Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chciał powiedzieć, jak nad własnem dziecięciem, ale w chwili wymówienia zdało mu się, że to będzie za mało i jąkając się dokończył:
— Jak nad najświętszym depozytem.
— Jestem tego pewny, rzekł wojewoda. Znam cię i mogę ręczyć. Wyznaczemy kniaziowi komnaty podle moich i nie będziemy go spuszczać z oka.
— A teraz, dodał Firlej, niech pójdzie poznajomić się z towarzyszami. Nie shańbi go towarzystwo dobrej szlachty Bonarów, z któremi jestem spokrewniony, Skrzeńskich, Ponętowskich i Górków. Każdy szlachcic, a nie mało książęcych imion na dworach swej braci poczynają i uczą się, jak potem własne złożyć dwory.
Stanisław na wezwanie matki pokornie jako starszemu i opiekunowi podziękował wojewodzie, ucałował matkę, która nad głową położyła mu znak krzyża świętego i wyszedł z panem Wierzbiętą.
Na ówczas to otwarły się drzwi sali, jakeśmy powiedzieli w końcu ostatniego rozdziału, i w towarzystwie starszego sekretarza wszedł książę Sołomerecki.
Jasnowłosy chłopiec stoczył się z okna na ziemię, wszyscy rzucili do stolika, a pan Wierzbięta, przybrawszy minę uroczystą, z ręką ściśniętą w kułak (bo w niej ciągle trzymał pierścień) odezwał się do zgromadzonych:
— Oto waszmościów nowy towarzysz, książe Sołomerecki, którego mi specjalnie pan wojewoda polecił, którego ja specjalnie waszmościom polecam, który zasługuje, który...
Pan Wierzbięta wcale nie był wymowny, pisał łatwo, ale potocznej rozmowy utrzymać nie mógł, tem