Zygmuntowskie czasy/Tom III/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
II.
BRATERSKA NIENAWIŚĆ.

Gdy się to dzieje w zborze, dzwony kościołów zwiastując święto, biją, na nabożeństwo wołając. — Wystroił się lud poczciwy, pobrały panie mieszczki czółka aksamitne ze złotemi galony, trzęsidła i manele, łańcuchy i sobole szubki, powdziewali kupcy opończe podbijane futrem, przybrali się żacy w świąteczne odzienie. — Wszyscy spieszą do kościołów modlić się. Dzień to bowiem, jeden z dni poświęconych czci Marji, do której kierowały się modlitwy wszystkich, westchnienia wszystkie, jako do najpierwszej, najpotężniejszej Orędowniczki.
Spójrzmy w kościół. — Tam organ brzmi, kadzidło płynie strugą niebieską, lud ławki i wszystkie miejsca zalega, ksiądz wyszedł przed ołtarz.
Za księdzem z zakrystji wychodzi siedmiu żaczków w białych niewinności sukienkach. Każdy z nich trzyma w ręku gałęź zieloną, utkaną świeczkami zapalonemi. — Organ ucichł, nastroił się do wtoru, a młodzi świeżemi głosy zanucili pieśń:
Jako róża między kolącym głogiem.
Między żaki śpiewającemi kląkł Maciek, a nucąc pieśń, łzy mu płyną po zbladłej twarzy. — Bo przyszło mu na myśl wszystko co w życiu przecierpiał, co zniósł, bo jak cień stanęła mu przed oczyma jakaś postać mglista, którą nazywał matką i westchnął do królowej niebieskiej, aby mu matkę powróciła.
Prawie w tej samej chwili gdy dziecka westchnienie leciało ku niebu, kobieta w czerni ubrana wciskała się przez tłum zgromadzony ku wielkiemu ołtarzowi. — Dwie towarzyszki niższej klasy, dwie sługi, wiodły ją i ułatwiały przejście. Obie podżyłe niewiasty. Nieznajoma, która jak łatwo się domyślacie była księżną Sołomerecką, matką sieroty — żaka — blada jak zawsze, piękna jeszcze, padła niedaleko miejsca, gdzie siedmiu wybranych chłopiąt z gałęźmi śpiewali pieśń o Bożej Matce.
Nagle oczy jej zapłonęły w modlitwie, padłszy na najbliższego. Oderwać ich nie mogła i silną ręką chwytając Agatę blisko stojącą, zawołała stłumionym, ale mocnym głosem:
— To on! to on!
— To on! pani... Ale na Boga nie wydajcie się... Dziś jeszcze mieć go będziecie, teraz, przy ludziach, w kościele...
— O! bądź spokojna. — Serce tylko matki zabiło na widok jego, poznało dziecię. — Teraz modlić się będę.
I zaczęła modlić się i płakać.
Maciek także skończywszy pieśń, gdy się odwracał, postrzegł kobietę w czerni, oczy w nią utkwił, nie pojmując dla czego, uczuł pociechę jakąś w sercu i słodko zapatrywał się w twarz, co ją zda się znał kiedyś, a której imienia nie mógł przypomnieć.
Tak przeszło nabożeństwo, gdy wszyscy rozchodzić się poczęli, kobieta w czerni musiała nareszcie wyjść także z kościoła. Żacy dobrze wprzód udali się do drzwi i tam stanąwszy w swoich białych sukienkach, z gałęźmi w ręku, zbierali jałmużnę.
Wychodząc księżna spotkała się z synem, który uśmiechając się łagodnie, rękę ku niej wyciągnął i powtórzył słowa przez żaków używane:
— Grosz dla żaczków!
Łzy napełniły oczy matki, wstrzymać się dłużej nie mogła, rzuciła ku niemu i zakrzyczała w głos łkając:
— Mój syn! mój syn!
Nikt nie pojmował co to znaczyć miało, lud się rozstąpił i ściskać począł natychmiast do koła. Wychodzący zatrzymali się i powrócili nazad.
— Co to jest? co to jest? — pytano tłumnie.
— To twoja matka! — zawołała Agata do sieroty.
On rzucił gałąź i zawiesił się jej na szyi.
— Matka! matka! Królowa niebieska oddała mi matkę! A! modlitwa moja wysłuchana.
— Chodźmy, chodźmy! przerwała w uścisku księżna, ty ze mną. Już cię nigdy nie opuszczę! Będę dzielić twoje niebezpieczeństwa, nic nam nie uczyni zacięty nasz nieprzyjaciel!
I rozstąpili się otaczający, wzajemnie wypytując tylko, a księżna unosząc syna jeszcze w białem tem ubraniu obrzędowem, siadła z nim do czekającej kolasy i w towarzystwie dwóch kobiet i kilku dworskich udała się do mieszkania.
Nie będziemy opisywać pierwszych chwil połączenia matki z dziecięciem, które dzięki listowi królewskiemu, uznane niejako, zapewnioną mając przyszłość, zasłonione opieką króla, lepszego nadal losu wyglądać mogło.
Tak przynajmniej roiła matka, ale myliła się biedna. Książę, który sądził ją zginioną, nie odbierając wieści, dowiedziawszy się o życiu, o bytności w Knyszynie, puścił natychmiast zajęte majętności, oddając je bez sprzeczki. — Ale czytając w liście tym imię syna odezwał się dziko:
— Jej! nie jemu! To obca krew, nieprawe dziecię. Zdusić je potrzeba dla sławy naszej, dla zmycia szkaradnej tej plamy. Gdzież są dowody tego małżeństwa, gdzie metryki, gdzie świadkowie? A gdyby ci byli, dość wątpliwości jednej, aby nas zhańbić. To dziecię umrzeć musi.
I nie chciwość tylko powodowała księciem, ale to wysokie pojęcie godności swojej familji, ta duma, która zawsze mu przewodniczyła, życie ludzkie mało ważąc, gdzie chodziło o sławę rodu.
Dumny że był ostatnią latoroślą swego szczepu, na której ważyła wielka i świetna w jego przekonaniu przeszłość, sądził się obowiązanym do opieki nad imieniem, mniemał powinnością swą odepchnąć tego, którego za nieprawego podrzutka uważał.
Kilkakroć zasadzał się na życie dziecka i nie taił się z tem wcale, wyszukiwał je ukryte, szpiegów wysyłał, płacił zdrajców: nic mu nie kosztowało rozkazać je zabić. A gdy z podziwieniem rzucano pytanie: Jak ludzkie życie tak mało cenić można? z gorżkim uśmiechem odpowiadał:
— Niech to spadnie na moje sumienie, niech krew ta na mojej zawiśnie głowie, bylebym od podrzutka był wolny.
Jakoż zaraz po liście królewskim zaniósł książę, zwyczajem u nas powszechnym, manifest do akt przeciwko dziecięciu, któremu imię książęce bez dowodów dawano. Potem udał się do Krakowa, poprzedzony przez wysłanych pierwej ludzi, którym poleconem było, dziecko schwytać i wywieść na obcą ziemię, lub uczynić z niem coby chcieli, byleby powrócić i wynalezionem być nie mogło.
Widzieliśmy jak starania te na niczem spełzły, jak matka przybyła do Krakowa, gdzie książę sam także się zjawił, oczekując obiecanego i zapowiadanego przybycia królewskiego, aby sprawę tę wyprowadzić na nowo.
Pan Czuryło, dawny sługa domu książąt Sołomereckich, przybył nad wieczorem do księżnej. Ona cała zajęta, po długich latach niepokoju i rozdziału, odzyskanem dziecięciem, rada by była odprawić niewczesnego gościa, ale przybyły nalegał pilnie, aby go wpuszczono.
Nie mogąc odmówić, księżna rozkazała wprowadzić starego szlachcica, który z miną przerażoną i przerażającą szybko się do niej zbliżył.
— W. ks. Mość wiesz — zawołał — o przybyciu księcia do Krakowa?
Sołomerecka pobladła i zmieszała się, wstała i zawołała:
— On tutaj! Pierwszy raz więc spotykamy się w życiu... Tak blisko.
— Książę od kilku dni bawi w Krakowie, dziś go widziano we zborze, o czem wiem od jednego z będących tam na kazaniu i nabożeństwie. On tu darmo nie przybył!
— Zapewne — odezwała się księżna. — Dobrze się stało, że tu razem jesteśmy. Potrzeba to skończyć. Jutro będę u niego.
— Wy! Pani?
— Ja! — rzekła dumnie powstając kobieta — niech wiem co mnie czeka, czego chce odemnie... Gdzie on mieszka?
— Nie wiem, odparł zafrasowany Czuryło.
— Proszę was, dowiedźcie się. — Jutro, nie dalej jak jutro, muszę się z nim widzieć, koniecznie!
Te słowa wyrzekła głosem tak stanowczym, pełnym siły niezłomnej, że szlachcic, który zabierał się odradzać, nie znalazł na to w ustach wyrazów.
— Idźcie i starajcie się dowiedzieć, dodała.
— Ale W. ks. Mość...
— Nie usiłujcie napróżno zmienić mego postanowienia. Ja widzić się z nim muszę.
— Rachujecie na siebie, że go przekonać, że żelazną jego wolę złamać potraficie?
— Na nic nie rachuję! Chcę go widzieć, chcę raz spojrzeć mu w oczy i spytać dla czego mnie prześladuje... I ja mam także wolę mojego rodu, niezłamaną, żelazną. Kobieta, cierpiałam i walczyłam jak mężczyzna.
Pan Czuryło po chwili rozmaitych, ale zawsze próżnych uwag, odszedł. Powlókł się dowiadywać o księciu i nie trudno znalazł jego mieszkanie. Sołomerecki nie miał powodu się ukrywać.
Wieczorem tegoż dnia księżna wiedziała co chciała, a nazajutrz przed południem, ubrawszy się w żałobne swoje szaty wdowie, wieść się kazała sama jedna do mieszkania brata.
Słudzy jej wierni, lękając się o panią, wcześniej zasadzili się pod rozmaitemi pozory do koła domu i stali w bliskości zbrojni.
Na widok przybywającej kobiety, która z zasłonioną twarzą domagała się, aby ją do księcia wpuszczono, dworzanin pobiegł oznajmić panu i wkrótce drzwi otwarto, a Sołomerecki stojąc oparty o stół, z wejrzeniem wzgardliwem i pełnem dumy, przyjął przybywającą.
Przeszedłszy próg, księżna na widok tego człowieka, który jej życie zatruł, uczuwszy mimowolne drżenie, potem własną bojaźnią przywiedziona do rozpaczy, odrzuciła zasłonę z twarzy i długo wpatrując się w niego, zawołała:
— Znasz mnie W. ks. Mość?
— Nie, odrzekł zimno książę.
— Widzisz tę twarz zbladłą, te marszczki na czole, te zgasłe oczy wypłakane...
Książę poczynał się domyślać, ale milczał.
— Wyście to, dodała, zatruli mi życie. Jestem siostra wasza, żona brata twojego... Wiecie teraz kto jestem. Przyszłam was zapytać, czego chcecie odemnie? I rychło li mnie lub dziecię zabić każecie?
Brwi księcia zmarszczyły się dziko, usta zatrzęsły, spojrzał, pomyślał i odpowiedział tamując się:
— Rad jestem pani siostrze... Śmierci waszej nie pragnę, za bratowę nie uznaję was. Pytacie mnie o dziecko — niech i ono żyje, byleby imienia poczciwego ojców moich nie brało nieprawnie... Wyrzeczcie się śmiesznych pretensyj, a przysięgam, że dziecięcia prześladować nie będę.
— Wy to zowiecie śmiesznością! A! bodajbyś kiedykolwiek raz w życiu choćby pojąć mógł na sobie, jak boli, gdy kto świętej prawdzie przeczy. Dziecię to... przysięgam wam, dziecię brata twego!
— Przysięga nie dowód dla mnie... dajcie mi dowody... oczyśćcie dziecko z pozoru nieprawości, ja je uznam naówczas.
Księżna stała zmięszana.
— Tak, dajcie mi dowody! Gdzie świadkowie mniemanego małżeństwa? gdzie dowody, że to dziecię brata mojego?
— Ja wam przysięgłam... Innych dowodów teraz w ręku nie mam. Ale sądzę, że przysięga Sołomereckiej warta świstka papieru... król...
— Król, uśmiechając się przerwał książę, któż wie jakie mógł mieć powody uznania tego dziecięcia.
I szydersko wymówiwszy te słowa, odwrócił się dumnie.
Wdowa na chwilę spuściła oczy, potem zajadlej jeszcze dodała:
— Podły zbójco... ty śmiałbyś sądzić...
— Obelgi kobiety, mościa księżno, są dla mnie jak wiatr. Bić się z niemi nie będę. Ale jeśliście po to tylko tu przyszli, aby mnie lżyć, każę wam wskazać drzwi.
— Sama je znajdę, odpowiedziała Sołomerecka. Jeszcze słowo tylko mości książę. Wasza dostojność książęca nie ma czem mitry swojej wyzłocić, wy pragniecie mego majątku.
— Będę go miał księżno... po was, poczekam.
— Ani po mnie, ani nigdy! zawołała wdowa z zapałem, ale ze zbójcą...
Sołomerecki żywo przerwał:
— Strzeżcie się, bym wam także nie odpowiedział podobnem a może gorszem słowem.
Wdowa zarumieniła się, ale nie cofając kończyła:
— Ze zbójcą, który napada na drodze, targujem się o życie, Tatarowi dajemy okup. Chcecie bym wam zapłaciła życie mego syna?
— Zapłacę wam, byście tylko imienia naszego na głowę podrzutka nieprawego nie kładli.
— Co chcecie za uznanie go? kończyła księżna, jakby nie zważając.
Sołomerecki miął w ręku kobierzec, o który się opierał i milczał.
— Połowa moich majętności za życie dziecka.
— Oddajcie mi całe, a nie uznam go! odparł książę dumnie.
— To ostatnie słowo wasze? spytała.
— Ostatnie! posłuchajcie mnie — nie chcę was podstępem brać. Dziecko te prześladować, gonić za niem, starać się będę je zgubić. Nie obronicie go przedemną, nie wykupicie niczem. To ostatnia moja obietnica. Majętności wasze przejdą na mnie.
— Nigdy! — zawołała kobieta płomieniejąc cała. Jeśli to dziecię nie odziedziczy ich po mnie — pójdę za mąż.
Sołomerecki zadrżał.
— Zobaczymy, rzekł, kto się odważy was zaślubić. Chcieliście wojny, przyszliście mnie do żywego rozdrażnić, nie odmawiałem nigdy walki, nawet z kobietą, dodał, nie odmówię jej wam. A teraz, zda mi się, nic już sobie nie mamy do powiedzenia.
Rozpacz, która dotąd utrzymywała Sołomerecką, zmieniła się w przerażenie i zupełny sił upadek. W chwili gdy książę ostatnich słów domawiał, łzy długo wzbierające na powiekach, potoczyły się po twarzy. Upadła na kolana i załamawszy dłonie:
— Bracie, zawołała rozdzierającym głosem, bracie, zlituj się nademną, nad dzieckiem — nad siostrą, krewną — zlituj się!
Ta nagła zmiana uśmiech tylko na usta księcia wywołała.
— Tak prędko, rzekł, z przekleństw i obelg do łez i prośby? Jedno nie może na mnie więcej nad drugie.
Wdowa jednak nie zrażona temi ostremi słowy, wołała ciągle:
— Zlituj się nad dzieckiem mojem — weź majętności kiedy ich chcesz, ale nie odbieraj mu życia, nie wydzieraj imienia.
— Odbieram mu tylko to, co do niego nie należy, rzekł zimno książę.
Sołomerecka postrzegła w tej chwili krucifiks stojący na boku i porywając się pobiegła, schwyciła, ścisnęła w rękach.
— Na ten obraz Boga ci przysięgam, to syn brata twego, to krew wasza, krew Sołomereckich.
Zdawało się że książę chwilę zawahał, ale wnet zmarszczyły mu się brwi znowu, warga podniosła dumnie.
— Nie wzywajcie mościa księżno imienia Bożego nadaremno. Ja przysięgom waszym nie wierzę.
— Czegoż ci potrzeba, abyś dał wiarę? przerwała rozpaczająca.
— Dowodów! dowodów prawnych, jasnych, aby nikt powiedzieć nie śmiał, że to dziecię, które imie nasze ma nosić, niepewnego jest rodu.
— Ale te dowody są.
— Gdzie one są? spytał Sołomerecki.
— Wysłane do Rzymu przez ojca twego.
— Szukajcie ich gdzie są, a wprzód nim uzyskacie, nadaremnie przełamać nie probójcie. Syn wasz zginąć musi, jeśli się dla niego nie wyrzeczecie imienia. Niech żyje pod innem nazwiskiem. Usiłujcie go ocalić.
— Mów, czego chcesz? wszystko zrobię.
— Zeznajcie sama, że nie jest dzieckiem mego brata, odsuń go od następstwa, dajcie mi zaręczenie, że w powtórne nie wstąpicie śluby — a syn twój — żyć będzie.
— Jakto, żebym uznała dziecko nieprawem, siebie zhańbioną!
— Tak jak, odparł zimno książę.
— Ty nie masz serca.
— Nigdym się nim nie chlubił — mościa księżno.
— Abym się wyrzekła dziecka, majętności, wstydu, wszystkiego!
— To do waszej woli, pani siostro, zupełnie do woli waszej. Jak chcecie.
I spojrzał na nią tym wzrokiem szyderskim i pogardliwym, którego biedna kobieta wytrzymać nie mogła.
— Ale ja mam świadka naszego małżeństwa, zawołała nagle porywając się kobieta.
— A! to bardzo szczęśliwie. Jakiego? spytał Sołomerecki.
— Kobietę — moją sługę!
— Kobiety nie świadczą, rzekł zimno. I cóż znaczy jeden świadek? a jeszcze taki?
— Ale przysięga moja!
— Dla mnie ona niczem. Jeśli to dziecko, powtarzam wam, ma nosić imie Sołomereckich, niech dowiedzie, że do tego ma prawo.
To powiedziawszy książę odwrócił się i zostawując bratowę w rozpaczy, sam odszedł.
Widząc że napróżno by było starać się pokonać nieugiętego w uporze swoim człowieka, Sołomerecka wyszła płacząc.
Żebrak stał u samych drzwi prawie, na korytarzu, odarty, zestarzały choć nie stary, w pół nagi, wyciągał rękę ku niej.
— Za dusze zmarłe! wyjąknął.
Ona spojrzała nań i rzuciła mu pieniądz, mówiąc:
— Módl się i za biednych żyjących.
Ubogi przyjął jałmużnę, pokłonił się i powtórzył:
— Za biednych niewolników chrześciańskich w niewoli u niewiernych.
Księżna na te słowa odwróciła się znowu.
— Dajcie, będę się modlił na ich intencją. Ja sam byłem w niewoli.
I wdowa dała drugą jałmużnę.
— Jak się zowiesz? spytała.
— Jak! nie pomnę! dwadzieścia kilka lat przykuty do łańcucha, obsypywany razami, pod biczem niewiernych, zapomniałem rodzinnej ziemi, języka i nazwiska własnego.
— Dwadzieścia kilka lat! powtórzyła wdowa mimowolnie. I dawnoś wrócił?
— Nie dawnom uciekłszy, przywlókł się tutaj.
To mówiąc dziwnem wejrzeniem mierzył odchodzącą, ruszył się za nią powoli, a gdy kolasa odjeżdżała od wrót, on spiesząc co sił, starał się dojrzeć, gdzie się zastanowi. Opatrzywszy dom, zasiadł na przeciw w rogu ulicy i sparty o kiju, smutnie w okna poglądał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.