Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trafiłem na swego.
— Zaprawdę, było za co płacić.
— Albo nie? Wyśmienita piosenka, wolę ją od Kochanowskiego.
— Po co Dyl poszedł do wojewody?
— Kto go wie? odniósł dwa listy do podpisania, jeden do pana Mikołaja Mniszcha, drugi do referendarza.
— Mówią, przerwał trzeci z boku, że nam towarzysz przybędzie.
— Jaki? co? doprawdy? zrywając się z okna zakrzyczał jasnowłosy. Otoś mi nowinę dał. Niech-że cię pocałuję.
I wziąwszy w ręce głowę mówiącego, poważnie złożył na niej pocałunek głośny.
— Przynajmniej chmury się trochę u nas rozejdą! Otóż będziemy drwić z przybysza, o to mu figle płatać. — Ja naprzód —
— Naprzód, przerwał pocałowany, że z niego drwić nie będzie można, bo to nie taki urwipołeć jak ty. —
— Hę! a co królewski syn?
— Prawieś trafił?
— Cha! cha! wytłumacz-że mi tę zagadkę.
— Różnie różni plotą. Ale to książątko, zowie się Słomecki, czy Sołomecki, czy licho go wie jak, bo to z Rusi.
— Sołomerecki, poprawił inny.
— Wyborne nazwisko do przekręcania, dorzucił jasnowłosy. Będę go zawsze zapominał, Szłomecki, Słomicki, Słomkowski itd. Ale którędyż on króla JMci dotyka?
— Baśnie to, ale zawsze są. —
— Pani matka jego, podobna bardzo do królowej Barbary. —