Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


już sobie nie mamy do powiedzenia.
Rozpacz, która dotąd utrzymywała Sołomerecką, zmieniła się w przerażenie i zupełny sił upadek. W chwili gdy książę ostatnich słów domawiał, łzy długo wzbierające na powiekach, potoczyły się po twarzy. Upadła na kolana i załamawszy dłonie:
— Bracie, zawołała rozdzierającym głosem, bracie, zlituj się nademną, nad dzieckiem — nad siostrą, krewną — zlituj się!
Ta nagła zmiana uśmiech tylko na usta księcia wywołała.
— Tak prędko, rzekł, z przekleństw i obelg do łez i prośby? Jedno nie może na mnie więcej nad drugie.
Wdowa jednak nie zrażona temi ostremi słowy, wołała ciągle:
— Zlituj się nad dzieckiem mojem — weź majętności kiedy ich chcesz, ale nie odbieraj mu życia, nie wydzieraj imienia.
— Odbieram mu tylko to, co do niego nie należy, rzekł zimno książę.
Sołomerecka postrzegła w tej chwili krucifiks stojący na boku i porywając się pobiegła, schwyciła, ścisnęła w rękach.
— Na ten obraz Boga ci przysięgam, to syn brata twego, to krew wasza, krew Sołomereckich.
Zdawało się że książę chwilę zawahał, ale wnet zmarszczyły mu się brwi znowu, warga podniosła dumnie.
— Nie wzywajcie mościa księżno imienia Bożego nadaremno. Ja przysięgom waszym nie wierzę.
— Czegoż ci potrzeba, abyś dał wiarę? przerwała rozpaczająca.
— Dowodów! dowodów prawnych, jasnych, aby nikt