Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mu spokój.
— Gdzie tam! wszak za listem królewskim odzyskali majątki. No! powiedźcie mu o zwyczaju.
Stanisław dosłyszał tych słów.
— Najmocniej proszę, odezwał się obracając do mówiących, powiedźcie mi zwyczaje. Byłem żakiem, sprawiano mi otrząsiny, może ten obrzęd i u was się odbywa?
— Nie, nie lękajcie się, ale dla poznajomienia z towarzyszami.
— Mam osobne mieszkanie i przygotowanie wszelkie — pozwolicie się więc prosić na wieczorną zabawę?
— Właśnie, właśnie, zawołał Szpet klaskając w ręce, bo i czas po temu. — Żaczki się weselą (bez przymówiska) chodząc z jasełkami, my powinniśmy także przystojnie się zabawić. — Bieda tylko, że to dziś wilja. —
— A zatem na jutro!
— Zgoda, pierwszy dzień święta.
— Będziecie więc łaskawi?
— Będziemy łaskawi zjeść i wypić co nam dasz, odparł Szpet. — A teraz kiedyś ciekawy, siadaj W. ks. Mość za stół, ja wam pokażę co robiemy. Oto: starsi piszą listy, memorjały, uniwersały i t. p., my je przepisujemy; przepisujemy także memorabilia ciekawe różne, dyarjusze i t. p. Ale nie zawszeż nad pisaniem siedzieć, to by szlachcicowi nie przystało, zwłaszcza kto się omniszyć nie myśli i na kanclerstwo nie patrzy. — Mamy konie, mamy broń, mamy podwórzec szeroki, gonim czasem, z kopją uwijamy się, strzelamy do Turka i rycerską sprawą zajmujemy się. Pan wojewoda nawet bardzo na to mile patrzy; a W. ks.