Zygmuntowskie czasy/Tom III/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
V.
U FIRLEJA.

Zastraszona groźbami brata, księżna nie wiedziała co począć z sobą i synem, gdy nadszedł w samą porę pan Czuryło. Przywiązany do rodziny, z którą jego ojciec i dziad węzłami pokrewieństwa, potem domownictwa połączeni byli. Stary szlachcic myślał tylko o tem, jakby księżnie, którą za panię swoją uważał, skutecznie dopomódz.
Wziął się więc natychmiast do śledzenia kroków, związków, stosunków przyjaźni i myśli prawie księcia Sołomereckiego. Łatwo mu było nieznajomemu niby przypadkowie ująć sobie dworzan, niczego się nie domyślających. Od nich to naprzód dowiedział się, że ich pan jest przyjacielem poufałym Zborowskich. Ta wiadomość podała mu myśl ucieczenia się o pomoc do Firleja. Poszedł z tem do księżnej; a że rodzina Sołomereckich miała dawne jakieś stosunki z Firlejami, wdowa chwyciła się podanej rady żywo i z największą wdzięcznością. Pan Czuryło nastawał na to, aby nie spuszczając się na inne pobudki, nie zapominała powiedzieć o przyjaźni Zborowskich dla księcia. Był to pewny środek zainteresowania wojewody.
Szlachcic nie omylił się. Wojewoda wysłuchał wszystkiego zimno, ale gdy księżna nadmieniła, że jej prześladowca ufa w pomoc Zborowskich.
— W. ks. Mość, rzekł dumnie wojewoda, możesz rachować na moją. Syna jej biorę do siebie, zobaczymy czy książę i panowie Zborowscy ośmielą się go tknąć.
— Brat mój, brat mój, odpowiedziała wdowa, odważy się na wszystko. Czyż nie przekupywał sług, nie nasyłał zbójców, nie usiłował pochwycić biednego dziecka? nie sprzeciwia się woli królewskiej?
— Zobaczymy, zawołał Firlej — pocierając szpakowatego wąsa, kto tu w Krakowie pan, czy Zborowscy czy ja. Syn W. ks. Mości zostanie u mnie, nie wstyd mu tak jak innym zacząć od mojego dworu, nauczy się, przetrze między ludźmi; a tu go ręka nieprzyjaciół nie dosięże. Wy pozostaniecie w Krakowie?
— Jakkolwiek pilno mi na Ruś, będę oczekiwać na króla JM.
Firlej głową potrząsł smutnie.
— Muszę też wysłać do Rzymu, dla odzyskania dowodów mojego małżeństwa, tam wyprawionych przez księdza Hausera przed laty kilkunastu.
— Jak go zowiecie tego księdza? spytał wojewoda.
— Hauser.
— Coś mi się to nazwisko błąka. Słyszałem o nim. Nie powrócił do kraju nazad.
— Wiesz co o jego losie? żywo przerwała księżna.
— Gdybyście mężnie znieśli, powiedział bym.
— Niech wiem przynajmniej, mam li mieć nadzieję lub nie?
— Żadnej mościa księżno — na nieszczęście ksiądz Hauser z Rzymu wybrał się do Grecji, chciał zwiedzić Azją i miejsca święte, chciał podróżować trochę świata, jakom i ja za młodych lat czynił.
— Cóż mu się stało?
— W. ks. Mość nie rozpaczaj, dodał Firlej, ale wiemy to z pewnością, że się dostał na morzu będąc w ręce tureckich morskich łotrów, którzy go wespół z innemi schwycili w niewolą. Naprzód u Turków na galerach, potem u Tatar, dokąd go przedano jako tłumacza zdatnego, żył dość długo. Dowiadywał się do kraju prosząc o wykup, ale nikt o tem nie pomyślał. Musiał zemrzeć w niewoli.
— A z nim ostatnia moja nadzieja! krzyknęła księżna w rozpaczy i płakać poczęła.
— Posłuchajcie mnie jeszcze, przerwał Firlej zastanawiając się. W Rzymie ksiądz Hauser zrobić musiał co mu polecono. Tam więc ślad pozostał tej sprawy i można mieć z akt konsystorza wyjęte dowody.
— Sądzicie, panie wojewodo?
— Tak sądzę i napiszę o tem do kardynała Commendoniego. Nadto mu chodzi o pozyskanie nas, aby dla mnie uczynić tego nie miał.
Sołomerecka nie umiała wojewodzie wyrazić swej wdzięczności. Nazajutrz Stanisław kniaź Sołomerecki, młode szesnastoletnie pachole, czarno ubrane, (gdyż księżna ślub uczyniła inszej sukni mu nie dać, pókiby przez rodzinę uznany nie był), udał się z matką do pałacu wojewody Firleja. Stary popatrzył mu w oczy, pogładził poufale po czuprynie i kazał zawołać starszego sekretarza.
— Słuchaj, rzekł do niego, gdy suchy i długi ( przezwany Dylem) pan pisarz wojewodziński stanął u drzwi z pokornym ukłonem. Słuchaj waszmość panie Wierzbięta, oto jest powinowaty nasz, książę Sołomerecki, którego matka w opiekę moją oddaje i poleca mi. Jest to dziecko prześladowane, zagrożone przez familją związaną ze Zborowskiemi. Waszmość oka z niego nie spuszczaj. Mogą mu co złego uczynić. Polecam go wam; niech się uczy w kancelarji naszej, niech się wyciera między ludźmi, niech będzie jak waszmość poczciwy, a jak ojcowie odważny, szlachetny.
— I ja go wam polecam, przerwała postępując matka, i zdejmując z palca pierścień kosztowny, podała go panu Wierzbięcie, który nań wielkie oczy zrobił... Przyjmijcie ten błahy upominek od matki, abyście spojrzawszy nań, prośby jej przypomnieli. Ja wam oddaję najdroższy mój skarb.
Pomimo patetyczności tej sceny, która oblana była łzami księżnej, pomimo surowego oblicza wojewody, trudno się było wstrzymać od śmiechu patrząc na pana Wierzbiętę.
Był to chudy, stary już mężczyzna, niezmiernie poważnego oblicza, wyropionych oczów i tak sztywny, twardy, żebyś rzekł lalka drewniana. — Anima damnata wojewody, spełniał jego rozkazy ze ścisłością nadzwyczajną, nie pojmując aby co im na zawadzie stanąć mogło. Wprawny w pisanie listów i kancelaryjne formy, milczący i utrzymujący tajemnicę jak kamień w wodzie na dnie, nie żonaty, nie potrzebujący wiele, cały oddany pracy, nie pożądający rozrywek, był to rodzaj narzędzia nałogiem już tak nakręconego, że inaczej myśleć i działać nie umiał, tylko wedle normy swojej od lat kilkudziesięciu. Dodajmy że pan Wierzbięta całe prawie życie spędził w kancelarjach, gdzie go szacowano, i z których wyjść na wyższe stanowisko nie pragnął. Skromny w ubraniu aż do zaniedbania, obojętny na powierzchowność, w wyszarzanym kontuszu granatowym, w długich butach ciemno-burakowych, obwiązany pasem jedwabnym prostym, pan Wierzbięta nigdy nie miał innego klejnotu w swojem posiadaniu nad sygnet z krwawnikiem, nigdy nie marzył o pierścieniu; gdy więc księżna podała mu kosztowny podarek, zrobił minę tak pociesznie zafrasowaną, spojrzał na wojewodę tak dziwnie, cofnął się tak przerażony, że Firlej sam uśmiechając się rzekł:
— Dla czegoż nie mielibyście przyjąć.
Pan Wierzbięta wziął, schylił się podziękować, ale mając już pierścień w ręku, zupełnie nie pojmował co z nim począć. Na myśl mu nawet nie przyszło, aby go włożyć na palec. Palce pana Wierzbięty były to chude i długie klocki, pokryte jasnym włosem, zawalane atramentem i zupełnie wyrzekające się wszelkich ozdób. Biedny pan pisarz począł od intencji chowania pierścienia za nadrę, ale pomiarkował że ztamtąd wypaść może, potem pomyślał o kieszeni, kieszeń była podobno dziurawa, dopiero ostatecznie nie mając co robić wsunął go na palec. Ale że się na nim kręcił i groził upadkiem, pan Wierzbięta musiał go ścisnąć w dłoni.
Cała ta pocieszna scena odbyła się w jednej chwili i księżna zajęta dzieckiem wcale jej nie widziała; wojewoda, który ją przewidywał, znając poczciwego swego pisarza, uśmiechał się nieznacznie.
— Niech W. ks. Mość będzie pewna, dodał łykając ślinę pisarz pomięszany, że będę czuwał nad księciem, jak...
Chciał powiedzieć, jak nad własnem dziecięciem, ale w chwili wymówienia zdało mu się, że to będzie za mało i jąkając się dokończył:
— Jak nad najświętszym depozytem.
— Jestem tego pewny, rzekł wojewoda. Znam cię i mogę ręczyć. Wyznaczemy kniaziowi komnaty podle moich i nie będziemy go spuszczać z oka.
— A teraz, dodał Firlej, niech pójdzie poznajomić się z towarzyszami. Nie shańbi go towarzystwo dobrej szlachty Bonarów, z któremi jestem spokrewniony, Skrzeńskich, Ponętowskich i Górków. Każdy szlachcic, a nie mało książęcych imion na dworach swej braci poczynają i uczą się, jak potem własne złożyć dwory.
Stanisław na wezwanie matki pokornie jako starszemu i opiekunowi podziękował wojewodzie, ucałował matkę, która nad głową położyła mu znak krzyża świętego i wyszedł z panem Wierzbiętą.
Na ówczas to otwarły się drzwi sali, jakeśmy powiedzieli w końcu ostatniego rozdziału, i w towarzystwie starszego sekretarza wszedł książę Sołomerecki.
Jasnowłosy chłopiec stoczył się z okna na ziemię, wszyscy rzucili do stolika, a pan Wierzbięta, przybrawszy minę uroczystą, z ręką ściśniętą w kułak (bo w niej ciągle trzymał pierścień) odezwał się do zgromadzonych:
— Oto waszmościów nowy towarzysz, książę Sołomerecki, którego mi specjalnie pan wojewoda polecił, którego ja specjalnie waszmościom polecam, który zasługuje, który...
Pan Wierzbięta wcale nie był wymowny, pisał łatwo, ale potocznej rozmowy utrzymać nie mógł, tem bardziej gdy uroczyście trzeba było wystąpić. Na tem więc skończyło się przedstawienie.
Wszyscy ciekawie zwrócili oczy na nowoprzybyłego, dosyć onieśmielony, zwłaszcza przypomnieniem żakowskich otrząsin, lękał się i tu czegoś podobnego. Niektóre z chłopiąt poglądali nań nawet z wyraźną ochotą przyczepki, ale wszystkich rozbroiła pełna łagodności, szlachetnego wyrazu, smutku głębokiego a razem jakiejś młodzieńczej powagi fizjonomia książątka.
Pierwszy jasnowłosy Michał Szpet po cichu odezwał się sympatycznie ku niemu pociągniony.
— Siadajcie, my was poznajomim z naszą robotą. Nie wielka to rzecz.
— Książę, przerwał pan Wierzbięta, nie będzie obowiązany do żadnej pracy, życzyłbym tylko aby się jej przypatrywał... To nigdy nie zaszkodzi.
— Dla czegoż bym na równi z towarzyszami nie miał dzielić się robotą? — odpowiedział Sołomerecki. — Owszem, proszę pana wyznaczyć mi.
— To potem jeśli zechcecie, potem. Tymczasem przypatrzycie się.
W tej chwili szanowny pan Wierzbięta obmacał się że klucza od swojej izdebki zapomniał, i zawsze trzymając pierścień w ręku, milcząc wyszedł z sali.
Pomimo wielkiej ochoty żartowania i pomęczenia trochę wedle zwyczaju nowo-przybyłego, wszyscy uczuli dla niego taką jakąś sympatję, że nikt począć nie śmiał. Wieść o niebezpieczeństwach, prześladowaniu, nie mało się też do tego przykładała.
— Jakkolwiekbądź, szepnął pan Ponętowski do Szpeta, trzeba żeby wedle zwyczaju ucztę nam wyprawił.
— Może nie ma za co? odrzekł jasnowłosy, dajmy mu spokój.
— Gdzie tam! wszak za listem królewskim odzyskali majątki. No! powiedźcie mu o zwyczaju.
Stanisław dosłyszał tych słów.
— Najmocniej proszę, odezwał się obracając do mówiących, powiedźcie mi zwyczaje. Byłem żakiem, sprawiano mi otrząsiny, może ten obrzęd i u was się odbywa?
— Nie, nie lękajcie się, ale dla poznajomienia z towarzyszami.
— Mam osobne mieszkanie i przygotowanie wszelkie — pozwolicie się więc prosić na wieczorną zabawę?
— Właśnie, właśnie, zawołał Szpet klaskając w ręce, bo i czas po temu. — Żaczki się weselą (bez przymówiska) chodząc z jasełkami, my powinniśmy także przystojnie się zabawić. — Bieda tylko, że to dziś wilja. —
— A zatem na jutro!
— Zgoda, pierwszy dzień święta.
— Będziecie więc łaskawi?
— Będziemy łaskawi zjeść i wypić co nam dasz, odparł Szpet. — A teraz kiedyś ciekawy, siadaj W. ks. Mość za stół, ja wam pokażę co robiemy. Oto: starsi piszą listy, memorjały, uniwersały i t. p., my je przepisujemy; przepisujemy także memorabilia ciekawe różne, dyarjusze i t. p. Ale nie zawszeż nad pisaniem siedzieć, to by szlachcicowi nie przystało, zwłaszcza kto się omniszyć nie myśli i na kanclerstwo nie patrzy. — Mamy konie, mamy broń, mamy podwórzec szeroki, gonim czasem, z kopją uwijamy się, strzelamy do Turka i rycerską sprawą zajmujemy się. Pan wojewoda nawet bardzo na to mile patrzy; a W. ks. Mość umiesz co tego rzemiosła?
— Nigdym się go nie uczył; prędzej jeszcze pisać niż rąbać się i toczyć koniem potrafię; muszę dopiero począć naukę rycerską.
— Dobrze traficie, jest tu stary Smogulski, który was i prędko i wyśmienicie ułoży do szabli i konia. — Ale, dodał Szpet, jeśli to wam nie przykro, powiedźcie swoją historją. Mówią o was, żeście nie mało biedy skosztowali.
Staś zarumienił się, ale odmówić nie mogąc, bo by to był brak zaufania, począł opowiadać towarzyszom to co z przeszłych już wiemy rozdziałów.
Dwaj starsi wstali od pisania i także słuchali.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.