Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bięta całe prawie życie spędził w kancelarjach, gdzie go szacowano, i z których wyjść na wyższe stanowisko nie pragnął. Skromny w ubraniu aż do zaniedbania, obojętny na powierzchowność, w wyszarzanym kontuszu granatowym, w długich butach ciemno-burakowych, obwiązany pasem jedwabnym prostym, pan Wierzbięta nigdy nie miał innego klejnotu w swojem posiadaniu nad sygnet z krwawnikiem, nigdy nie marzył o pierścieniu; gdy więc księżna podała mu kosztowny podarek, zrobił minę tak pociesznie zafrasowaną, spojrzał na wojewodę tak dziwnie, cofnął się tak przerażony, że Firlej sam uśmiechając się rzekł:
— Dla czegoż nie mielibyście przyjąć.
Pan Wierzbięta wziął, schylił się podziękować, ale mając już pierścień w ręku, zupełnie nie pojmował co z nim począć. Na myśl mu nawet nie przyszło, aby go włożyć na palec. Palce pana Wierzbięty były to chude i długie klocki, pokryte jasnym włosem, zawalane atramentem i zupełnie wyrzekające się wszelkich ozdób. Biedny pan pisarz począł od intencji chowania pierścienia za nadrę, ale pomiarkował że ztamtąd wypaść może, potem pomyślał o kieszeni, kieszeń była podobno dziurawa, dopiero ostatecznie nie mając co robić wsunął go na palec. Ale że się na nim kręcił i groził upadkiem, pan Wierzbięta musiał go ścisnąć w dłoni.
Cała ta pocieszna scena odbyła się w jednej chwili i księżna zajęta dzieckiem wcale jej nie widziała; wojewoda, który ją przewidywał, znając poczciwego swego pisarza, uśmiechał się nieznacznie.
— Niech W. ks. Mość będzie pewna, dodał łykając ślinę pisarz pomięszany, że będę czuwał nad księciem, jak...