Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rami mojemi i rzędami na konie, także na nim ubior ze złotem, na palcach jego kilka pierścieni, drugie w kieszeni. Szli pytać mulnika, który powiedział jak widział że tamto był pan, a my słudzy.
Włożył tedy starszy owej wsi potwarz na nas, żeśmy pana swego utopili umyślnie i odgrażał się że nas wszystkich potraci.
Prosiłem go najmocniej, aby posłali po dowody do gubernatora od którego byliśmy tylko dwie mile, ale tego nie chciał uczynić, bo tam taki jest zwyczaj, że każdy sobie pan. Posadzono mnie z ludźmi razem do kłody. Było to jakoś, jeśli dobrze pomnę we Środę, tak żem ja i przez Czwartek przebył w srogiem więzieniu, a pojąłem dobrze, że ów starszy umyślnie chce nas potracić, aby zabrał tłomoki kosztowne, bo gdyśmy do niego po hiszpańsku mówić poczęli, rozumieć nas nawet nie chciał.
Tamem się już Bogu tylko, a Najświętszej Matce jego polecał, noc całą nie spiąc, srodze się frasując i pana rodzica mego a dom przypominając, myśląc że tu przyjdzie zginąć marnie, na obcej ziemi, śmiercią nie szlachecką, ale złoczyńców, zdrajców i gburów. Głowa mi od frasunku gorzała, nadziei nie miałem żadnej.
Rano jakoś w Piątek przyszli słudzy starszego, chłopstwo i tłum prowadzić nas i bez sądu zgubić dla tych marnych kosztowności, których pożądali, jako szat ze złotem, com ich na dworze króla hiszpańskiego używał, kilka łańcuchów, manelli, pierścieni, zapon. Lecz na moje szczęście, kiedy oni te rzeczy z tłomoków, dziwując się im wykładali, listy wszystkie cesarskie, króla hiszpańskiego, króla francuskiego, portugalskiego