Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A czemu sobie nie pójdziesz, kiedy ci źle?
— Dobra rada! Szkoda że jej nie posłucham. — Na żakam za stary, na predykanta za młody, na...
— Ot, siedział byś i pisał, przerwał drugi przepisujący, bo i nam przeszkadzasz w uszy świdrząc swojem paplaniem i sam czas marnujesz.
— Kochanku, ozwał się uśmiechając jasnowłosy, nie bądź taki porywczy. — Że tobie smakuje łacina arcybiskupa Uchańskiego, listy kardynała Commendoni i uniwersały które przepisujesz, nie chciej we mnie wmówić, aby tylko niemi żyć i oddychać było można. Ja przynajmniej wolę przechadzkę na Krzemionki, nad Wisłę, niż najpyszniejszą mowę kardynalską, napędzającą do wojny z Turkami.
Piszący schylił głowę i nic nie odpowiedziawszy skrobał dalej po żółtawym papierze. Inni spojrzeli nań tylko i dali mu pokój.
— Słuchaj Bonar, wołał jasnowłosy siedząc w oknie. — Chodźmy w rynek.
— Po co?
— Przewietrzyć się, a gdyby trafiło z kim potuzać, toby nas trochę rozkurczyło. Mnie ręce podrętwiały od pisania. Jeszcze mi dali taki niewyraźny list do wpisania w księgę.
— Jaki list?
— Biskupa kujawskiego do biskupa krakowskiego. — A tobie?
— Ja — wiadomości z Wołoch z kancelarji pana Łaskiego wpisuję.
— Już jeśli myślą, że to wesoła zabawka, zawołał jasnowłosy! — Słuchaj Bonar, chodźmy na rynek.
— A jak przyjdzie Dyl.