Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dylem nazywano starszego, który był suchy i długi a milczący, twarz zaś miał barwy nieco drewnianej.
— Towarzysze z łaski swojej powiedzą, że nas kto posłał.
— Przynajmniej nie ja —
— Ani ja — odezwali się piszący.
— Im bo koniecznie się chce zostać kanonikami krakowskiemi! rzekł jasnowłosy.
Pracowici nic nie odpowiedzieli.
— Idziesz Bonar?
— Czegoś mi strach, odłożmy to na później, jeszcze gotowi wypędzić.
— Czegoż ty się boisz! zaśpiewał jasnowłosy. Niechże ja uboga chudzina z łaski wzięta, której kolanem odprawę dać mogą, ale ty krewny wojewody. — Gdybym był tobą, ja bym nic nie robił, tylko biegał po rynku, figle płatał i raz na dzień zjawił się tu, dla pokazania zębów Dylowi.
— Piękne dajesz nauki, ozwało się kilku.
Chłopak śpiewać począł znajomą piosenkę ówczesną:

Sześć dni roskosznie przedawam,
Siódmy diabłu oddawam.

— Skorzystałeś z przepisywania, rzekł jeden.
— Jako?
— Bo nie zkąd tylko z listu pana Orzechowskiego dowiedziałeś się o tej piosence — prawda?
— Prawda i nie miałem pokoju, ażem się jej nauczył.
— Od kogo?
— Ba od kogo, jużci nie kto mistrz do piosnek, jak żaki. Wyczytawszy w liście Orzechowskiego pierwsze dwa wiersze, chodziłem z groszem w ręku od żaka do żaka, wołając — kto mnie tej piosenki nauczy? Aż