Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiedzieć o przyjaźni Zborowskich dla księcia. Był to pewny środek zainteresowania wojewody.
Szlachcic nie omylił się. Wojewoda wysłuchał wszystkiego zimno, ale gdy księżna nadmieniła, że jej prześladowca ufa w pomoc Zborowskich.
— W. ks. Mość, rzekł dumnie wojewoda, możesz rachować na moją. Syna jej biorę do siebie, zobaczymy czy książę i panowie Zborowscy ośmielą się go tknąć.
— Brat mój, brat mój, odpowiedziała wdowa, odważy się na wszystko. Czyż nie przekupywał sług, nie nasyłał zbójców, nie usiłował pochwycić biednego dziecka? nie sprzeciwia się woli królewskiej?
— Zobaczymy, zawołał Firlej — pocierając szpakowatego wąsa, kto tu w Krakowie pan, czy Zborowscy czy ja. Syn W. ks. Mości zostanie u mnie, nie wstyd mu tak jak innym zacząć od mojego dworu, nauczy się, przetrze między ludźmi; a tu go ręka nieprzyjaciół nie dosięże. Wy pozostaniecie w Krakowie?
— Jakkolwiek pilno mi na Ruś, będę oczekiwać na króla JM.
Firlej głową potrząsł smutnie.
— Muszę też wysłać do Rzymu, dla odzyskania dowodów mojego małżeństwa, tam wyprawionych przez księdza Hausera przed laty kilkunastu.
— Jak go zowiecie tego księdza? spytał wojewoda.
— Hauser.
— Coś mi się to nazwisko błąka. Słyszałem o nim. Nie powrócił do kraju nazad.
— Wiesz co o jego losie? żywo przerwała księżna.
— Gdybyście mężnie znieśli, powiedział bym.
— Niech wiem przynajmniej, mam li mieć nadzieję lub nie?