Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A! rozumiem. —
— I bawiła na dworze nieboszczki królowy matki.
— Jeszcze lepiej rozumiem.
— I stryj dziecka uznać go za synowca nie chce. Ma nawet słyszę ochotę wielką łeb mu ukręcić.
— Dobrze, będziemy go panem stryjem straszyć.
— Takiego biedaka? spytał inny. Wszak ci to nie dawno jeszcze żaczkiem był i chleba żebrał po ulicach.
— A to jak?
— A to tak, że pani matka musiała go wysłać, porzucić, wyrzec się, żeby stryj nań nieustannie się nasadzający dał mu pokój.
— O! patrzcie, tęgi stryj!
— Przyjaciel Zborowskich, to dość.
— Zborowszczyk! To już rozumiem dla czego wojewoda bierze chłopaka pod swoją rękę.
— Ale i tu w Krakowie przydybali nieboraka książątko i byli pochwycili.
— Cudem się wywinął!
— Ciekawym go zobaczyć, tego żaczka księcia! Ot, kto wie, może go i nie będziemy prześladowali. Tak tylko trochę z początku. Ale musi nam opowiedzieć całą swoją historją, bom już diable ciekawy.
— Ciekawyś jej?
— Słuchałbym całą noc ciekawych historji. Ale u nas to o nie trudno.
— Czemu trudno? przerwał piszący, gdybyś chciał czytać, nalazł byś ich dosyć.
— Kędy?
— A kroniki?
— Piękna mi historja! jak król do króla posyłał, król z królem bił się, król królowi dał córkę, wziął