Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wam, ma nosić imie Sołomereckich, niech dowiedzie, że do tego ma prawo.
To powiedziawszy książę odwrócił się i zostawując bratowę w rozpaczy, sam odszedł.
Widząc że napróżno by było starać się pokonać nieugiętego w uporze swoim człowieka, Sołomerecka wyszła płacząc.
Żebrak stał u samych drzwi prawie, na korytarzu, odarty, zestarzały choć nie stary, w pół nagi, wyciągał rękę ku niej.
— Za dusze zmarłe! wyjąknął.
Ona spojrzała nań i rzuciła mu pieniądz, mówiąc:
— Módl się i za biednych żyjących.
Ubogi przyjął jałmużnę, pokłonił się i powtórzył:
— Za biednych niewolników chrześciańskich w niewoli u niewiernych.
Księżna na te słowa odwróciła się znowu.
— Dajcie, będę się modlił na ich intencją. Ja sam byłem w niewoli.
I wdowa dała drugą jałmużnę.
— Jak się zowiesz? spytała.
— Jak! nie pomnę! dwadzieścia kilka lat przykuty do łańcucha, obsypywany razami, pod biczem niewiernych, zapomniałem rodzinnej ziemi, języka i nazwiska własnego.
— Dwadzieścia kilka lat! powtórzyła wdowa mimowolnie. I dawnoś wrócił?
— Nie dawnom uciekłszy, przywlókł się tutaj.
To mówiąc dziwnem wejrzeniem mierzył odchodzącą, ruszył się za nią powoli, a gdy kolasa odjeżdżała od wrót, on spiesząc co sił, starał się dojrzeć, gdzie się zastanowi. Opatrzywszy dom, zasiadł na przeciw w rogu ulicy i sparty o kiju, smutnie w okna poglądał.