Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


powiedzieć nie śmiał, że to dziecię, które imie nasze ma nosić, niepewnego jest rodu.
— Ale te dowody są.
— Gdzie one są? spytał Sołomerecki.
— Wysłane do Rzymu przez ojca twego.
— Szukajcie ich gdzie są, a wprzód nim uzyskacie, nadaremnie przełamać nie probójcie. Syn wasz zginąć musi, jeśli się dla niego nie wyrzeczecie imienia. Niech żyje pod innem nazwiskiem. Usiłujcie go ocalić.
— Mów, czego chcesz? wszystko zrobię.
— Zeznajcie sama, że nie jest dzieckiem mego brata, odsuń go od następstwa, dajcie mi zaręczenie, że w powtórne nie wstąpicie śluby — a syn twój — żyć będzie.
— Jakto, żebym uznała dziecko nieprawem, siebie zhańbioną!
— Tak jak, odparł zimno książę.
— Ty nie masz serca.
— Nigdym się nim nie chlubił — mościa księżno.
— Abym się wyrzekła dziecka, majętności, wstydu, wszystkiego!
— To do waszej woli, pani siostro, zupełnie do woli waszej. Jak chcecie.
I spojrzał na nią tym wzrokiem szyderskim i pogardliwym, którego biedna kobieta wytrzymać nie mogła.
— Ale ja mam świadka naszego małżeństwa, zawołała nagle porywając się kobieta.
— A! to bardzo szczęśliwie. Jakiego? spytał Sołomerecki.
— Kobietę — moją sługę!
— Kobiety nie świadczą, rzekł zimno. I cóż znaczy jeden świadek? a jeszcze taki?
— Ale przysięga moja!
— Dla mnie ona niczem. Jeśli to dziecko, powtarzam