Aspazya/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Świętochowski
Tytuł Aspazya
Podtytuł dramat w pięciu aktach
Pochodzenie Pisma IV. Utwory dramatyczne
Data wydania 1899
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków, Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


AKT II.
(W domu Peryklesa).
SCENA I.
Aspazya i Perykles.

Perykles. Tak, według mnie, jest to myśl niepraktyczna, ale możesz się nią zabawić.
Aspazya. Zabawić? Tyle lat związku i doświadczeń przekonało cię, że ja z życiem się bawię... Smutno...
Perykles. Czyż to powiedziałem? czy cię jeszcze nie dość szanuję? czy nie cenię twojego rozumu?
Aspazya. A jednak czasem mówisz do mnie, jak do dziecka, którego szczebiotanie jest przyjemnem, ale naiwnem. Niechże dla ciebie przestanę już być ulubioną papugą, której nie głaszczesz pod pióra i pozwalasz na psoty. Ja jestem człowiekiem, doprawdy lepszym od wielu wąsatych panów stworzenia...
Perykles. Ależ temu nie przeczę, taką właśnie Aspazyę kocham. I gdybyś ty sama stanowiła ród niewieści, z ust moich wychodziłoby tylko nieustanne dla niego uwielbienie.
Aspazya. Zwykłe kadzidło męża dla żony, w której on widzi bukiet wszelkich doskonałości a w innych kobietach ledwie pojedyncze kwiatki.
Perykles. Ach, nie bluźnij sobie! Tak jedną jesteś w Grecyi, jak jedną w niej miłość moja! Imię twoje może przyszłość zapisze do historyi, a imiona innych kobiet greckich teraźniejszość wpisuje zaledwie do ksiąg meldunkowych!
Aspazya (zamykając mu usta ręką). Pochlebco. Idź już na zgromadzenie ludowe i nie przeszkadzaj nam w naradzie. Przyjaciółki moje zaraz się zbiorą.
Perykles. A przeróbcie tu świat, zanim wrócę.
Aspazya. Nie żartuj; alboż ty go dziś nie będziesz przerabiał?
Perykles. Tak, dziś mi potrzebna moja dobra gwiazda. Chyba ona jeszcze nade mną świeci. Osłabiłem Spartę, odjąłem jej sprzymierzeńców, pomnożyłem naszych, ubezpieczyłem na lat kilka pokój — czyż Ateny za to wszystko miałyby odwrócić się ode mnie wtedy, kiedy zażądam pieniędzy na zbudowanie wielkiej świątyni narodowej, w której wcieli się ich chwała i w której zamieszkają ich bogi?
Aspazya. Ty kłopoczesz się o bogów?
Perykles. Czczę pięknie rzeźbione i takie tylko wprowadzę do Partenonu. Wzniosę go, chociażby mi na drodze do niego kopano przepaście i sypano góry. Dziś grać będę o wielką stawkę mojego życia!
Aspazya. Gdybyś nawet przegrał, jeszcze bym w tej porażce nie widziała klęski.
Perykles. Wróżko droga, prorokuj, że zwyciężę. Nie sięgam po zawieszony wysoko drobiazg. Czy przypuszczasz, że walczę o to, żeby miasto miało ozdobny gmach a jego bogi wytworne pomieszczenie? Bynajmniej. Pragnę geniuszem artystycznym Aten spotęgować ich siłę polityczną, wystawić wspaniały pomnik sztuki, któryby nietylko skupiał w sobie całe życie narodu, ale przyciągał i czarował jego przyjaciół a pognębiał wrogów. Partenon będzie najcenniejszym klejnotem ziemi, przedmiotem podziwu całej Hellady, celem jej pielgrzymek — poręcza mi tę nadzieje geniusz Fidyasza. Wreszcie...
Aspazya. Dokończ.
Perykles. Wreszcie... muszę karmić te głodne i niecierpliwe masy, którym zdobywam prawa, a nie daję chleba. Trzeba je zatrudnić, dostarczyć im pracy, otworzyć szlachetne ujście ich namiętnościom, trzeba napaść ich żołądki i olśnić oczy. Lud syty już zaszczytów i domaga się zarobków, a jeśli mu nie dam nic jeść — zje mnie!
Aspazya. Partenonem żywić go będziesz przez lat kilka — a potem?
Perykles Pomyślę...
Aspazya. Dasz mu nowe prawa i zaszczyty? Może roję, ale zdaje mi się, że zarówno ty, jak wszyscy przewodnicy owych mas, uszczęśliwialiście je złudzeniami. Arystokracya powyrywała ludowi zęby, wy mu je wprawiacie, ale po to tylko, żeby nimi swobodnie zgrzytał. I cóż z tego biedakowi, że może uchwalać prawa i zajmować najwyższe urzędy, kiedy dla tych bezpłatnych godności nie porzuci ani roli, ani warsztatu, ani żadnej pracy, która go żywi? Na drugim brzegu szerokiej i bystrej rzeki porozkładaliście przeróżne dobrodziejstwa, po które on ma płynąć na wąskiej desce, a inni na obszernych statkach.
Perykles (zadumany). Bolesna to konieczność, ale konieczność.
Aspazya (nieśmiało). Gdybyś wniósł i przeprowadził projekt pensyj lub wynagrodzeń za spełnianie urzędów i powinności obywatelskich... Tym sposobem umożliwiłbyś żywiołom demokratycznym zajęcie wszelkich stanowisk... Ubodzy nie żądzą... tylko pracują lub żebrzą...
Perykles (j. w.). Tak, ubodzy nie rządzą... (powstaje nagle). Stawka się powiększyła. (całując Aspazyę). Dziękuję ci, moje ty... sumienie (wychodzi).

SCENA II.
Aspazya, Teora, Leja, Filezya, później Diotima i Era.

Filezya (wszedłszy z Leją i Teorą do zamyślonej Aspazyi). Nie o nas...
Aspazya. A, jesteście. O Peryklesie myślałam, który przed chwilą odszedł.
Teora. Jakieś ważne zebranie, bo nawet starcy na nie spieszą.
Leja. I Elpinika wytoczyła swojego opasa, który podobno rzadko dla ojczyzny się poci.
Aspazya. Dzień dzisiejszy tak rozeprze się w naszem życiu, że inne będą przy nim tylko chwilami. Dziś Perykles wróci do domu albo pierwszym z ateńczyków, albo ostatnim.
Leja. Nie lękam się o niego. Kto, jak on, panuje nad Atenami...
Aspazya. Panuje rozumem, wymową, ale nie władzą. Niech tylko raz w ważnej sprawie nie przekona ludu, najmizerniejszy oprawca bydła będzie go chciał kopać bezkarnie. Eh, trzeba się prostować, chociaż los zgina... Siadajcie. Zaprosiłam również znajomą moją z Miletu, Diotimę, która niedawno przybyła do Aten.
Teora. I już zdołała je sobą zawichrzyć.
Filezya. Podobno bardzo bogata i dziwaczka.
Leja. Matki szepczą córkom, że niemoralna, że sidła młodzież ateńską, że szczepi zepsucie.
Aspazya. O której z nas tego nie szeptano lub nie mówiono głośno! Jest to zwykła kądziel plotkarska, z której owe zacne matrony przędą potwarz na każdą kobietę samodzielną. Według nich, panny powinny umieć tylko mocno bić niewolnice, gorąco modlić się do bogów i wprawnie nacierać swe ciało wonnymi olejkami dla przyszłych mężów. A już jeżeli upaść — to bez najmniejszego szelestu. Diotima jest rzeczywiście bogata, zuchwała, fantastyczna, ale czystości jej uczuć nie pokala żadne oszczerstwo.
Diotima (wpada). Oszaleję ze śmiechu!... Żałuj Aspazyo... Przepraszam — nie znacie mnie jeszcze...
Aspazya. Potrzebowały cię już tylko zobaczyć — Teora, Leja i Filezya.
Diotima. Żałujcie więc wszystkie, żeście nie widziały pochodu moich wielbicieli. Wczoraj w teatrze obległo mnie aż czterech: jeden zapewniał, że zapaliłam mu serce w Tebach, gdzie nigdy nie byłam, drugi — że shołduję całe Ateny, trzeci — że już shołdowałam, a czwarty, najstarszy, oświadczył, że oddawna ślubował sobie pojąć za żonę kobietę z Miletu. Pozwoliłam im odwiedzić się nazajutrz, a służącej kazałam każdego wprowadzić do innego pokoju. Stary przybył najwcześniej. Mogę żądać od ciebie drobnej usługi? — zapytałam. Rozkazuj — odrzekł zapalczywie. Miałam jasnowidzenie — mówię, które mnie często ostrzega, że dziś na zgromadzeniu ludu Kalias, mąż Elpiniki, przy pomocy swych licznych stronników będzie usiłował ogłosić się królem Aten. Proszę cię tedy schowaj w zanadrze tego kota, którego matka w mojem rodzinnem mieście poświęcona była Zeusowi i który odpędza wszelkie zło, puść go na mownicę, gdy na nią Kalias wejdzie a potem złap i odnieś mi. Stary mój czciciel wytrzeszczył oczy, pokiwał głową, ale wziął kota i poszedł. Toż samo wymogłam na trzech innych. Ach, jak oni wyglądali, przyciskając pod ubraniem koty, które targały się rozpaczliwie! Nie, ja umrę ze śmiechu... Kalias ma dziś podburzyć lud przeciwko Peryklesowi. Wyobraźcie sobie na mownicy tę beczkę topniejącego sadła w otoczeniu kotów, które bezpłodna Elpinika mu chowa.
Aspazya. Narazisz się...
Diotima. Komu?
Teora. Wielbiciele jednak żądać będą nagrody za usługę.
Diotima. Nie pokażą się — nawet kotów nie połapią. Wreszcie niech się pochwalą, jakim sposobem ocalili Ateny od króla Kaliasa. Uważacie mnie za złośliwą figlarkę? Tak wyglądam. Ale to nie bezmyślna pustota. (poważnie). Czy to nie oburza, że kobieta młoda, nad którą nie czuwa pierś ojca, męża lub brata, musi stać się przynętą dla każdego rozpustnego mężczyzny? Czy to ja jestem czerwoną wiśnią przy publicznej drodze, że mnie lada przechodzień chce zerwać? Ale doprawdy się gniewam! Ha, Ha, ha! Babka moja, matka, siostry poumierały w trzydziestym roku życia i mnie też zapewne tylko sześć lat do śmierci pozostaje. Powinnam ten czas spędzić wesoło. Czemu tak oniemiałyście? Aspazyo, mówże, po co mnie wezwałaś. Słucham i zgadzam się na wszystko. a radzić wam nie będę, bo jestem zmęczona (siada).
Aspazya. Zdaje mi się, że...
Diotima. Za pozwoleniem. Będzie tu Eurypides?
Filezya. Prawdopodobnie.
Diotima. Już teraz słucham. (po chwili ogólnego milczenia). Aspazyo?
Aspazya (zasłuchana). Era! (niewolnica wchodzi). Czy to pan w ogrodzie rozmawia?
Era. Nie.
Aspazya. Możesz odejść. (Era oddala się). Ta niewolnica ma córkę, za którą jeden z archontów dawał Peryklesowi trzy wyścigowe konie.
Diotima. Mąż twój chowa ją dla siebie?
Aspazya. Dla mnie — ale może on jeden w Atenach chowa piękne niewolnice dla żony — inni niegodziwie wyzyskują ohydny zwyczaj. Właśnie w tej sprawie chcę z wami pomówić przed przybyciem mężczyzn. Patrzymy obojętnie na obrazy straszne. Widziałam niewolnika, któremu pan za uderzenie psa kazał przez całą dobę szczekać a drugiemu za zjedzenie kilku śliwek nabić rękę pestkami. Na ulicach trzyletni obywatele przecinają biczami twarze swych nianiek. Możnowładcy ateńscy podbierają co czas pewien domy swych robotników jak ule, wydzierając im wszystkie zasoby, jak miód pszczołom. Wyrośliśmy w tej zbrodni, więc ona nas nie razi, a przecież, gdy ją zacznie sądzić nie religia, nie ustawy, które ją rozgrzeszają, nie zimna rachuba, która tylko materyalne zyski odważa, lecz szlachetne serce — wtedy uczuwamy zgrozę. Ten gwałt ludzi nad ludźmi jest tak potwornym, że obrzydza mi naturę człowieka. Niestety, nie podołam mu ani ja, ani ci, co ze mną współczują. Ale chociaż nie możemy urwać wszystkich łbów tej społecznej hydrze, podrzynajmy przynajmniej jeden — najpodlejszy, ten właśnie, który ciałem bezbronnych niewolnic karmi rozpustę ich panów.
Diotima. To znaczy?
Aspazya. Jesteście piękne, bogate, posiadacie rozgałęzione stosunki i wpływy, załóżcie ze mną towarzystwo, któreby z drapieżnych rąk wykupywało maleńkie niewolnice, i przytułek, w którym by się wychowywały oswobodzone. Perykles szydzi z tego projektu — a wy?
Diotima. Czemuż nie wiedziałam wczoraj, byłabym już dziś od moich wielbicieli dostała cztery młode niewolnice i nie dała im darmo kotów. Ale znajdę dudków. Tymczasem licz na moją dobrą wolę i kasę. Świetny pomysł, dostarczy mi zajęcia i przyjemnych wzruszeń.
Filezya. Mamy pusty dom, wyborny na taki zakład, a brat mi nie odmówi.
Leja. Nieboszczyk mój mąż dbał o to, ażeby żadna przystojna niewolnica nie przekwitła u niego bez zrodzenia uszlachetnionych owoców. Trudy nad poprawą rasy skróciły nawet biedakowi życie. Zacne jego popioły uczczę chyba najwłaściwiej, pozbawiając innych tego, z czego on już korzystać nie może. Aspazyo, duch mojego męża błogosławi cię a mnie każe iść za tobą.
Teora. Najmniej z was posiadam środków, ale przy pomocy Fidyasza zrobię na front tego przytułku płaskorzeźbę: kobiety wydzierające satyrowi dziewczynkę, którą porwał niewolnicy.
Aspazya. Zbyt skromna jesteś, Teoro: posiadasz więcej środków, niż dłuto, bo miłość wszystkich artystów ateńskich. Pozostawmy mężczyznom złudzenie, że oni wszechwładcy a my ich korne poddanki, ale wyzyskujmy wpływ, który na nich wywieramy. Nastał dziwny czas, że niema takiej zbrodni, ani takiej cnoty, do której by piękna i rozumna kobieta nie nakłoniła w Atenach mężczyzny. Teoro, pamiętaj o tem — i wy również.
Diotima. O, ja dobrze pamiętam.
Filezya. A jeśli nam władze zabronią?
Aspazya. Szyldy wszystkich instytucyj powinny być męzkie — zastawimy się mężczyzną. Już go nawet wybrałam.
Filezya. Kogo?
Aspazya. Wielkiego filozofa, przezacnego człowieka, mojego mistrza... (Anaksagoras wchodzi).

SCENA III.
Też i Anaksagoras.

Anaksagoras. Uciekam od tego zgiełku...
Aspazya. Skąd idziesz?
Anaksagoras. Ze zgromadzenia narodu.
Aspazya. Co postanowiono?
Anaksagoras. Postanowiono tupać, wrzeszczeć, lżyć mądrość nazywać głupotą a głupotę mądrością... Zazdroszczę ci, Aspazyo, że możesz zamknąć się przed tym jarmarkiem wszelkich namiętności i spokojnie nad niemi rozmyślać.
Aspazya. Spokojną nie jestem. Czy projekt Peryklesa przyjęto?
Anaksagoraz. Stań ponad błotnistym spraw ludzkich biegiem, niech on ci zaledwie stopy opryskuje, moja przyjaciółko. (do innych kobiet). Nie powitałem was dotąd — a jednej nie znam jeszcze.
Diotima (kłaniając się). Diotima. Czy Kalias przemawiał?
Anaksagoras. Krzyczeli wszyscy, nawet zachrypnięci. (do Aspazyi). Pierwiastki dobroczynne i piękne, łącząc się, tworzą czasem związki szkodliwe i szpetne. Chmury, które nam łagodzą skwar słońca, spotkawszy się, wykrzesują z siebie piorun.
Diotima (cicho do Lei). Co on prawi?
Aspazya (tłumiąc wzruszenie). Więc Perykles upadł ze swym wnioskiem?
Anaksagoras (do przygnębionej Aspazyi). Dla jego przyjaciół byłoby to bolesnem, dla filozofów powinno być obojętnem. Istnieje tylko materya i jej własność — duch, który jej cząstki kojarzy w rozmaite stosunki. Te same są w Peryklesie, co w Kaliasie. te same w geniuszu, co w głupcu, te same w cnocie, co w występku — tylko rozmaicie ułożone. W przestrzeni pozostaje ciągle niezmienna ilość i jakość pierwiastków, nasion wszechrzeczy. Właściwie zatem, czy Perykles zwycięża, czy jest zwyciężony, materya się nie przekształca, tylko przyjmuje nową postać.
Diotima (cicho do Teory). Czy ty go rozumiesz?
Anaksagoras (do Diotimy). Zapewne pytasz o mnie, obywatelko. Przepraszam, zapomniałem ci się przedstawić: jestem Anaksagoras, marny filozof, niezdatny do żadnego praktycznego użytku, zagapiony w niebo i chodzący zwichniętemi nogami po ziemi, zmuszony zajmować się polityką a nieumiejący pogodzić ślepego z ostrowidzem. Mam synka, którego kocham a kochać nie chcę. Ile razy mi zachoruje, siadam przy jego łóżeczku i mówię sobie: przecież on jest tylko zlepkiem cząsteczek materyi, które po jego śmierci w przestrzeni się zachowają. Alboż to mój syn, oderwany od natury? Nie, to jej okruch. Ona zaś najmniejszego atomu nie zmarnuje: jednemu ciału odbierze, drugiemu da. Filozofia goi cierpienia. Gdyby serce nie było potrzebne do odżywiania krwi, należałoby je wyciąć. (do Aspazyi). Tak, Perykles, mój syn — to kształty chwilowe, znikome...
Diotima (cicho do Filezyi). Może ty go pojmujesz...
Aspazya (otrzeźwiając się). Ja go pojmuję. (do Anaksagorasa). Powiedz mi wprost: lud żądania jego odtrącił...
Anaksagoras (zmieszany). Nie czekałem końca. Wzburzony opuściłem zgromadzenie w chwili, gdy Perykles śród wycia i złorzeczeń zawołał: ster nie przyrósł do rąk moich, opuszczam go więc i odstępuję godniejszym, niech z pomiędzy was wystąpią...

Aspazya. Z takiego szczytu... w przepaść... (dumnie). A kto tam od niego godniejszy? (wchodzi Fidyasz).
SCENA IV.
Ciż i Fidyasz.

Fidyasz. Zwycięstwo!
Aspazya. Powtórz!
Fidyasz. Z tysiąców piersi brzmi hymn chwały Peryklesa! Lud zatwierdził budowę Partenonu i mnie ją powierzył! O piękne mary, zstępujcie ku mnie z obłoków, po których was dotąd stęskniony ścigałem! Niech mi do oczu spłyną wszystkie krople rosy dzisiejszego poranku, ażebym mógł niemi wypłakać moją radość! W marmurowem łonie Pentelikonu spoczywa od wieków bogini Atena, którą ja stamtąd dłutem wydobędę i na Partenonie postawię.
Aspazya (podając mu rękę). Bądź tak wtedy genialnym, jak ja jestem teraz szczęśliwą. Anaksagorasie, zatrwożyłeś mnie napróżno.
Anaksagoras. Skąd mogłem się domyśleć, że Perykles okiełzna tę wściekłą burzę, która go unosiła, że dzikie wrzaski zamienią się w okrzyki jego tryumfu!
Fidyasz (do Aspazyi). Nie dziw się Anaksagorasowi, że zwątpił, jeśli wyszedł ze zgromadzenia wtedy, kiedy po mowie Tucydydesa jego arystokratyczna banda usiłowała zepchnąć Peryklesa z trybuny. Ale lud, na chwilę zbałamucony kłamstwami, wkrótce opamiętał się i odparł niecny zamach na swego trybuna, którego oskarżano, że chce zbogacić się przy Partenonie.
Aspazya. Potwarz nieodstępnie płynie za wielkim człowiekiem, jak rekin za okrętem, ciągle spodziewając się żeru.
Fidyasz. Ugodził on tego rekina śmiertelnie. Gdybyś widziała, jak rozszarpywał przeciwników dowodami, jak ich miażdżył wzgardą, jak chłostał dowcipem, byłabyś z niego jeszcze bardziej dumną, jeżeli bardziej dumną być możesz.
Aspazya. Gdzież jest ten mój tytan?...
Fidyasz. Pozostał; a mnie wysłał, ażebym cię natychmiast uwiadomił...
Aspazya. Co on tam jeszcze będzie robił? Czyżby... Nie!...
Diotima. Kalias przemawiał?
Fidyasz. Tfu! Kalias jest starym mułem. Przyniósł na targ to, czem go zła baba obładowała i sądził, że dobrze sprzeda. Wysypał najrozmaitsze bzdurstwa przeciwko Peryklesowi, wreszcie oświadczył, że na jego miejcu wystawiłby Partenon własnym kosztem. Gdy zaś Perykles rzekł: ustępuję miejsca Kaliasowi — złapany w własną pętlicę bogacz zaczął z niej głowę wyciągać. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiają się obok niego trzy koty...
Diotima. Tylko trzy!...
Fidyasz. Eurypides, spostrzegłszy je, zawołał: Kalias nie może zbudować Partenonu, bo ma przecież te dzieci! Zerwał się uragan śmiechu i zmiótł zawstydzonego Kaliasa, którego Perykles dobił słowami: obywatele, on chciał być poważnym!
Diotima. Kto teraz powie, że nie przyczyniłam się do wzniesienia Partenonu?
Aspazya. Zapewne...
Fidyasz. Czem?
Diotima. Koty były moje.
Aspazya. Uczcijmy wszakże tę zasługę tylko między sobą.
Diotima. Przeciwnie, sama ją obeślę po całych Atenach.
Aspazya. Bez potrzeby i bez celu.
Filezya. Nie wyzywaj odwetu.
Teora. Zwłaszcza, że Elpinika powodów do niego szuka.
Leja. Ona przywiąże się jak klekotka do szyi swego muła i rozgłosi jego krzywdę a twoją niegodziwość.
Fidyasz. I zaszkodzi wygranej sprawie.
Diotima. Śmieszności lękają się nawet bogowie a wy nie chcecie jej użyć przeciwko ludziom? Wyrzucacie ze swych kołczanów najostrzejszy grot? Wyrzućcie raczej mądrość, uczciwość, odwagę, bo one w walce częściej zawodzą! Oskubany przez was ze zwodnych pozorów głupiec, łotr lub tchórz opierzy się na nowo, jeśli go wypuścicie z rąk skrwawionym a nie śmiesznym. Wszystkie piętna dadzą się zmyć lub pozłocić: bogaty dzieciobójca może zostać opiekunem sierot, ale nikt nie wypiłby publicznie kubka miodu z Homerem, pomalowanym na niebiesko. Własna żona nie pozwoli dziś Kaliasowi rozpleść sobie włosów, a jutro go może zdradzi. Moje koty dokazały tego, czego nie dokazałaby nigdy wymowa Peryklesa.
Aspazya. I w to uwierzę, abyś tylko ten wypadek zachowała w tajemnicy.
Diotima. Ani myślę.
Aspazya. Dmuchasz w gorący popiół, który ci niewątpliwie oczy zasypie i poparzy. Nie jesteś obywatelką ateńską; gdy Elpinika poruszy swe stosunki i wpływy, sponiewierają cię i wygonią jak szkodną kunę. Nie łudź się siłą demokracyi, która dotąd jeszcze działa po za ustawami. Tu cudzoziemkom wolno zaledwie tyle, co strąconym z drzewa przez wiatr szyszkom: kurczyć się w deszcz i rozszerzać w pogodę, a zawsze oczekiwać tego, że czyjaś noga po nich przejdzie.
Diotima. Sama powiedziałaś, że żyjemy w okresie panowania kobiet.
Aspazya. Ostrożnych i roztropnych. Śmiałym zapewniono przywileje i swobodę, ale pod warunkiem, że będą ladacznicami.
Diotima. Puste strachy! Co znowu, czy po to przyjechałam do Aten, ażeby być w nich mądrą i unikającą światła dziennego sową? Ja pragnę używać życia pospiesznie, niewstrzemięźliwie, wesoło, bo jego nić niedługo się przerwie.
Aspazya (smutnie). Tracę w tobie przyjaciółkę, pomocnicę... Trudno, nie chcesz iść ze mną, leć z wichrem.
Diotima. Nie odpędzaj mnie, już zwijam skrzydła.
Aspazya (całując ją). Całe szczęście, żeś dobra. Anaksagorasie, zamianowałyśmy cię na bardzo zaszczytny urząd.
Anaksagoras. Jaki?
Aspazya. Opiekuna przytułku dla dziewczynek niewolniczych. Zamierzamy wykupywać te przysmaki męskie.
Anaksagoras. Najgorszy wybór! Dajcie pokój niezdarze, który ledwie umie opiekować się sobą i własnem dzieckiem.
Aspazya. Żądamy tylko, ażebyś nas sobą zasłonił przed areopagiem i nigdy się nie wyparł, że to zakład twój.
Anaksagoras. To moich zdolności nie przechodzi. Zdobędę się jeszcze na coś więcej: poproszę Tucydydesa, który obecnie przewodniczy arystokratom nietylko w polityce, ale i w spożywaniu owych przysmaków, ażeby poparł nasze przedsięwzięcie. Szczyci się bowiem, że ma najpiękniejsze w Atenach niewolnice. Darował nawet mojemu synkowi dorodną mamkę. (wchodzą Sofokles i Eurypides).

SCENA V.
Ciż, Sofokles i Eurypides.

Sofokles. Życzymy wam i sobie więcej dni takich.
Eurypides. Do tego domu szczęście się sprowadza...
Sofokles. Od dziś służba publiczna, a dla biednych nadto bilety do teatru będą przez państwo opłacane. Lud teraz może kształcić się i piastować wszystkie urzędy.
Aspazya. O niezapomniany dniu! Gdzież Perykles?
Sofokles. Układa się z posłami kilku miast, którzy przybyli dla zawarcia przymierzy i uznania zwierzchnictwa Aten. Nam polecił zanieść ci radosną wiadomość.
Aspazya. Promieniem słońca wypisałabym ją na sklepieniu niebios, ażeby zabłysła całemu światu.
Fidyasz (który rysuje, często spoglądając na Aspazyę, do siebie półgłosem). Wspaniałe linije!
Sofokles. Pierwszy popis ich wodza nie udał się. Tucydydes poczuł, że nie jest Cymonem.
Eurypides. Nawet przy pomocy Hermipa. I ten kiep składał także pierwszy egzamin swojego służalstwa. Niedawno jeszcze widziałem go w gwałtownym napadzie demokratycznym, którym swędził jak przypieczony korek — i oto dziś już mówił bardzo biegle o prawach szlachetnej krwi, o powinowactwie starych rodów z bogami, o przeznaczeniu ludzi, o szkodliwości dopuszczania klas niższych na stanowiska wyższe — słowem paplał tak, jak gdyby jego ojciec z Apolinem umizgał się do Dafny a on był owocem tych zalotów. Obok mnie stał pewien czcigodny obywatel, wielce ojczyźnie zasłużony, bo pod Tanagrą, licząc na pobojowisku poległych, ściągał im pierścionki — ten najzapamiętalej potakiwał Hermipowi.
Sofokles. Ale też posiekał go Protagoras, który bronił wniosków Peryklesa z całą swoją sztuką.
Fidyasz (j. w.). Protagoras? On i to umie?
Aspazya. Czemu z wami nie przyszedł?
Sofokles. Obiecał przyprowadzić jakiegoś młodziutkiego filozofa, którego nazywa źrenicą Aten.
Anaksagoras. Imię tego młodzieńca?
Sofokles. Sokrates.
Anaksagoras. Słyszałem o nim.
Fidyasz. Szpetny jak muza Hermipa.
Eurypides. Ale można się w nim przejrzeć, jak w najczystszem zwierciadle.
Aspazya. Ten Hermip, który kilkakrotnie przez różne osoby do drzwi naszych pukał i zawsze je znajdował zamknięte, bardzo mi się teraz podoba, bo przypuszczam, że będzie trapił arystokratów swojemi komedyami. Czytałam jedną: miała smak wody po wymoczonych gałązkach jaśminu. Słaba woń czyniła ją jeszcze bardziej mdłą.
Eurypides. O, smak jego utworów niezawodnie się poprawi: przejdą one zapachem pieczeni, które autor na pańskich stołach zjada. Bez talentu a za pieniądze trudno opisać drobną muszlę, ale łatwo opluć piramidę. Najmita zaś literacki nie jest obowiązany wyciskać dla swych panów miłość z serca, lecz dla ich przeciwników żółć z wątroby. Arystokraci nabyli Hermipa nie po to, ażeby ich sławił, lecz nas znieważał. Na to każdego stać.
Sofokles. Naturalnie, on jednak ma istotny talent.
Eurypides. W giętkim karku.
Aspazya. Obchodzimy dziś wielkie święto — nie mówmy więc o takim mizernym komarze: niech im brzęczy a nas kąsa. Hermip — nie Eschylos.
Sofokles. A któżby śmiał ich zestawiać! Eschylosa nie zastąpi nikt.
Eurypides. Nawet ty Sofoklesie?
Sofokles. Ja go wprawdzie pokonałem na igrzyskach, ale nie pokonam w historyi. Gdy żył, odpychał mnie nieraz swą arystokratyczną wyniosłością, swym religijnym fanatyzmem, pleśnią swych zasad; śmierć wszakże okryła całunem ułomności człowieka a odsłoniła potęgę geniusza, który jak dyamentowy kolos, czysty, błyszczący i twardy stanął niezaćmiony i nieprzewyższony w literaturze Grecyi.
Aspazya. Chyba tem jedynie niższy jesteś od niego Sofoklesie, że żyjesz.
Sofokles. Aspazyo, on stworzył Prometeusza.
Aspazya. Ale uczcił Zeusa, który tego Prometeusza, za wykradzenie ognia wiedzy z Olimpu, przykuł do skały i przez sępa wyszarpywał mu codziennie odradzające się wnętrzności. Ty zaś, Sofoklesie, a z tobą my wszyscy czcimy nie mściwego i okrutnego boga, lecz śmiałego człowieka, bohaterskiego męczennika, który wyzwał do walki tyrana niebios i poświęcił się dla ludzi. Najpiękniejszy to i najprawdziwszy mit, jaki kiedykolwiek usnuła wyobraźnia. Zawarty w nim dramat zaczął się przed wiekami a nie skończy się może nigdy — dramat przeszłych i przyszłych cierpień człowieka. Ze wszystkich też legend religii greckiej wierzę w tę jedną: tak, Zeus jest i Prometeusz jest — nigdy nie zginą i nigdy walczyć nie przestaną. Zdaje mi się nawet, że cała wiara ludzi w tym micie się zamyka, z tą różnicą, że jedni są czcicielami Zeusa, a drudzy — Prometeusza. My należymy do ostatnich: kradniemy ogień bogom nieba i ziemi, którzy nas za to przytwierdzają do skał nad przepaściami a sępom każą rozdzierać; my cierpimy, ale tymczasem ogień się rozżarza, świeci i grzeje, zapala myśl ludzką iskrami nowych prawd i natchnień. Tak będzie zawsze. Zeus i Prometeusz nazwą się inaczej, skała zamieni się na słup, krzyż lub stos, ale walka trwać będzie. Eschylos jej nie rozumiał, więc ją zamknął zwycięstwem boga i pokorą człowieka. Słusznie też przelatujący orzeł roztrzaskał czaszkę zniedołężniałego poety skorupą żółwia.
Fidyasz (ciągle rysując, spojrzawszy na Aspazyę szepcze). Pyszny model do Minerwy!
Sofokles. Sędziwa starość nie może pędzić z szybkością wieku młodego. My biegniemy jak dzieci, on stąpał powoli jak nasz ojciec. Ale i on miał swoją młodość — i on był Prometeuszem, bo prawdziwy geniusz nigdy się wstecz nie cofa i nigdy się nie poddaje.
Aspazya. Niech spoczywa w historyi zabalsamowany wszystkimi środkami nieśmiertelności, ale dla życia obecnego posiada on jedynie wartość szanownej mumii. W jego tragedyach ziemia wraz ze swymi tworami jest bezwładną i bierną bryłą, na której rozbija i biwakuje, rządzi i gospodarzy, lub tańczy i koziołki wywraca horda rozhulanych bogów: dla nas cała natura nie ponad sobą, ale w sobie nosi prawa i przeznaczenia. Człowiek Eschylosa dźwiga kajdany, twój, Sofoklesie — ledwie ostatnie z nich, wrośnięte w ciało ogniwa, a może człowiek Eurypidesa mieć będzie tylko sine po nich pręgi. A to jest wielki postęp nietylko w pisaniu tragedyi, ale i w pojmowaniu świata.
Eurypides. Legenda mówi dalej, że Zeus, chcąc za winę Prometeusza zemścić się na wszystkich ludziach, zesłał im czarującą dziewicę, która, mając puszkę napełnioną rozmaitemi nieszczęściami, otwiera ją ciągle a zamyka wtedy, gdy z niej chce wybiedz zwodna nadzieja. Pandorą jest każda kobieta i w twoich dopiero rękach, Aspazyo, nie widzę złowrogiej puszki, lecz dobroczynny róg obfitości. Całuję te ręce. (całuje).
Aspazya. Rówieśnicy łatwiej się rozumieją; ty się też ku mnie zbliżasz a Sofokles oddala.
Sofokles. Nie, Aspazyo, żałuję tylko, że za wami nie podążę.
Diotima (do Eurypidesa). Jedna z Pandor, Diotimą zwana, ciekawa jestem wiedzieć, jakie nieszczęście sprowadziła na świat twoja matka, urodziwszy ciebie?
Eurypides. Co najmniej krzywdę dziesięciu ludzi, bo za tylu piję wino.
Diotima. Dlaczego się ożeniłeś?
Eurypides. Dlatego, żeby żonę pomimo trzech synów wypędzić.
Aspazya. Istotnie?
Eurypides. Śliczną i cnotliwą Choirinę a moją małżonkę może od wczoraj każdy poślubić, kto chce mieć licznych przyjaciół domu. (do Diotimy). Jeśli zaś poznasz, obywatelko, jakąś niewinną dzieweczkę, której będę miał zaszczyt oko zapruszyć, to proś ją, ażeby mi pozwoliła choć krótko po pierwszej odpocząć.
Diotima. Ja pozwalam.
Teora i Filezya. Jak najdłużej.
Leja. Za mężczyzną, którego jedna kobieta opuściła, inne się nie spieszą. Pod tym względem istnieje między nami solidarność.
Eurypides. Nietylko pod tym. Jesteście podobne do siebie jak cytryny: jedna od drugiej ma grubszą lub cieńszą skórkę, ale wszystkie kwaśne i cierpkie. Natura, tworząc was, nie wysilała się na rozmaitość — zrobiła dwie formy: brzydką i piękną, które kolejno napełnia mięszaniną obłudy, złości i niskich pożądań. Czasem myli się i w formy te wkłada z doskonalszych pierwiastków przygotowany materyał męski — i wtedy powstaje Safo, Aspazya lub jakaś inna omyłka natury.
Diotima. Nazajutrz po wypędzeniu żony trudno być łaskawszym dla kobiet. Za rok będziesz jednej z nas mówił inaczej...
Eurypides. Nie.
Diotima. Nawet do ucha?
Eurypides. Do ucha nie jednej z was mówić będę daleko wcześniej, niż za rok. Wcale kobiet się nie wyrzekam, bo nie mogę, tylko wiem, co warte.
Diotima. Od wczoraj.
Eurypides. Chcesz koniecznie obywatelko zrobić ze mnie zawiedzionego męża, złorzeczącego za swą krzywdę całej płci niewieściej — i chybiasz. Wprzód poznałem niewierność kobiet, niż ostrość brzytew. Zwykle kto bierze żonę, łapie i oswaja dziką kaczkę, która mu ucieka na sąsiednie bagno wtedy, kiedy sądził, że polubiła jego czysty staw. Żenić się wszakże trzeba, bo lepiej mieć swoją własność, chociaż wątpliwą, niż kraść cudzą. Ja bym nawet pozwolił mężowi mieć po kilka żon, ażeby one wzajemną zazdrością hamowały swe przyrodzone wiarołomstwo. Byłoby to dla nas kosztowniej, ale wygodniej. Mężczyzna nie może dopóty ufać kobiecie, dopóki ona z współzawodniczkami nie walczy o niego. Co do mnie zbłądziłem, bo nie zachowałem tej ostrożności.
Diotima. Niewątpliwie, masz prawo lekceważyć wszystkie, które cię pokochają.
Eurypides. I te, które mnie nie pokochają. Jestem mężczyzną, więc tworem, przez który natura objawia swoje najwyższe potęgi — to dosyć, ażebym jak lew patrzał wzgardliwie na robaki, które go mogą szczypać, nawet stoczyć, ale nie posiadają jego siły i szlachetności.
Anaksagoras (do Aspazyi). Mój uczeń, ale nie moja nauka.
Sofokles (do Eurypidesa). Złym byłbyś bogiem, chociaż jesteś dobrym człowiekiem: dla zemsty naruszyłbyś harmonię świata...
Eurypides. Naprzód tak właśnie czynią podobno wszyscy rozgniewani bogowie, a powtóre owa mniemana harmonia istnieje tylko dla niewielu szczęśliwych. Dla ogółu ludzi świat — to stara, niedostrojona, łamiąca ustawicznie swe kółka maszyna, której naprawić nie można, bo odrazu źle była zbudowana. Najwadliwszą zaś jej sprężyną jest kobieta, która swą przewrotną miłością jak rdzą przeżera najtwardsze serca męskie.
Aspazya. Rzuć klątwę, Eurypidesie, na arystokratyczną rozpustę, z której zepsutych piersi wyssałeś tę niezdrową gorycz, i zostań między nami, a znajdziesz kobiety uczciwe i będziesz je szanował. Wierzę ci, że znasz tylko przebiegłe żmije, boś innych w gnijącym zbytku nie widział; masz więc słuszność, ale z nią nie wychodź po za granice tej sfery, w której się urodziłeś, wychowałeś i rozczarowałeś.
Eurypides. Na początku świata nie było arystokracyi, czemuż starożytne podania w pierwszym mężczyźnie przedstawiają ojca cywilizacyi, a w pierwszej kobiecie matkę niedoli człowieka?
Aspazya. Początek świata zawsze ludzie tak zmyślają, jak dalszy jego ciąg chcą utrzymać. Ze wszystkich darów przyrody i łupów, jakimi mężczyzna zawładnął, żadnego nie zmarnował w tym stopniu, co kobietę. On gorzej się z nią obszedł, niż z ziemią, której płodność pomnożył, niż z drzewami, których owoce udoskonalił, niż ze zwierzętami, które w lasach łapał i hodował, bo nietylko wyzyskiwał jej pracę, ale przytępiał umysł i znieprawiał uczucia. Nasza szczepiona jabłoń bardziej swem ukształceniem przewyższa dziką, niż ucywilizowana kobieta — barbarzyńską. Mężczyzna spożywał sam dobrodziejstwa postępu, kobiecie dawał zaledwie jałmużnę; on szedł naprzód jak zakamieniały skąpiec, ona za nim jak pokorna żebraczka. W poniżeniu też zatraciła lepsze popędy a rozwinęła te, które jej niewolę czyniły znośniejszą. I ty żądasz, Eurypidesie, ażeby ona nie pełzała po ziemi, kiedy jej pozwolono tylko prześlizgiwać się przez szczeliny życia? Czy ty nie słyszałeś, co to jest w kobiecie wiedza, samodzielność, energia? Bunt niemoralny.
Eurypides. A więc niech się buntują.
Aspazya. Mają tę odwagę wszystkie, które tu widzisz
Diotima. Pójdziesz ze mną jutro do teatru na tragedyę Sofoklesa?
Eurypides. Z tobą? Ależ to byłoby gorszącem...
Diotima. Ha, ha, ha — to zuch! A nam każe się buntować.
Eurypides. Pójdę.
Fidyasz (do Aspazyi). Przejrzyj ten szkic Partenonu. Na wierzchu stoi bogini opiekunka miasta.
Aspazya. Do mnie podobna?
Fidyasz. Będzie jeszcze podobniejsza. (do Eurypidesa). Gdybyś był rzeźbiarzem, nie gniewałbyś się na kobiety. Powiadam ci, mają one czasem tak cudne kształty, że przy nich najzimniejsza cnota wyparuje. (wchodzą Protagoras i Sokrates).

SCENA VI.
Ciż, Protagoras i Sokrates.

Protagoras. Pokłon dostojnemu areopagowi. Tyle tu rozumu Aten się skupiło, że trudno na ulicy spotkać rozsądnego człowieka. (do Aspazyi wskazując na Sokratesa). Sokrates, młodzieniec, który dotąd rzeźbił marmurowe głowy, a teraz chce rzeźbić ludzkie mózgi.
Aspazya (do Sokratesa). Będziesz wielkim, Protagoras już nosi przed tobą twoją sławę, on, który mnie...
Protagoras. Aspazyo, za jedną winę jedna kara: nauczyłem małego niewolnika czytać, jak żądałaś — nie powinnaś mi więc przypominać, że kiedyś wprzód cię obraziłem, niż poznałem.
Aspazya (podając mu rękę), Tem bardziej, że dziś za obronę Peryklesa jestem ci wdzięczną. (do Sokratesa). Nikt mi o tobie dawniej nie wspomniał — z Aten pochodzisz? (Sokrates milczy).
Protagoras. Mój towarzysz zaniemiał.
Aspazya. Anaksagoras rad cię usłyszeć.
Eurypides (do Sokratesa). Co tobie?
Aspazya. Usiądź Sokratesie.
Sokrates (który ciągle wpatrywał się w Aspazyę, siada u jej stóp — błagalnie). Nie mów do mnie...
Aspazya. Czemu?
Sokrates. Nie mów... Duch, który mnie nigdy nie odstępuje i rady szepcze, odszedł i zabrał mi rozum. Ale on ośmieli się i wróci. Tak Ateny ulepiły to dziwadło, wycisnąwszy mu brzydotę w twarzy, a cześć dla piękna w sercu. Koło potworu pląsają z szyderczym uśmiechem rozmaite czary ziemskie, których on dosięgnąć nie może. Promienie jutrzenki są mętniejsze od twych spojrzeń. Uśmiechasz się litościwie, najpiękniejsza z istot, nazwanych kiedykolwiek imieniem kobiety. Nie sprawiam ci wstrętu, a mali chłopcy, ujrzawszy mnie na ulicy, tulą się w fałdy ubrania ojców. Bo też mnie nikt nie kocha, tylko własna moja dusza.
Aspazya. Jesteś tak młody...
Sokrates. Głos twój brzmi jak dźwięk strun arfy eolskiej, muskanych wiosennym powiewem i miłe tony wlewa do piersi mojej. Młody jestem — mówisz. W szpetnem ciele dusza szybko dojrzewa, bo chce co prędzej z niego wylecieć. W twojem ona rozkoszuje się — nie starła z niego jeszcze ani jednej barwy dziewiczej. Zawstydzone róże pozwijałyby w pączki swe kielichy, gdybyś ty stanęła między niemi.
Aspazya. Poeta z ciebie — i wymowny...
Sokrates (powstawszy nagle). Ocuć się, Sokratesie! Chodź mój duchu i strzeż mnie... Aspazyo, to była szczera, młodzieńcza modlitwa... Eurypidesie... Protagorasie... Anaksagorasie, raczyłeś zauważyć myślący pył. Jestem — jak twierdzi moja matka — darmozjadem i nicponiem, bo chodzę po niwie filozofii i pielę z jej plonów chwasty. Zaczepiam ludzi, którzy mniemają, że wiedzą wszystko i przekonywam ich, że nie wiedzą nic, że nasypują ciągle piaskiem dziurawe worki lub nadymają wiatrem pęcherze i uginają się pod nimi, jak gdyby dźwigali wielkie ciężary.
Anaksagoras. Odbierasz chleb sofistom.
Sokrates. Nie odbieram go, bo te pęcherze przekłuwam darmo.
Anaksagoras. Czego uczysz?
Sokrates. Odróżniać grzyby, które zbieramy w lesie poznania i z których składa się cała wiedza. Są między nimi lepsze i gorsze, pożywne rydze i szkodliwe bedłki, ale ostatecznie są to grzyby: najlepsze ich gatunki trzeba spożywać młode, bo szybko gniją. Dzisiejsza prawda może jutro stać się fałszem. Kłamstwo jest trującą bedłką a przesąd robaczywym grzybem — filozof właśnie powinien je wyrzucać z koszów ludzi ciemnych, ażeby nie chorowali moralnie. Bo do cnoty prowadzi droga przez wiedzę... Zbrodniarz jest nieoświeconym lub źle rozumującym głupcem.
Protagoras (do Anaksagorasa). Ten człowiek wcześnie obudził się i przetarł sobie oczy.
Anaksagoras. Szeroko je otworzył.
Protagoras. Mądrze mówi, chociaż ten jego wywód również możnaby obalić.
Aspazya (do Sokratesa). Odwiedzaj nas często — będziesz zawsze pożądanym.
Sokrates. Tak cudnie prosisz, że duch mój znowu mnie opuścił. (siada u jej stóp). W wieczności unoszą się ideały wszechbytu, które rzucają odblaski na życie ludzkie. Ty jesteś ich najczystszem odbiciem.
Aspazya. Tylko mnie oglądasz — może później będziesz słuchał. Anaksagorasie, obiecałeś odczytać nam swoją rozprawę o mitach — przyniosłeś rękopis?
Anaksagoras. Owszem — ale zamilczcie o jego osnowie przed każdym, dla kogo jestem w Grecyi zbyteczny. Praca ta musi zginąć a może i ja z nią, niechże przynajmniej ten los na nas poczeka. (czyta). »Wszelkie mity o stworzeniu świata i jego dziejach pierwotnych należą do poezyi, a dla nauki nie posiadają żadnego znaczenia, prócz wartości symbolów, które...« (wchodzi Perykles).

SCENA VII.
Ciż i Perykles.

Aspazya. (rzuca się na szyję Peryklesowi). Całe Ateny powinny cię tak kochać, jak ja.
Perykles (ironicznie). Ach, gdybyś ty, moja tęczo, kiedykolwiek zobaczyła całe Ateny! (do obecnych). Pozdrawiam was przyjaciele.
Aspazya. Jesteś wzburzony...
Perykles. Bo Ateny — to nietylko wy, nietylko wielkie umysły i charaktery, dążące do wielkich celów, nietylko poczciwy, choć zmienny lud, Ateny — to także arystokratyczne kruki i przeróżna padlina społeczna, wśród której gniją moi własni synowie. Starszy z nich lżył dziś pijany przechodzącego ojca, zmęczonego pracą w służbie narodowej.
Aspazya. To nie powinno cię już boleć...
Perykles. I nie boli tak, jak nowa zdrada arystokratów, którzy nagle wyruszyli pod Koroneję, gdzie tajemnie od kilku dni założyli obóz i dokąd król Pleistonaks spieszy z wojskiem spartańskiem.
Wszyscy. Wojna!
Sofokles. Zarazo wytęp nawet nasienie tych podłych zdrajców!
Fidyasz. Tfu! Nędznicy! (gwar zmieszanych głosów).
Aspazya (do Peryklesa). Pewnaż to wiadomość?
Perykles. Przybyli gońcy.
Aspazya. Ale ty nie pojedziesz, Peryklesie! Oni chcą cię wywabić z Aten, ażeby je opanować przy pomocy jawnych i ukrytych w mieście spiskowców.
Perykles. Podzielę się niebezpieczeństwem, ale go innym całkowicie nie ustąpię.
Aspazya. Tu grozi największe! Błagam cię mężu drogi, którego nawet moje przeczucia nie zwiodły...
Wszyscy. Zostań Peryklesie!
Perykles. Nie możemy tu tworzyć rady, chodźmy zapytać narodu, komu i gdzie walczyć każe. (mężczyźni wychodzą).
Diotima. Aspazyo, odbiegła cię nadzieja?
Aspazya. Ze słońcem zachodzi dla nas szczęście dnia dzisiejszego, ale jutro słońce wstanie a z niem i nasze szczęście zaświeci.

(Zasłona spada).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Świętochowski.