Zygmuntowskie czasy/Tom III/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
IV.
JAN Z TĘCZYNA W HISZPANJI.
(Paprocki Herby 32 f).

Wiecie Waszmość, ozwał się czytający do swoich słuchaczy, jako się pan Jan z Tęczyna za pozwoleniem a rozkazaniem miłego pana rodzica swego, w podróż odprawił, naprzód na dwór cesarza Ferdynanda, gdzie pacholęciem był czas długi. A choć tu się mógł dostatecznie sprawom rycerskim przypatrzyć i wyuczyć ich, nie było mu tego jednego dosyć. Pomyślał później jakby się udać na peregrynacją do dalszych krajów chrześcjańskich, aby widzieć hominum mores.
— Gdyby tak mnie kto wziął, choćby za pachołka, rzekł jasnowłosy, w koniec świata bym ruszył.
— Milcz, a nie przeszkadzaj.
— Milczę. To powiedziawszy wychylił się jasnowłosy i począł kredą po żupaniku tyłem doń stojącego towarzysza rysować oślą głowę.
— „Miły pan rodzic, mówił dalej trzymający księgę, uczynił synowi tę powolność, żądze jego pochwaliwszy, listy mu od króla z kancelarji wyjednał do innych dworów, miał też pan Tęczyński cesarskie do królów i książąt ziem rozmaitych, do papieża, do króla hiszpańskiego, francuskiego, królowej angielskiej, króla portugalskiego i innych wielu.
— Kiedy już ma listy, niechże rusza w drogę, ozwał się jasnowłosy, schnę czekając jak go tracić będą.
— Co dalej następuje, własne jest opowiadanie pana Tęczyńskiego, które z księgi familijnej na to od wieków utrzymywanej, aby w niej sprawy wielkie i pamięci godne wpisywać. Pan wojewoda pozwolenie wziąwszy, wyjąć kazał. Słuchajcie... To właśnie jakby gadał sam pan Tęczyński.
— Słuchamy.
— „Nie będę waszmościom opowiadał, czytał z karty chłopiec, jako mi wielkie służyło szczęście w gonitwach a turniejach na dworze każdego, a raczej napomnę tylko, co mi się przeciwnego trafiło w hiszpańskiej ziemi. Z Rzymu bowiem wyrobiwszy sobie podług myśli mej listy u papieża do inszych państw królów, odpocząwszy w stolicy onej stawnej, gdzie tyle ciekawości widzenia godnych znalazłem, przypatrzywszy się obyczajom włoskiego ludu, wielce osobliwym i cudnym, umyśliłem dalej jechać...
Posłuchajcież tylko co mi się trafiło w francuskiej i hiszpańskiej ziemi, gdziem o włos, z dopuszczenia Bożego życia nie utracił, bo po tylu fortunnych rzeczach, przypadły i nieszczęścia, jako to więc bywa w peregrynacji.
Jadąc naprzód przez Francją do Hiszpanji, ziemią Gaskońską zwaną, kędy lud wielce zły jest i mściwy nad wiarę. Przyjechawszy nad morzem do jednego miasta, którego już nazwiska nie pomnę, zachciało mi się ostryg. Rzekłem tedy postulonowi, aby nabrawszy ich w worek wiózł za mną, które on wziąwszy w woreczek, uczepiwszy do konia, ruszył. Wyjechaliśmy z onego miasta i w mili już byliśmy jako pomnę na polu czystem, gdy postulon począł zwalniać kroku folgując swej szkapie i ostawać odemnie począł. Napomniałem go aby rychło jechał, ale on słuchać nie chciał, powtórzyłem to powtóre i po trzecie, ale on się niezdara oglądał tylko i po swojemu wlókł jak przedtem... Kiedy tak, rzekłem mu rozgniewany, zostań, że się, a ja pojadę dalej bez ciebie. Na co on obruszywszy się znowu, począł mi łajać różnemi owemi tamtych krajów wymyślnemi przekleństwy i w dodatku grozić. Nareszcie porzuciwszy ów worek ostryg, jął się do szpady, którą miał u boku i skoczył na mnie.
Jam nie od tego, choć i z prostym plebejuszem w potrzebie się zmierzyć, a więc do swej także. Ale jakoś z konia się biorąc, noga mi w szerokiem strzemieniu uwięzła, żem się zeń dobyć nie mógł, z czego korzystając postulon, ciął mnie po ręku, tak, że tylko co ręki nie odrąbał. Tu ja wymknąwszy nogę i konia zbywszy, na niego przypadnę i tnę go raz, a drugi, ażem brzydko okrwawił, zaczem na konia jego prędko przypadłszy, na którym tłumoki moje były nie małe, pobieżałem do posty.
Straszno mi było, abym w owym kraju cudzoziemskim za te rany wedle ich prawa nie odpowiadał, zafrasowałem się wielce, gdy mnie spytano o postulona. Alem ich odprawił tem, że mu koń ochromiał, aż się zostać musiał, więc lekko jedzie oddawszy tłumoki. Pospieszając zaś, nimby przybył ów postulon siadłem na inne konie i choć wieczór był, biegłem przeciwko nocy i noc całą bez oddechu.
Ale to był dopiero początek owych przygód, które mnie czekały na drodze hiszpańskiej... Jechałem dalej do Valadolid spokojnie, odbierając pieniądze w bankach, gdzie miły pan rodzic one mi posłał na ręce kupców.
Ostatnia już posta przed Valadolid, a był wieczór późny, zajechaliśmy do pewnej austerji, które tam zowią posada, aby spocząć. Nawinął się gospodarz i podnosząc latarkę ku mnie, chwilę zadziwiony postał, potem kłaniając się, zawołał:
— Mile witam u siebie hrabię z Tęczyna.
Obejrzałem się zdumiony zkąd mnie znał, aliścim go także sobie przypomniał zaraz. Był za moich pacholęcych czasów na dworze cesarskim ów Hiszpan, człek dobry i spokojny. Począł mi tedy wielką chęć okazywać i zatrzymywać u siebie bardzo gościnnie nie puszczając dalej. Chciałem był zaraz tego wieczora jechać do Valadolid, ale mi nie dał ruszyć.
— Hrabio, rzekł, daj się namówić na noc, bo ja wiem dla czego was wstrzymuję. Miasto Valadolid właśnie wielkim pożarem goreje, niebezpieczno teraz cudzoziemcowi wjeżdżać i ukazywać się, gdzie lud nieszczęściem rozjątrzony, każdego posądzić gotów że za jego sprawą złe się stało, zwłaszcza iż rozchodzą się wieści, jakoby podpalaczami byli ludzie jacyś obcy, nieprzyjaciele kraju. Zaczem — dodał — przenocujcie u mnie, a ja was jutro z rana do miasta przeprowadzę.
Rozmyśliwszy się tedy, postanowiłem u niego przenocować, zwłaszcza na jego dobrą dla mnie chęć zważając, i tak przy wspomnieniach cesarskiego dworu, za którym ów Hiszpan wzdychał, bo tam nie małe pieniądze zebrał, przeciągnęła się ochota długo w noc, że ja co rano miałem wstać, zasnąłem potem do południa i wyjechałem aż po rannym obiedzie. Ów Hiszpan jak był przyrzekł, prowadził mnie sam do miasta. — Ledwieśmy się do niego zbliżyli, postrzegliśmy dymy czarne nad niem i płomię żółte, całe place i ulice wygorzałe do szczętu, kędy pożar przeszedł. Wśród tej klęski, wlekli się kupami ludzie różni osmoleni, odarci, tumulty czyniąc, jak to bywa w podobnych razach. Ale Hiszpan mój mijał ze mną zręcznie kupy pogorzelców, gdy unikając ich wpadliśmy z deszczu pod rynwę jak pospolicie powiadają. Albowiem najechaliśmy na tych, co ich zowią Aguzeli (Alguazil), którzy są jakoby gwardją locum tenenti miasta tego.
Ci naprzód poczęli nas pytać, co za jedni byliśmy? Na co odpowiedział im Hiszpan, który mnie znał, żem był cudzoziemcem znakomitym, podróżującym dla swojej ciekawości. Nie spełna to oni zrozumieli, albo i nie chcieli może dać wiary, poczęli znowu pytać, którym imię moje powiedziałem i z dodatkiem podobno dla nich, bo mnie tak obcesowo naskoczyli jak zbójcy jacy. Na to oni w wielką furją wpadli, a nie słuchając gospodarza rzucili się otaczając nas. Jam do szpady nie miał czasu bo ich było wielu, z koni mnie wnet ze sługami zsadzili, tłomoki poodpinali, szpadę mi jeden oberwał, któremu gdy się bronię, drugi za puinał com go u pasa nosił pochwycił, inny za czapkę z bogatem spięciem, ale tej przecie nie dałem, broniąc się w ciżbie jakem mógł.
Odemnie rzucili się do sługi, który u pasa na sznurku miał klucze od wszystkich tłomoków, te mu naprzód odebrać chcieli, ale ja widząc to i wiedząc, że gdyby to odebrali, mogliby mnie łatwo zgubić: bo za kluczami temi były papiery i listy, z których mogłem dać sprawę o sobie, sam naprzód za klucze owe ręką chwyciłem. Poskoczył jeden z tego chłopstwa i zaczął je rwać do siebie — ja nie daję. On dobywszy miecza rękę mu odciąć grozi.
— Tnij, rzekę, nie dam. Aż się pomiarkował, gdy go postulon z gospodarzem poczęli uśmierzać i odszedł. Ja za klucze dopiero i do siebiem je wziął. Tak mnie pan Bóg od kalectwa ochronił; alem inaczej uczynić nie mógł, wiedząc że tam wiele ludzi niewinnych ginie tym sposobem, gdy pojmawszy rzeczy rozchwycą, listy popalą, a nareszcie i samego stracą bez wiary. Otóż gdy się to dzieje, właśnie wielkie było zamięszanie w mieście z powodu kupców, którzy dojść nie mogli, czyją sprawą tak szkodliwy ogień został podłożony. Chwytali więc każdego cudzoziemca, a drugich i męczyli srodze, aby się czegoś dowiedzieć.
Gdym tedy kluczów nie dał, otoczyli mnie ci ludzie do koła, a zebrało się ich we dwoje, tłum wielki ludu ze wszystkich stron, któren widział jak mnie szarpać poczęto. Pochwycili prowadzić mnie Algazilowie, a sług moich osobno, do gubernatora miasta, przez ulice płonące jeszcze, jakby złoczyńców jakich wiodąc i krzycząc, odgrażając się straszliwie. Gospodarz ów ze sługi memi i postulon szli także; postulon bowiem konie miał nazad prowadzić.
Na zakręcie ulicy wśród tłumu i zgiełku, spojrzę ja, com ledwie oczy dla sromu wielkiego śmiał podnieść, ażci jadą na koniach strojno i pańsko jacyś rycerskiego stanu ludzie; a obaczywszy tłum, stali w miejscu. — Spojrzę powtóre i zdumiałem się zrządzeniu opatrzności, poglądam jeszcze, aż oto jeden z nich poskoczy do mnie.
— Co to jest? Hrabia z Tęczyna? nie mylę się?
— Jam jest! ja — nie mylicie się. —
— Dla czegoż cię wiodą? zawołał drugi do mnie, i wstrzymali ową gwardję.
— Alboż wiem, za co w waszej ojczyźnie, rzekłem, spokojnie podróżujących zatrzymują i grabią?
Poczęli tedy oni na żołnierzy hałasować, ale to nie pomogło. Byli to: Conte di Luna znany mi z cesarskiego dworu, gdzieśmy razem z dworzanami pacholęty byli, Dundzian, Mamilcza i Robulus wielcy moi przyjaciele, z któremi miałem dawną zażyłość, pozsiadali zaraz do mnie z koni, czapkę mi włożyli, którą był zdarł jeden z tych chłopów, ową gwardją sługom swym rozpędzić kazali i między siebie z uczciwością wziąwszy, sami poprowadzili do Vicegerenta.
Srodze tak byłem moim tym wstydem zażarty, że gdyśmy przyszli do niego, nie powitałem go grzecznie ani hiszpańskim językiem, ale po łacinie. Ten mnie zapytał:
— Alboś Niemiec?
— Polak jestem, odpowiedziałem, hrabia z Tęczyna. Zatem poświadczyli moi towarzysze znajomi, ale on zażądał dowodów i wymagał ukazania listów moich. Odpowiedziałem, że tego uczynić nie mogę, bo mi wszystko zabrano i tłomoki i listy. Kazał je przynieść a były one na szczęście moje u Duńczynina Mauryki jednego z owych towarzyszy com ich spotkał, z którymi pospołu służyłem cesarzowi, za co dziękowałem Bogu. Bo gdyby je byli chwycili ludzie inni a rozpatrzyli sami, znaleźli by tam dwie rzeczy, wielce mi szkodzić mogące. Naprzód księgi sługi mego Celiusza, którego ojciec heretyk wielki, mieszkający w Bazylei (zwał się Celius secundus Curion), wydał był z Waldezjuszem (Janem) przeciwko papieżowi. Te gdyby byli napadli, sługa by pewnie poszedł na stos, a i panu Bóg wie coby się było dostało. Druga, miałem w owych tłomokach kilka przyprawnych kunsztów w racach z prochem, a te zobaczywszy, bez wszelkiego miłosierdzia byli by mnie spalili, gdyżbym się popadł w mniemanie, żem niemi miasto podpalił. Wszakże te race były w tłomoku uwinięte w koszulę; a że jakoś około tego czasu spalono kilka miast i Valadolid właśnie gorzało, o którem mówiono, że poszedł ogień z podpalenia, byłbym przypokutował niewinnie. Były także w tym tłomoku listy do królowej angielskiej, które zobaczywszy, jął mnie pytać Vicegerent, jakiej byłem wiary!
Rzekłem, katolik. Conte di Luna z drugiemi poświadczyli, że tak było.
A chociażem mu dowodnie listy pokazał, com za jeden był, rozjątrzony odpowiedzią moją, odesłał mnie do więzienia, do rozkazu królewskiego. Zaczęli go więc prosić znajomi aby puścił mnie na rękojemstwo, ale i tego rozjadłszy się uczynić nie chciał, a zatrzymał mnie w niewoli, gdziem się dobrze biedy najadł. Pisałem tedy do ks. Piotra Wolskiego Dunina z domu Łabęciów, który naówczas był w legacji do dworu hiszpańskiego od króla Zygmunta Augusta, a skoro go moje listy doszły, natychmiast rozkazano mnie oswobodzić, czego musiał Vicegerent dopełnić, acz mu się nie chciało.
Jechałem więc do króla ze skargą na owych hamowników i szarpaczy, co po drodze spokojnych ludzi zatrzymywali i otrzymałem sprawiedliwość, a nawet doświadczywszy łaski królewskiej, znaczne upominki odniosłem. A miałem tam i na dworze królewskim przygodę. Był Hiszpan niejaki nazwiskiem Cornero, poprzyjaźnił się ze mną, bywałem ja u niego, on u mnie w gospodzie z innemi, z któremi grywaliśmy często. Raz tedy przegrał do mnie ów Hiszpan sumę nie małą, ale jej zbytecznie żałując, chciał mnie zmusić abym mu ją powrócił. Nie mógł jednak tego dokazać, postrachem odgrażał się na mnie, z czegom ja ufając sobie naigrawał się jeszcze. Jednego wieczora wracałem od przyjaciół ulicą, a ciemno było choć oczy wykol; nagle zastąpi mi drogę, przed gospodą prawie, kilku płaszczami zawiniętych ludzi, chcąc mnie zelżyć. Jam wszakże ostrożny będąc, wziął się do szpady i przyparł do muru. Owi najęci siepacze ku mnie skoczą, ja po nich wezmę się rąbać tak, że pouciekali, sam też Cornero w tej potyczce ranny, tył podać musiał i więcej mnie nie zaczepiał.
Od tej przygody jakiś czas omnia feliciter succedebant. Zamierzyłem do Portugalji jechać, gdzie sama królowa rządziła naówczas, sprawując królestwo dla młodych lat króla. Tu z nawiedzenia Pańskiego złożony byłem ciężką chorobą, aż o mojem zdrowiu lekarze już małą nadzieję robili, ale za wielkiem staraniem i pilnością na dworze królowej, od której nie mało dowodów łaski i serca doświadczyłem, także za staraniem kardynała Malvecego, przyszedłem do pierwszych sił, acz nie prędko jednak.
Wróciłem ztąd znowu do Hiszpanii — i w drodze trafiło mi się jechać przez Granadę, dawną Maurytańskich królów stolicę, gdzie sławne budowy niewiernych ręką wzniesione, prawie czarodziejską pięknością zdumiewają. Kilka tu dni zabawiwszy, wyjechałem pod wieczór z miasta w dalszą podróż. Ledwieśmy w lasku stanęli z mulnikiem na popas, aż ujrzałem kawalkatę znaczną znajomych moich, którzy za mną gnali, chcąc mnie przytrzymać jeszcze dla przyjacielskiej biesiady. Nie mogłem wszakże bawić się dłużej z niemi dla pośpiechu, a poznać im się nawet dać nie chciałem. Zakrywszy więc twarz płaszczem, udałem sługę, słudze zaś panem być kazałem, a tak mnie młodzież owa, spojrzawszy pominęła. Zaczem spocząwszy i ja w drogę, pomyślałem sobie, żeby to tak może najlepiej było resztę podróży odbyć sługą niby będąc, a Celjusza panem czyniąc. Celjusz bowiem różnych ziemi języki dobrze znał i obyczaje, z ludem grubym i prostym doskonale sobie począć umiał.
Tu się przebrawszy wedle tej myśli, wjechaliśmy w góry, które się ciągną za Granadą, zowią się one Sierra Nevada, wierzchołki ich pokrywają śniegi i lody wieczne, zkąd nawet latem do miasta dla ochłodzenia wody, biedni ludzie bryły lodowe zwożą. Natrafiliśmy właśnie na wezbrany strumień i szeroko w jarze rozlaną wodę. Pytam przewoźnika: Czy można przez nią? Milczy.
Pytam go powtóre, czy muły przepłyną? potrząsa tylko głową i okazuje, że to trudno będzie. Ja tedy wtykam mu w rękę sztukę srebrną, aby pojechał próbować. Puścił się na jednym mule. Pókiśmy jeszcze około brzegu probowali i umawiali się, noc nadeszła, ale szczęściem księżyc był i świecił jasno, jakby naumyślnie. Już był przewodnik na drugiej stronie i wołał na nas abyśmy za nim płynęli. Ja tedy mojego muła ku wodzie skierowałem, ale iść nie chciał, począłem go bić, stoi właśnie jak mówią — gdyby muł uparty, słudzy go kijmi poczęli okładać, ale i to nic nie pomogło. Tymczasem przewodnik z drugiego brzegu woła, abyśmy płynęli prędzej gdyż nas mogą Maurowie błąkający się napaść i o gardło przyprawić. A muł jak nie chce tak nie chce w wodę. Naówczas Celjusz, który pana udawał, probuje swego muła, czyby za tamtym i mój łatwiej nie poszedł; w wodę go wpędził ale zaraz od brzegu ponurzył się, z siodła spadł, że go całkiem widać nie było i tylko muł spłynął na wierzch, bo go woda wyniosła i patrzeliśmy jak płynął niosąc na sobie szkatułkę moją z kotkiem morskim, którego wiozłem dla ciekawości do naszych krajów.
Gdy się to dzieje, a ja wyrzekając wielce za Celjuszem stoję, nadbiega jakaś hałastra z pochodniami. Woda też ta gwałtowna, z gór idąca, potrochu była opadła, poczęli szukać sługi, ale nie znaleźli tylko muła którego prąd uniósł i wbił pod jedno drzewo u brzegu.
Zatem zebrawszy co było zostało z owej nieszczęśliwej przeprawy, udaliśmy się z tem chłopstwem do wsi, gdzie była austerja. Zaraz się tedy wieść rozniosła, że jakiś cudzoziemski pan utonął, którego słudzy tylko pozostali (bom ja, jak wiecie, postać na siebie sługi wziął). W owej wsi starszy począł na mnie intrygować odebrawszy wszystkie rzeczy i tłomoki i kosztowności i com tylko z sobą miał. Tej nocy trzymali mnie pod strażą, a nazajutrz z rana zebrawszy ludzi wszystkich, poszli szukać utonionego. Znaleźli Celjusza daleko od owego miejsca, a przy nim paczki z kosztownemi ubiorami mojemi i rzędami na konie, także na nim ubior ze złotem, na palcach jego kilka pierścieni, drugie w kieszeni. Szli pytać mulnika, który powiedział jak widział że tamto był pan, a my słudzy.
Włożył tedy starszy owej wsi potwarz na nas, żeśmy pana swego utopili umyślnie i odgrażał się że nas wszystkich potraci.
Prosiłem go najmocniej, aby posłali po dowody do gubernatora od którego byliśmy tylko dwie mile, ale tego nie chciał uczynić, bo tam taki jest zwyczaj, że każdy sobie pan. Posadzono mnie z ludźmi razem do kłody. Było to jakoś, jeśli dobrze pomnę we Środę, tak żem ja i przez Czwartek przebył w srogiem więzieniu, a pojąłem dobrze, że ów starszy umyślnie chce nas potracić, aby zabrał tłomoki kosztowne, bo gdyśmy do niego po hiszpańsku mówić poczęli, rozumieć nas nawet nie chciał.
Tamem się już Bogu tylko, a Najświętszej Matce jego polecał, noc całą nie spiąc, srodze się frasując i pana rodzica mego a dom przypominając, myśląc że tu przyjdzie zginąć marnie, na obcej ziemi, śmiercią nie szlachecką, ale złoczyńców, zdrajców i gburów. Głowa mi od frasunku gorzała, nadziei nie miałem żadnej.
Rano jakoś w Piątek przyszli słudzy starszego, chłopstwo i tłum prowadzić nas i bez sądu zgubić dla tych marnych kosztowności, których pożądali, jako szat ze złotem, com ich na dworze króla hiszpańskiego używał, kilka łańcuchów, manelli, pierścieni, zapon. Lecz na moje szczęście, kiedy oni te rzeczy z tłomoków, dziwując się im wykładali, listy wszystkie cesarskie, króla hiszpańskiego, króla francuskiego, portugalskiego i t. d., innych książąt i panów, do tego pasporty moje hiszpańskie i portugalskie z innemi papiery, co były w puszce miedzianej razem, wypadły. Te gospodyni austerji do siebie wzięła. Bóg to zrządził. W Piątek rano przychodzi tedy chłopstwo i siepacze do więzienia naszego, gdzieśmy Bogu ducha polecali leżąc na słomie mokrej. Wiodą nas na stracenie wielką gromadą. Ale tylko cośmy za wrota owego domostwa wyszli, zerwie się burza sroga, wicher wielki i takie powietrze, że jeden drugiego o dwa kroki nie widział. Opatrzyli się siepacze, że pod tę złą chwilę nie ma co robić, trzeba ustąpić do domu i poczekać.
Tymczasem w Piątek, gdy się to dzieje, gospodarz onej gospody, kędyśmy siedzieli, mocno zachorował, a leżał w pół śmierci, posłano za księdzem aby go na tamten świat gotował. Ujrzał nas ksiądz przybyły i spyta, co my za jedni? Odezwę się jako do duchownego po łacinie, zdając mu ze wszystkiego sprawę, powiadając o listach, które zabrali mi z puszką. Pyta ksiądz kto je wziął?
— Gospodyni ma je u siebie, odpowiedziałem. Ksiądz do niej, a ona pokazała wszystkie jak znalazła. Przypatrzył się im ksiądz i pieczęciom także, zawołał starszego do siebie na którego powstał, jak śmiał podróżnych tak pochwytać i na nich nastawać. Zatem pobrawszy nas i papiery, dla gruntowniejszego rzeczy zbadania, jechał z nami nazad do Granady.
Tu powziął już pewną wiadomość o mnie od kapitana i innych przedniejszych w mieście, co mnie znali. Posłano zaraz do wsi tamtej za chłopstwem, kazano kilku pojmać, rzeczy wszystkie mnie powrócić i na gardle nawet miano karać tych zbojów, co by uczyniono pewnie, gdybym był na nich instygował. Ale do czego by mi się to przydało?
Nie tracąc czasu, znowum swoją krzywdę i despekt mi wyrządzony opisał ks. Duninowi Piotrowi Wolskiemu, będącemu w Madrycie pod tę porę posłem; na tem przestając.
Jużem się był tyle razy w tej hiszpańskiej ziemi nabrał strachu, żem z niej jako żywo co najprędzej chciał uciekać. Za trzecim noclegiem od Granady w ziemi maurytańskiej, jadąc do Sywilji (Sevilla) kwapiąc się bardzo, a nie chcąc bawić w drodze, słudzy którym ja przykazałem aby pośpieszali, przodem się byli wyprawili. Z tych jeden wiódł muła z tłomokami i strawą, bo tam na taki kraj byliśmy trafili, gdzie czegośmy z sobą nie przywieźli, tego nie dostali. — Jeść nie było co. Trafiło się nam dwie drogi, jedna w lewo, druga w prawo, zaczem słudzy moi pojechali przed się w lewo, a ja o tem nie wiedząc udałem się w prawo, minąwszy dobrą drogę. Jadąc ja na mule, a w tem słonko zaszło, zamierzchło. — W godzinę prawie drogi trafiłem ja na jedną chałupkę, w której nie zastałem nikogo jeno stare babsko. — A była ta chromina położona w górach i zaroślach gęstych, na ustroniu i pustyni. Począłem rozpytywać baby o drogę i gospodę, ta zaczęła mi coś odpowiadać i pokazywać, ale czy to dla wygody dziwnej, czy dla języka tamtego kraju przekręconego po chłopsku, zrozumieć jej nie mógł. Obaczywszy że nocleg niepewny i ludzi moich nie ma, chciałem muła nazad wyprowadzić i jechać dalej, aliści wypadną kilku zbirów z chałupy na mnie prosto, wezmą mnie pod boki, jeden za muła chwyci, drudzy wpychają do izby. — Ja im się poczynam opierać, oni mnie pod boki macają i co który znajdzie przy mnie — to zabierze. Jeden chwycił kaletę z pieniędzmi (bom ich miał część przy sobie), drugi czapkę ze spięciem, trzeci puinał i szpadę; ba i pierścienie którem miał na palcach i w kieszeniach, co mi je podawali towarzysze i dobrzy przyjaciele — panięta i dworzanie cesarscy na braterstwo i pamiątkę — odebrali.
Tak, żem się tylko został w jednym błahym kabaciku, do którego się już nawet także poczęli przymawiać bardzo wymownie, jakby go zedrzeć ze mnie. Chcę ja wyjść z izby do muła — idzie dwóch za mną i pilnują, nie dając stąpić kroku. Nadrabiam fantazją, ale mnie strach ogarnął, bo byłem w ich ręku jak w oprawców, pustynia wielka, drożyna którą nikt nie jeździł, ani nadziei posiłku, domyślałem się już, że słudzy inną stroną pojechać musieli.
W tem spojrzę z owej izby przez drzwi, aż za nią druga komnatka, wejdę tam, a jeden z tych łotrów za mną w krok. Nie ma sposobu. Wziąłem wiązkę słomy która tam leżała na ziemi, jakbym się chciał położyć (bo noc już była późna), a tego co za mną wszedł zacznę prosić, żeby mi wody przyniósł.
Wyszedł jakoś, a wychodząc drzwi za sobą przywarł, ja je zaraz lepiej jeszcze drągiem którym znalazł pod ręką podparł, a sam począłem szukać jakby tu umknąć. Było tam okienko nie wielkie w las, ale wysoko w ścianie, ani do niego doleść. — Szczęściem jakiś tam kamień leżał pod niem blisko, podtoczyłem go wziąwszy się na siłę, pocznę probować aby wyleść.
Trudno. Wyjmę rękę, potem głowę, a ledwie wycisnąwszy się przez nie i padłszy w podwórze, zacznę uciekać w zarośla. Tu mi rzeczka drogę zagrodziła. Wchodzę w wodę po pas. Była to rzeczka, jak to w tym kraju nie rzadko, otoczona skałami, co się nad nią powychylały w różne strony. Spojrzę do koła dokądby się tu schronić, Bóg mi dał dopatrzeć otworu w skale nad wodą, do którego przystępu nie było, tylko przez nią. Ja tam co prędzej wcisnąłem się skuliwszy i przycichłem.
Nie minęło ćwierć godziny, słyszę hałas u brzega za sobą, pocznę mimowoli drżeć od strachu i zimna, bom był bez wszelkiej broni. Widzę światło padające na wodę, a owi zbirowie z pochodniami klnąc idą, szukają mnie wszędy śladem. Myślę, jakoś mnie Boże uchował nie raz, uchowaj i teraz — pocznę się modlić w duchu. A tak zrządzeniem Bożem poszukawszy mnie chwilę, odeszli znowu. Tu dopiero przekonałem się jawnie że szło o moje gardło.
Było już dobrze potem w noc, począłem z mojej tej dziury wyłazić nazad i biedz drogą w tył, kędym przyjechał. Księżyc świecił jasno, tom też musiał krzakami się przedzierać, aby mnie goniąc nie zobaczyli; późno już w noc, nad dzień, ujrzałem na drodze kawalkatę w kilka koni i mułów, kolass i ludzi, którzy byli przededniem wstawszy w drogę się wybrali. Wyjdę ku nim kwapiąc się, a ten co jechał szlachcic jakiś z żoną zawoła na mnie.
Ja do niego — pyta co za przyczyna żem tak odarty? pocznę mu opowiadać przygodę moją i zdawać sprawę o wszystkiem. Dał mi zaraz ów szlachcic konia, zsadziwszy sługę swego i jechaliśmy razem do tej chałupki. Po drodze wstąpiliśmy do wioski, która była w górach niedaleko, aby z sobą wziąść ludzi dla pojmania złoczyńców, ale przybywszy na miejsce nie zastaliśmy już nikogo w niej krom owej baby, którą zabraliśmy z sobą.
Szlachcic ten dał mi brata swego, aby mię odprowadził do noclegu, gdzie ludzie moi byli na drugiej drodze, pożyczył płaszcza swego, kalety, czapki, szpady i puinału. Trafiłem przecie na zafrasowane sługi tegoż dnia, to tylko com miał przy sobie straciwszy, owemu przewodnikowi memu okazując wdzięczność, wedle możności obdarowawszy go[1].“
— Co? już koniec? spytał jasnowłosy.
— Koniec.
— A ja bym do wieczora był słuchał.
Dwaj piszący ruszyli ramionami.
— Co za szkoda, żem tam z nim być nie mógł!
— Żeby jak Celjusz utonąć?
— O! ba, nie dałbym się wodzie, jestem lekki.
— A potem co ma wisieć —
Wszyscy poczęli się mocno śmiać, gdy w tem drzwi się otwarły i dwie osoby weszły do sali.





Przypisy

  1. Żadne z tych zdarzeń ani szczegółów nie jest zmyślone, wszystko do słowa prawie z Paprockiego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.