zwracałem się przeważnie do niej i w ciągu pół godziny dowiedziałem się pewnych szczegółów, a mianowicie, że, jak mi to później potwierdziła siostrzenica... czcigodna dama cierpi na starość niedostatek, niczego nie posiada: ani majątku, ani inteligencji, całą jej ostoją jest długi szereg przodków, oraz stan, wśród którego murów zabarykadowała się, poprzestając na tej rozkoszy, by z wyżyn swoich spoglądać z pogardą na marny tłum mieszczuchów. Podobno była piękną w młodości, przebaraszkowała życie, zrazu dręczyła różnych biednych młodzieńców, zaś w wieku dojrzalszym ugięła się pod jarzmo małżeńskie pewnego starszego oficera, z którym za tę cenę i znośne utrzymanie przeżyła czas jesieni życia, a potem go pogrzebała i na starość została samotną. Nie mianoby dla niej teraz żadnych względów, gdyby nie siostrzenica, posiadająca sympatję wszystkich.

8 stycznia 1772.

Straszni to zaiste ludzie, wkładający całą duszę w ceremonjał i wysilający się całymi latami na to, by posunąć się o jedno bodaj miejsce wyżej przy stole. Nie brak im wcale innego zajęcia, przeciwnie, mnóstwo rzeczy zalega właśnie dlatego, że drobnostkowe utarczki nie pozwalają im jąć się spraw ważnych. W zeszłym tygodniu przez głupi zatarg w sprawie jazdy sankami[110], cała przyjemność poszła na marne.
Naiwni to ludzie, nie zdają sobie bowiem sprawy z tego, że w istocie rzeczy pierwsze miejsce nie ma żadnego znaczenia, gdyż ten, kto je zajmuje, rzadko odgrywa główną rolę! Iluż królów podlega władzy ministrów, a jak często minister pełni wolę swego sekretarza! Któż jest w takim razie pierwszym? Ten, wydaje mi się, kto przeniknie innych i przemocą, czy chytrością umie użyć ich namiętności i sił do spełnienia swych zamierzeń.

20 stycznia.

Piszę do pani, droga Loto[111], w małej karczemce wiejskiej, dokąd zapędziła mnie burza. Odkąd przebywam w tej smętnej norze, D...[112], pośród ludzi tak całkiem obcych memu sercu, nie miałem chwili, by mi dusza się nie rwała do skreślenia do pani słów paru. I tutaj byłaś pani pierwszą myślą moją, w tej chałupce, samotnej i ciasnej, gdzie siedzę i patrzę na śnieg, smagający szyby małego okienka. Gdym jeno wszedł, przypomniałem sobie twą postać i duszę twą Loto z taką gorącą czcią! Boże mocny! To pierwsza szczęsna chwila! O, czemuż mnie nie widzisz, droga moja, ogarnionego tym wirem! Umysł mój marnieje, nie miałem ni na moment pełni odczuwania, ani jednej szczęsnej godziny! Nic! Nic! Mam wrażenie, jakbym stał przed czarodziejską szkatułą[113], widzę małych ludzi, koniki i t. p., wszystko to rusza się, a ja pytam, czy to nie jest jakieś optyczne złudzenie. Sam odgrywam jakąś rolę, a raczej ruszają mną, jak marjonetką, dotykam czasem drewnianej ręki sąsiada i czuję dreszcz grozy. Wieczorem postanawiam zobaczyć wschód słońca i nie ruszam się z łóżka. Wciągu dnia obiecuję sobie ucieszyć oczy światłem księżyca i nie wychylam się z pokoju. Nie wiem, doprawdy całkiem, poco się budzę i poco idę spać.
Zaczyn, utrzymujący życie moje w napięciu, przepadł gdzieś, podnieta, która mi po nocach sen spędzała z powiek, a świtem budziła na nowo, przestała istnieć.
Jedyną naprawdę niewieścią istotą, jaką tu poznałem, jest panna B..., podobna jest do pani, o ile do pani wogóle może być ktoś podobny. Powie pani może, że silę się na płytkie komplementy? Jest w tem nieco prawdy. Od niejakiego czasu stałem się bardzo ugrzeczniony, bo inaczej być nie może, dowcipkuję, a kobiety twierdzą, że nikt nie potrafi lepiej chwalić ode mnie (i kłamać... dodają..., bo bez tego ani rusz..., rozumie pani?). Wracam do panny B... Dusza wyziera z jej oczu, a stanowisko społeczne ciąży jej, nie zadowalniając pragnień serca. Pragnie uciekać z tego rojowiska ludzkiego, snujemy tedy godzinami całemi marzenia, zażywając szczęścia, śniąc o życiu na wsi, ach, i o pani! Nieustannie zachwycać się panią musi, nie musi raczej, czyni to ochotnie, słucha o pani z ochotą, kocha panią!
O, czemuż nie mogę usiąść u stóp twoich w uroczym, niezapomnianym pokoiku i patrzeć na igraszki naszych drogich malców! Czemuż, kiedy stają się zbyt dla ciebie pani hałaśliwe, nie mogę ich uciszyć opowieścią straszliwej bajki jakiejś.
Słońce zachodzi, przelśniewając cudną biel okrytego śniegiem widnokręgu, burza minęła. A ja muszę nadal pozostać w mej klatce... Żegnam panią! Czy Albert przy pani?... A czy...[114] Boże, przebacz mi to pytanie!

8 lutego.

Od tygodnia pogoda jest okropna, ale mnie z tem bardzo dobrze. Odkąd tu jestem, nie miałem ni jednego dnia pogody, któregoby mi ktoś nie zepsuł i nie zatruł. Gdy deszcz pada, wicher dmie, mróz ściska albo odwilż nadchodzi, natenczas myślę sobie: i w domu nie może być chyba gorzej, jak na dworze, czy przeciwnie i wtedy czuję się zadowolony. Kiedy zaś rankiem spostrzegam, że słońce świeci i zapowiada się dzień piękny, nie mogę się powstrzymać, by nie zawołać: oto ludziom nastręcza się znowu sposobność pozbawienia się wzajem tego daru nieba. Odbierają jedni drugim naprzemian wszystko: zdrowie, sławę, radość, spoczynek, a przeważnie przez głupotę, brak zrozumienia i ciasnotę umysłu, co zresztą czynią, jak twierdzą, ...w najlepszej myśli! Czasem zbiera mnie ochota rzucić się na kolana i błagać ich, by nie grzebali z taką zaciekłością we własnych wnętrznościach.

17 lutego.

Zdaje się, że z konsulem dłużej nie wytrzymam, ani on ze mną. To człowiek wprost nie do zniesienia. Załatwia sprawy i wykonywa swe obowiązki w sposób tak śmieszny, że nie mogę się powstrzymać od czynienia mu na przekór i postępuję wedle własnego zapatrywania, co mu oczywiście jest bardzo nie na rękę. Wniósł na mnie zażalenie do dworu, a minister udzielił mi lekkiej coprawda przygany, ale dotknęła mnie ona tak, że miałem już wnieść prośbę o dymisję, kiedy otrzymałem od niego list prywatny[116]. Treść listu[117] była tego rodzaju, że ukląkłem z podziwu dla szlachetności i mądrości tego człowieka. W podziwienia godny sposób karci on mą nadmierną wrażliwość, uznaje me przesadne zresztą zapatrywania na potrzebę czynu, oddziaływania na innych i przejęcie się sprawą, jako zapał młodzieńczy, nie chce zniszczyć owych zalet, ale jeno złagodzić i tam je pragnie skierować, gdzie mogą mieć odpowiednie pole działania i wywrzeć swój skutek. Uczułem się wzmocniony na duchu na cały tydzień i pogodzony ze sobą. Cudna to rzecz spokój duszy i zadowolenie ze siebie. O, gdybyż jeno, drogi przyjacielu, klejnot ten nie był równie kruchy, jak jest cenny i piękny!

20 luty.

Niechże was, drodzy moi, Bóg blogosławi i darzy wszystkiem dobrem, którego mnie odmówił!

Dziękuję ci, Albercie[115], żeś mnie zwiódł.[118] Czekałem zawiadomienia o dniu waszych zaślubin, postanowiłem w ten dzień zdjąć uroczyście ze ściany sylwetkę Loty i pogrzebać ją pod stosem innych papierów. Już jesteście pobrani, a wizerunek jeszcze wisi! Niechże zostanie, wiem, że i ja biorę w tem udział, bez szkody dla ciebie zajmuję drugie miejsce w sercu Loty, chcę i muszę tam pozostać! Oszalałbym chyba, gdyby mnie zapomniała. Ta myśl, Albercie, to piekło prawdziwe! Bądź zdrów, Albercie! Zegnam cię aniele niebiański! Żegnam cię Loto!
15 marca.

Doznałem przykrości, która mnie stąd wypędzi. Zgrzytam zębami! Do licha! Nie da się to już naprawić, a winę ponosicie wy wszyscy, zachęcając mnie, dręcząc i nagląc, bym objął stanowisko, które mi zupełnie nie odpowiadało. Mam tedy ja i macie wy nagrodę zasłużoną! Abyś zaś nie mówił, że zepsuły całą rzecz moje narwane poglądy, opisuję ci wszystko tak szczegółowo i jasno, jakby to uczynił zawodowy kronikarz.
Hrabia C… lubi mnie i wyróżnia, wiesz to dobrze, bom ci donosił o tem sto razy. Znalazłem się u niego wczoraj na obiedzie, a był; to właśnie dzień, w którym schodzą się doń wieczorem wszyscy utytułowani panowie i dystyngowane damy. Nie myślałem o nich wcale i nie przyszło mi na myśl, że dla podwładnego urzędnika niema miejsca w ich towarzystwie. Krótko mówiąc, byłem na obiedzie, a po jedzeniu udaliśmy się do salonu recepcyjnego. Chodziłem tam i z powrotem, rozmawiałem z hrabią, potem z pułkownikiem B…, który się zjawił, niepostrzeżenie nadeszła godzina przyjęcia. Dalibóg, nie zauważyłem tego. Nagle weszła najdostojniejsza pani S… z arcy wielmożnym małżonkiem i należycie wylęgniętą gąską, córunią swą o zapadłych piersiach i uroczym odwłoku. Przeszły mimo i podniosły dumnie do góry swe wysoko urodzone oczy i dziurki w nosie. Mając serdeczny wstręt do tej bandy, chciałem się pożegnać i czekałem tylko, by hrabia uwolnił się na moment od tych plotkarzy obmierzłych, gdy zjawiła się moja panna B... Ponieważ na jej widok trochę ciepło mi się robi w sercu, pozostałem i stanąłem za jej krzesłem. Po chwili dopiero zauważyłem, że rozmawia ze mną z mniejszą, jak zazwyczaj szczerością, a nawet z pewnem zakłopotaniem. Uderzyło mnie to. Pomyślałem, że niczem się nie różni od reszty zebranych, uczułem się dotkniętym i chciałem odejść. A jednak zostałem, gdyż zapragnąłem nabrać o niej innego wyobrażenia, nie dowierzałem własnemu sądowi, chciałem posłyszeć bodaj jedno ciepłe słówko..., chciałem poprostu... myśl sobie zresztą co chcesz! Tymczasem salon się zapełnił. Przybył baron F..., w garderobie z czasów koronacji Franciszka I[119], radca dworu R..., zwany tu poprostu panem R... wraz ze swą przygłuchą żoną..., dalej zmiętoszony zawsze I..., którego strój starofrankoński dopełniany był nowożytną tandetą..., słowem, znalazło się całe stado. Rozmawiałem z kilku znajomymi, ale wszyscy byli bardzo małomówni. Dziwiłem się, lecz myślałem tylko o mojej pannie B... Nie spostrzegłem, że damy w drugim końcu salonu szepcą sobie coś, że szept ten ogarniać zaczyna również mężczyzn, że pani S... coś powiedziała gospodarzowi domu (wszystko to opowiedziała mi potem panna B...[120], aż nakoniec zbliżył się hrabia C... i pociągnął mnie ku oknu. — Zna pan — powiedział — tutejsze poglądy na różnice stanu? Towarzystwo, jak widzę, nierade jest obecności pańskiej! — O, przepraszam bardzo, ekscelencjo! — odparłem — nie chciałbym za nic..., proszę o łaskawe przebaczenie... winienem był o tem wcześniej pomyśleć... proszę, racz mi pan, panie hrabio darować tę niekonsekwencję... Chciałem już nawet iść, ale zatrzymał mnie mój zły genjusz! — dodałem z uśmiechem, składając ukłon. Hrabia uścisnął mi dłoń z uczuciem, które wyrażało wszystko. Wysunąłem się cicho z salonu, wyszedłem na ulicę, siadłem do kabrjoletu[121] i pojechałem do M..., by tam z pagórka zobaczyć zachód słońca, a potem odczytać w Homerze wspaniałą pieśń o gościnie Ulisesa u zacnego świniopasa[122]. To było wyśmienite.
Wieczorem udałem się na wieczerzę. Było kilka osób w gospodzie. Grali w kości na rogu stołu, odwinąwszy nakrycie. Naraz wchodzi przezacny Adelin, wiesza kapelusz, spogląda na mnie, zbliża się i mówi zcicha: — Spotkała cię nieprzyjemność? — Mnie? — zawołałem. — Hrabia wyprosił cię z towarzystwa! — Niech ich djabli biorą! — odrzekłem. — Z przyjemnością wydostałem się na świeże powietrze! — Dobrze, — zauważył — że sobie z tego wiele nie robisz, tylko przykro mi, że o tem wszyscy mówią! — Teraz dopiero zaczęła mnie gryźć cała sprawa. Zdawało mi się, że wszyscy wchodzący do sali spoglądają na mnie z tego właśnie powodu. Kipiało we mnie.
Gdziekolwiek się dzisiaj pokażę, wszyscy wyrażają mi swe współczucie, a zawistni triumfują, mówiąc: tak się dzieje pyszałkom, którzy mając ledwo odrobinę rozumu w głowie myślą, że ich to upoważnia do przekraczania wszelkich granic i do nieliczenia się ze stosunkami. Gadają różności bez końca, a ja mam się ochotę pchnąć nożem. Niech kto co chce mówi o poczuciu własnej godności, ale chciałbym widzieć człowieka, który znosi bez urazy, gdy bezkarnie ostrzy sobie na nim języki hołota, mająca nad nim przewagę. Gdyby ta gadanina nie miała podstawy... a... to co innego..., można sobie z niej kpić.

16 marca.

Wszyscy się na mnie sprzysięgli. Spotkałem dzisiaj w alei pannę B... i nie mogłem się powstrzymać, aby, kiedyśmy się trochę oddalili od towarzystwa, nie dać jej odczuć żalu z powodu jej zachowania się. — Jakże mogłeś, Werterze, znając moje serce — odrzekła tonem serdecznym — w ten sposób wytłumaczyć sobie moje zmieszanie. Wycierpiałam wiele z powodu pana od chwili wejścia do salonu. Przeczuwałam, co się stanie i pragnęłam kilka razy ostrzec pana. Byłam pewna, że zarówno pani S..., jak i T..., raczej wyniosą się z salonu wraz ze swymi mężami, jakby miały znieść towarzystwo pańskie. Wiedziałam też, że hrabia nie może narazić się na zatarg z nimi. Ach..., a... ta cała gadanina! — Jakto proszę pani? — spytałem, a wszystko, czego się onegdaj dowiedziałem od Adelina, przemknęło mi przez duszę, niby fala płomienna. — Ileż wycierpiałam do tej pory! — zawołała słodka ta istota z oczyma pełnemi łez. Przestałem panować nad sobą, miałem ochotę paść jej do nóg. — Mów pani wszystko! — zawołałem. Łzy spływały jej po policzkach. Otarła je, nie kryjąc się z tem wcale. — Znasz pan moją ciotkę, — powiedziała — była na zebraniu i patrzyła na całe zajście z oburzeniem. Musiałam zeszłej nocy i dziś rano wysłuchać straszliwego kazania na temat znajomości z panem. Musiałam słuchać słów złych, zawistnych, poniżających pana, i nie mogłam cię nawet bronić, jakbym pragnęła.
Każde słowo przenikało, niby miecz serce moje. Nie czuła, jakąby mi wyświadczyła łaskę, zatajając to wszystko przede mną przez samą litość. Nie poprzestając na tem, dodała jeszcze wszystko, co ludzie mówią i mówić będą i wyliczyła tych, którzy będą się radować i triumfować. Rozwodziła się, że uważać będą mą przygodę, jako karę za me zuchwalstwo i lekceważenie innych, co mi już oddawna zarzucano i rozprawiała szeroko, jak ich to musi cieszyć i śmieszyć zarazem. Popadłem w rozpacz, a wściekły jestem dotąd, radbym przebić szpadą śmiałka, któryby się ośmielił słowo rzec i czuję, że tylko widok krwi mógłby mnie uspokoić. Sto razy chwytałem nóż, by ulżyć zbolałemu sercu. Podobno konie szlachetnej rasy, gdy są zdenerwowane biegiem i przedrażnione, instynktownie nagryzają sobie żyłę, by upuścić krwi i przyjść do siebie. I ja też często radbym sobie otworzyć żyłę, by uzyskać wolność wieczystą.

24 marca.

Poprosiłem o zwolnienie ze służby i mam nadzieję, że uzyskam to u dworu. Wybaczcie, że nie starałem się uprzednio o waszą zgodę na to. Nie mogłem pozostać na stanowisku, a zgóry wiedziałem, co usłyszę, jak mnie będziecie namawiali, przekonywali, wszystko wiem... i dlatego... Uwiadom o tem matkę w sposób oględny. Sam sobie poradzić nie umiem, przeto nic dziwnego, że dla niej żadnej rady nie mam. Odczuje to boleśnie, wiem dobrze. Pożałuje pięknej karjery syna, która zawieść go mogła do dostojeństw tajnego radcy, czy ambasadora, a tak nagle się skończyła i rumak bojowy wrócił do stajni. Myślcie, co chcecie, rozważajcie wszystkie możliwe sposoby i okoliczności, w których mógłbym zatrzymać stanowisko... ja odchodzę. Jeśli chcecie wiedzieć, co ze sobą pocznę, to donoszę wam, że książę ***, którego poznałem, polubił mnie i chętnie ze mną przestaje. Posłyszawszy o mem postanowieniu, zaprosił mnie do siebie na wieś na całą wiosnę. Zapewnił mi zupełną swobodę, ponieważ zaś do pewnego stopnia[123] rozumiemy się, przeto zaryzykuję i pojadę z nim.

19 kwietnia.

Post scriptum[124].
Dziękuję ci za oba listy. Nie odpowiadałem, czekając z wysłaniem listu aż do otrzymania zwolnienia ze służby, gdyż obawiałem się, że matka zwróci się do ministra i utrudni mi przeprowadzenie zamiaru. Ale już po wszystkiem: zwolnienie mam. Nie chcę wam mówić, z jaką niechęcią mi go udzielono i co mi napisał minister, gdyż zaczęlibyście narzekać. Następcą tronu przysłał mi na pożegnanie dwadzieścia pięć dukatów i skreślił kilka słów, które mnie do łez wzruszyły. Nie potrzebuję przeto brać od matki pieniędzy, o które niedawno prosiłem[125].

5 maja.

Wyjeżdżam stąd jutro, ponieważ zaś me miejsce rodzinne leży w odległości zaledwo sześciu mil od drogi, którą pojadę, przeto wstąpię tam, by odświeżyć wspomnienia dawnych, szczęsnych, prześnionych czasów. Wjadę tą samą bramą, którą wywiozła mnie po śmierci ojca matka poto, by się zamknąć w obrzydliwym mieścisku. Bądź zdrów, Wilhelmie, doniosę ci o szczegółach mej podróży.

9 maja.

Odbyłem z nabożnem skupieniem pielgrzyma wędrówkę do miejsc rodzinnych[126] i wznieciła ona we mnie dużo niespodziewanych uczuć. Kazałem zatrzymać konie pod starą lipą, stojącą o kwadrans drogi od miasta S. Wysiadłem i poleciwszy pocztyljonowi jechać dalej, ruszyłem pieszo, chcąc nacieszyć się wedle upodobania dawnemi, wskrzeszonemi wspomnieniami. Stałem oto pod lipą, będącą za czasów chłopięcych celem i ostatnim kresem mych przechadzek. Jakże się wszystko zmieniło! Wówczas, szczęśliwy nieświadomością rwałem się w świat nieznany, który obiecywał tyle pokarmu dla serca, tyle rozkoszy, mających wypełnić i zaspokoić łaknącą i utęsknioną duszę. Teraz, przyjacielu drogi, wracałem z rozłogów świata po utracie wielu nieziszczonych nadziei i zburzonych planów. Przede mną widniały góry, ów cel mych nieustannych pożądań. Siadywałem tu godzinami i tęskniłem do nich, pragnąc całą duszą błąkać się po borach i dolinach, wabiących z tej uroczej, mglistej dali. Z jakąże niechęcią opuszczałem ulubione to miejsce, zmuszony o pewnej porze powracać! Zbliżyłem się do miasta, pozdrawiając znane zdawna domostwa, okolone ogródkami. Na nowe spoglądałem z urazą i takie same uczucia budziły we mnie wszystkie inne zmiany. Wszedłem bramą i odrazu poczułem się u siebie. Drogi mój, nie chcę rozwodzić się szczegółowo: to, co mi sprawiało tak wielką rozkosz, wydałoby się w opowiadaniu bezbarwne i nużące. Postanowiłem zamieszkać w rynku tuż obok naszego dawnego domostwa. Po drodze zauważyłem, że szkoła, gdzie zacna, stara nauczycielka więziła taki tłum młodych istot, zamienioną została na kram. Wspomniałem wycierpianą w owej norze tęsknotę, wypłakane łzy, dławiące oszołomienie i strach, uciskający serce. Za każdym krokiem napotykałem rzeczy godne uwagi. Zaprawdę, pielgrzym w Ziemi Świętej nie odnajduje może tylu pamiątek wiary, a trudno chyba, by duszę jego przenikało świętsze wzruszenie. Oto jedno z tysiąca przeżyć: Szedłem z biegiem rzeki, aż do pewnej zagrody, kędy wędrowałem dawniej i gdzie stale puszczaliśmy kaczki po wodzie. Tutaj szliśmy ze sobą o lepsze, czyj kamyk najwięcej uczyni skoków po fali. Pamiętam dobrze, jak często patrzyłem w płynącą wodę, rojąc cuda niesłychane. Jakże fantastycznym wydał mi się kraj, w który dąży, i jakże rychło natrafiałem na przeszkodę dla wyobraźni. Ale nie dawała się opanować, biegła dalej, dalej, i tonąłem w kontemplacji niedosiężonej wzrokiem dali. Tak, powiadam ci, naiwnymi i tak szczęśliwymi byli przodkowie nasi, tak dziecięce żywili uczucia i taką była ich poezja. Wyrażenia Ulisesa o »niezmierzonym morzu«[127], o »nieskończonej ziemi«[128] jest tak prawdziwe, tak czysto ludzkie, tak pełne tajemnic. Cóż mi z tego, że mogę dziś za każdym uczniakiem powtarzać, że ziemia jest okrągła? Człowiekowi starczy kilku zagonów, by żyć i używać życia, a mniej jeszcze, by spocząć pod ziemią.
Bawię tutaj w książęcym zameczku łowieckim i nieźle mi z jego właścicielem, jest bowiem szczery i pełen prostoty. Otaczają go jednak dziwni ludzie, których nie pojmuję. Nie są to ludzie źli, a przecież nie wyglądają na uczciwych. Czasem wydają się nawet całkiem dobrymi, ale ufać im nie mogę. Często aż przykro mi słuchać, jak książę mówi o różnych rzeczach, które słyszał i czytał, nie zdając sobie sprawy, że powtarza biernie obce zapatrywanie, nie zaś własne, mimo, że je za swoje uważa.
Ceni też wyżej mój rozum i talenty niż serce, z którego przecież jestem dumny, gdyż ono jest źródłem całej mojej siły, mego szczęścia i niedoli. To co wiem, posiąść może każdy, tylko serce me jest moją wyłącznie własnością.

25 maja.

Miałem pewien zamysł, o którym nie chciałem wam wspominać przed wykonaniem, teraz, kiedy nic z tego nie będzie, widzę, że się dobrze stało. Chciałem wziąć udział w wojnie i leżało mi to długo na sercu. Z tego nawet powodu zgodziłem się przyjechać tu z księciem, który jest generałem w służbie ...skiej armji. Plan swój opowiedziałem mu podczas jednej z przechadzek, ale odradził mi to i dałem się przekonać jego argumentom, bo było to we mnie nietyle namiętnością, jak zachcianką.

11 czerwca.

Cokolwiekbyś na to powiedział, nie wytrzymam tutaj dłużej. Cóż tu po mnie? Czas mi się tylko dłuży. Książę zachowuje się wobec mnie z całą uprzejmością, a mimo to nie czuję się na swojem miejscu. W gruncie rzeczy nie mamy ze sobą nic wspólnego. Jest on człowiekiem rozumnym, ale nie oryginalnym, i towarzystwo jego nie ma dla mnie większego uroku, jak przeczytanie dobrze napisanej książki. Zabawię tu jeszcze tydzień, a potem udam się znowu na tułaczkę. Najlepiej z wszystkiego szło mi tu jeszcze rysowanie. Książę odczuwa sztukę, a miałby jeszcze większe jej zrozumienie, gdyby nie to, że tkwi głęboko w szkaradnej erudycji i pospolitej terminologji. Czasem zgrzytam zębami, bo podczas gdy uniesiony zapałem, ukazuję mu cuda natury i sztuki, on sądząc, że się popisuje, wyjeżdża zaraz z jakiemś urzędowym terminem technicznym.

16 czerwca.
Jestem, zaprawdę, jeno wędrowcem, pielgrzymem na tej ziemi! Czyż wy jesteście czemś więcej?

18 czerwca.

Powiem ci w zaufaniu, gdzie się udać zamierzam. Muszę się tu jeszcze zatrzymać przez dwa tygodnie. Potem, jak to sam w siebie wmówiłem, chcę zwiedzić kopalnie w **. Ale to nieprawda, chcę być tylko bliżej Loty, oto cały sekret. Śmieję się z własnego serca, a czynię, co ono chce.

29 lipca.

Dobrze, już dobrze!... Ach, gdybym mógł zostać jej mężem! Boże, któryś mnie stworzył, za tę rozkosz cała reszta życia stałaby się jedną dziękczynną modlitwą do ciebie! Ale nie chcę dochodzić swych praw, przebacz mi więc łzy moje, przebacz mi daremne pragnienia!... Gdyby ona była żoną moją...! Gdybym mógł tę najcudniejszą pod słońcem istotę objąć w ramiona!... Całego mnie przenika, Wilhelmie, dreszcz, gdy pomyślę, że Albert obejmuje jej smukłą kibić.
A przecież mogę powiedzieć..., czemużbym nie miał tego powiedzieć, Wilhelmie..., ona byłaby ze mną szczęśliwszą, jak z nim! On nie jest w stanie odczuć pragnień takiego serca. Brak mu wrażliwości, mów co chcesz...serce jego niezdolne jest uderzać współmiernie, kiedy idzie... ach... o pewien np. ustęp ulubionej książki, podczas gdy moje i Loty serca rozumieją się tak doskonale; a tak samo w licznych innych chwilach, kiedy uczucia nasze ujawniać się zwykły w ocenie czynów osób trzecich. Wilhelmie drogi..., on mimo to kocha ją z całej duszy, a na cóż nie zasługuje miłość taka?... Pewien nieznośny człowiek przeszkodził mi. Łzy przestały płynąć. Nie wiem co pisać. Bądź zdrów, mój drogi.

4 sierpnia.

Nie mnie jednemu tak się dzieje. Nadzieje wszystkich ludzi kończą się rozczarowaniem, a to, czego oczekują, idzie na marne. Złożyłem wizytę mej poczciwej znajomej pod lipą[129]. Najstarszy chłopak wybiegł witać mnie, a okrzyki radosne przywabiły matkę. Była bardzo przygnębiona. Powiedziała odrazu: — Proszę pana, umarł mi mój Janek! — Był to syn najmłodszy. Nie wyrzekłem ni słowa. — A mąż mój — dodała — wrócił ze Szwajcarji, nic nie przyniósł, gdyby nie pomoc zacnych ludzi, musiałby iść o żebraczym kiju, a w dodatku rozchorował się w drodze na febrę. — Nie mogłem wyrzec słowa, dałem jakąś drobną kwotę chłopcu, biedna kobieta poprosiła, bym przyjął od niej kilka jabłek, uczyniłem to i oddaliłem się, unosząc smutne wspomnienia.

21 sierpnia.

Jakbym obrócił kartkę, wszystko odrazu zmieniło się we mnie. Czasem świta upojny błysk dawnego życia..., ale na moment jeno! Marzę i napływa myśl, której się obronić nie mogę: — A gdyby tak Albert umarł? Wówczas ja... tak... wówczas ona...[130]. Snuję dalej urojenia, daję się im unosić, idę aż nad sam brzeg przepaści i na jej widok cofam się przerażony.
Wychodzę bramą i stąpam drogą, przebytą po raz pierwszy w dniu, kiedy jechałem po Lotę, by ją zabrać na bal. Jakże się wszystko zmieniło! Minęło..., wszystko minęło! Ni śladu tego dnia, ni drgnienia onych uczuć dawniejszych. Jako duch wracam w spalony, zburzony zamek, który wybudował w kwiecie wieku swego potężny książę, wyposażył wspaniale we wszystko i w pełni nadziei pozostawił ukochanemu synowi.

3 września.
Nie pojmuję doprawdy, jak ją może, jak śmie kochać inny, gdy ja ją kocham tak wyłącznie, tak bardzo, tak gorąco, kiedy niczego ponad nią nie znam, nie widzę i nie posiadam!

4 września.

Tak jest zaiste. Przyrodę ogarnia jesień i jesiennie robi się we mnie i wokół mnie. Liście moje żółknieją, a liście drzew zaczynają opadać. Wszakże pamiętasz, co ci pisałem o owym parobczaku, którego spotkałem tu zaraz po przybyciu. Spytałem o niego po powrocie do Wahlheimu i dowiedziałem się, że wygnano go ze służby i że nikt się o niego nie troszczy. Spotkałem go wczoraj w drodze do wsi sąsiedniej, zaczepiłem, a on opowiedział mi swe dzieje. Wzruszyły mnie bardzo, czemu dziwić się nie będziesz, gdy ci je powtórzę. Chociaż nie wiem czemu to czynię, czemu nie zachowuję dla siebie wszystkiego, co mnie smuci i gnębi? Czemuż mam cię martwić, czemu dawać sposobność żałowania mnie i łajania? Zdaje się, że takie jest już moje przeznaczenie.
Był smutny, cichy, onieśmielony i na pytania odpowiadał zrazu jakoś niechętnie. Ale potem, jakby mnie i siebie na nowo rozpoznał, wyznał mi swe przewinienie i zwierzył się z nieszczęścia. Szkoda, drogi mój, że nie mogę ci powtórzyć dokładnie każdego jego słowa! Wyznał, a w opowiadaniu jego brzmiała radość i upojenie wspomnieniem, wyznał mi, że z biegiem czasu wzrosła namiętność jego dla gospodyni, u której służył do tego stopnia, że nie wiedział co czyni, nie wiedział... jak się wyraził..., gdzie ma głowę. Przestał jeść, pić i spać, ściskało go w gardle, robił, czego należało zaniechać, zapominał zleceń, wydawało mu się, że go opętało złe, aż pewnego dnia, wiedząc, że poszła do komory pod dachem, udał się tam za nią, a raczej coś go zaciągnęło, a gdy nie chciała słuchać próśb, rzucił się na nią, chcąc posiąść siłą. Nie wiedział zgoła, co czyni i przysięgał na wszystko, że miał najpoważniejsze zamiary. Nie pragnął niczego bardziej, jak ożenić się z nią i spędzić całe życie przy jej boku. Mówił długo, potem zaczął się jąkać, jakby miał jeszcze coś nadmienić, nie śmiejąc jeno zacząć. Nakoniec wyznał nieśmiało, że przypuszczała go do różnych poufałości i zezwalała na daleko posunięte pieszczoty. Mówił z przerwami, niezręcznie i wplatał gorące zaręczenia, że nie zamierza jej obmawiać, że ją kocha i ceni, jak zawsze i, że mówi to jeno dlatego, bym się przekonał, że miał podstawę do nadziei i nie jest człowiekiem zuchwałym i bezrozumnym. Tutaj, drogi mój, zacząć muszę ponownie dawną piosnkę moją, której nucić, zda się, nie przestanę nigdy. O, gdybym ci mógł dać wyobrażenie o tym, stojącym przede mną biedaku, którego mam dotąd przed oczyma! Szkoda, że nie mogę ci dać wyobrażenia, jak bardzo zajmuje mnie los jego, jak interesować mnie... musi! Ale dość tego! Znasz moją dolę i mnie znasz dobrze, przeto wiesz, co mnie pociąga do nieszczęśliwych wogóle, a do tego, w szczególności.
Odczytując ten list spostrzegam, że zapomniałem podać zakończenia historji, którego zresztą łatwo się domyśleć. Obroniła się przed nim, a w dodatku nadszedł jej brat, który go zdawna nienawidził i chciał wydalić z domu, gdyż bał się, by przez powtórne małżeństwo siostry, dzieci jego nie utraciły dziedzictwa. Dopóki była bezdzietną, majątek jej mógł się dostać w spadku bratańcom. Brat wygnał go z domu i nadał sprawie taki rozgłos, że wdowa, choćby nawet była chciała, nie mogła z powrotem przyjąć go do służby. Wzięła sobie innego parobka, jak powiadają, poróżniła się o niego z bratem i podobno ma zań wyjść zamąż, ale..., zaręczał... nie dożyje sam dnia wesela, co sobie już postanowił stanowczo.
Niema śladu przesady w tem, co ci piszę, niczego nie upiększyłem, mogę nawet powiedzieć, że wypadło to nawet blado, nikle i dużo pospoliciej, jak było w rzeczywistości, bowiem użyłem naszych, oklepanych, moralizatorskich słów.
Miłość ta, wierność i namiętność, nie są to utwory fantazji. Żyje i utrzymuje się w niezrównanej czystości pośród ludzi, których zwiemy nieukształconymi i dzikimi. A czemże jesteśmy my... oświeceni... my... przemądrzy?[131]. Odczytaj w skupieniu tę historję, proszę cię bardzo! Dzisiaj, pisząc do ciebie, jestem spokojny i cichy. Możesz to poznać po porządnym charakterze pisma i braku kleksów. Czytaj i wiedz, że są to jednocześnie dzieje twego przyjaciela. Podobnie stało się ze mną, tak się ze mną stanie, a nie jestem ani w połowie tak dzielny i tak zdecydowany, jak ów nieborak, z którym porównywać się nawet nie śmiem.

5 września.

Napisała karteczkę do męża swego, przebywającego w okolicy z powodu interesów. Zaczynała się: Drogi, jedyny, wracaj jak możesz najprędzej! Czekam z utęsknieniem! — Pewien znajomy wstąpił właśnie i zawiadomił, że mąż z różnych powodów musi się jeszcze przez czas jakiś zatrzymać poza domem. Kartka została na stole i wpadła mi wieczorem w rękę. Przeczytałem i uśmiechnąłem się. Spytała o powód. — Jakimże niebiańskim darem jest posiadanie wyobraźni! — zawołałem. — Przez moment mogłem się łudzić, że się to odnosi do mnie! — Przerwała rozmowę, zda się, niezadowolona, przeto zamilkłem.

6 września.

Dużo mnie kosztowało, zanim się zdecydowałem rozstać z moim błękitnym, skromnym frakiem, w którym poraz pierwszy tańczyłem z Lotą. Ale zniszczył się już bardzo. Kazałem sobie zrobić zupełnie podobny, z kołnierzem i wyłogami i takąż żółtą kamizelkę i spodnie.
Coprawda, nie jest to już to samo, co przedtem..., nie wiem sam dlaczego. Sądzę jednak, że nawyknę doń z biegiem czasu.

12 września.

Wyjechała na kilka dni po Alberta. Dzisiaj wszedłem do jej pokoju, podeszła ku mnie, a ja ucałowałem jej rękę z upojeniem.
Z lustra zerwał się kanarek i usiadł jej na ramieniu. — To nowy przyjaciel! — powiedziała, wabiąc go, by usiadł na dłoni. — Moje dzieciaki będą miały uciechę. Prawda, że śliczny? Popatrz pan! Kiedy mu daję chleba, trzepota skrzydełkami. Całuje mnie też... o, patrz pan!
Gdy zbliżyła ptaka do ust, wetknął dzióbek w jej wargi, jak gdyby odczuwał rozkosz, której stał się uczestnikiem.
— Pocałuje teraz pana! — powiedziała, podając mi go. Dzióbek zbliżył się do moich warg, a dotknięcie jego dało mi coś w rodzaju słodkiej ułudy, cienia rozkoszy miłosnej.
— Pocałunek jego — powiedziałem — nie jest całkiem bezinteresowny. Szuka pożywienia i czuje się niezadowolony samą pieszczotą.
— Je mi także z ust! — powiedziała. Podała mu w ustach okruszynę, uśmiechając się z niewinną, współczującą lubością.
Obróciłem się. Nie powinna była czynić tego. Nie powinna była budzić mej wyobraźni, drażnić jej takimi obrazami, przywoływać do życia serca ukołysanego monotonją życia, nie powinna była wabić temi niewinnemi, upojonemi gestami. A dlaczegóżto nie? Ufa mi bezgranicznie, wie, jak ją kocham!

15 września.

Można oszaleć, Wilhelmie, uświadomiwszy sobie, że są ludzie, pozbawieni zupełnie poczucia tych niewielu rzeczy na ziemi, które mają jeszcze jakąś wartość. Mówiłem ci o wielkich drzewach orzechowych na probostwie w St..., pod któremi czasu odwiedzin u czcigodnego proboszcza siadywałem z Lotą[132]. Drzewa te, osłaniające rozkosznym cieniem całe podwórze, dla mnie tak drogie, budziły wspomnienia owego zacnego pastora, który je zasadził przed wielu, wielu laty. Nauczyciel wymieniał jego nazwisko, zasłyszane z ust dziadka. Miał to być człowiek wielkiej wartości i wspominaliśmy go często ze czcią, siedząc pod drzewami. Powiadam ci, nauczyciel miał łzy w oczach, dowiedziawszy się od nas wczoraj, że je ścięto. Tak jest... ścięto je! Mało nie oszalałem, byłbym rozszarpał nikczemnika, który wymierzył pierwszy cios. I oto ja, który na śmierć zesmutniałbym, gdyby takie drzewo w mym ogrodzie uschło ze starości, muszę patrzeć na to morderstwo! Jeszcze na jedno zwróć uwagę, mój drogi, na poczucie przywiązania, tkwiące w ludziach. Cała wieś oburzona jest, a nowa pani pastorowa pozna niebawem po ilości jaj i masła, oraz innych przejawach sympatji, jaką ranę zadała całej gminie. Żona nowego proboszcza (stary zmarł) jest to chuderlawa, chorowita osoba. Nie ma ona serca dla świata, bo świat się nią wcale nie interesuje. Jest ograniczona, a sądzi, iż jest uczoną, zabawia się studjowaniem kanonów[133], zajmuje się bardzo gorąco modnem dzisiaj, moralno-krytycznem reformowaniem chrześcijaństwa[134] i wzrusza wzgardliwie ramionami nad mrzonkami Lavatera[135]. Zdrowie jej jest silnie podkopane i dlatego cały świat nie ma dla niej jednej chwili radosnej. Tylko tego rodzaju kreatura mogła się ośmielić kazać ściąć moje drzewa. Nie mogę się, jak widzisz, uspokoić. Wyobraź sobie, twierdzi, że opadające liście zanieczyszczały jej podwórze i przygnębiały ją, drzewa pozbawiały ją światła, a kiedy orzechy dojrzewały i dzieci rzucały na nie kamieniami, to ją denerwowało i przeszkadzało jej w głębokich dociekaniach porównawczych nad dziełami Kennikota[136], Semlera[137] i Michaelisa[138]. Zauważywszy, że ludzie we wsi, zwłaszcza starsi, są niezadowoleni, spytałem: — Czemuż dopuściliście do tego? — Cóż poradzić można przeciw woli wójta? — Jedno się tylko dobrze stało. Pastor, ulegając kaprysowi żony, która go zresztą nie bardzo tuczy, chciał coś z tego uzyskać i obaj z wójtem postanowili podzielić się drzewem. Tymczasem dowiedziano się o całem zajściu w miasteczku i władza skarbowa, mająca dawne pretensje do tej części gruntu plebańskiego, na którym rosły drzewa, zajęła je i sprzedała na licytacji. Mają się tedy zpyszna! O... gdybym był księciem, wówczas pastorowa, wójt i władza skarbowa... Ach, prawda!... Gdybym był księciem, cóżby mnie obchodziły wówczas drzewa, rosnące w moim kraju?

10 października.

Dobrze mi jest, gdy spoglądam w jej czarne oczy. Wiesz, co mnie smuci? To, że Albert, najwidoczniej, nie jest tak szczęśliwy, jak... się spodziewał..., jakbym ja... to jest, jak jabym się spodziewał, gdyby... Nie lubię domyślników, ale tym razem nie umiem się inaczej wypowiedzieć. Zdaje się, rozumiesz mnie.

12 października.

Osjan wyrugował z mego serca Homera[139]. Jakiż niewysłowiony jest ten świat, w który wprowadza nas niezrównany poeta. Stąpamy przez wrzosowiska pośród szalejącej wichury, niosącej w kłębach mgieł duchy praojców poprzez zalane księżycowem światłem rozłogi. Od gór dolata poszum wartkiego potoku, a w rozgwarze tym słychać jęk duchów, ukrytych w grotach skalnych i skargi oszalałej z bólu dziewczyny, opłakującej tragiczną śmierć swego kochanka u grobu, zbudowanego z czterech porosłych mchem i trawą głazów. Idę śladem błędnego, starego barda, który szuka po szerokim stepie śladu stóp ojców swoich, a znajduje jeno grobowe kamienie. Widzę, jak z jękiem spogląda ku ukochanej gwieździe wieczornej, zapadającej w odmęty morza. Wówczas zmartwychpowstają w duszy bohatera prastare czasy, kiedy przyświecała nadzieja mężnym bojownikom, a księżyc oblewał światłem uwieńczony kwiatami, wracający po zwycięskich zapasach, okręt. Bolesną troskę czytam na jego czole i widzę, jak wódz ostatni, opuszczony i zmęczony strasznie, chwiejnym krokiem zmierza do grobu. Otaczają go chmurą cienie zmarłych, dusza jego rozpłomienia się bolesnym żarem minionych radości, spogląda po zmartwiałej ziemi, po wysokiej, falującej z wiatrem trawie i woła: — »Zjawi się wędrowiec, który mnie znał w czasach mej krasy i spyta: Gdzież jest pieśniarz, Fingala syn dostojny?[140]. Kroczył będzie przez mój grób i rozpytywał będzie o mnie po ziemi napróżno!...« — Gdy o tem myślę, przyjacielu mój, radbym wyrwać miecz z pochwy któremuś z rycerzy i uwolnić odrazu księcia mego z niewysłowionej męki zamierania, a potem w ślad wolnego już herosa posłać duszę własną.

19 października.

O, jakże straszną jest pustka, którą czuję w piersiach! Myślę często: — Gdybyś mógł ją bodaj raz jeden przycisnąć do serca, wypełniłaby się ta pustka niezawodnie.

26 października.

Przekonywam się, drogi mój, coraz to lepiej i lepiej, że nader niewiele zależy na istnieniu człowieka. Do Loty przyszła przyjaciółka, ja zaś wyszedłem do drugiego pokoju i wziąłem do ręki książkę. Ale nie mogłem czytać, przeto zacząłem pisać. Słyszałem, jak rozmawiają zcicha o rzeczach błahych i nowinach miejskich, o ślubie tej a tej, o chorobie tego a tego. — Cierpi pono na kaszel, widać jej kości na policzkach i zapada w omdlenie, nie dałabym grosza za jej życie. — Tak mówiła przybyła. — N. N. — odrzekła Lota — także ma się źle. — Spuchł na całem ciele! — dodała przyjaciółka. W wyobraźni ujrzałem się u łoża tej biedaczki i dostrzegłem, z jaką niechęcią żegna się z życiem... jak... Tymczasem one rozmawiały o bliskiej śmierci z taką obojętnością, jak się to zawsze czyni, gdy ktoś obcy umiera.
Rozglądam się wokoło po pokoju, widzę suknie Loty, papiery Alberta, meble tak dobrze mi znane, nawet kałamarz, ogarniam to wszystko spojrzeniem i myślę: — Czemże jesteś dla nich? Naogół przyjaciele lubią cię i cenią, raduje ich czasem twoja obecność i serce twe łudzi się, że bez ciebie obejśćby się nie mogli. Gdybyś jednak oddalił się, gdybyś ich opuścił, czyżby odczuli brak i czyby go czuli długo? Czy strata ta zaważyłaby na ich losie? Tak znikomym jest człowiek, że nawet tu, gdzie posiada zupełną pewność swego istnienia, nawet tu, gdzie obecność jego oddziaływa niezaprzeczalnie na drugich, nawet w pamięci, w duszy swych bliskich, nawet tutaj, trwać może jeno bardzo, bardzo krótko i bardzo, bardzo rychło musi się zamglić i rozpaść w nicości.

27 października.

Myśl, że tak niewiele znaczymy dla siebie wzajem, napełnia mnie taką rozpaczą, że radbym poszarpać sobie piersi i roztrzaskać głowę. Jeśli nie wniosę gdzieś sam miłości, radości, przywiązania, czy rozkoszy, to nie da mi ich nikt inny, a także mimo serca wezbranego szczęściem nie stanę się niczem dla tego, kto jest dla mnie obojętny i oziębły.

Wieczorem.

Posiadam tyle, a wszystko pochłania uczucie dla niej. Posiadam tyle, a bez niej wszystko mi jest niczem.

30 października.

Ileż razy już chciałem jej się rzucić na szyję? Bóg jeden wie chyba, co czuje człowiek, spoglądający ciągle na istotę tak pełną ponęt, a nie będący w możności zdobyć jej. Zdobywanie, jest to przecież rzecz właściwa człowiekowi. Czyż z samego instynktu nie wyciągają dzieci rąk do wszystkiego, co ujrzą przed sobą? A ja...

3 listopada.

Bóg świadkiem, że kładę się często z pragnieniem, a nawet czasem z nadzieją niezbudzenia się wcale. A rano otwieram oczy, spostrzegam słońce i czuję się nieszczęśliwym. Szkoda, że nie jestem kapryśnym, że nie mogę złożyć winy na pogodę, na kogoś innego, czy na nieudałe przedsięwzięcie. Wówczas owo straszne brzemię zniechęcenia gniotłoby mnie jeno przez połowę. Tymczasem... czuję wyraźnie, że winien jestem tylko ja sam... Nawet nie jest to wina, ale we mnie bierze początek cała obecna niedola, jak ongiś ja sam byłem źródłem własnego szczęścia. Wszakże jestem tym samym człowiekiem, którego rozpierał niedawno nadmiar uczuć, który kroczył poprzez raj, który pragnął zawrzeć świat cały w rozmiłowanem sercu swojem! Ale serce to obecnie zamarło, nie tryska zeń strumień zachwytu, oczy me wyschły, a myśli nie odświeżane falą łez, stępiały i tkwią kędyś skryte za fałdami czoła. Cierpię, bowiem utraciłem to, co było rozkoszą mego życia, ową świętą, ożywczą siłą, która stwarzała wokół mnie światy! Przepadła!... Wyglądam oknem, widzę odległe wzgórza, okryte mgłą, która pierzcha pod promieniami rannego słońca, światłość zalewa cichą łąkę, a rzeka, wijąc się pośród bezlistnych wierzb, płynie bezgłośnie. Przyroda, ongiś tak cudna, leży teraz odrętwiała, nieruchoma, niby polakierowany obrazek, a gdy patrzę na nią, z serca mego nie przenika do mózgu, ani ślad szczęścia. Stoję oto, nędzarz w obliczu Boga, podobny wyschłej studni, czy dziurawemu, pustemu wiadru. W chwilach takich częstokroć rzucam się na ziemię i błagam Boga o łzy, jak rolnik prosi o deszcz, kiedy niebo okryły opony spiżowe, a ziemia łaknie odświeżenia.
Ach! Czuję, że Bóg zsyła deszcz i pogodę nie dlatego, że o nie błagamy tak żarliwie! O, czemuż szczęsnemi były czasy owe, których wspomnienie dręczy mnie tak okrutnie? Oto dlatego, że oczekiwałem z cierpliwością na przyjście ducha i z gorącą wdzięcznością i pokorą serca wchłaniam rozkosz, którą zlewał na mnie.

8 listopada.

Z jakąż słodyczą wypominała mi wybryki moje! Polegają one na tem, że czasem szklanka wina kusi mnie do wypicia całej butelki. — Nie czyń pan tego! — mówiła. — Pamiętaj o Locie! — Mam pamiętać? — odparłem. — Czyżbym mógł zapomnieć? Zresztą, czy pamiętam, czy nie, zawsze jesteś przytomna duszy mojej! Dzisiaj siedziałem w tem właśnie miejscu, gdzieś pani wówczas wysiadła z powozu... — Zaczęła mówić o czem innem, by nie dopuścić dalszego rozwodzenia się o tem. Przyjacielu, już po mnie! Ona może robić ze mną, co tylko chce!

15 listopada.

Dziękuję ci, Wilhelmie, za serdeczne współczucie, za życzliwą radę i proszę cię bardzo, bądź spokojny. Muszę przecierpieć wszystko i przy całem znużeniu sił mi na to nie zbraknie. Wiesz dobrze, że szanuję religję i zdaję sobie sprawę z tego, że jest niejednemu strudzonemu podporą i niejednemu łaknącemu ochłodą. Ale czyż jest, czy musi być tem dla każdego? Spójrz na świat szeroki, a ujrzysz całe rzesze ludzi, którym religja nie była nigdy niczem i niczem nie będzie, bez względu, czy ją im głoszono, czy nie. Dlaczegóż tedy mnie ma być ostoją? Wszakże sam Syn Boży powiada, że: ci będą wokół niego, których pośle Ojciec[141]! Jeśli mnie tedy nie pośle, jeśli, jak mi powiada serce, pozostawi mnie dla siebie, to cóż będzie? Proszę cię bardzo, nie zrozum tego opacznie, nie sądź, że w niewinnych mych słowach tkwi szyderstwo. Otwieram przed tobą całą duszę moją, choć wolałbym zamilczeć, bo niechętnie mówię o rzeczach, o których wszyscy wiemy bardzo niewiele. Człowiek musi wycierpieć tyle, ile mu przeznaczono, wypić swój kielich, to jego los! Ale, jeśli kielich zesłany Bogu z nieba był zbyt gorzki dla jego ludzkich ust[142], to pocóż ja mam udawać i twierdzić, że mój kielich ma smak słodki? Czemuż miałbym się wstydzić wyznać to w chwili, kiedy moja cała istota waha się pomiędzy być lub nie być[143], kiedy przeszłość błyskawicowo rozświetla przepaści przyszłości, gdy wszystko wali się podemną i gdy świat ginie razem ze mną? Wszakże usty mojemi woła istota ludzka, zdana na samą siebie, tracąca siebie samą, nieuchronnie zapadająca się w nicość, a z głębi onych, daremnie starając się na wierzch wydobyć, wyrywa się rozpaczny głos: — Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?[144]. — Czemużbym się tedy miał wstydzić onego wołania, czemużbym nie miał bać się onej chwili, kiedy drżał przed nią ten, który mocny jest zwinąć niebiosy, niby postaw sukna?[145].

21 listopada.

Ona nie widzi, nie czuje, że mi sposobi truciznę, od której wraz z nią zginę, a ja piję z rozkoszą z kielicha, który mi podaje na zatracenie moje. Cóż znaczyć może owo dobrotliwe spojrzenie, którem mnie ogarnia często... nie często, ale czasem..., co znaczy owa uległość, która sprawia, że przejmuje się uczuciami, jakie mnie ożywiają, co znaczy owo współczucie z cierpieniami memi, jakie wyraźnie czytam w jej twarzy?
Wczoraj podała mi na pożegnanie rękę i powiedziała: — Do widzenia, drogi Werterze! — Drogi Werterze? — Pierwszy to raz nazwała mnie drogim, toteż przeniknęło mnie nawskróś dziwne drżenie. Powtórzyłem to sobie ze sto razy, a wczoraj wieczorem, kładąc się do łóżka i gadając jak zawsze ze sobą samym, powiedziałem nagle — Dobranoc, drogi Werterze! — Roześmiałem się, posłyszawszy to pozdrowienie.

22 listopada.

Nie mogę się modlić: — Daj mi ją! — A jednak często zdaje mi się, że jest moją. Nie mogę się modlić: — Daj mi ją, — gdyż jest własnością innego. Pokpiwam sobie z własnego bólu, i gdybym sobie popuścił cugli, wygłosićbym mógł całą litanję antytez.

24 listopada.
Ona odczuwa me cierpienia. Dzisiaj przeniknęło mi serce jej spojrzenie. Byliśmy sami, ja milczałem, a ona patrzyła na mnie. Nie dostrzegałem teraz jej ponętnej piękności, znikł mi z przed oczu urok jej wzniosłego ducha. Odczułem o wiele czulsze spojrzenie, malowało się w niem głębokie współczucie i słodka litość. Dlaczegóż nie wolno mi było rzucić jej się do stóp? Dlaczegóż nie śmiałem objąć jej szyi i podziękować pocałunkami? Chcąc ujść przed tym nastrojem, siadła do fortepianu[146] i zaczęła nucić cichym, ledwo dosłyszalnym głosem, towarzysząc sobie harmonijnymi akordami. Nigdy piękniejsze nie były jej usta, otwierały się z takiem pragnieniem, wchłaniając słodycz tonów, płynących z instrumentu i odpowiadając im echem pieśni. Ach, jakże ci to opisać zdołam? Nie mogłem się dłużej opierać, pochyliłem się i przysiągłem[147]: — Nigdy nie ośmielę się złożyć na was pocałunku, o wargi, ponad któremi unoszą się niebiańskie zjawy! — A jednak... Ha! Widzisz, ta rozkosz staje ścianą nieprzebytą tuż przed moją duszą... Radbym jej doznać, a potem zginąć, odpokutowując grzech... Żaliż to grzech?

26 listopada.

Czasem powiadam sobie: Los twój jest wyjątkowy, wielbij szczęście innych ludzi... takich mąk, jak twoja, nie zaznał nikt jeszcze! Biorę się do czytania poety czasów dawnych[148] i wydaje mi się, że widzę własne serce. Ileż mi trzeba będzie wycierpieć jeszcze? Ach, więc ludzie żyjący przede mną przechodzili także podobne tortury?

30 listopada.

Nie chcę, nie chcę się opamiętać! Gdziekolwiek stąpię, ściga mnie zjawa, wyprowadzająca mnie z równowagi! Dziś... ach, czemże jest los człowieka!
W południe udałem się nad wodę. Nie miałem ochoty na obiad. Wokoło mnie była pustka, zimny, wilgotny wiatr dął od strony gór, a gęsta mgła zalała dolinę. Zdala ujrzałem człowieka w zielonym, zniszczonym kaftanie, wałęsającego się pomiędzy skałami, jak gdyby szukał ziół. Na odgłos mych kroków obrócił się i spostrzegłem, że twarz jego jest interesująca. Główną cechą jej wyrazu był głęboki, cichy smutek, pozatem wyglądała rozsądnie i miała nawet w sobie coś pociągającego. Czarne włosy, upięte były szpilkami w dwa wałki po bokach głowy, a reszta spleciona w długi warkocz, spadała na plecy. Z odzieży wyglądał na człowieka pospolitego, osądziłem też, że nie pogniewa się, jeśli go zaczepię i spytałem, czego szuka? — Szukam kwiatów! — odparł z głębokiem westchnieniem. — Ale nie mogę znaleźć! — Nie pora teraz na kwiaty! — zauważyłem z uśmiechem. — Tyle jest wszędzie kwiatów! — powiedział, zbliżając się do mnie. — W ogrodzie moim są róże i nagietki i to w dwu odmianach. Jedne dostałem od ojca, pełno ich wszędzie, jak chwastów. Ale od dwu już dni szukam i znaleźć ich nie mogę! Wiem, że w domu zawsze są kwiaty, żółte, niebieskie i czerwone, a kwiat centurji jest też bardzo powabny... tylko nie mogę jakoś znaleźć żadnego! — Zauważyłem, że nie ma zdrowego rozumu, przeto spytałem wymijająco, na co mu te kwiaty potrzebne. Na twarzy jego zjawił się dziwny, bolesny uśmiech. — Jeśli mnie pan nie zdradzi, — rzekł, kładąc palec na ustach — to powiem. Obiecałem bukiet mojej dziewczynie! — Bardzo to pięknie! — odparłem. — Ona ma mnóstwo innych rzeczy, — powiedział — jest bardzo bogata! — A jednak zadowolona jest z pańskiego bukietu! — odrzekłem. — Ona — ciągnął dalej — posiada mnóstwo klejnotów i koronę! — Jakże się zowie? — spytałem. — Gdyby mi Stany Generalne[149] wypłaciły mą należytość, — odrzekł — stałbym się innym człowiekiem! O, jakżem był szczęśliwy dawniej! Ale teraz przyszedł na mnie kres! Teraz jestem... — Nie dokończył i spojrzał załzawionem okiem w niebo. — Byłeś pan tedy szczęśliwym? — spytałem. — O, tak, — odparł — pragnę, by ten czas powrócił! Wówczas czułem się wesołym, lekkim, jak rybka w wodzie! — Henryku! — zawołała stara kobieta, idąca drogą. — Gdzieżeś się podział? Szukaliśmy cię wszędzie! Chodź na obiad! — Czy to wasz syn? — spytałem, zbliżając się do niej. — Tak, to mój nieszczęśliwy syn! — odrzekła. — Bóg włożył ciężki krzyż na moje barki. — Kiedyż mu się to przydarzyło? — ciągnąłem dalej. — Od dosyć dawna, — odparła — teraz dzięki Bogu jest spokojny, ale przez cały rok szalał i musiano go okutego trzymać w szpitalu. Teraz jest nieszkodliwy, tylko ciągle przestaje z królami i cesarzami. Był dobrym, cichym chłopcem, pracował i pomagał mi, miał bardzo ładny charakter pisma, aż nagle popadł w zadumę, dostał gorączki, potem ataku szału i wkońcu stał się takim, jakiego pan ma przed sobą. O, gdybym panu wszystko opowiedziała... Powstrzymałem potok jej wymowy pytaniem, co to był za czas, o którym wspomina, jako o szczęśliwym i wesołym okresie swego życia. — Biedny chłopak, — odparła z uśmiechem politowania, — wysławia zawsze czas, kiedy nie wiedział, co się z nim dzieje, czas swego pobytu w szpitalu obłąkanych! — Słowa te padły na mnie, jak grom, wetknąłem kobiecie pieniądz w rękę i odszedłem pospiesznie.
— Byłeś wówczas szczęśliwy! — zawołałem, idąc ku miastu. — Było ci dobrze, jak rybce w wodzie! Boże wielki! Więc takim jest los człowieka, że czuje się szczęśliwym, póki nie dojdzie do rozumu, a potem musi go stracić, by na nowo pozyskać szczęście! Biedaku, jakże zazdroszczę ci twego obłędu i nieświadomości, w której żyjesz. Pełen nadziei idziesz zrywać w zimie kwiaty dla swej królowej, żałujesz, że ich niema, a nie wiesz, dlaczego się tak dzieje. A ja... ja wychodzę z domu bez wszelkiej nadziei, bez celu i wracam z tem samem napowrót! Marzysz o tem, czem zostałbyś, gdyby ci Stany Generalne wypłaciły należytość. Szczęśliwy jesteś, bowiem o niedolę swą obwiniać możesz przeciwności ziemskie, które istnieją poza tobą. Nie wiesz, nie czujesz, że przyczyna złego mieści się w twem obłąkanem sercu i spaczonym umyśle, których to przyczyn usunąć nie jest w stanie żaden z królów tego świata.
Biada temu, kto drwi z chorego, poszukującego istotnego źródła zła, kto uświadamia go i przez to zwiększa jego chorobę i życie czyni mu boleśniejszem jeszcze; kto urąga biednemu sercu jego, dążącemu pielgrzymką do Świętego Grobu, by uciszyć wyrzuty sumienia swego i uleczyć cierpienia swoje. Każda rana jego stóp, depcących ścieżki najeżone cierniami jest balsamem dla znękanej duszy, po każdym dniu mozolnej wędrówki kładzie się na spoczynek serce jego bardziej swobodnie, czując ulgę w męce. Czyż śmiecie to nazywać urojeniem, wy przekupnie pustych słów, wylęgający się pod pierzynami? Urojenie? O Boże! Łzy mi się cisną do oczu! Stworzyłeś człowieka tak biednym i opuszczonym, pocóż mu tedy przydałeś jeszcze bliźnich, którzy okradają go z tego ubóstwa, z tej odrobiny zaufania, jakie żywi ku tobie, o Boże miłości! Czemże jest bowiem wiara w moc leczniczą jakiegoś korzonka, jakichś tam łez winorośli[150], jeśli nie zaufaniem, że tchnąłeś we wszystko, coś stworzył wokół, siłę leczniczą i ukojną, których nam tak bardzo i tak ciągle potrzeba? Ojcze nieznany! Ojcze, któryś mieszkał zawsze w duszy mojej, a teraz jeno odwróciłeś odemnie oblicze[151]... zawołaj mnie, każ mi przyjść do siebie! Nie milcz dłużej, milczenia bowiem twojego nie usłyszy dusza moja i nie wstrzyma się. Czyżby człowiek-ojciec mógł trwać dalej w gniewie, gdyby mu rzucił się na szyję niespodzianie przybyły syn i zawołał: — Wróciłem ojcze mój![152]. Nie gniewaj się, że przerwałem wędrówkę, w której dłużej wytrwać miałem wedle woli twojej[153]. Świat jest cały jednaki, wszędzie jest praca, trud i nagroda, zapłata i radość, ale cóż mi z tego? Dobrze mi tam, gdzie ty jesteś i w obliczności twojej chcę cierpieć i radować się... Czyż ty, drogi ojcze niebieski, mógłbyś odprawić z niczem syna swego?

1 grudnia.

Wilhelmie! Człowiek, o którym ci pisałem, ów szczęśliwy biedak, był pisarzem u ojca Loty, zapałał ku niej namiętnością, ukrywał to, potem wyznał, został wydalony ze służby i oszalał. Zrozumiesz pewnie, jakich uczuć doznawałem, kiedy mi Albert historję tę opowiadał z takim spokojem, z jakim ty zapewne odczytasz te moje słowa.

4 grudnia.

Posłuchaj... Ze mną już, widzisz, koniec, nie zniosę tego dłużej! Dzisiaj siedziałem przy niej..., a ona grała na fortepianie różne melodje z nieopisanym wyrazem... Siostra jej ubierała na mych kolanach lalkę. Oczy me napełnione były łzami. Pochyliłem się, zobaczyłem jej obrączkę ślubną..., łzy puściły mi się strumieniem. A ona zaczęła nagle ową niebiańską, znaną melodję[154], tak to uczyniła niespodziewanie, że dreszcz mi przeniknął duszę i zjawiły się wspomnienia minionych czasów, kiedy pieśń ową słyszałem. Przeżywałem okresy walk i cierpień, pomartych nadziei, a potem... Zacząłem chodzić po pokoju, a serce biło mi młotem. Nagle rzuciłem się ku niej, wołając: — Na miłość boską, przestań pani! — Przerwała i patrzyła w osłupieniu. — Werterze, — powiedziała z uśmiechem, który mi przeniknął duszę — Werterze, pan jesteś ciężko chory! Masz wstręt do ulubionych swych potraw! Idź pan! Proszę, uspokój się... — Wybiegłem i... Boże, ty widzisz niedolę moją i zakończysz ją!

6 grudnia.

O, jakże mnie prześladuje jej postać! Czuję ją w duszy mej we śnie i na jawie! Gdy zamknę powieki, czuję pod czołem, tu, gdzie ogniskuje się wzrok wnętrzny, widzę jej czarne oczy. Tutaj jest coś, czego ci powiedzieć nie umiem. Gdy tylko zamknę oczy, widzę je, wydają mi się jak morze, czy przepaść i nie znikają... czuję je pod czaszką.

Podobno półbogiem jest człowiek? I cóż stąd, gdy sił mu nie staje w chwili, kiedy potrzebuje ich najbardziej. Cóż mu stąd, jeśli zarówno wśród wzlotu najwyższej radości, jak i wśród pognębienia najsroższego bólu, musi powracać do onej człowieczej normy, do poziomu onej jałowej, tępej i zimnej świadomości i nie może, chociaż pragnie i tęskni, zatonąć w toniach nieskończoności!

WYDAWCA DO CZYTELNIKA.

Szkoda prawdziwa, że nie pozostało nam z ostatnich, przedziwnych przeżyć przyjaciela naszego tyle materjału rękopiśmiennego, byśmy nie byli zmuszeni przerywać opowiadaniem toku jego własnych listów.
Stało się jednak inaczej, przeto postarałem się zebrać dokładne wiadomości z ust ludzi dobrze poinformowanych. Są one bardzo proste i z wyjątkiem drobnych szczegółów zgadzają się ze sobą w zupełności. Różnice dotyczą jeno zapatrywań osób głównych i sądy o nich są rozbieżne.
Jest tedy zadaniem naszem opowiedzieć wiernie to, czegośmy się dowiedzieć zdołali, oraz dołączyć pozostałe listy zmarłego, nie pomijając lekceważeniem najmniejszego nawet świstka, z uwagi na to, jak trudną jest rzeczą odkryć powód czynu najdrobniejszego nawet, gdy idzie o osobistość nieprzeciętną.
Zniechęcenie i smutek ogarniały coraz bardziej duszę Wertera, splątały się z sobą i owładnęły wkrótce całą jego istotą. Równowaga jego ducha została zniweczona, wewnętrzna gorączka i gwałtowność zmieniły najzupełniej jego charakter, wywołały nieznane dotąd objawy i doprowadziły go wkońcu do stanu wyczerpania, z którego porywał się jeszcze czasem do walki ze złem z energją większą, niż dotąd, ale zaraz opadał. Udręka serca podkopała siły jego ducha, znikło ożywienie, znikła bystrość umysłu, stał się ponurym w towarzystwie, coraz bardziej zapadając w rozpacz i w miarę tego stając się coraz to niesprawiedliwszym. Tego przynajmniej, byli zdania przyjaciele Alberta. Twierdzą, że Werter nie był w stanie należycie ocenić tego czystego, spokojnego człowieka, który posiadł zdawna upragnione szczęście i zachowywał się w ten sposób, by go w przyszłości nie utracić. Nie mógł ocenić tego Werter, który, że tak rzec można, dnia każdego wyrzucał wszystko co posiadał, a wieczorem cierpiał niedostatek. Albert, mówili oni, nie mógł się w tak krótkim czasie zmienić, był on zawsze takim samym, jakim go Werter poznał i uznał za godnego czci i szacunku. Kochał Lotę nad wszystko, był z niej dumny i pragnął, by ją każdy uznawał za najdostojniejszą kobietę pod słońcem. Nie można mu przeto brać za złe, iż starał się odwrócić nawet cień podejrzenia, że godzi się na jakikolwiek, choćby najniewinniejszy podział swego szczęścia z kimś drugim. Przyznawali, że Albert często wychodził z pokoju swej żony, gdy Werter znajdywał się w jej towarzystwie, ale nie czynił tego z nienawiści, czy nawet niechęci dla swego przyjaciela, ale dlatego, że czuł, iż obecność jego cięży Werterowi.
Ojciec Loty zasłabł i nie mógł wychodzić z domu. Posłał tedy córce bryczkę, a ona wyjechała[155]. Był to piękny dzień zimowy, spadł obfity śnieg i okrył wszystko wokół bielą.
Werter udał się na drugi dzień do leśniczówki, by odwieźć Lotę, gdyby Albert nie mógł tego uczynić. Piękna pogoda nie zdołała oddziałać na jego usposobienie, duszę mu uciskało straszliwe brzemię, przed oczyma snuły się ponure obrazy, a myśl przechodziła od jednych smutnych rozważań do innych.
Ponieważ żył w ciągłej rozterce ze sobą, przeto usposobienie drugich wydało mu się również podejrzane i zmącone. Był przekonany, że nadwerężył stosunek Alberta do żony, polegający dotąd na zupełnem zaufaniu, robił sobie wyrzuty i odczuwał w głębi duszy niechęć dla Alberta.
Wśród drogi rozmyślał nad tem ciągle. — Tak, tak — mówił do siebie, zgrzytając zębami. — To się nazywa współżycie serdeczne, miłe, przyjacielskie, spokojne i na wierności oparte? Nie, jest to raczej nasycenie i obojętność! Wszakże byle jaki interes ma dlań dużo więcej uroku, niż ta czarowna, niezrównana kobieta! Czyż on umie ocenić swe szczęście? Czyż szanuje ją, jak na to zasługuje? Posiada ją... no i cóż z tego! Wiem o tem, jak wiem o wielu innych rzeczach[156] i zdawało mi się, że nawykłem do tej myśli. Ale nie..., ona mnie doprowadzi do szaleństwa, do grobu wpędzi... A czyż przyjaźń jego dla mnie wytrzymała próbę? Wszakże w przywiązaniu mem do Loty dostrzega zamach na swe prawa, w mej serdeczności dla niej dopatruje się wyrzutu! Wiem o tem i czuję to, że nie może mnie znieść i pragnie, bym się oddalił! Obecność moja jest mu ciężarem.
Co chwila przystawał, potem ruszał naprzód i znowu zdawało się, że chce zawrócić. Ale kroczył dalej i rozmawiając ze sobą i rozmyślając, znalazł się wreszcie przed leśniczówką.
Otworzył drzwi i spytał o komisarza i Lotę, ale zastał wielkie poruszenie w całym domu. Najstarszy chłopak powiedział mu, że w Wahlheimie zdarzył się tragiczny wypadek, że jeden z chłopów miejscowych został zamordowany. Nie wywarło to na nim wielkiego wrażenia. Wszedł do pokoju i zastał Lotę w żywym sporze z ojcem, który mimo choroby upierał się jechać, by zbadać sprawę na miejscu. Sprawcy dotąd nie odkryto, znaleziono zabitego rankiem pod drzwiami domu i zgromadzono jeno poszlaki. Nieboszczyk był parobkiem pewnej wdowy, a przedtem służył u niej inny parobek, który opuścił służbę w sposób niezupełnie dobrowolny.
Werter, posłyszawszy to, zerwał się, jak oparzony. — Czyż to możliwe? — zawołał. — Muszę tam iść natychmiast! Nie mógłbym usiedzieć na miejscu! Pospieszył do Wahlheimu, po drodze odżyły w nim wspomnienia i nie miał zgoła wątpliwości, że czynu dopuścił się człowiek, z którym nieraz rozmawiał i którego tak polubił.
Musiał przechodzić pod lipami, chcąc dostać się do gospody, gdzie złożono ciało i przeraził się na widok znanego, uroczego zakątka. Próg, na którym bawiły się zazwyczaj dzieci, pokryty był krwią. Miłość i wierność, owe najszczytniejsze uczucia człowieka, zmieniły się w przemoc i morderstwo. Drzewa były skostniałe, bezlistne, pokrywała je okiść, a piękne żywopłoty, otaczające mur cmentarny, wyłysiały teraz, zrzedły, a w przerwach pomiędzy jednym, a drugim krzakiem widniały pokryte śniegiem nagrobki.
W chwili, gdy się zbliżał do gospody, gdzie była zgromadzona cała wieś, rozległ się nagle krzyk. W dali ukazali się zbrojni, a wszyscy zaczęli wołać, że prowadzą mordercę. Werter spojrzał i pozbył się wszelkiej wątpliwości. Tak, to był parobek, który kochał tak bardzo wdowę. Jego to napotkał niedawno i przekonał się, że trawi go cicha, zawziętość i rozpacz.
— Cóżeś uczynił nieszczęsny! — zawołał Werter, zbliżając się do więźnia. Parobek spojrzał nań, pomilczał przez chwilę, a potem odparł spokojnie: — Nikt jej nie dostanie i ona nie wyjdzie za nikogo!... Zaprowadzono go do gospody, a Werter oddalił się szybko.
Ten straszny wypadek i owo zetknięcie się z nim wywołało w Werterze gwałtowny przewrót. Wyrwało go to ze smutku, zniechęcenia, obojętnej rezygnacji, ogarnęło go niezmierne współczucie i poczuł przemożną chęć uratowania tego człowieka. Wczuwał się w jego nieszczęście, uważał go mimo zbrodni za niewinnego, wżył się do tego stopnia w jego położenie, że pewnym był, iż zdoła przekonać innych. Radby był bronić go niezwłocznie, na usta wybiegały mu już słowa gorącego orędownictwa, pospieszył na leśniczówkę i nie mógł się powstrzymać, by po drodze nie wypowiedzieć półgłosem całej mowy.
Wchodząc do pokoju, zobaczył Alberta i widok ten zbił go z tropu. Ale opanował się niebawem i z wielkiem ożywieniem zaczął przekonywać komisarza. Komisarz słuchał i potrząsał głową, ale, jak się należało spodziewać, wzruszyć się nie dał, mimo, że Werter przytaczał z niezmiernym zapałem, prawdą i namiętnością wszystko, co tylko człowiek powiedzieć może na obronę drugiego człowieka. Komisarz nie pozwolił mu nawet dokończyć wywodu, zaoponował żywo i zganił, że może ujmować się za skrytobójcą. Przedstawił, że w ten sposób nie ostałoby się żadne prawo i całe bezpieczeństwo w państwie znikłoby raz na zawsze, a wkońcu dodał, że w sprawie tego rodzaju nie może podejmować niczego, bez ściągania na siebie wielkiej odpowiedzialności i, że niczem nie wolno mu naruszać przepisanego porządku postępowania.
Werter nie poddał się jeszcze, ale prosił, by komisarz zamknął oczy na ułatwienie winowajcy ucieczki! I na to w żaden sposób zgodzić się nie chciał. Albert, wmieszawszy się do rozmowy, stanął po stronie teścia, Werter został przegłosowany i zbolały ruszył do domu, usłyszawszy od komisarza po kilkakroć powtórzony smutny wyrok: — Nie, nie można go uratować!
Jak mu słowa owe utkwić musiały w myśli, widzimy z karteczki, pozostałej wśród papierów a napisanej niezawodnie tegoż samego dnia.

— »Nieszczęsny, nie można cię uratować! Widzę dobrze, że nic nas obu[157] uratować nie może!«

Głębokim wstrętem napełniły Wertera słowa, jakich użył Albert w rozmowie z komisarzem w sprawie więźnia. Dopatrywał się w nich ukrytego żądła przeciw sobie skierowanego, a mimo, że po namyśle przyznać musiał, iż obaj mieli zupełną słuszność, to jednak wydało mu się, że musiałby się zaprzeć siebie samego, gdyby miał to przyznać.
Pośród papierów została kartka, odnosząca się do tego, a określa ona najlepiej cały stosunek jego do Alberta.

»Cóż z tego, że powtarzam sobie ciągle: on jest uczciwym i dobrym człowiekiem..., gdy na jego widok mdło mi się robi i... nie mogę dlań być sprawiedliwym«.

Wieczorem mróz zelżał, a nawet zaczęło zbierać się na odwilż, przeto Lota z mężem wracała do domu pieszo. Po drodze obejrzała się kilka razy, jakby jej brakowało towarzystwa Wertera. Albert zaczął o nim mówić, ganił go, oddając mu jednak sprawiedliwość zupełną. Wspomniał też o nieszczęsnej namiętności jego i wyraził chęć, by go można w jakiś sposób oddalić. — Pragnę tego także ze względu na nas — powiedział — i proszę cię, nadaj jakiś inny kierunek jego zachowaniu się, przedewszystkiem zaś spraw, by nie bywał tak często. Ludzie zwracają na to uwagę, a wiem dobrze, że zaczęto nas już tu i owdzie brać na języki... Lota milczała, a Alberta dotknęło widocznie to milczenie, gdyż od tego czasu nie mówił z nią już o Werterze, a gdy ona o nim wspomniała, przerywał rozmowę, lub nadawał jej inny kierunek.
Daremny wysiłek, na jaki się Werter zdobył w obronie nieszczęsnego mordercy, był rozbłyskiem ostatnim dogasającego światełka. Teraz śćmiło się bardziej jeszcze w smutku i bezczynności. Zabolało go zwłaszcza, gdy posłyszał, że może być wezwany na świadka przeciwko winowajcy, który jął się metody przeczenia wszystkiemu.
Przetrawiał teraz w duszy wszystkie niepowodzenia swego życia, przykrość, jaka go spotkała w salonie hrabiego i wszystkie inne zawody i smutki. Uznał się za uprawnionego do bezczynu, bowiem odciętym został od wszelkiej nadziei, od widoków i środków, jakich koniecznie potrzeba, by jąć się praktycznych spraw tego życia. Zatonął zupełnie w dziwnych swych rojeniach, fantazjach i namiętności, w bezustannej monotonji smutnego obcowania z uwielbioną istotą, której spokój mącił, wśród ciągłego zmagania się ze sobą bez celu i nadziei powodzenia, zbliżają? się coraz to bardziej do ponurego końca.
O powikłaniach duchowych, namiętności, nieukojonej szarpaninie i pomysłach, oraz o znużeniu życiem świadczą pozostałe listy, w sposób tak wymowny, że załączamy je tutaj na dowód.

12 grudnia.

Drogi Wilhelmie! Znajduję się w stanie, w który popadać musieli niezawodnie ci nieszczęśnicy, o których powiadano, że zostali opętani przez złego ducha. Czasem owłada mną coś... co nie jest strachem, ni żądzą..., jakiś wewnętrzny szał, od którego pęka mi pierś i ściska się gardło! Okropność! Wówczas wybiegam i włóczę się po świecie, mimo strasznych zawiei nocnych tej nieprzyjaznej pory roku.
Wczoraj wieczór wyszedłem z domu. Znagła nastąpiła odwilż, słyszałem, że rzeka wystąpiła z brzegów, wylały strumienie i całą ulubioną dolinę moją aż po Wahlheim nawiedziła powódź. Pobiegłem tam po jedenastej w nocy. Spoglądając ze skały, miałem straszne widowisko. Oświetlone księżycem rozpętane fale szalały po polach, łąkach, zagajnikach, cała dolina zmieniła się w smagane burzą jezioro, a wicher piętrzył bałwany. Kiedy księżyc wychylił się znowu z za chmur czarnych, a podemną tętniły rozdźwięki walących się w przepaść mas wody, wówczas dreszcz mnie przejął i pochwyciła tęsknota. Z rozwartemi ramionami stałem, spoglądałem w bezdeń, odetchnąłem z ulgą i posłałem westchnienie... tam... w dół! Objęło mnie rozkoszne pożądanie, by wszystkie cierpienia i całą mękę pogrzebać tam, gdzie szaleją wzburzone fale! Ale nie mogłem oderwać nóg od ziemi, nie mogłem skończyć. Czułem, że nie wybiła jeszcze moja godzina! O drogi Wilhelmie, z jakąż radością oddałbym był życie, by jako wicher ów rozedrzeć chmury i objąć w ramiona fale! Ha... czy więźniowi dostać się ma w udziale kiedyś ta rozkosz?
Spojrzałem z bólem na to miejsce, gdzie siedziałem ongiś z Lotą pod wierzbą po przechadzce w dzień upalny. Woda zalała je i zaledwo rozeznać zdołałem wierzbę. Więc i ową łączkę Loty, pomyślałem, i całe obejście leśniczówki i naszą altankę, wszystko zniszczył rozpętany żywioł? Nagle zajaśniał promyk przeszłości i zaczęło mi się marzyć, jak więźniowi o wielkich trzodach, rozległych łąkach, godnościach i zaszczytach... Stałem!... Nie przyganiam sobie tego, gdyż mam odwagę umrzeć... to jest... miałbym... A oto siedzę niby stara baba pod płotem, zbierająca gałęzie na opał, żebrząca od drzwi do drzwi chleba, byle tylko przydłużyć. sobie parę chwil życia, byle tylko jakoś przebiedować.

14 grudnia.

Nie wiem, co to znaczy mój drogi, ale zaczynam się bać samego siebie! Wszakże miłość moja dla niej jest świętą, czystą, braterską! Czyż odczułem kiedy w duszy jedno bodaj karygodne pragnienie?[158] Nie przysięgnę zresztą... A teraz nachodzą mnie sny... O, jakąż słuszność mieli ludzie, przypisując te, tak zgoła odmienne przejawy siłom zewnętrznym! Tej nocy... nie śmiem ci wyjawić nawet... trzymałem ją w objęciach, tuliłem mocno do piersi i słodkie jej szepcące słowa miłości usta okrywałem niezliczonemi pocałunkami. Oczy me wpatrzone były z upojeniem w jej oczy. Boże, jakże winnym się czuję, odczuwam bowiem jeszcze do tej pory tę rozkosz wielką, płomienną, niewysłowioną w całej pełni! Loto! Loto! Już koniec ze mną! Zmysły mi się mącą, od tygodnia nie mogę zebrać myśli, a oczy mam ciągle pełne łez. Nigdzie wytrzymać nie mogę, a wszędzie mi równie dobrze. Niczego nie pragnę, nie pożądam... Lepiejby było... dużo lepiej, bym odszedł...

Postanowienie porzucenia świata utrwaliło się w tym czasie i wśród tych okoliczności w duszy Wertera i wzmogło się na sile. Była to dlań ostatnia ucieczka i nadzieja od czasu powrotu do Loty, ale powiedział sobie, że nie trzeba się spieszyć i podejmować lekkomyślnie czynu, który winien być dokonany z całem przekonaniem i możliwie największym spokojem i pewnością siebie.
Wątpliwości jego i walki, staczane ze sobą samym przebijają wyraźnie z kartki, będącej niezawodnie zaczętym listem do Wilhelma, nie opatrzonej datą, a znalezionej również pośród papierów.

»Jej obecność, jej los i jej współczucie dla mej niedoli, wyciskają mi ostatnie łzy i zmuszają do myślenia mój biedny, trawiony gorączką mózg.
Pozostaje tylko podnieść firankę i skryć się za nią! Czegóż się jeszcze waham, czemu zwlekam? Czy dlatego, że nikt nie wie, co tam jest po drugiej stronie i dlatego, że niema stamtąd powrotu? A może dlatego, że jest właściwością naszego umysłu domyślać się chaosu i ciemni w miejscu, o którem nic pewnego nie wiemy?«.

Wkrótce jednak pogodził się i oswoił z tą smutną myślą, a postanowienie jego stało się silnem i niewzruszonem, o czem świadczy przytoczony poniż pełen aluzji list.

20 grudnia.

Dziękuję ci, drogi Wilhelmie, że w ten sposób zrozumiałeś moje słowa. Tak, masz słuszność: lepiejby było dla mnie oddalić się stąd. Niezupełnie podoba mi się twój projekt, bym wracał do was, w każdym zaś razie chciałbym zboczyć, zwłaszcza, że pogoda się ustaliła, mróz tęgi i drogi dobre. Bardzo się cieszę wieścią, że chcesz tu przybyć, by mnie zabrać ze sobą, ale wstrzymaj się jakieś dwa tygodnie i nie wyjeżdżaj, zanim otrzymasz odemnie list z wiadomościami. Nie należy zrywać żadnego owocu przed dniem jego dojrzałości, a dwa tygodnie, to okres w pewnych razach długi. Proś matki, by pomodliła się za syna i powiedz, że proszę, by mi przebaczyła te wszystkie troski, jakich jej przyczyniłem. Widać przeznaczeniem mojem było zasmucać tę, której winienem był nieść radość. Bywaj zdrów, drogi mój, kochany przyjacielu! Niech Cię Bóg darzy błogosławieństwem swojem... Żegnam cię!
Trudno, zaprawdę wyrazić słowami, co się w czasie owym działo w duszy Loty i jak usposobioną była zarówno dla swego męża, jakoteż dla swego nieszczęśliwego przyjaciela. Możemy sobie o tem jednak wyrobić pojęcie na podstawie znajomości jej charakteru, a piękna dusza kobieca może się wczuć w jej duszę i przepoić uczuciami, jakie ją ożywiały.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że była stanowczo zdecydowaną oddalić Wertera, a jeśli zwlekała, to jedynie z troskliwości o niego, wiedziała bowiem, jak mu to będzie przykrem, a nawet wprost trudnem do zniesienia. Mimo to, musiała się do tego wziąć poważnie. Czas naglił, mąż ni słowem nie wspominał o tym stosunku, ona milczała również, ale tem bardziej zależało jej na tem, by go przekonać czynem, że umie ocenić jego zaufanie i godzi się na jego poglądy.
Tego samego dnia, kiedy Werter napisał przytoczony wyżej list do przyjaciela, przyszedł do niej wieczorem i zastał ją samą. Była to ostatnia niedziela przed świętami Bożego Narodzenia, a Lota zajęta była sporządzaniem zabawek, przeznaczonych dla rodzeństwa na gwiazdkę. Zaczęli rozmawiać o radości malców, a Werter wspomniał czasy, kiedy go samego w zachwyt wprawiał widok drzewka, przybranego w cukierki, jabłka i świeczki, ukazującego się znagła przez otwarte drzwi. — Pan także dostanie podarek, — ozwała się, pokrywając zakłopotanie miłym uśmiechem — dostanie pan stoczek i coś jeszcze, ale pod warunkiem, że pan będzie posłuszny! — Cóż to znaczy, posłuszny? — zawołał zdumiony. — W czemże mam być posłuszny, droga Loto? — We czwartek wieczór przypada wigilja, przybędą dzieci, ojciec mój i każdy dostanie podarek. Przyjdzie wówczas i pan także... ale aż we czwartek... nie prędzej! — Werter osłupiał. — Proszę być posłusznym — ciągnęła dalej — proszę pana, idzie o mój spokój..., tak jak było dotąd... trwać dalej nie może... — Odwrócił od niej oczy, zaczął chodzić po pokoju i mruczał przez zęby: — Tak trwać dalej nie może! — Lota odczuła jego straszny nastrój, toteż usiłowała pytaniami skierować na co innego jego uwagę, ale nie udało jej się to. — Nie, Loto, nie ujrzę cię już nigdy! — zawołał. — Nigdy... nigdy! — Dlaczego? — spytała. — Werterze, możemy, powinniśmy się nawet widywać, tylko bądź pan spokojniejszym! O, czemuż jest pan tak porywczy z natury, tak niepohamowany i namiętny w każdej sprawie? Proszę pana — dodała, biorąc go za rękę — powściągnij się pan i pomyśl, ile rozlicznych uciech daje panu rozum pański, wiedza i talent! Bądź mężczyzną, nie trwaj dalej w smutnej skłonności do osoby, która może jeno boleć nad pańskim losem! — Zgrzytał zębami i spoglądał na nią ponuro. Trzymała go za rękę i mówiła dalej: — Zdobądź się na chwilę spokoju bodaj, Werterze! Czyż nie widzisz, że się łudzisz, z rozmysłem gubisz? Czemuż wybrałeś pan mnie właśnie, która do innego należy, czemu mnie, Werterze? Wydaje mi się, że tylko niemożność posiadania mnie czyni mnie w twych oczach tak pożądaną! — Wysunął rękę z jej dłoni i spojrzał na nią niechętnie. — To bardzo trafna uwaga! — zawołał. — Niezmiernie trafna! Czy może Albert jest jej autorem? To krok niezwykle polityczny! — Każdy może uczynić to spostrzeżenie, — zauważyła i dodała — ale czyż w całym świecie niema dziewczyny, któraby zaspokoiła potrzebę serca pańskiego? Przezwycięż się pan, poszukaj, a przysięgam, że znajdziesz. Zdawna lęk mnie zbiera ze względu na nas i pana, gdy pomyślę, w jakich stosunkach pędzisz życie! Przemóż się! Podróż zrobi panu dobrze, Werterze, orzeźwi pana! Poszukaj kogoś, kto godnym byłby miłości twojej* a potem wróć, byśmy mogli wspólnie zażywać uciech prawdziwej przyjaźni.
— Słowa pani, Loto — odparł z chłodnym uśmiechem — możnaby wydrukować i zalecić wszystkim stróżom dobrych obyczajów! Ale proszę pani, droga Loto, daj mi jeszcze małą chwilkę czasu, a stanie się wszystko, co trzeba! — Proszę pana jeno, Werterze, — powiedziała — nie przychodź przed wigilją! — Chciał coś odpowiedzieć, ale w tejże chwili wszedł do pokoju Albert. Pozdrowili się lodowatem: dobry wieczór i zaczęli obaj chodzić po komnacie z zakłopotaniem. Werter zagadnął o czemś obojętnem, ale urwał po chwili, Albertowi nie kleiły się również słowa, spytał żony o pewne dane jej zlecenie, a dowiedziawszy się, że jeszcze nie zostało wykonane, wyrzekł kilka słów oziębłych, a nawet surowych, jak się wydało Werterowi. Werter chciał odejść i nie mógł, został do ósmej czując, że wzbiera w nim niechęć i odraza, potem, widząc, że nakrywają do stołu, wziął kapelusz i laskę. Albert zaprosił go na kolację, ale Werter, biorąc to za zdawkową grzeczność, odmówił chłodno i wyszedł.
Wróciwszy do domu, wziął świecę z rąk służącego, który mu chciał poświecić, udał się do swego pokoju, płakał w głos, mówił sam do siebie wzburzony przez czas długi, przechadzał się nerwowo po pokoju i rzucił się wreszcie ubrany na łóżko. Służący znalazł go tu o jedenastej ośmieliwszy się wejść i spytał, czy pozwoli zdjąć sobie buty. Zezwolił na to i zabronił mu wchodzić do siebie nazajutrz rano, zanim sam zawoła.
W poniedziałek rano, dnia 21 grudnia[159], napisał do Loty list znaleziony po jego śmierci na biurku i starannie zapieczętowany. Podajemy tutaj większy ustęp z owego listu, gdyż jest to ważny dokument chwili.

»Loto, ja chcę umrzeć, to rzecz postanowiona[160], donoszę ci o tem bez wszelkiej romantycznej przesady, spokojnie rankiem tego samego dnia, w którym ujrzę cię po raz ostatni. Kiedy to czytać będziesz, grób pokrywał będzie martwe zwłoki człowieka, który nie mógł zaznać spokoju, ni szczęścia, człowieka, który do ostatniej chwili życia nie zaznał większej rozkoszy nad rozmowę z tobą. Przeżyłem noc straszną i, zaprawdę, noc błogosławioną zarazem. Ona to utwierdziła mnie w postanowieniu i skłoniła mnie do tego, że umrę! Gdy oderwałem się wczoraj od ciebie przemocą, zmysły me ogarnęło straszliwe wzburzenie, okropny ból ściskał moje serce, a myśl o owem beznadziejnem, smutnem życiu przy twym boku owiała mnie grobowym zamrozem. Zaledwo napoły przytomny doszedłem do mieszkania i padłem na kolana... Bóg dobrotliwy użyczył mi ostatniego pokrzepienia, zesłał mi dar gorzkich łez! Pomysły, zamiary najdziksze szalały, niby wichry w mej duszy, aż wkońcu ustaliła się w niej ostatnia jedyna, niezachwiana myśl, że umierać trzeba! Położyłem się spać i oto rano, w świetle jawy myśl ta tkwi tak samo silnie, potężnie w mem sercu. Umrę! To nie jest rozpacz, to świadomość, żem brzemię doniósł do kresu i że za ciebie składam ofiarę. Tak jest Loto, nie mam potrzeby przemilczać tego! Jedno z nas trojga musi zginąć, a przeto postanowiłem, że zginę ja. Tak, droga moja, różne myśli szarpały me biedne serce i wiły się w niem. Chciałem zamordować twego męża..., ciebie... wreszcie... siebie i tak się niech stanie! Gdy o pięknym, letnim wieczorze staniesz na wzgórzu, wspomnij wówczas, jak często szedłem ku tobie z doliny, potem spojrzyj ku grobowi memu, na którym wiatr kołysać będzie wysoką trawę, oblaną promieniami zachodu. Zaczynając ten list byłem spokojny, teraz jednak, gdy mnie otoczyły żywe wspomnienia, — płaczę, jak dziecko«.

Około dziesiątej przywołał Werter służącego i ubierając się oświadczył mu, że za kilka dni wyjedzie, przeto powinien wytrzepać ubrania i przysposobić do zapakowania. Polecił mu także popłacić wszystkie rachunki, odebrać kilka wypożyczonych książek, a wreszcie zaopatrzyć na dwa miesiące zgóry w jałmużnę biedaków, którym co tygodnia dawał drobne kwoty.
Kazał sobie przynieść do pokoju obiad, a potem pojechał konno do komisarza, jednakże nie zastał go w domu. Zamyślony chodził po ogrodzie i przepajał się smutnemi wspomnieniami przeszłości.
Dzieci obsiadły go niebawem, chciały rozruszać, zaczepiały go, skakały i opowiadały, że gdy minie jutro i jeszcze jedno jutro, a potem jeszcze jeden dzień, pójdą do Loty po podarki gwiazdkowe, o których roiły cuda w swej dziecięcej wyobraźni. — Jutro, — zawołał wraz z niemi — i jeszcze raz jutro, i jeszcze jeden dzień! — Ucałował wszystkie serdecznie i chciał iść, ale jeden z malców objawił, chęć powiedzenia mu czegoś na ucho. Kiedy się pochylił ku niemu, chłopak zdradził mu tajemnicę, że starsi bracia napisali prześliczne i długie powinszowania noworoczne... jedno dla ojca, drugie dla Alberta i Loty, a trzecie dla pana Wertera. Mieli je wręczyć rankiem w Nowy Rok. Wzruszyło go to, rozdał pomiędzy dzieci po trochu groszy, dosiadł konia, zostawił pozdrowienie dla komisarza i odjechał ze łzami w oczach.
Około piątej wrócił do domu, kazał służącej dołożyć drzewa na kominek i podtrzymywać ogień aż do wieczora. Służącemu polecił spakować do kufra książki i bieliznę i starannie oszyć pokrowcami ubrania. Potem siadł i napisał prawdopodobnie ten ustęp listu do Loty:

»Nie spodziewasz się mnie? Sądzisz, że usłucham i przyjdę dopiero w wieczór wigilijny? Nie Loto, dziś, albo nigdy! W dniu wigilji będziesz trzymała w rękach ten papier, będziesz drżała i oblewała go drogiemi łzami twemi. Chcę i muszę! O, jakże mi dobrze, żem się zdecydował!«.

W dziwny, zaiste, stan popadła Lota. Po ostatniej rozmowie z Werterem uczuła, jak trudno jej będzie znieść rozłąkę z nim i jak bardzo on będzie cierpiał z tego powodu.
Mimochodem wspomniała wobec Alberta, że Werter nie zjawi się przed wieczorem wigilijnym. Albert pojechał konno do pewnego urzędnika w sąsiedztwo, dla załatwienia jakiejś sprawy i miał u niego przenocować!
Została w domu sama, bo nikogo z rodzeństwa nie było u niej, puściła przeto wodze myślom i zatopiła się w rozmyślaniach nad bieżącemi sprawami. Myślała nad tem, że oto połączona jest na zawsze z mężem, którego miłości i wierności pewną była, którego też kochała prawdziwie. Jego spokojne usposobienie i nieposzlakowany charakter, stanowiły nieoceniony dar nieba i mogła swe szczęście na nich budować każda uczciwa i dzielna kobieta. Oceniała należycie, czem jest dla niej, jak i dla rodzeństwa. Z drugiej strony Werter stał jej się niewypowiedzianie drogim. Od pierwszej chwili znajomości z nim przejawiło się łączące ich podobieństwo duchowe, a długie obcowanie z nim i mnóstwo przeżytych wspólnie chwil wywarło na nią wypływ niezatarty i opanowało serce. Nawykła dzielić się z nim każdą ciekawszą myślą, czy wrażeniem, toteż rozłąka z nim spowodować musiała niezmiernie dotkliwe uczucie pustki, której bodaj że nic wypełnić nie mogło. O, czemuż nie mogła go w jednej chwili zmienić w brata? Jakże czułaby się szczęśliwą! Potem zapragnęła ożenić go z jedną ze swych przyjaciółek i naprawić stosunek jego do Alberta.
Zaczęła w myśli przechodzić po kolei wszystkie swe znajome, ale w każdej odkrywała jakąś wadę i nie znalazła żadnej, którejby go oddać miała odwagę.
Podczas tych rozmyślań odczuła dopiero głęboko, choć niezupełnie jeszcze jasno, że całą duszą i sercem pragnie zachować go dla samej siebie, a jednocześnie powiedziała sobie, że nie może tego uczynić, gdyż nie wolno się na to poważyć. Zazwyczaj radziła sobie ze smutkiem bardzo łatwo, dziś nie mogła się otrząsnąć z przygnębienia i czuła, że siła wewnętrzna zamyka jej drogę do szczęścia. Serce jej się ścisnęło, a ciężka chmura okryła jej czoło.
Było koło siódmej, gdy nagle posłyszała kroki na schodach i poznała po chodzie i głosie Wertera, który o nią pytał. Serce zabiło jej gwałtownie i rzec możemy, po raz pierwszy uczuła takie wzruszenie za jego przybyciem. Chętnie byłaby kazała powiedzieć, że przyjąć go nie może, a gdy wszedł, z namiętnością i pomieszaniem zawołała: — Nie dotrzymałeś pan obietnicy! — Niczego nie obiecywałem! — odrzekł. — Powinieneś pan był usłuchać przynajmniej mojej prośby! — powiedziała. — Szło przecież o wspólne nasze dobro!
Nie wiedziała dobrze co mówi, a także nie zdawała sobie sprawy ze swych czynów, gdy posłała służącą do kilku przyjaciółek z prośbą, by przyszły, aby tylko nie pozostać sam na sam z Werterem. Położył na stole przyniesione książki, spytał o inne, a Lota pragnęła, by przyjaciółki przybyły jak najprędzej, to znowu, by nie przychodziły wcale. Służąca wróciła z wiadomością, że obie przepraszają, ale przyjść nie mogą.
Chciała posadzić w sąsiednim pokoju służącą z robotą, ale zaniechała tego. Werter chodził po pokoju, ona zaś przystąpiła do fortepianu i zaczęła grać menueta. Ale nie szło jej to. Opanowała się i usiadła spokojnie przy Werterze, który zajął zwykłe swoje miejsce.
— Nie ma pan nic do czytania? — spytała. Nie miał nic. — Tam, w mojej szufladzie — powiedziała — leży pański przekład kilku pieśni Osjana. Jeszcze nie czytałam, bo miałam nadzieję, że usłyszę to z ust pańskich. Ale dotąd nie przyszło do tego. — Uśmiechnął się i przyniósł rękopis, dreszcz nim wstrząsnął, gdy go brał do ręki, a gdy nań spojrzał, łzy mu napełniły oczy. Usiadł i zaczął czytać:[161]
— Gwiazdo wieczorna, jakże cudnie błyszczysz na Zachodzie, wynurzając promienną głowę z chmur i tocząc się zwolna ku dalekim wzgórzom![162]. Czegóż upatrujesz na pustoci? Ucichły wichry rozpętane, a z dali dolata szmer siklawy, toczącej falę wód po ostrych zboczach skał. Owady z brzękiem unoszą się ponad polami. Za czemże patrzysz o promienista? Ale ty uśmiechasz się i idziesz, radośnie otaczają Cię fale i kąpią twe rozkoszne włosy[163]. Bądź błogosławione światło pokoju, błyszcz promieniu duszy Osjana![164].
Jawi mi się[165] moc ogromna. Widzę pomarłych druhów moich, gromadzą się na Lorze[166], jako to czynić nawykli za dni, które przeminęły. Nadciąga Fingal[167], podobny przepojonemu wodą słupowi mgły. Wokół niego bohaterzy o... Patrz, idą też bardowie pieśni[168]: siwy Ulin, wspaniały Ryno, czarowny pieśniarz Alpin i żałosna, cicha Minona[169]. O, jakże zmieniliście się przyjaciele, od onych szczęsnych dni na Selmie[170] spędzanych, kiedy to współzawodniczyliśmy ze sobą o berło pieśni! Jak powiew wiosenny ugina cicho szemrzące trawy wzgórza, tak zmienił was czas.
Wystąpiła naprzód przecudna Minona, oczy miała spuszczone, oczy łez pełne, szarpał raz po raz jej bujny włos wiatr swywolny, polatujący od strony wzgórz. Smutek objął duchy bohaterów, gdy podniosła czarowny głos, gdyż wspomnieli widywany często grób Salgara i ponure białej Koimy komnaty. Kolma śpiewa na pustem wzgórzu harmonijnym głosem, Salgar przybyć obiecał, ale wokół zaległa tymczasem noc. Słuchajcie, co śpiewa Kolma, siedząca samotnie na wzgórzu.

KOLMA

Wokoło noc! Samotna, opuszczona siedzę na wzgórzu wśród burzy. Wicher hula po szczytach, strumienie ze skał się toczą. Nie mam ochrony przed deszczem nijakiej, ja, samotna na wzgórzu, opuszczona wśród burzy.
Wynijdź, księżycu jasny, z chmur ciemnych opony, rozetlijcie się gwiazdy na niebie! Niechaj mnie promień jakiś zawiedzie tam, kędy kochanek mój spoczywa po łowach. Łuk przy nim leży z nienapiętą cięciwą, a wokół psy zadyszane! A ja tu muszę siedzieć samotna i opuszczona na skale ponad obrosłym krzewami strumieniem. Ryczy burza, szemrze woda, nie słyszę głosu kochanka.
I czemuż zwleka mój Salgar? Czyż zapomniał danego mi słowa? Wszakże to owa skała, owo drzewo i ów potok! Obiecałeś tu przybyć, gdy noc zapadnie... Ach, gdzież to zabłąkał się Salgar mój miły? Wszak z tobą iść chciałam daleko, porzucić dumnego ojca i braci... Oddawna wrogami są sobie rody nasze, ale myśmy sobie nie wrogi, Salgarze!
Ustań na chwilę wichrze, zmilknij falo na chwilę! Niech głos mój tętni po błoni, niechże posłyszy mój wędrowiec. Salgarze! To ja wołam, Salgarze! Tutaj jest drzewo i chata. Salgarze, kochanku jedyny! Czekam, przecz zwlekasz mój luby?
Już księżyc połyska na niebie, fala się ściele w dali, a skały się czernią na wzgórzu! Nie widzę go nigdzie na szczytach, a psy nie głoszą, że idzie. Tu sama czekam daremno!
I któż są ci leżący w dole na trawie? Czy to kochanek? Czy brat? Mówcie, przyjaciele, o mówcie! Milczą, nie rzeką ni słowa! O, jakiż strach wzbiera mi w duszy! Ach, oni nie słyszą... pomarli! Ich miecze czerwone od walki. O bracie, mój bracie jedyny, czemuś mi zabił Salgara? Salgarze, czemuś mi brata zarąbał? Tak was kochałam obu! Ty[171] byłeś tak piękny na wzgórzu pośród tysięcy! A on[172] tak straszny we walce. Odpowiadajcież mi drodzy moi, wszakże słyszycie mój głos! Ach, oni milczą, jak groby! Milczą na wieki, a łona ich zimne, jak ziemia.
Mówcież duchy pomarłych, mówcie ze skalisk pagórka, ze szczytów gór niebosiężnych! Mówcie, nie boję się słuchać. Gdzieżeście poszli na leże? W jakiejże górskiej pieczarze mam was szukać, o mówcie! Nie słyszę w wichrze ni słowa, burza nie niesie mi głosu, niema, ach, niema odzewu!
Siedzę oto pogrążona w rozpaczy i czekam ranka ze łzami. Wykopcie grób, przyjaciele pomarłych, ale nie zamykajcie go, aż przybędę. Życie me znika jak sen, czemużbym przybyć nie miała. Tutaj zamieszkam z przyjacioły moimi nad potokiem dzwoniącym o skałę. Kiedy ciemność wzgórze ogarnie, a wicher z nad pustki przyleci, powstanie duch mój w wichurze i płakał będzie przyjaciół pogasłych. Strzelec głos mój posłyszy w swej chacie, trwoży się go, lecz i kocha, bowiem słodki to głos mój, co biada przyjaciół obu kochanych![173].
Taki był twój śpiew, o Minono, cudna rumieniąca się córo Tormana. Łzy nasze płakały Koimy, a dusze nam żałość okryła.
Ulin z harfą wystąpił i śpiewał pieśń Alpina. Alpina głos cudny był, a dusza Ryna promieniem ognistym. Ale spoczęli już w ciasnym przybytku, a głosy ich przebrzmiały na Selmie. Raz Ulin z łowów powrócił, zanim polegli rycerze. Posłyszał ich turniej śpiewaczy na wzgórzu. Pieśń była łagodna i smutna. Biadali nad zgonem Morara, pierwszego pośród rycerzy. Dusza jego była, by dusza Fingala, miecz jego niby miecz Oskarowy[174]. Ale poległ, a ojciec biadał okropnie, i łzami płynęły oczy Minony, siostry wielkiego Morara. Cofnęła się przed pieśnią Ulina, by księżyc na zachodzie, co wiedząc, iż burza nadciąga, kryje przecudną głowę w chmurze. Uderzyłem w struny harfy, wraz z Ulinem, by zawieść śpiew żałośliwy.

RYNO.

Przeminął deszcz i burze, pogodna wróciła pora, a chmury wiatry zgoniły. Słońce biegnie po niebie, raz poraź oświeca wzgórze, a strumień, czerwienią oblany, toczy się ze skał w dolinę. Słodki twój poszum strumyku, ale słodszy głos, który do mnie dolata. To głos Alpina, płaczącego zmarłych rycerzy. Głowę mu wiek starczy pochyla, czerwone oczy ronią żałosne łzy. Alpinie, wyborny pieśniarzu! Dlaczegoś samotny na milczącem wzgórzu? Dlaczego biadasz, jak wicher szumiący po lesie, j#k fala na dalekiem wybrzeżu?

ALPIN.

Łzy moje, o Ryno, płyną umarłym, głos mój dla tych, którzy mieszkają pod ziemią. Smukły jesteś[175] na wzgórzu, piękny pośród synów rozłogu. Ale polegniesz, jak Morar, a na grobie twoim płaczek usiędzie. Zapomną o tobie wzgórza, łuk twój daremnie leżeć będzie nie napięty.
Szybki byłeś, jak jeleń Morarze na wzgórzu, straszliwy, jak ognie nocne na niebie. Gniew twój się miotał, jak burza, miecz twój w walce był, jako błyskawica ponad rozłogiem. Głos twój huczał, by strumień wezbrany po skałach, jak grzmot po roztoczach gór w dali. Iluż padło od siły ramienia twojego? Pożarł ich płomień gniewu twego, Morarze. A kiedy wracałeś z boju, jakże spokojne było twe lico? Oblicze twe, jako słońce po burzy, jako księżyc w beztoniach nocy, dusza twa spokojna była niby jezioro, kiedy położy się wiatr i uciszy.
Ciasnem jest teraz twoje mieszkanie, ciemność w grodzisku zalega. Trzech kroków starczy, by zmierzyć twój grób, o bohaterze, któryś tak wielkim był pierwej. Cztery kamienie u szczytu omszałe, oto jedyna po tobie pamiątka! Drzewo bezlistne, wysoka trawa wiatrem kładziona na ziemi, oto wszystko, co strzelcowi wskazuje, gdzie grób mocarnego Morara. Nie masz matki, by płakała twej straty, na twym grobie łez nie roni dziewczyna miłosnych. Zmarła ta, która dała ci życie, poległa wielka córka Morglana.
Kimże jest ów mąż na kiju wsparty? Czyjąż to głowę okrywa wieku siwizna, czyjeż oczy czerwone od łez? To ojciec twój, o Morarze, ojciec, który nie miał innego syna prócz ciebie[176]. Usłyszał o twojej sławie wojennej, dowiedział się, iluś położył wrogów... zaprawdę wie on o sławie twojej, rycerzu, a nie wie o ranach twoich, Morarze! Płacz syna, ojcze Morara, ale syn twój ciebie nie słyszy. Głębokim snem są ujęci pomarli, nisko na piasku złożone ich głowy. Nigdy nie da on baczenia na głos twój sędziwy, nie zbudzi go twoje starcze wołanie. O, kiedyż znijdzie w ciemnicy grobów poranek i kiedyż zatętni zmarłym rozkaz: wstań!
Zdobywco mocarzy i wodzu, żegnam cię, najszlachetniejszy wśród ludzi! Nigdy nie ujrzą cię pola, nigdy ponury las nie rozbłyśnie migotem twego oręża. Nie zostawiłeś syna, ale pieśń przekaże potomnym twe imię, dowiedzą się o tobie ci, co żyć będą na świecie, posłyszą o poległym Morarze[177].
Rozgłośnie niósł się żal bohaterów, najdonośniej brzmiały westchnienia Armina[178] pierś rwące. Wspominał śmierć syna swojego[179], który zginął o życia świtaniu. Blisko usiadł przy bohaterze Karmor, książę tętniącego Galmalu. — Czemuż słychać łkania Armina i jęki? — zapytał. — Czegóż tutaj płakać należy? Czyż nie płynie pieśń i nie brzmią akordy, od których rozpływa się dusza z rozkoszy? Są one, niby lekka mgła, co wyłaniając się z fali jeziora, przysłania rosą łąkę, ale słońce potęgą swoją odgania mgłę z powrotem. Czemuż tak żałośliwym cię widzę Arminie, władco Gormy, jeziorem oblanej?
Biadam, zaiste biadam i nie mała przyczyna mojej rozpaczy. O wielki Karmorze, nie straciłeś ty nigdy syna, nie zmarła ci córka urocza. Kolgar żyje waleczny i Anira z dziewic wszystkich najkraśniejsza[180], kwitną gałęzie domu twego Karmorze, ale Armin jest ostatnim z rodu swojego. Ciemna jest łożnica twoja o Dauro[181], ciężki jest sen twój w mogile! Kiedyż obudzisz się z pieśnią, kiedy zanucisz przepięknym swym głosem? Hej, zbudźcie się, wichry jesienne! Hej, lećcie burzą po błoni! Zahuczcie potoki, zadzwońcie, zaszumcie w dębów koronach mocarne huragany! Idź poprzez poszarpane rozpędzonych chmur rozłogi, księżycu, kryjąc się w cieniu, to znów ukazując swe lico pobladłe. Przypomnijcie mi ową noc okropną i straszną, której poginęły me dzieci, bo kiedy padł Arindal potężny, Daura z miłości umarła.
Piękną byłaś, Dauro, córko moja, piękną, jak księżyc na wzgórzach Fury, białą, jak świeżo spadły śnieg, słodką, jak rzeź we powietrze! Mocarny był twój łuk, Arindalu, chybka włócznia twa w polu, spojrzenie twe, jak mgła na fali, tarcz niby ognista chmura wśród burzy!
Słynny bojami Armar przybył, chciał posiąść miłość Daury, a ona nie opierała się długo. Piękne nadzieje roili ich przyjaciele.
Erat, syn Odgala, rozgorzał gniewem, albowiem Armar zabił mu brata w boju. Przybył w przebraniu żeglarza. Piękna była łódź jego na fali, białe miał od starości włosy, spokój na poważnem obliczu. — O najpiękniejsza z dziewcząt! — powiedział — urocza córo Armina, oto tam na skale niezbyt daleko wśród morza, gdzie czerwienią się źrałe owoce na drzewie, tam Armar czeka na Daurę. Przybywam zawieść kochankę przez fale w objęcia kochanka.
Poszła z nim chętna, wołając lubego Armara, ale jeno echo od skał odbite odpowiedź jej dało. — Armarze! Armarze kochany! Czemuż mnie dręczysz okrutnie? Posłuchaj synu Arnata, to Daura, to Daura cię wzywa!
Zdradziecki Erat, śmiejąc się, pobiegł ku lądowi. A ona wołała rozpacznie, to ojca swego, to brata: — Arindalu! Arminie! Czyż żaden się z was nie pojawi na mój ratunek?
Głos jej przeleciał przez morze. Syn mój Arindal zstąpił ze wzgórza, dźwigając zdobycz strzelecką. U boku chrzęściły mu strzały, w ręku swój łuk dzierżył, a pięć wielkich psów o czarno-szarej sierści, biegło koło niego. Ujrzał na brzegu zuchwałego Erata, pochwycił go i przywiązał do dębu. Mocno skrępował mu lędźwie, a więzień żałośnie jęczał.
Arindal popłynął w łodzi po falach, by przywieść Daurę ze skały. Nadszedł Armar, a zapłonąwszy gniewem, wypuścił szaropiórą strzałę. Warknęła w przelocie i utknęła w sercu twem, o Arindalu, mój synu. Miast zdrajcy Erata zginąłeś! Łódź przybiła do skały, on padł w nią i skonał. U stóp twych, o Dauro nieszczęsna, popłynęła krew brata twego!
Bałwany łódź roztrzaskały. Armar rzucił się w morze, by ocalić swą Daurę lub zginąć. Ale fale się rozpętały pchnięte uderzeniem wichury od wzgórza, znikł w nich i nie wypłynął już wcale.
Słyszałem rozpaczne skargi mej córki na skale morzem oblanej. Wołała donośnie i długo, lecz ojciec jej nie mógł ocalić. Przez całą noc stałem na wzgórzu i widziałem ją w nikłej poświacie księżyca. Przez całą noc słyszałem okrzyki poprzez wichru poświsty i szmer deszczu, co siekł ostro o skały. Nim ranek zaświtał, osłabł jej głos, zamarł wśród traw i skał, jak powiew wieczorny. Nie mogąc znieść brzemienia rozpaczy, umarła i zostawiła Armina samego! W niwecz się odtąd obróciło moje męstwo bojowe, zagasła ma sława pośród dziewcząt na zawsze.
Kiedy nadciąga burza straszna od gór, a wicher północny piętrzy spienione fale, siadam nad roztętnionym brzegiem i patrzę ku skale na morzu. Często, kiedy księżyc zapada, widzę duchy mych dzieci, majaczące w oddali, objęte bratnim uściskiem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Łzy rzuciły się z oczu Loty. Nie mogła ulżyć inaczej swemu uciśnionemu sercu, a Werter czytać przestał. Odrzucił rękopis, pochwycił jej dłoń i zapłakał gorzko. Lota oparła głowę na drugiej ręce i ukryła twarz w chustce. Wzruszenie wielkie ogarnęło oboje. Odczuli własną niedolę i los bohaterów bardzo żywo, czuli to społem i łzy ich zmieszały się razem. Werter zbliżył płonące usta do ramienia Loty. Zadrżała. Chciała się usunąć, ale ból i współczucie zaciężyły jej ołowiem. Westchnęła głęboko, by przyjść do siebie i łkając prosiła, by czytał dalej. Głos jej miał dźwięk niebiański. Wertera przebiegło drżenie, serce mu pękało w piersiach, podjął manuskrypt i czytał złamanym głosem:
— Czemu mnie budzisz, wiośniany powiewie? Owiewasz mnie tchnieniem miłości i mówisz: — Zraszam cię kroplami rosy! — Daremnie! Czas mego więdnienia nadchodzi, już idzie burza, która zwieje liście z moich gałęzi. Jutro nadejdzie wędrowiec, który mnie widział w całej krasie, oko jego będzie mnie szukać po dalekiej pustoci i nie znajdzie[182]...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Słowa te zwaliły się brzemieniem na nieszczęsnego Wertera[183]. Rzucił się przed Lotą na kolana zrozpaczony, pochwycił jej dłonie, przycisnął do oczu, do czoła, a przez duszę jej przemknęło przeczucie strasznego postanowienia, z jakiem się nosił. Utraciła władanie sobą, dłoń jego przycisnęła do piersi, pochyliła się ku niemu boleśnie i policzki ich zetknęły się ze sobą. Świat znikł im z przed oczu. Otoczył ją ramieniem, przycisnął do siebie i okrywał drżące, szepcące coś usta namiętnemi pocałunkami. — Werterze! — powiedziała zdławionym głosem, odwracając się od niego. — Werterze! — Słabym ruchem odsuwała go od swej piersi. — Werterze! — zawołała silniej, przychodząc do siebie. Nie mógł się jej oprzeć, wypuścił ją z uścisków i padł jej u nóg, obejmując stopy. Zerwała się zmieszana, drżąca i zawołała napoły gniewnie, napoły miłośnie: — To raz ostatni... Werterze! Nie zobaczysz mnie nigdy! — Objęła nieszczęsnego spojrzeniem niewysłowionej miłości, wybiegła do sąsiedniego pokoju i zamknęła drzwi za sobą.
Werter wyciągnął za nią ramiona, ale nie miał odwagi jej zatrzymać. Leżał na ziemi z głową opartą o kanapę i w tej pozycji przetrwał dobre pół godziny, aż go oprzytomnił szmer jakiś. Weszła służąca, by nakryć do stołu. Zaczął chodzić po pokoju tam i z powrotem, a gdy służąca wyszła, podszedł do drzwi gabinetu i powiedział zcicha: — Loto! Loto! Słowo tylko! Chcę cię pożegnać! — Milczała. Czekał, prosił i czekał. Wreszcie oderwał się przemocą od drzwi i zawołał: Żegnam cię Loto! Żegnam na zawsze!
Znalazł się u bramy miasta. Strażnicy znali go, przeto przepuścili bez słowa. Wałęsał się w szarudze mokrego śniegu i dopiero koło jedenastej wrócił do domu. Służący zauważył, że pan jego nie ma kapelusza, ale nie śmiejąc o tem wspomnieć, rozebrał go. Całe ubranie było mokre. Znaleziono potem kapelusz na urwisku skalnem, zwieszonem ponad doliną i dziwiono się bardzo, jak Werter mógł się tam dostać wśród ciemnej, dżdżystej nocy i nie spaść.
Położył się i spał długo. Służący, który na zawezwanie przyniósł mu nazajutrz[184] rano kawę, zastał go piszącego. Był to następujący ustęp listu do Loty:

»Poraz tedy ostatni, poraz ostatni otwarłem oczy. Nie ujrzą one już słońca, ach, nie ujrzą, bo niebo zaległy mgły szare. Okryjże się żałobą przyrodo, syn twój, przyjaciel, kochanek wstępuje w grób. Loto, uczucie to nie da porównać się z niczem, a jednak najpodobniejsze to jest do snu powiedzieć sobie: oto ostatni dzień! Ostatni! Loto, nie rozumiem słowa: ostatni! Wszakże żyję i trwam w całej sile mojej, a jutro będę leżał wyciągnięty na ziemi w wieczystem uśpieniu. Co znaczy: umierać? Śnimy, mówiąc o śmierci. Widziałem umierających. Ale ludzka natura jest w tak ciasne ujęta szranki, że nie wyrozumie początku i końca swego istnienia. Teraz jeszcze ma jakiś sens słowo... ja... mój... ty... twój... ach tak, twój jedyna... Ale nadchodzi chwila, która rozdzieli nas... odsunie... może na wieki nawet od siebie! Nie Loto, nie! Jakżebym ja mógł przestać istnieć, jakżebyś ty zniknąć mogła? Wszakże... istniejemy!... Zniknąć? Cóż to znaczy? Słowo to jeno, puste słowo... i nie czuję go sercem mojem!... Umrzeć, być zakopanym w zimnej ziemi, w ciasnym, ciemnym grobie?... Miałem przyjaciółkę, opiekowała się mną w dziecięcych latach, gdy byłem tak bezsilny[185]. Umarła, odprowadziłem na cmentarz jej zwłoki. Stałem nad grobem, gdy spuszczono trumnę, słyszałem szelest wyciąganych z pod niej sznurów, potem padać zaczęły grudki, bębniąc straszliwie po trumnie, potem waliła się z łoskotem ziemia coraz wyżej, wyżej, aż grób zasypano. Upadłem na kolana obok mogiły wzruszony, przejęty, strwożony, wzburzony duchowo... ale nie mogłem tego pojąć, nie mogłem zrozumieć, że ze mną będzie to samo... Śmierć? Grób? Nie... nie rozumiem tych słów!
O, przebacz mi, przebacz, co się stało wczoraj! Powinno to było stać się ostatnią chwilą mego życia. O, ty anielska istoto! Po raz pierwszy, bez wątpienia po raz pierwszy uczułem rozkosz w najtajniejszych. głębiach mej duszy! — Kocha mnie! Kocha! — snuło mi się. Pali mi jeszcze dotąd wargi święty żar, bijący z ust twoich, płomienną rozkoszą przeniknione jest serce moje. Przebacz mi! Przebacz! Wiedziałem, że mnie kochasz, poznałem to po pierwszym zaraz pełnem duszy spojrzeniu twojem, po uścisku ręki. Ale gdym się oddalił, a za powrotem zastałem Alberta u twego boku, popadłem znowu w niepokój i zwątpienie.
Czy pamiętasz kwiaty, przysłane wówczas, kiedy z powodu obecności różnych niemiłych ludzi nie mogłaś zamienić ze mną słowa, ni uścisku dłoni?[186]. Przez pół nocy klęczałem przed temi kwiatami, bo były mi rękojmią twej miłości. Ale... ach... uczucie to rozprószyło się zwolna, jak ulata z duszy wiernego poczucie łaski Boga, której mu z całą niebiańską dobrocią użyczono w świętym widzialnym znaku[187]. Wszystko to przemija, ale wieczność cała nie ugasi żaru życia, którego nabrałem wczoraj z ust twoich i którem jestem przepojony! Kochasz mnie! Ramię moje cię objęło, usta me spoczęły na twych wargach, szepcących słowa upojne. Jesteś moja!... Tak, moją jesteś Loto na wieki!
I cóż stąd, że Albert jest mężem twoim? Mężem? A więc w oczach... tego... świata, jest to grzechem, że cię kocham, że pragnę cię wyrwać z jego ramion!... Grzech? Dobrze, ukarzę się przeto sam za to, że grzechu tego wychyliłem, puhar niebiański do dna, że się napiłem nektaru życia i siły nabrałem w serce. Od onej chwili jesteś moją, Loto, moją! Uprzedzam cię, udaję się do naszego wspólnego ojca, użalę się przed nim, on mnie pocieszy i ukoi, potem przyjdziesz ty, wybiegnę naprzeciw ciebie, pochwycę w ramiona i już nie rozłączymy się nigdy, objęci wieczystym uściskiem w obliczności Boga...
Nie są to rojenia, nie jestem w obłędzie, tylko rozjaśniły się myśli moje tu, nad grobem. Nie przeminiemy! Zobaczymy się! Zobaczę twoją matkę..., zobaczę... odnajdę... i wypłaczę cały ból serca na jej łonie... twoją matkę... twój pierwowzór«[188].

Około jedenastej spytał Werter służącego, czy Albert powrócił, a służący odparł, że widział, jak odprowadzano do stajni jego konia. Wówczas wręczył mu Werter otwartą kartkę, zawierającą te słowa:
»Bardzo proszę, by mi pan pożyczył swych pistoletów, gdyż wybieram się w podróż. Łączę uprzejme pozdrowienie«[189].
Lota bardzo źle spała tej nocy. Rozstrzygnęło się to, czego się obawiała, i to w sposób tak zgoła niespodziewany, że nie mogła tego przewidzieć. Napełniło ją to przerażeniem. Zazwyczaj spokojna w poczuciu swej niewinności i umiejąca sobie radzić, popadła w gorączkowe wzburzenie, a gwałtowne uczucia wstrząsały jej sercem. Nie wiedziała, czy żar objęć Wertera jeszcze odczuwa, czy oburza się jego zuchwalstwem, czy może cierpi, porównywając swój obecny stan duchowy z poprzednią swobodą pewnej siebie niewinności i beztroskiego zaufania w swe siły? Nie wiedziała, jak ma się zachować wobec męża, rozmyślała, czy ma mu opowiedzieć to całe zajście, które opisać mogła, a jednak nie śmiała! Tak długo nie poruszali tego tematu[190], czyż więc miała pierwsza przerwać milczenie i w tej właśnie, zgoła niesposobnej chwili uczynić mężowi tak niespodziane odkrycie? Była pewna, że sama wiadomość o bytności Wertera będzie dlań nader niemiłą, cóż mówić o niespodzianej katastrofie? Czyż była nadzieja, by mąż patrzył na całą rzecz z właściwego punktu i osądził ją bez uprzedzenia? A z drugiej, czyż pragnęła naprawdę, by wszystko wyczytał w jej duszy? Nie mogła zdobyć się przytem na zatajenie przed mężem pewnych uczuć, gdyż nie uczyniła tego dotąd nigdy i była wobec niego zawsze krystalicznie czysta, otwarta i pełna zaufania. Wszystko to trawiło ją niezmiernie i wprowadzało w zakłopotanie. A myśli, jej wracały ciągle do Wertera, który był dla niej stracony, z którego stratą pogodzić się nie mogła, a którego niestety pozostawić musiała własnemu losowi. Czuła, że Werterowi, gdy ją utraci, nie pozostanie już nic na świecie.
O, jakże ciężył jej teraz ów zastój w stosunkach przyjacielskiej ufności, jaki od pewnego czasu panował pomiędzy nią, a mężem. Nie odczuwała go zrazu, ale teraz przekonała się, że węzła tego rozciąć nie można w krytycznym momencie, od którego zależało wszystko. Tak się dzieje zawsze, jeśli ludzie rozumni zaczynają milczeć z powodu pewnej tajonej różnicy poglądów, gdy jedno i drugie rozważa zosobna swą słuszność i brak słuszności strony drugiej, a stosunki pomotają się w sposób nie do rozplątania. Gdyby trwali dotąd w dawnej zażyłości, lub nawiązali te nici przed jakimś czasem na nowo, wówczas miłość i wzajemne pobłażanie byłyby tak żywe, że serca nie miałyby co taić, a wówczas może mogłaby była uratować przyjaciela.
Sprawę komplikowała jedna jeszcze okoliczność: Werter, jak wiemy z jego listów, nigdy nie czynił tajemnicy z tego, że pragnie ten świat porzucić. Albert spierał się z nim o to często, a rzecz ta bywała też tematem rozmowy Loty z mężem. Albert żywił głęboką odrazę do czynu te> o rodzaju, a przytem z podnieceniem, nielicującem zgoła z jego usposobieniem, dał do poznania, że ma powody niedowierzania w szczerość takiego zamysłu, raz pozwolił sobie nawet na żart i wpoił tę swoją niewiarę żonie. Uspokajało ją to coprawda z jednej strony, gdy jawił jej się w myśli smutny obraz takiego zakończenia sprawy, ale z drugiej przeszkadzało jej bardzo w zwierzeniu się przed mężem z obaw, jakie ją w tej chwili dręczyły.
Albert powrócił, a Lota wyszła naprzeciw niego pospiesznie. Nie był w humorze, nie załatwił interesu, urzędnik okazał się upartym, drobnostkowym człowiekiem, a zła droga wprawiła go również w rozdrażnienie.
Spytał, czy coś nie zaszło, a ona odparła z niezwykłym pospiechem, że wczoraj wieczór był Werter przez godzinę. Spytał, czy przyszły listy, a Lota odparła, że list i kilka pakietów ma u siebie w pokoju. Udał się po nie, a Lota została sama. Obecność człowieka, którego kochała i ceniła, uczyniła na niej silne wrażenie. Uspokoiło ją wspomnienie jego szlachetności, miłości i dobroci, uczuła potrzebę pójść za nim, wzięła przeto robotę i udała się do niego, jak to czyniła często. Zastała go przy otwieraniu pakietów i przeglądaniu ich. W niektórych znalazły się rzeczy niezbyt miłe. Spytała go o to i owo, odpowiedział krótko, potem stanął przy pulpicie i zaczął pisać.
Spędzili ze sobą w ten sposób godzinę, a w sercu Loty czynił się coraz większy mrok. Czuła, jak trudno byłoby jej odkryć mężowi to, co miała na sercu, nawet gdyby był najlepiej usposobiony. Popadła przeto w przygnębienie, tem przykrzejsze, że się musiała z niem kryć i łzy połykać.
Zakłopotało ją bardzo pojawienie się służącego Wertera. Podał mężowi kartkę, a Albert zwrócił się spokojnie do niej i powiedział: — Daj mu pistolety! — Potem rzekł chłopcu: — Proszę pozdrowić pana i powiedzieć, że życzę mu szczęśliwej podróży! — Spadło to na nią, jak piorun. Zachwiała się na nogach powstawszy z krzesła i nie wiedziała, co się z nią dzieje. Podeszła zwolna do ściany, drżącą ręką zdjęła pistolety, otarła je z kurzu i zawahała się. Byłoby to trwało długo, gdyby nie pytające spojrzenie męża, które zakończyło sprawę. Nie mogąc wyrzec słowa, wręczyła chłopcu nieszczęsną broń, a gdy wyszedł, zwinęła robotę i wróciła do swego pokoju w stanie niezmiernego niepokoju. Serce mówiło jej, co się stanie. Była gotową rzucić się do nóg mężowi, wyznać wszystko, opowiedzieć całe wczorajsze zajście, wziąć winę na siebie i zwierzyć mu się z obaw. Po chwili uświadomiła sobie, że to nie przyda się na nic, a Albert stanowczo nie zgodzi się iść do Wertera! Podano obiad i przyszła pewna znajoma, która... wpadła na chwilkę i zaraz iść musiała... ale została wkońcu. Jej obecność umożliwiła rozmowę przy stole. Oboje zmuszali się do mówienia, opowiadania i zapominali potrosze o tem, co się dzieje.
Służący przyniósł pistolety Werterowi, który przyjął je z radością, dowiedziawszy się, że dała mu je sama Lota. Kazał sobie przynieść chleba i wina, wysłał chłopca na obiad i usiadł pisać.

»Przeszły przez twoje ręce, otarłaś je z kurzu, całuję je tysiące razy, dotykałaś ich... ty... ty niebiańska istoto, pochwalasz tedy mój zamiar. Podajesz mi do rąk narzędzie, z rąk twoich tedy pragnę przyjąć śmierć i przyjmuję ją! Wypytałem dobrze służącego. Drżałaś, podając mu je, nie rzekłaś słowa pożegnania! Nie rzekłaś... biada mi! Czyżbyś zamknęła twe serce przede mną z powodu tego krótkiego momentu, który mnie złączył z tobą na wieki? Loto, tysiąc lat nie zdoła zatrzeć tego wrażenia, a czuję, że nie możesz nienawidzić tego, który taką pała ku tobie miłością«.

Po jedzeniu kazał służącemu dokończyć pakowania, podarł mnóstwo papierów, wyszedł na miasto i popłacił drobne długi. Wrócił do domu, wyszedł ponownie, udał się za miasto, mimo deszczu spacerował po hrabskim parku[191], ruszył dalej w okolicę, o zmierzchu wrócił i siadł do pisania.

»Wilhelmie! Po raz ostatni widziałem pola, lasy i niebo. Żegnam cię! Przebacz mi droga matko! Pociesz ją Wilhelmie! Niech was Bóg błogosławi! Wszystkie moje sprawy są w porządku. Bywajcie zdrowi, spotkamy się kiedyś w lepszym świecie!«.

»Źlem ci się odwdzięczył Albercie, ale mi przebacz! Zburzyłem twój spokój domowy, obudziłem pomiędzy wami wzajemne niedowierzanie. Bądź zdrów! Ja odchodzę! Bądźcie szczęśliwi przez moją śmierć! Albercie! Daj szczęście temu aniołowi! Niech błogosławieństwo Boże spocznie na tobie!«.

Przez resztę wieczoru przeglądał papiery, wiele z nich podarł i spalił, a zapieczętował kilka dużych pakietów i zaadresował je do Wilhelma. Były to drobne artykuły i luźne myśli, których sam dużo u niego widziałem. Około dziesiątej kazał dołożyć drew na kominek, przynieść sobie flaszkę wina, a potem odesłał spać służącego. Służący spał, jak i reszta służby domowej w odległem skrzydle. Chłopak nie rozbierając się padł na łóżko, by zaraz rano być gotowym, gdyż pan mu zapowiedział, że dyliżans zajedzie przed dom około szóstej.

Po jedenastej.

Cisza wkoło mnie głęboka, a dusza moja spokojna. Dzięki ci składam Boże za to, że w ostatnich tych chwilach użyczyłeś mi tyle siły. Przystępuję, ukochana moja, do okna i poprzez pędzące spiesznie chmury dostrzegam to tę, to ową gwiazdę na niebie! Nie pospadacie, — myślę — Bóg piastuje was i mnie na swojem łonie. Dostrzegłem gwiazdy dyszlowe Wielkiego Wozu[192], który lubię najbardziej z pośród wszystkich konstelacji. Gdym wychodził od ciebie późną nocą, widniała zawsze nad mą głową. Z jakiemże upojeniem wpatrywałem się w nią niekiedy! Czasem podnosiłem ręce i czyniłem ją znakiem, słupem granicznym szczęścia mego tej chwili! O Loto, wszystko mi ciebie przypomina! Wszakże ciągle otoczony jestem tobą, bowiem, jak dziecko niczego niesyte, nagromadziłem wkoło siebie różne drobiazgi, uświęcone twem dotknięciem.
Ukochana sylweta![193] Zapisuję ci ją w spadku i proszę, byś ją szanowała. Przywarły do niej niezliczone pocałunki moje, niesłychaną ilość razy żegnałem ją skinieniem wychodząc, a witałem, wracając do domu[194].
Osobną kartką proszę ojca twego, by zechciał zająć się memi zwłokami. Na cmentarzu, w samym kącie od strony pola rosną dwie lipy, tam pragnę spoczywać. Pewny jestem, że uczyni to dla przyjaciela. Dołącz swą prośbę. Nie chcę się narzucać z sąsiedztwem pobożnym chrześcijanom, bo możeby nie radzi byli nieszczęśliwemu. A może lepiej pochowajcie mnie przy drodze lub pośrodku bezludnej doliny, by kapłan, czy lewita[195] żegnał się ze strachem, mijając mój kamień grobowy, albo Samarytanin łzę uronił.
Gotowym jest, Loto. Bez drżenia ujmuję w rękę ten kielich, z którego napiję się śmierci i zapomnienia. Tyś mi go podała, przeto nie waham się. Spełnię go do dna. Ziszczają się w ten oto sposób wszystkie pragnienia i nadzieje mego życia! Zimny, zdrętwiały, pukam w spiżowe drzwi śmierci.
O, jakżem szczęśliwy, że mogę... za ciebie... umierać! Jakżem rad, że mogę oddać się za ciebie! Umarłbym odważnie i radośnie, jeślibym ci mógł powrócić spokój i powab życia. Niestety, niewielu ludziom danem było przelać krew za swych bliskich i śmiercią swą przyjaciołom szczęśniejszego, bujniejszego życia przysporzyć.
Chcę być, Loto, pochowany w tej odzieży, którą mam na sobie. Tyś jej dotknęła i uświęciła ją. I o to prosiłem ojca twego. Dusza moja unosi się już ponad trumną. Niech nie przeszukuje nikt moich kieszeni. Dajcie mi do grobu tę przepaskę blado-różową, którą miałaś u piersi, kiedym cię po raz pierwszy ujrzał w otoczeniu dzieci. Dałaś mi ją na urodziny![196] Ucałuj serdecznie dzieciaki i opowiedz im o smutnym moim losie. Kochane istoty, widzę je wkoło siebie w tej chwili. Kiedym cię ujrzał pośród nich, odrazu poznałem, że nie zdołam się oderwać od ciebie!... Jakżem to wszystko poplątał.», piszę bezładnie... Ach! Nie sądziłem, że do tego aż dojść będę musiał... Bądź spokojna... proszę cię... bądź spokojna!
Nabite! Bije północ... Już czas! Loto! Loto, bądź zdrowa... żegnam cię!...
Sąsiad ujrzał błysk i posłyszał strzał, ale ponieważ potem nastał zupełny spokój, przeto przestał się zajmować tą sprawą.
Rano, o szóstej zjawił się służący ze światłem. Znalazł na ziemi swego pana, pistolet i kałużę krwi. Zaczął wołać, ruszać go, ale nie otrzymał odpowiedzi... Werter rzęził jeszcze tylko. Chłopak pobiegł po lekarza i po Alberta. Lota usłyszała brzęk dzwonka i drżenie ogarnęło ją całą. Zbudziła męża, wstali oboje, służący płacząc i jąkając się zawiadomił ich o tem co się stało, a Lota osunęła się zemdlona u nóg Alberta.
Lekarz nadbiegł szybko, zbadał leżącego na ziemi i stwierdził, że niema ratunku. Puls bił jeszcze, ale całe ciało było porażone. Strzelił ponad prawem okiem[197], kula przeszła na wylot, a mózg wystąpił na wierzch otworem. Puszczono mu krew na ramieniu. Szła obficie, a on oddychał ciągle.
Znaleziono krew na oparciu krzesła, przeto wywnioskowano, że popełnił samobójstwo siedząc przy biurku, potem zaś osunął się na ziemię i konwulsyjnie okręcił się koło krzesła. Leżał twarzą zwrócony ku oknu, na plecach, zupełnie ubrany i obuty i miał na sobie błękitny frak i żółtą kamizelkę.
W całym domu, w sąsiedztwie i mieścić powstało wzburzenie. Albert zjawił się. Położono Wertera na łóżku i przewiązano mu czoło. Twarz miał podobną zmarłemu i nie poruszał żadnym członkiem. Płuca rzęziły strasznie, czasem słabo, czasem głośniej... co chwila oczekiwano końca.
Wypił jedną tylko szklankę wina. Na pulcie, otwarta leżała Emilja Galotti[198].
Nie każcież mi opowiadać o przerażeniu Alberta i o rozpaczy Loty.
Na smutną wieść przyjechał stary komisarz[199] co tchu i ucałował, płacząc rzewnie, konającego. Niebawem nadeszli pieszo starsi synowie jego i padli na kolana przy łóżku, bolejąc niewymownie. Potem całowali mu ręce i usta, a najstarszy, którego Werter najgoręcej kochał, przywarł do jego ust, całował je aż do chwili skonu, a potem musiano go przemocą odrywać od zwłok. Zmarł o dwunastej w południe. Obecność komisarza przyczyniła się do załagodzenia całego zajścia i skutków. Koło jedenastej w nocy pochowano zmarłego w obranem przezeń miejscu. Za trumną szedł stary komisarz ze synami, Albert nie był w stanie tego uczynić. Stan Loty budził obawy o jej życie. Ponieśli go do mogiły rękodzielnicy miejscy. Nie odprowadził ciała żaden z księży.

Przypisy

    uniwersytecie zapoczątkowało nową erę rozwoju filologji na uniwersytetach niemieckich.

  1. Por. str. 53 niniejszego wydania.
  2. 2,0 2,1 Por. niżej str. 5.
  3. str. 43.
  4. str. 53.
  5. str. 36.
  6. Str. 4 niniejszego wydania.
  7. U studni str. 6; przed gospodą str. 11; Lota dzieli chleb str.18; Lota i Melka u studni str. 35: Werter zbiera gruszki str. 58: Lota i kanarek str. 86 i t. d.
  8. Str. 80.
  9. Str. 27.
  10. <str. 41.
  11. Str. 16.
  12. Str. 24.
  13. Str. 48. W Żeglarzu Mickiewicza: »Chcąc mnie sądzić, nie ze mną trzeba być, lecz we mnie«.
  14. 14,0 14,1 Str. 68.
  15. Str. 26.
  16. Str. 61.
  17. Str. 11.
  18. Str. 40.
  19. Ustęp o wpływach Wertera na literaturę polską oparty jest w zasadzie na książce prof. Wojciechowskiego, któremu zawdzięczam także kilka innych uwag w tej kwestii, zawartych w prywatnym liście do mnie, za co najuprzejmiej mu dziękuję.
  20. Wojciechowski o. c. str. 51.
  21. Cierpienia Wertera tłumaczył Staff, wstęp J. Muszkowskiego, str. 29.
  22. Wojciechowski o. c. str. 86.
  23. Wojciechowski o. c. str. 113.
  24. jak poprzednio.
  25. Wojciechowski o. c. str 136.
  26. Wojciechowski o. c. str 174.
  27. Goethe występuje, jako wydawca zapisków Wertera. Od autora pochodził rzekomo tylko: ten krótki wstęp, kilka przypisów w części pierwszej i końcowe wyjaśnienia wydawcy.
  28. Werter opuścił swą matkę i przyjaciela i wyjechał do małego miasteczka pod pozorem załatwienia z swą ciotką pewnych formalności spadkowych. Istotnym jednak celem jego podróży jest chęć zakończenia stosunku, łączącego go dotąd z Leonorą.
  29. W tym znaczeniu, że będzie jedynym jego gościem.
  30. Meluzyna, według podania żona Rajmunda hrabiego Poitiers. Obdarzona niezwykłą pięknością, musiała w każdy piątek przybierać postać ryby. Gdy ją w tej postaci raz mąż zobaczył, zniknęła. Odtąd zjawiała się na wieży zamkowej tylko wtedy, gdy miał umrzeć ktoś z tego rodu. Podanie to opowiedziane prozą około r. 1390 przez Jana d’Arras, stanowiło osnowę ulubionej powieści ludowej, przełożonej niemal na wszystkie języki europejskie, znanej dobrze i w Polsce.
  31. Studnia była w dawnych czasach ulubionym punktem zbornym dla całej wsi, czy osady. W biblji spotykamy często sceny, odgrywające się u studni. Tu gromadzą się patrjarchowie na naradę, tu Eliezer stara się pozyskać Rebekę za żonę dla Izaaka, tu Jakób spotyka się z Rachelą. Przy studni wreszcie Jezus mówi z Samarytanką. W literaturze niemieckiej mamy dwie sławne sceny »u studni« w Hermanie i Dorocie i w I. części Fausta.
  32. O wpływie lektury Homera na Goethego w okresie pisania Wertera porównaj Wstęp.
  33. nagłówek — okrągła poduszeczka, chroniąca mózg od nacisku ciężaru, niesionego na głowie.
  34. Przyjaciółka Wertera tu wspomniana nosi rysy p. Roussillon, którą Goethe sławi w swych poezjach, jako »Uranję«.
  35. Charles Batteux (1713 — 1780), estetyk francuski, twórca francuskiej filozofji sztuki, znany ze swych dzieł: Les Beaux arts (1746) i Cours des belles lettres (1747 — 1750). Ostatnie dzieło rozpowszechnione było w Niemczech w tłumaczeniu Ramlera (1756 — 1758).
    Robert Wood (1717 — 1775), archeolog szkocki. Jego dzieło O oryginalności genjuszu Homera (1769) wywarło znaczny wpływ na upodobania poetów z »epoki burzy i naporu«.
    Roger des Piles (1635 — 1709), francuski malarz i estetyk.
    Jan Joachim Winckelmann (1717 — 1768), autor dzieła Dzieje sztuki starożytnej, które stało się podstawą właściwego odczucia i zrozumienia sztuki starożytnej.
    Jan Jerzy Sulzer (1720 — 1779), profesor akademji berlińskiej. Główne jego dzieło nosi tytuł Allgemeine Theorie der schönen Künste (1771 do 1774).
    Chrystian Gottlob Heyne (1729 — 1812), filolog i archeolog, profesor uniwersytetu w Getyndze. Objęcie przez niego katedry na tym
  36. O tyle słusznie nazywa Werter treść tego listu historyczną, że odzwierciadla on w mniejszej mierze przeżycia duchowe Wertera, a podaje wiele realnych danych.
  37. Pojęcie życia jako snu jest bardzo częste w literaturze. I tak np. Życie snem, to tytuł jednego z dramatów Calderona (1600 — 1681). Porównaj także w Słowackiego Anhellim Rozdział XII. w. 791 (w wyd. Bibjoteki Narodowej S. I., tom 7) »Wszystko jest snem smutnym«.
  38. Porównaj u Horacego Satyrę I. 1 w. 25 — 26 »ut pueris olim dant crustula blandi doctores, elementa velint ut discere prima«.
  39. Tu po raz pierwszy rodzi się u Wertera myśl o samobójstwie. Myśl ta będzie odtąd wracać stale. Pojęcie ciała jako więzienie duszy spotykamy już w Platona Fedonie.
  40. Entuzjazm dla życia sielskiego, tak charakterystyczny dla epoki wpływów Russa.
  41. Czytelnik raczy nie fatygować się szukaniem jej na mapie, albowiem byliśmy zmuszeni zmienić nazwę miejscowości, zawartą w oryginalnym liście. (Prz. A.).
  42. Wahlheim — odpowiada w życiu Goethego miejscowości Garbenheim pod Wetzlarem. (Porównaj Wstęp). Notatka: »Czytelnik raczy« ma na celu wzbudzenie w czytelniku uczucia, że autor podaje oryginalne listy Wertera.
  43. Porównaj Horacego, który w Listach (II. 2 w. 122) mówi o dobrym poecie: »Luxuriantia conpescet, nimis aspera sano levabit cultu, virtute carentia tollet«, — porównaj także Epody II. 13; »Inutilesve falce ramos amputans feliciores inserit«.
  44. Gdy mowa w Werterze o panujących, książętach i t. p., trzeba uprzytomnić sobie stosunki polityczne ówczesnych Niemiec, rozdrobnionych na mnóstwo państewek, nad któremi panowali udzielni książęta, hrabiowie i t. p. Każdy z nich miał swój dwór, swoich zaufanych urzędników i t. d.
  45. Porównaj list z 10 maja. Jak pierwej, Werter odczuwający w pełni piękno przyrody, nie zdołał odmalować go w obrazie, tak nie potrafi teraz spotkania z parobczakiem oddać w słowach.
  46. Porównaj list z 26 maja.
  47. Musimy opuścić ten ustęp listu, by nie wywołać zażaleń, mimo, że przecież niewiele zależeć może autorowi na opinji jednej dziewczyny o niewyrobionych poglądach. (Prz. A.).
  48. Bohaterka powieści Hermesa Miss Fanny Wilkes (1766). Jan Tymoteusz Hermes (1738 — 1821), jest autorem także napisanej na wzór powieści Goldsmith’a i Fieldinga powieści Podróż Zofji z Kłajpedy do Saksonji, w której opisywał życie i stosunki w Niemczech.
  49. Tutaj znowu opuściliśmy nazwiska kilku naszych autorów. Kto wie, że zasługuje na pochwały Loty, odczuje to sercem, czytając ten ustęp, inni zaś nie potrzebują się dowiadywać niczego. (Prz. A.).
    Pastor z Wakefieldu, powieść Oliwera Goldsmitha (1728 — 1774), ukazała się w r. 1766, w tłumaczeniu niemieckiem w r. 1767. Za pośrednictwem Herdera zapoznał się z nią Goethe w czasie pobytu w Strassburgu. Poza tem Goethe ma tu na myśli prawdopodobnie autorów powieści, powstałych pod wpływem wyżej wspomnianej powieści Goldsmitha, a więc utwory Hermesa i Zofji La Roche (1731 — 1807), autorki powieści Dzieje panny Sternheim (1771).
  50. Kontredans (fr. contredance), kadryl. Nazwa pochodzi stąd, że w przeciwieństwie do tańców wirowych, tańczą go pary naprzeciw siebie. Kadryl był pierwotnie tańcem angielskim. Tańczono go w 4, 6 lub więcej par, z 5 lub 6 figurami. Muzyka w takcie 2/4 i 6/8 z 8-taktowemi powtarzaniami.
  51. menuet, stary, wspaniały taniec francuski.
  52. anglez, (fr. anglaise). Taniec żywy, o lekkich i zwinnych ruchach w 2/4 i 3/8 taktach, bardzo rozpowszechniony we Francji i Niemczech w drugiej połowie XVIII wieku.
  53. walc, narodowy taniec niemiecki, polegający na wirowym obrocie par, tańczących przy tempie 3/4-ciowym. Właściwy walc ludowy ustąpił zczasem miejsca walcowi wiedeńskiemu.
  54. ósemka, jedna z figur tańca.
  55. promenada, jak wyżej.
  56. Fryderyk Gottlieb Klopstock (1724 — 1803), autor Mesjady i słynnych Ód. Obszernie porównaj Wstęp.
  57. Lota miała na myśli odę Klopstocka Die Fruhlingsfeier (1759). W drugiej części tej wspaniałej ody maluje poeta burzę i daje wyraz miłości i podziwu dla Stwórcy, którego wielkość przejawia się w grzmotach i błyskawicach, a dobroć i miłość w ożywczem działaniu deszczu.
  58. Klopstock.
  59. Werter mówi nie o dniu wycieczki, lecz o dniu następnym, w którym wieczorem opisywał przyjacielowi wrażenia, przeżyte poprzedniej nocy.
  60. Porównaj Odysseę, księga XX. w tłumaczeniu Siemieńskiego:

    »Zgromadzeni uznali trafność dobrej rady,
    I hurmem weszli w wnętrze gmachów Odyssowych:
    Chleny zdjęte na krzesłach kładąc purpurowych,
    Obiatując barany i tuczne koziołki,
    Wieprze karmne i ze stad najpiękniejsze ciołki,
    Skwarząc trzewia i niemi racząc się nawzajem«....

  61. pojęciu »patrjarchalny« nadaje Werter szerszy zakres. Obejmuje ono u niego nietylko świat patrjarchów (Starego Testamentu), lecz także świat Homera. Porównaj list z 12 maja.
  62. autor ma na myśli fryzowane koronki, noszone w XVIII wieku u rękawów, na wzór francuski.
  63. Porównaj Ewangelję św. Mateusza, R. 18, w. 3. »I rzekł: Zaprawdę powiadam wam; jeśli się nie nawrócicie, i nie staniecie się jako mało dziatki, nie wnidziecie do Królestwa niebieskiego«.
  64. Porównaj Ew. św. Mateusza R. 19 w. 14. »Lecz Jezus rzekł im: Zaniechajcie dziatek, a nie zabraniajcie im przychodzić do mnie, albowiem takowych jest królestwo niebieskie«.
  65. Karlsbad — miejscowość kąpielowa w Czechach.
  66. Mamy już teraz pośród kazań Lawatera na temat księgi Jonasza doskonałe kazanie przeciw złemu humorowi. (Prz. A.).
    Przypisek ten pochodzi nie od Wertera, lecz, jak i poprzednie — od wydawcy. »Teraz« mówi wydawca, bo między rokiem 1771, t. j. datą listu Wertera, a rokiem wydania (1774) dzieła ukazały się kazania Lavatera, zawierające także kazanie na wspomniany temat.
    Lavater Jan Kasper (1741 — 1801), autor dzieła Physiognomischt Fragmente zur Beförderung der Menschenkentniss und Menschenliebe (1775 — 78), w którem propagował myśl poznawania charakterów ludzkich z fizjognomji. Lavater był także autorem wielu pieśni religijnych i świeckich, kazań i rozpraw.
  67. Wynika z tego, że żona pastora i p. Schmidt ulegali napadom złego humoru.
  68. rodzeństwo Loty.
  69. Dziecko krzyczało, gdyż wierzyło, że dziewczynce pocałowanej przez mężczyznę, wyrośnie broda.
  70. Człowiek ten zgorszony był tem, że Werter obmywanie twarzyczki dziecka w źródle ośmiela się porównywać z obrzędem chrztu św.
  71. O Osjanie patrz Wstęp. Jest to jedyna wzmianka o Osjanie w I. części Wertera.
  72. Pani M. — wspomniana w listach z 1. i 6. lipca.
  73. Gulden, dosłownie moneta ze złota, a więc złoty. Guldeny srebrne wprowadzone zostały około połowy XVII wieku. O takich mowa w Werterze.
  74. W rozdziale 17 Pierwszych ksiąg królewskich w. 10 i następne, opowiedziane jest, jak prorok Eljasz przybywa do miasta Sarepty i tu nakarmiony przez ubogą niewiastę, sprawia, że nie ubywa mąki z garnca jej i oliwy z bańki »aż do dnia, gdy Pan spuści deszcz na ziemię«.
  75. W oczach Wertera Lota uświęca osoby i przedmioty, z któremi się styka. Uświęcony niejako jej zainteresowaniem, zyskuje Werter sam w swych oczach na wartości.
  76. Jak dalszy przebieg akcji okazuje, Wilhelmowi nie udaje się zapanować nad swemi zmysłami. Porównaj w II. księdze list z 14. grudnia 1772 r.
  77. Podania starożytne o Orfeuszu, Amfjonie i Arjonie mówią nam o wpływie muzyki także na zwierzęta.
  78. Po raz drugi spotykamy myśl o samobójstwie (porównaj uwagę do listu z dnia 22. maja) — tu już nierównie silniej wyrażoną.
  79. Boloński kamień, spat, odmiana baru, czyli barytu, znajdująca się blisko Bolonji w górze Paterno. Odmiana ta sproszkowana, ogrzana, a następnie wystawiona na działanie promieni słonecznych, ma własność fosforyzowania, czyli świecenia w ciemności.
  80. Jedyny to w I. części list do Loty (dodany zresztą dopiero w drugiej redakcji).
  81. Podanie o górze magnetycznej spotykamy już u Plinjusza, a nadto w bajkach r. 1001 nocy, w średniowiecznych poematach niemieckich (Gudrun) i starych opowieściach francuskich.
  82. O tem, że Werter pisał pamiętnik, nie było dotąd wzmianki. Notatkę tę Goethe dodał dopiero w drugiej redakcji.
  83. Komisarz, ojciec Loty.
  84. Rzucony na falę bukiet kwiatów jest symbolem beznadziejnej miłości Wertera. Jak kwiaty te zrywane z myślą o Locie, nie dostaną się do rąk jej, lecz płyną w dal niezmierzoną, tak i Wertera miłość musi pozostać nieodwzajemnioną, nieopowiedzianą tej, która jest jej przedmiotem.
  85. Werter przerywa tu opowiadanie rozmowy z Albertem i zwraca się wprost do Wilhelma.
  86. W ten sposób właśnie Werter pozbawił się potem życia.
  87. Zwrot z ewangelji (św. Jana, R. 8, w. 7, przypowieść o jawnogrzesznicy).
  88. Z przypowieści o litościwym Samarytaninie (Ew. św. Łukasza, Rozdz. 10, w. 31).
  89. jak w przypowieści o faryzeuszu i celniku. (Ew. św. Łukasza, Rozdz. 18, w. 10 i następne).
  90. Baśń ta opowiada o księżniczce, która zamknięta w więzieniu, tylko w ten sposób unikła śmierci, że czarodziejskie ręce, zwieszające się z pułapu, dostarczały jej jadła i napoju.
  91. Refleksje Wertera przypominają rozmyślania Fausta w części I. Fausta. Scena: »Vor dem Tor«.
  92. Słowa te są parafrazą zwrotów biblijnych, a mianowicie słów Psalmów (Ps. 88, w. 10) i Pieśni nad pieśniami (R. 3, w. 1).
  93. Wspomniana bajka opowiada, jak koń przy pomocy człowieka zwycięża jelenia, lecz staje się niewolnikiem człowieka. Bajka ta miała być już znana u starożytnych: liryk grecki Stesichoros (630 — 500 prz. Chr.), miał ją opowiadać mieszkańcom miasta Himery na Sycylji. Spotykamy ją też u Horacego. Listy', ks. I. 10 w. 34 — 38. Porównaj także bajkę Lafontaine’a Le cheval s’étant voulu venger du cerf (Livre IV, fable XIII).
  94. Dzień urodzin Goethego i jego przyjaciela Kestnera (porównaj Wstęp) przypadał w rzeczywistości także na 28. sierpnia.
  95. Jan Henryk Wetstein, drukarz w Amsterdamie (1649 — 1726), jego wydanie Homera ukazało się w r. 1707.
  96. Znakomity filolog I. A. Ernesti (1707 — 1784) wydał w latach 1759 — 1764 dzieła Homera w 5 wielkich tomach.
  97. Właściwie od czterech tygodni, gdyż już w liście z 8 sierpnia mówi o tem.
  98. W mieście Werter nie może Loty widywać swobodnie, zresztą jest tam i Albert w jej najbliższem otoczeniu.
  99. Data ta odpowiada ściśle dacie rozstania się Goethego z Charlottą Buff.
  100. Przyszłość pokaże, że Werter się myli.
  101. Porównaj ostatni ustęp listu z dnia 4. maja.
  102. Słowa »romantyczny« użył Goethe dwa razy w Werterze; por. str. 111.
  103. Myli się; w listach do Wilhelma niema o tem wzmianki.
  104. Werter odnosi to powiedzenie do chwili rozstania się tu na ziemi i spotkania się w zaświatach. Wskazują na to słowa początkowe listu: »Nie ujrzę jej nigdy« i końcowe rozmowy z Lotą: »Zobaczymy się kiedyś«.
  105. Ten sam pawilon, który w pierwszym liście nazywał Werter swem miejscem ulubionem.
  106. Tylko w chwilach najwyższego podniecenia przemawia Werter do Loty »przez ty«.
  107. Pomiędzy ostatnim listem Części pierwszej, a pierwszym drugiej upływa okres około sześciu tygodni. W tym czasie odbył Werter podróż do stolicy, odwiedził ministra i wstąpił do służby dyplomatycznej. O wszystkich tych przeżyciach niczego się nie dowiadujemy.
  108. Werter i jego służący.
  109. Porównaj list z 20 lipca.
  110. Zatarg o to, kto ze względu na swe stanowisko urzędowe, pierwszy puści się sankami.
  111. Jest to drugi list do Loty (porównaj list z 26 lipca w części I.).
  112. W liście z 20 lipca znaczy Werter tę miejscowość: ***.
  113. Autor ma na myśli przyrząd, składający się ze skrzyneczki, zaopatrzonej dwoma otworami. Przez te otwory spoglądało się i widziało w skrzyneczce figurki, które poruszały się, umocowane na odpowiedniej wstędze. Wstęga przesuwała się przed widzem zwijana lub rozwijana korbką. Przyrząd tak zbudowany różnił się oczywiście znacznie w konstrukcji od podobnych aparatów dziś spotykanych.
  114. Werter nie mógł się przemóc, by skrystalizować myśl, która go dręczyła. Pytanie niedokończone brzmieć mogło: »A czy wkrótce odbędzie się ślub Pani?« Porównaj list z 20. lutego.
  115. 115,0 115,1 Jest to pierwszy list do Alberta.
  116. Z szacunku dla tego znakomitego męża, nie zamieszczamy wspomnianego listu, jak również i drugiego, o którym będzie mowa[115], gdyż tego zuchwalstwa nie moglibyśmy usprawiedliwić najgorętszą nawet wdzięcznością czytelników. (Prz. A.).
    O drugim liście jest mowa w dopisku do listu z 19. kwietnia 1772 r.
  117. Jak tu minister do Wertera, tak w rzeczywistości pisał list prywatny książę Brunszwicki do Jeruzalema (porównaj Wstęp).
  118. Zachowując w tajemnicy termin ślubu, o co Werter niedawno nie śmiał się zapytać. Podobnie zatajono i przed Goethem termin ślubu Charlotty Buff z Kestnerem. Goethe pisze z tego powodu: »Gott segn’Euch, denn ihr habt mich überrascht. Auf den Charfreitag wollt’ ich heilig Grab machen und Lottens Silhouette begraben. So hängt sie noch und soll denn auch hängen, bis ich sterbe«.
  119. Franciszek I. Lotaryński był cesarzem rzymskim (narodu niemieckiego) 1745 — 1765.
  120. Tu jest autor poniekąd niekonsekwentny: List ten pisany jest 15 marca, a z panną B... widział się Werter pierwszy raz po tem zdarzeniu, jak z następnego listu wynika, dopiero 16. marca, nie mógł więc już w liście z 15. marca pomieścić szczegółów, o których rzekomo dopiero od niej się dowiedział.
  121. Kabrjolet, francuski cabriolet, lekki dwukołowy jednokonny wózek.
  122. Odyssea, Pieśń XIV, wiersz 72 i następne.
  123. Porównaj list z 11. czerwca 1772.
  124. List z 19. kwietnia stanowi dopisek do. listu z 24. marca, który Werter wysłał dopiero 19. kwietnia.
  125. Werter musiał prosić matkę o pieniądze w liście, napisanym w czasie między 19. kwietnia a 24. marcem. W liście tym oczywiście nie wspominał o swoich zamiarach.
  126. Podobne wrażenia spotykamy także w I. Części listów z Szwajcarji Goethego.
  127. „πόντος άπείριτος“ z Odyssei Pieśń X, w. 195.
  128. Bardzo częste u Homera wyrażenie: „άπείρων γαἶα“.
  129. Porównaj list z 27. maja 1771.
  130. Niedomówione... »mogłaby się stać moją żoną«.
  131. Te myśli przypominają poglądy Russa.
  132. Porównaj list z 1. lipca 1771.
  133. Krytyczne badanie autentyczności poszczególnych ksiąg Pisma św. (ksiąg kanonicznych).
  134. Chodzi o racjonalistyczną teologję, która z całym krytycyzmem bada księgi biblijne i podkreśla pierwiastki ludzkie w chrześcijaństwie.
  135. Lavater uważał całe Pismo św. za słowo Boże w dosłownem znaczeniu. Stanowisko to uwydatnił zwłaszcza w dziele Aussichten in die Ewigkeit.
  136. Benjamin Kennikot (1718 — 1783), uczony hebraista angielski. Jego wydanie starego testamentu wyszło jednak dopiero w latach 1776 — 1780.
  137. Jan Salomon Semler (1725 — 1791), teolog w Jenie. Główne jego dzieło nosi tytuł: Abhandlung von freier Untersuchung des Kanons (1771 — 1775).
  138. Jan Dawid Michaelis, teolog w Getyndze, wydał tłumaczenie pisma św. starego testamentu z objaśnieniami.
  139. List ten charakteryzuje nastrój Pieśni Selmy Osjana.
  140. Osjan.
  141. Ew. św. Jana, 6, 37, 17, 24. Ten cytat pisma św. tłumaczy sobie Werter dowolnie w ten sposób, że i on jest przez Boga dla Syna Bożego wybrany!
  142. Ew. św. Mateusza 26, 39: »Ojcze mój, jeśli można, niechaj odejdzie ode mnie ten kielich«.
  143. Porównaj monolog Hamleta. Akt III, Scena I.
  144. Ew. św. Mateusza, R. 27, w. 46.
  145. Przypomina wyrażenie z Objawienia św. Jana. R. 6, w. 14, »A niebo odstąpiło jako księgi zwinione«.
  146. Porównaj list z 16 lipca 1771.
  147. Złamanie tej przysięgi odpłaca Werter śmiercią.
  148. Werter ma na myśli pieśni Osjana, które pochodziły rzekomo z III. wieku po Chrystusie.
  149. Siedm prowincyj holenderskich.
  150. = wino.
  151. Porównaj Psalmy Dawida: »Nie zakrywajże oblicza twego od sługi swego, bom jest w utrapieniu«. (Ps. 69, w. 17).
  152. Porównaj przypowieść o synu marnotrawnym (Ewangelja św. Łukasza, Rozdział 15).
  153. Myśl o samobójstwie, która wracała już kilkakrotnie, tu krystalizuje się prawie w zamiar. Przed wykonaniem jej, pragnie jednak Werter uzasadnić ją sobie teoretycznie. Czyni to w tym liście, oraz w liście z 15 listopada.
  154. Porównaj list z 16 lipca 1771.
  155. Albert i Lota mieszkali już wtedy w mieście.
  156. A więc także o tem, że umiałbym lepiej ocenić to szczęście, że ją posiadam.
  157. Wilhelm utożsamia swój los z losem parobczaka. Już w liście z 4. września 1772 porównywał się Werter z nim.
  158. Porównaj listy z 16. lipca 1774 i 24. listopada 1772.
  159. Charakterystyczne jest, że data ta zupełnie ściśle odpowiada rokowi 1772, w którym rozgrywa się akcja Wertera.
  160. Myśl o samobójstwie, którą żywił Werter, jako niejasny zamiar, myśl, która przychodziła, niknęła i znowu wracała, przeradza się już teraz w zdecydowany zamiar, którą tu po raz pierwszy Werter otwarcie wypowiada.
  161. Następuje prawie dosłowne tłumaczenie pieśni Selmy Osjana. Pieśń Selmy tłumaczyli na język polski: Karpiński (urywki), Tyminiecki, Krasicki, Kniaźnin, Goszczyński. Konstanty Tyminiecki podaje treść tej pieśni w następujących słowach: »Co rok Bardowie zgromadzali się do zamku króla lub księżęcia, przy którego znajdowali się boku, i tam swoje rytmy śpiewali. Król wybierał z pomiędzy nich te, które były godniejsze zachowania, i wpajano je dzieciom z najdokładniejszą pilnością, aby je tym sposobem przesłać potomności. Taka uroczystość dała Osjanowi powód i materję ułożenia poematu Pieśni Selmy, jakoby śpiewanych od rozmaitych bardów w Selmie, pałacu Fingala«. (Pisma Konstantego Tyminieckiego, tom pierwszy. W Warszawie, 1817, str. 49). W Pieśni Selmy powtarza Osjan pieśni dawnych bardów. Pieśń rozpada się na trzy części: W pierwszej Minona śpiewa o Salgarze i Kolmie, w drugiej bard Ulin oddaje żale Ryna i Alpina (o śmierci Morara), w trzeciej Armin opowiada tragiczną śmierć swych dzieci Arindala i Daury.
  162. Wezwanie gwiazdy wieczornej.
  163. Gwiazda wieczorna odbija się w wodzie.
  164. Osjan, syn Fingala, król Selmy.
  165. Następuje przedstawienie wizji.
  166. Lora, strumień w Morwenie, w okolicy Selmy (w północnej Szkocji).
  167. Fingal, ojciec Osjana, bohater narodowy podań galickich, żył w III. w. przed Chrystusem. Jest on głównym bohaterem pieśni Osjana, występuje, jako król Kaledończyków na wschodnio północnem wybrzeżu Szkocji.
  168. Bardowie, śpiewacy, a zarazem kapłani Celtów, śpiewali pieśni, przygrywając do nich na instrumencie, podobnym do harfy. Po zdobyciu Galji przez Rzymian zachowali się tylko w Islandji, Walji i Szkocji. Bardowie tworzyli rodzaj zakonu, podzielonego na kilka stopni, podobnie, jak niemieccy »meistersänger«. W czasie wojny postępowali przed wojskiem, zachęcając je pieśniami do bitwy. W Szkocji zachowali się aż do XVIII wieku.
  169. Minona, siostra Morara, córka Tormana, śpiewa przed królem pieśni nieszczęśliwej Koimy, płaczącej po stracie Salgara.
  170. Selma, siedziba królów Morwenu.
  171. Salgar.
  172. Brat.
  173. Tu kończy się pierwsza część Pieśni Selmy, a rozpoczyna część druga.
  174. Oskar, syn Osjana, a wnuk Fingala.
  175. Ryno.
  176. Morar, brat Minony, był jedynym synem Tormana.
  177. Koniec części drugiej. Osjan opowiada teraz o rozmowie Armina z Karmorem, a następnie śpiewa pieśni Armina o stracie dzieci.
  178. Armin, władca Gormy.
  179. Arindala.
  180. Kolgar i Annira, dzieci Karmora.
  181. Daura, córka Armina.
  182. Jest to początek pieśni Berrathon z Ossjana. W tłumaczeniu Brodzińskiego ustęp ten brzmi:

    »Czemu mię wiatry budzicie?
    Krótko posłuży mi życie.
    Już mię niebo deszczem rosi,
    Niedługo wiatry nad zdrojem
    Polecicie z liściem mojem,
    A wędrowiec gdy usiędzie,
    Rzuci okiem po tej skale,
    Lecz daremnie patrzeć wszędzie.
    Kwiatka wcale
    Już nie będzie«.

    (Pisma Kazimierza Brodzińskiego, tom I. W Warszawie, 1821, str. 93).

  183. Słowa te oddziałały głęboko na Wertera, ponieważ odpowiadały jego zamysłom samobójczym.
  184. We wtorek, dnia 22. grudnia.
  185. Porównaj list z 17. maja 1771.
  186. O tym szczególe wpierw Werter nie wspominał.
  187. W Komunji św.
  188. Aluzja do rozmowy z Lotą, o której wspomina Werter w liście z 13. maja 1771.
  189. Jak w wielu innych wypadkach, użył Goethe i tu niemal dosłownie motywu, jakiego mu dostarczyła śmierć Jeruzalema (porównaj Wstęp). I Jeruzalem wysłał przed swą śmiercią otwarty bilecik do Kestnera następującej treści: »Czy mógłbym WPana prosić uprzejmie o pożyczenie pistoletów na podróż, którą zamierzam przedsięwziąć«. Zużycie niemal bez zmian tego motywu jest przyczyną, że Werter, pisząc do Alberta, tytułuje go panem, jak Jeruzalem Kestnera, jakkolwiek wiemy, że przedtem przemawiał do niego »przez ty«.
  190. Porównaj uwagi autora do czytelnika w II. części Wertera, bezpośrednio przed listem z 12. grudnia.
  191. Porównaj list z 4. maja 1771.
  192. Wielki Wóz, czyli Wielka Niedźwiedzica, nazwa gwiazdozbioru, składającego się z 227 gwiazd widzialnych golem okiem, z których 7 jest 2 i 3 wielkości; 4 z nich stanowią trapez, a 3 inne są w łuk ku zachodowi ułożone.
  193. Werter ma na myśli sylwetę Loty, którą sam narysował; porównaj list z 20. lutego.
  194. Tak samo zachowywał się Goethe wobec sylwety Loty Buff.
  195. Porównaj Ewangelję św. Łukasza, Rozdział X. w. 31 — 33. »I przydało się, że niektóry kapłan zstępował tąż drogą, a ujźrzawszy go, minął. Także i Lewit, będąc podle onego miejsca, i widząc go, minął.
    A Samarytan niektóry idąc, przyszedł wedle niego! ujźrzawszy go, ulitował się«.
  196. Porównaj list z 28. sierpnia 1771 r.
  197. Porównaj list z 12. sierpnia 1771 r.
  198. Szczegół ten zapożyczony także z opisu przebiegu śmierci Jeruzalema. Emilja Galotti, dramat Lessinga, 1772. Bohaterka dramatu, chroniąc się od hańby, ginie dobrowolnie z rąk ojca.
  199. Werter popełnił samobójstwo w mieście; komisarz przyjechał z leśniczówki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Johann Wolfgang von Goethe i tłumacza: Franciszek Mirandola.