Zygmuntowskie czasy/Tom III/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
III.
FIRLEJOWI PISARZE.

To cośmy nieco wyżej o zaszczepieniu reformy w Polsce i Litwie powiedzieli, nie daje jeszcze dokładnego wyobrażenia stanu kraju i niebezpieczeństwa w jakiem zostawał. Ostatnie chwile panowania Zygmunta Augusta, brzemienne były przyszłością, której niepodobna naówczas zgadnąć i przewidzieć było. Wszystko zdawało się zapowiadać zwycięztwo dla nowowierców, upadek katolicyzmowi. W łonie duchowieństwa samego, wiara miała nieprzyjaciół. Stojący na czele jego prymas Uchański, który jakieśmy wyżej wspomnieli, uczęszczał będąc kanonikiem krakowskim na konferencje Lismanina, dość jawnie sprzyjał reformie. Nikomu to tajnem nie było, a przybyły do polski kardynał Commendoni znał go już z tej strony. Partja akatolików obiecując Uchańskiemu, w razie zupełnego odszczepieństwa, najwyższą władzę nad polskim kościołem, utrzymywała go w błędzie. Prymas jednak nie odkrywał się z nim tak aby zerwał zupełnie z katolikami, nie pewien zwycięztwa nowowierców, siedział jak pospolicie mówią na dwóch stołkach, a za przybyciem Commendoniego do Polski, z boleścią udaną płakał przed nim na upadek katolików i grożące wierze katolickiej w Polsce nieszczęścia. Nie uwiodło to wszakże kardynała, który z nadzwyczajną zręcznością, taktem prawdziwego dyplomaty, misją swoją spełniał.
O dwie najgłówniej rzeczy chodziło Commendoniemu, nakłonienie Polaków do wojny tureckiej i wsparcie słabej partji katolickiej. Słabość rządów Augusta w ostatnich chwilach panowania dodawała sił różnowiercom, którzy już głośno o zawładaniu państwem, o obiorze króla niekatolika i prześladowaniu wiary mówili. Tymczasem przyjęty jednak sobor trydencki, wprowadzony zakon jezuitów i gdy już katolicka partja zwyciężona być miała, walka na nowo rozpoczęta, zbiegiem późniejszych okoliczności, na stronę wiary wygraną została. Ale w chwili gdy się nasza powieść toczy, nadzieje różnowierców były u szczytu. Rachowali oni na Litwę, w której staraniem Radziwiłłów i Chodkiewiczów wszczepiona została reforma, pobudowane zbory i uciśnione do ostatka duchowieństwo; rachowali na sprzymierzenie się z greckiego wyznania ludźmi, rachowali na Uchańskiego, Firleja, Zborowskich i tylu innych w senacie zasiadających, a już reformie pozyskanych.
W samym Krakowie i okolicy było zbiegowisko reformowanych; na czele partji stali tu Zborowscy i Firlej. Na szczęście dwie te rodziny świeżo śmiertelnie poróżnione zostały.
Bracia Zborowscy, synowie Marcina, niepoślednie mieli w kraju znaczenie, wielu przyjaciół, dostatki i przewagę. Najstarszy z nich Andrzej, który jako głowa rodu braci w ręku trzymał, jeden tylko nie przyjął był nowej nauki.
Wszyscy zdawna nieprzyjaźni Janowi Firlejowi, wojewodzie krakowskiemu i marszałkowi koronnemu, teraz zajadle nań nastawać poczęli, gdy Firlej województwo krakowskie przed Piotrem Zborowskim wojewodą sandomierskim otrzymał, za wdaniem się Giżanki. Zborowski dumny i popędliwy poprzysiągł zemstę Firlejowi. Tym sposobem czego Commendoni najwięcej pragnął, to się stało, stronnictwo różnowierców rozdwoiło się.
Przewidując rychły zgon wycieńczonego na siłach Augusta, Commendoni więcej już o przyszłości, niż o teraźniejszej chwili myślał. Gromadził on do siebie wszystkich, na których katolicka partja rachować mogła, Alberta Łaskiego, męża wielkiego znaczenia, Andrzeja Zborowskiego (acz nie zupełnie, lecz w części jednak nowej wierze pozyskanego), Mikołaja Paca, Karnkowskiego i innych.
A tak, gdy Zygmunt August z rozpaczy w rozpustę rzucony, konał w Knyszynie, otoczony rozwiązłem i chciwem dworactwem; gdy Anna Jagielonka, tuż obok w nędzy prawie, a przynajmniej srogim niedostatku i opuszczeniu zostając, patrzała na skrzynie pełne pieniędzy, wywożone przez Giżankę; dwa stronnictwa od umierającego i bezsilnego odwróciwszy się króla, w kraju rzec można panowały.
Zręczny Commendoni nie pomału zastraszał niekatolików, trudno się go było jednak pozbyć; a kto wie czy przytomność jego nie stanowiła w tej chwili o utrzymaniu katolicyzmu w Polsce.
Jan Firlej, o którym wspomnieliśmy, jako o jednej z głów reformy, był to człowiek charakteru prawego, surowego, wzniosłego; jeden z tych ludzi tak moralnie wielkich, taką przewagę nad umysłami mających, że mu przyznawali niektórzy, jakoby koronę dla siebie roił i o nią się starał. U katolików wieść podobna chodziła o Albercie Łaskim. Firlej za młodu przez Jana z Wieliczki wychowany, potem do Lipska na naukę wysłany właśnie w porze, gdy Luter walkę z katolicyzmem rozpoczął, chwycił się nowej wiary, w której do śmierci wytrwał. Z Lipska do Padwy udawszy się, później ze stryjem swoim Stanisławem Tęczyńskim podkomorzym sandomirskim, odbył podróż do ziemi świętej. Część Azji przejrzawszy z powrotem do domu, na dworze Zygmunta. I zajął miejsce, na ówczas szczeblem do wyższych będące, miejsce w kancelarji króla, osadzonej największej nadziei młodzieżą. Widać jak dalece Firlej zaufanie Zygmunta posiadał, gdy ten na zjazd Wormski w 1545 r. do Karola V wysłał i za powrotem nagrodził dwoma starostwy. Następnie jeździł do Włoch, dla wysłuchania przysięgi Bohdana hospodara wołoskiego. Odtąd już wznosił się Firlej nieustannie, począwszy od trzydziestego roku życia, kasztelan bełzki, wojewoda bełzki, lubelski, marszałek koronny i wojewoda krakowski. Tak szybkie wznoszenie się a najbardziej ostatnia łaska królewska, podobno za wstawieniem się Giżanki otrzymana, zrobiła mu naturalnie nieprzyjaciół.
Zborowscy burzliwi, stali na ich czele.
Teraz gdyśmy kilką słowy narysowali przeszłość wojewody i dali poznać jego w kraju znaczenie, wejdźmy do jego domu.
Tyle razy opisywano domy panów polskich, wspaniałość ich, dwory liczne, królewski przepych magnatów, że nie sądzimy tu potrzebnem, wdawać się w opis szeroki i szczegółowy krakowskiego wojewody mieszkania. Bogactwa Firlejów niezmierne, dozwalały im żyć na stopie największej, utrzymywać dwór ze szlachty złożony, takiego znaczenia w Polsce będący, zwłaszcza w czasie blizkim wyboru nowego króla. Wykształconego smaku za granicą, wojewoda przepychem powierzchownym dogadzając zwyczajowi, innego rodzaju przepych zostawiał dla siebie. Kosztownie obrazy i posągi nabyte we Włoszech, ubiory wschodnie, pamiątki z miejsc świętych, zdobiły komnaty wojewody. Ogromne domostwo zajmowane przez niego z dworem, dzieliło się na trzy prawie oddzielne części różnego charakteru. W jednej mieściła się rodzina wojewody, jego żona i dzieci natenczas ostatnia z trzech małżonek Mniszchówna z domu, (co tłumaczy jakim sposobem Firlej przez Giżankę województwo krakowskie otrzymał). Tu on mieszkał sam, także przyjmował.
Druga część domu, dolna, zajęta była dworem i kancelarją wojewody, trzecia wszystkiem co koniecznie potrzebne do życia pańskiego, najmniej się pokazuje. Tam był zarząd kuchni, piwnic, stajen i t. p.
Powiedzieliśmy już, że wojewoda ogromny dwór utrzymywał. — Kancelarja jego składała się z największych nadziei młodzieży, przysposabiającej się tutaj do zajęcia później stanowisk najważniejszych w urzędach duchownych i cywilnych.
Pomimo że Firlej był ewangielikiem, nie wszystka młodzież dworska wyznanie to dzieliła; większość nawet katolicką była. Wojewoda mało na to zważał, dwie bowiem żony mając katoliczki i wszystkim dzieciom prawie dozwalając się wychowywać w pozorach tylko nowej wiary (gdyż wszystkie wyparły się jej), nie miał czasu apostołować. Zostawiał to innym.
Ogromna sala na dole pałacu, sklepiona jak wszystkie ówczesne mieszkania w mieście, zajęta była kancelarją wojewodziańską. Tu nie tylko urzędu wojewodzińskiego, ale raczej i bardziej osoby Firleja tyczące sprawy załatwiały. Podwojewodzi w osobnym oddziale domu i oddzielnej kamienicy, zastępował Firleja w tem co starościńskiego i wojewodzińskiego urzędu dotykało. Wielki stół pąsowem suknem pokryty przerzynał salę, bliżej ku oknom jej posunięty, kilkanaście krzeseł skórą wybitych i wysiedzianych, dwie ławy suknem okryte, stół otaczały. — Szafa za szkłem zawierała papiery i księgi, a z jej otwarcia widać było, że często się radzić jej musiano.
Wśród stołu porozrzucane karty, kałamarze, pieczęci, jedwab’ z motkiem zielony, wosk farbowany, leżały bez porządku.
Kilkunastu młodej szlachty kręcili się wesoło po sali, bo właśnie w tej chwili starszego i przełożonego nie było. — Wyszedł zwołany do pana wojewody, z czego korzystając chłopięta, porzucali pisma i jęli się swywoli. Dwóch tylko siedzieli nad księgami z głowy pospuszczanemi.
— Słuchaj Bonar, krzyczał drapiąc się na okno młody jasnowłosy, kuso ubrany chłopak. Niech mi się nie wiem co stanie, jeślibym nie wolał sto razy, tysiąc razy być żakiem ubogim, niż kancelarzystą pana wojewody.
— Bardzo temu wierzę, rzekł Bonar, tobie smakuje swoboda więcej niż przyszłość, niż nadzieje...
— E! co mi tam nadzieja! zawołał chłopak. Człek się niemi nie nakarmi, a co życia zmarnuje. O! mój Boże i jakiego życia, najśliczniejszego, najweselszego. Co mi potem z bogactw, z dostatku i złotego łańcucha na szyi, kiedy zęby się wykruszą, łeb wypełznie i starość siadłszy na karku, grzbiet pochyli.
— Wyśmienicie ci do twarzy, gdy mówisz o starości!
Wszyscy podnieśli oczy na siedzącego w oknie, który tak się wybornie wykrzywił, zgiął, usta skręcił i trząść począł, że nawet dwaj najpilniej piszący śmiać się poczęli. — Jeden z nich, jakby mimowoli oderwany od pracy, rzekł z westchnieniem, zakładając pióro za ucho:
— A lepiej, że młodość prześwistać, przehulać, i potem na starość chleba żebrać, łaski prosić, stękać?
— Lepiej i nielepiej, posłuchajcie panowie. Znacie wy żywot i sprawy pana Mikołaja Reja?
— Któżby ich proszę nie znał, wszak ci je pan Trzecieski opisał.
— Alboż nie pracował? hę...
— Alboż nie siedział jak my za stołem w kancelarji...
— E! to krótko — ! Nic nie umiał, nic nie robił, ledwie się trochę pomazał łaciną, a tak go czcili wszyscy, tak mu na świecie dobrze było! Jeszcze po śmierci sławy używa.
— Miej-że głowę pana Reja! rzekł piszący.
— To bo to licho, że głowy za żadne pieniądze nie dostać!
Wszyscy znowu w śmiech, bo widać było że jasnowłosy sprawiał w kancelarji urząd wesółka.
— A zresztą, dodał, starość zawsze nie wiele warta, choćby ją odpokutować, nie wielka szkoda, młodość zaś zmarnować, to jej całem życiem odpłakać nie można. — Śliczne nasze życie za kratą jak bydlęta w stajni, przywiązani do stolika jak do żłobu!
— A czemu sobie nie pójdziesz, kiedy ci źle?
— Dobra rada! Szkoda że jej nie posłucham. — Na żakam za stary, na predykanta za młody, na...
— Ot, siedział byś i pisał, przerwał drugi przepisujący, bo i nam przeszkadzasz w uszy świdrząc swojem paplaniem i sam czas marnujesz.
— Kochanku, ozwał się uśmiechając jasnowłosy, nie bądź taki porywczy. — Że tobie smakuje łacina arcybiskupa Uchańskiego, listy kardynała Commendoni i uniwersały które przepisujesz, nie chciej we mnie wmówić, aby tylko niemi żyć i oddychać było można. Ja przynajmniej wolę przechadzkę na Krzemionki, nad Wisłę, niż najpyszniejszą mowę kardynalską, napędzającą do wojny z Turkami.
Piszący schylił głowę i nic nie odpowiedziawszy skrobał dalej po żółtawym papierze. Inni spojrzeli nań tylko i dali mu pokój.
— Słuchaj Bonar, wołał jasnowłosy siedząc w oknie. — Chodźmy w rynek.
— Po co?
— Przewietrzyć się, a gdyby trafiło z kim potuzać, toby nas trochę rozkurczyło. Mnie ręce podrętwiały od pisania. Jeszcze mi dali taki niewyraźny list do wpisania w księgę.
— Jaki list?
— Biskupa kujawskiego do biskupa krakowskiego. — A tobie?
— Ja — wiadomości z Wołoch z kancelarji pana Łaskiego wpisuję.
— Już jeśli myślą, że to wesoła zabawka, zawołał jasnowłosy! — Słuchaj Bonar, chodźmy na rynek.
— A jak przyjdzie Dyl.
Dylem nazywano starszego, który był suchy i długi a milczący, twarz zaś miał barwy nieco drewnianej.
— Towarzysze z łaski swojej powiedzą, że nas kto posłał.
— Przynajmniej nie ja —
— Ani ja — odezwali się piszący.
— Im bo koniecznie się chce zostać kanonikami krakowskiemi! rzekł jasnowłosy.
Pracowici nic nie odpowiedzieli.
— Idziesz Bonar?
— Czegoś mi strach, odłożmy to na później, jeszcze gotowi wypędzić.
— Czegoż ty się boisz! zaśpiewał jasnowłosy. Niechże ja uboga chudzina z łaski wzięta, której kolanem odprawę dać mogą, ale ty krewny wojewody. — Gdybym był tobą, ja bym nic nie robił, tylko biegał po rynku, figle płatał i raz na dzień zjawił się tu, dla pokazania zębów Dylowi.
— Piękne dajesz nauki, ozwało się kilku.
Chłopak śpiewać począł znajomą piosenkę ówczesną:

Sześć dni roskosznie przedawam,
Siódmy diabłu oddawam.

— Skorzystałeś z przepisywania, rzekł jeden.
— Jako?
— Bo nie zkąd tylko z listu pana Orzechowskiego dowiedziałeś się o tej piosence — prawda?
— Prawda i nie miałem pokoju, ażem się jej nauczył.
— Od kogo?
— Ba od kogo, jużci nie kto mistrz do piosnek, jak żaki. Wyczytawszy w liście Orzechowskiego pierwsze dwa wiersze, chodziłem z groszem w ręku od żaka do żaka, wołając — kto mnie tej piosenki nauczy? Aż trafiłem na swego.
— Zaprawdę, było za co płacić.
— Albo nie? Wyśmienita piosenka, wolę ją od Kochanowskiego.
— Po co Dyl poszedł do wojewody?
— Kto go wie? odniósł dwa listy do podpisania, jeden do pana Mikołaja Mniszcha, drugi do referendarza.
— Mówią, przerwał trzeci z boku, że nam towarzysz przybędzie.
— Jaki? co? doprawdy? zrywając się z okna zakrzyczał jasnowłosy. Otoś mi nowinę dał. Niech-że cię pocałuję.
I wziąwszy w ręce głowę mówiącego, poważnie złożył na niej pocałunek głośny.
— Przynajmniej chmury się trochę u nas rozejdą! Otóż będziemy drwić z przybysza, o to mu figle płatać. — Ja naprzód —
— Naprzód, przerwał pocałowany, że z niego drwić nie będzie można, bo to nie taki urwipołeć jak ty. —
— Hę! a co królewski syn?
— Prawieś trafił?
— Cha! cha! wytłumacz-że mi tę zagadkę.
— Różnie różni plotą. Ale to książątko, zowie się Słomecki, czy Sołomecki, czy licho go wie jak, bo to z Rusi.
— Sołomerecki, poprawił inny.
— Wyborne nazwisko do przekręcania, dorzucił jasnowłosy. Będę go zawsze zapominał, Szłomecki, Słomicki, Słomkowski itd. Ale którędyż on króla JMci dotyka?
— Baśnie to, ale zawsze są. —
— Pani matka jego, podobna bardzo do królowej Barbary. —
— A! rozumiem. —
— I bawiła na dworze nieboszczki królowy matki.
— Jeszcze lepiej rozumiem.
— I stryj dziecka uznać go za synowca nie chce. Ma nawet słyszę ochotę wielką łeb mu ukręcić.
— Dobrze, będziemy go panem stryjem straszyć.
— Takiego biedaka? spytał inny. Wszak ci to nie dawno jeszcze żaczkiem był i chleba żebrał po ulicach.
— A to jak?
— A to tak, że pani matka musiała go wysłać, porzucić, wyrzec się, żeby stryj nań nieustannie się nasadzający dał mu pokój.
— O! patrzcie, tęgi stryj!
— Przyjaciel Zborowskich, to dość.
— Zborowszczyk! To już rozumiem dla czego wojewoda bierze chłopaka pod swoją rękę.
— Ale i tu w Krakowie przydybali nieboraka książątko i byli pochwycili.
— Cudem się wywinął!
— Ciekawym go zobaczyć, tego żaczka księcia! Ot, kto wie, może go i nie będziemy prześladowali. Tak tylko trochę z początku. Ale musi nam opowiedzieć całą swoją historją, bom już diable ciekawy.
— Ciekawyś jej?
— Słuchałbym całą noc ciekawych historji. Ale u nas to o nie trudno.
— Czemu trudno? przerwał piszący, gdybyś chciał czytać, nalazł byś ich dosyć.
— Kędy?
— A kroniki?
— Piękna mi historja! jak król do króla posyłał, król z królem bił się, król królowi dał córkę, wziął kawałek kraju. Mowy nad któremi ziewać trzeba do wyłamania szczęki, listy pełne polityki, a zimne, że je wziąwszy w palce ręce marzną.
— A czytałżeś historją pana Tęczyńskiego w Hiszpanji, którą wczoraj przepisywał Bonar?
— Nie! alem nie ciekawy.
— Przecież to włosy od niej na głowie wstają, — jak go tracić mieli.
— Doprawdy?
— Ot posłuchajcie kiedy chcecie. Przeczytam wam.
I wziąwszy księgę ze stołu jeden z młodzieży usiadł z nią u okna, reszta do koła, a jasnowłosy uczepiwszy się kraty żelaznej, wychylił w podwórzec.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.